poniedziałek, 5 września 2016

Od miłości do nienawiści.


Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Małe zbrodnie małżeńskie
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 96

Uwielbiam autorów, którzy potrafią nie tylko mnie rozbawić czy wzruszyć, ale i skłonić do odrobiny refleksji. Stosunkowo łatwo jest wywołać u mnie uśmiech. Nieco trudniej jest ze łzami, choć przy dobrym wyczuciu i odrobinie manipulacji pisarze są w stanie sprawić, by choć kilka z nich pociekło podczas czytania. Ciężko jest jednak sprawić, by każda książka siedziała w głowie po odłożeniu z powrotem na półkę. Często mam tak, że pomimo poznania naprawdę interesującej pozycji, dość szybko umyka mi z głowy i za kilka tygodni tylko ogólnie potrafię powiedzieć, o czym ona była. Niespodziewane natomiast jest to, że zazwyczaj te najmniej obszerne opowieści, najbardziej potrafią mnie zaskoczyć i zostać mile zapamiętane nie na dzień czy tydzień, ale na wiele lat. 



Po doznaniu poważnych obrażeń w wyniku wypadków często wiele rzeczy nie jest takich jak wcześniej - coś takiego przytrafiło się właśnie Gillesowi. Stracił swoje wszystkie wspomnienia i przy pomocy żony próbuje odzyskać pamięć. Ona roztacza przed nim wizję idealnego małżeństwa, które chciałaby mieć, jednak nie wszystko jest takie łatwe. Oboje są pogrążeni we wzajemnych kłamstwach, tajemnicach i niedopowiedzeniach, a odkręcenie tego wydaje się być wręcz niemożliwe. Czy można okłamywać kogoś, kogo się kocha? I czy istnieje miłość aż do nienawiści? 

Schmitt jest jedną z moich czytelniczych muz. Naprawdę. Nie wiem, co on ma w sobie takiego, ale potrafi pisać tak genialnie, tak celnie i tak mądrze, że zawsze z ogromną ochotą będę sięgać po jego kolejne utwory. Już wcześniej przekonałam się o tym, że ma on niesamowity dar - w książkach grubości szkolnego zeszytu potrafi on przemycić więcej treści niż niejeden pisarz na kilkuset stronach. Tę recenzję piszę długo po przeczytaniu owej opowieści Schmitta - miałam takiego kaca książkowego po niej, że nie byłam w stanie ani czytać czegoś innego, ani pisać o czymś innym. Historia Lisy i Gillesa cały czas tkwiła w mojej głowie, ale mi cały czas brakowało słów, by o niej opowiedzieć. A dziś czuję, że jestem w stanie Wam nieco przybliżyć kolejne dziecko Schmitta. 

Od dawna nie miałam do czynienia z najprawdziwszym dramatem - takim jak u Sofoklesa, Szekspira, Fredry czy Wyspiańskiego, czyli jak w szkole. Tymczasem ostatnio Eric-Emmanuel po raz kolejny mnie zaskoczył tym, z jaką łatwością potrafi bawić się formą - w Przypadku Adolfa H. mieliśmy dwie równoległe historie tej samej osoby, w Zazdrośnicach były pamiętniki czterech osób, tutaj zaś jest sztuka, która nadaje się do wystawienia na deskach teatru. Schmitt jest po prostu wszechstronny, przez co ciężko się z nim nudzić - zwłaszcza, gdy po raz kolejny tworzy tak dobre dzieło. 

Tym razem głównymi bohaterami są małżonkowie, którzy podczas swojego związku zapomnieli o tym, że cały czas należy go pielęgnować. Zamiast tego Lisa i Gilles pozwolili mu popaść w rutynę, przestając podsycać w nim żar i nie przejmując się tym, że coś zaczyna się między nimi psuć. Nie myślcie jednak, że całość jest utrzymana w poważnym, patetycznym stylu - co to, to nie! Jest tutaj dużo ironii, dużo humoru, dużo spostrzeżeń typowych dla Schmitta i celnych spostrzeżeń, które niby są oczywiste, a tak naprawdę cały czas nam umykają. Lisa i Gilles są doskonałym symbolem każdego innego małżeństwa, które zapomniało o uczuciu, które kiedyś ich połączyło - o miłości. Zamiast tego pojawiła się oziębłość, zazdrość, zobojętnienie i złość. 

Kolejna książka Schmitta okazała się być kolejnym przejawem niezwykłego talentu tego autora. Jego zmysł obserwatorski i lekkość pióra sprawiają, że jego historyjki wręcz się pochłania, a on doskonale udowadnia, że wcale nie trzeba tworzyć opasłych knig, by napisać coś świetnego. Małe zbrodnie są do łyknięcia "na raz" - nie tylko przez małą ilość stron, ale przez wciągające wydarzenia, które sprawiają, że z uwagą śledzi się kolejne przepychani Lisy i Gillesa. Ich drogę od miłości do nienawiści oraz od fascynacji po nudę. Doskonałe, wartościowe i uniwersalne - tak jak lubię. 

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

6 komentarzy :

  1. Takk, ja też uwielbiam pióro Schmitta. I choć może nie stawiam jego twórczości na piedestale, to zawsze jego książki pozostawiają po sobie mnóstwo refleksji. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedne jego książki uwielbiam, inne są dla mnie totalnym rozczarowaniem. Tej jeszcze nie czytałam, ale kiedyś z pewnością trafi w moje ręce ;)
    Pozdrawiam i oczywiście zapraszam do siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Słyszałam już o tym autorze, ale książka nie w moich klimatach, więc raczej jej nie przeczytam, ale może kiedyś do niej wrócę ;)
    Pozdrawiam! http://literacki-wszechswiat.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Również bardzo kocham jego książki i uważam za natchnienie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Schmitt raz podbił moje serce, a raz zupełnie mnie zawiódł, jednak ta pozycja wydaje się idealna, żeby ostatecznie przekonać mnie do twórczości autora ;). Kusisz mnie zwłaszcza tym, że zostaje w pamięci na dłuższy czas, bo również zbyt często nie jestem w stanie przywołać do siebie fabuły książki przeczytanej kilka tygodni wcześniej :).

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja wciąż nie mogę się przekonać do jego twórczości. Chyba czas to zmienić ;)

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka