niedziela, 18 września 2016

Trafiony-zatopiony.


Autor: Michał Krupa
Tytuł: Łosoś norwesko-chiński
Wydawnictwo: Psychoskok
Liczba stron: 159

Dziwne i niespotykane tytuły mają w sobie coś takiego, że przykuwają uwagę i jeszcze bardziej zachęcają do przeczytania. Uwielbiam wszelkiego rodzaju zabawy słowem, neologizmy i niecodziennie brzmiące związki wyrazowe. Łosoś norwersko-chiński zdecydowanie brzmi intrygująco, jednak przestrzegę Was, byście nie spodziewali się książki dla wędkarzy - o nie, to nie ta tematyka. Jeśli zaś macie ochotę zobaczyć, z czym to się je - zapraszam!

Maciej Prus ma czterdzieści lat i jest mistrzem w filozofowaniu. Snuje rozmaite refleksje na temat własnego życia (i nie tylko), a kto myśli, że ma w sobie coś ze słynnego pisarza, którego nazwisko nosi, jest w głębokim błędzie. Pod wpływem przemyśleń decyduje się na napisanie książki o samym sobie. Po namyśle i radach bliskich mu ludzi wyjeżdża do pewnej miejscowości, by tam w spokoju i zaciszu natury tworzyć swoje opus magnum. Niestety, nie wszystko przebiega według planów...

Ta książeczka tak długo leżała wśród moich książek, że sama nie pamiętam, skąd się tam w ogóle znalazłam - czy Wy też macie uczucie pustki w głowie, gdy spoglądacie na swoje książki i myślicie Skąd ja to mam? W takiej sytuacji przypadkowe znalezisko podczas robienia porządków zostało zakwalifikowane do jak najszybszego przeczytania, by nie zaginęło po raz kolejny. Uznałam, że nie jest to zbyt obszerna historia, więc powinna pójść szybko - po przejrzeniu kilku opinii spodziewałam się czegoś humorystycznego, lekkiego i przyjemnego. Oj, nie było tak, nie było. 

Całość miała być chyba zabawna, a ja czytając, co chwilę łapałam się w mojej głowie na uczuciu politowania i zażenowania. To, co miało być tutaj elementem komicznym, który pozwoli nam się rozluźnić, roześmiać głośno czy zastanowić nad poczuciem humoru autora, dla mnie było naprawdę niesmaczne. Niesmaczne - chyba to słowo najlepiej oddaje według mnie poziom tej historii. Nie lubię wulgarności - jasne, jedno słowo czy dwa dla podkreślenia emocji jest jak najbardziej na miejscu, ale po pewnym czasie robi się to nudne i przesadzone. Podczas czytania tej książki miałam takie poczucie, jakby autor stworzył tę historię dla osób, które uważają przekleństwa czy wulgarne określenia za takie zabawne... A dla mnie to już zabawne naprawdę nie było. Może to typowo męski humor, który do mnie nie trafia? 

Po lekturze Łososia norwesko-chińskiego mam wrażenie, że broni go tylko jeden element. Nie są to bohaterowie, nie jest to też też fabuła ani warsztat pisarza. Prawdziwym atutem tej książki jest to, że jest ona naprawdę niewielka objętościowa, więc można ją szybko odłożyć na półkę i zapomnieć o tym, co się właśnie przeczytało. Przykro mi pisać takie słowa, ale naprawdę liczyłam na coś więcej. Pewnie, nie miałam wygórowanych oczekiwań - ale nawet te z najniższego pułapu nie zostało zadowolone. 
Kompletnie nie moja bajka. Ani troszkę. A szkoda.


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

5 komentarzy :

  1. Jeśli książka jest aż tak słaba, to na pewno jej nie przeczytam ;)
    Pozdrawiam! http://literacki-wszechswiat.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. W planach nie miałam, ale widzę, że to żadna strata

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie miałam tej ksiaż…i planach i po Twojej recenzji moje plan nie uległy zmianie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie słyszałam o tym tytule i jak rozumiem - mała strata?

    OdpowiedzUsuń
  5. Mogłaby mi się spodobać!
    Zapraszam do wzięcia udziału w urodzinowym rozdaniu na moim blogu - do wygrania zestawy kosmetyków! :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka