wtorek, 8 marca 2016

O cukierni znajdującej się w urokliwym ogrodzie.


Autor: Carole Matthews
Tytuł: Cukiernia w ogrodzie
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 464

Jak często śpieszymy się, by gdzieś zdążyć, bo za każdym razem mamy wrażenie, że jesteśmy już znacznie spóźnieni? Nie mamy czasu na to, by spokojnie z kimś porozmawiać, rozsiąść się na dłużej przy przyjemnej książce, zjeść rodzinny obiad czy po prostu pogrążyć się w nic nierobieniu. Nie, za każdym razem jest "coś", co koniecznie musi być zrobione jużteraznatychmiast. Ja sama cierpię na taką drażniącą przypadłość, która nakazuje mi robić mi robić wszystko na ostatnią chwilę - nigdy wcześniej, nigdy szybciej - zawsze na pięć minut przed północą. Bo po co robić coś na spokojnie? 


Dość sporym wyzwaniem dlatego była dla mnie ta książka - bo uwielbiam czytać takie, w których się coś dzieje. W których jest masa wydarzeń goniących inne, a tutaj musiałam zmierzyć się z Fay, która jest kompletnie inna. Prowadzi cukiernię w urokliwym domowym ogrodzie. Praca, ogród i opieka nad wiecznie niezadowoloną matką wypełniają jej życie niemal bez reszty. Od dziesięciu lat spotyka się z Anthonym, ale nie jest to związek, o jakim marzyła. Pewnego dnia w cukierni pojawia się Danny, dużo młodszy od niej trzydziestolatek, który porzucił pracę w londyńskim City i mieszka na łodzi. Fay świetnie się bawi w towarzystwie Danny’ego i pod jego wpływem zaczyna inaczej patrzeć na swoje życie. Tymczasem fatalny zbieg okoliczności sprawia, że traci wszystko, co znała i kochała. Z dnia na dzień musi dokonać wyboru między tym, co przewidywalne a tym, co szalone i nieznane.

Na sam początek muszę zwrócić uwagę na przepiękną okładkę, która naprawdę zachęca do czytania! Wygląda tak smakowicie, że z przyjemnością skubnęłabym na samą myśl taką babeczkę, a gdybym nie wiedziała, że jest to oprawa powieści obyczajowej, to pewnie myślałabym, że to jakaś książka kucharska z przepisami wyrobów cukierniczych. I te kolorki... tak ładnie się komponują! Bo wiecie... ja jestem jak dziecko - jem oczami i czytam też w sposób inny - coś musi mi się wizualnie podobać, bym chciała na dłużej się zabawić i wczytać. Na szczęście tutaj wszystko było jak należy. A jak z fabułą? 

Ciężko nie polubić Fay. To taka dobra duszka, która martwi się wszystkimi ludźmi i ma kompleks Jezusa, bo chce zbawić cały świat, jednak nie dostrzega tego, że sama jest wykorzystywana przez wielu ludzi - choć w sumie lepiej powiedzieć, że dostrzega, ale za pięć minut o tym zapomina i znów chce wszystkich zbawiać. W swoją cukiernię wkłada całą siebie i nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Jest taka sentymentalna i pełna ciepła... zupełnie jak ta książka! Od razu człowiek czuje, że jest w niej tak domowo i swojsko, przez co chce zostać przy niej dłużej, zaparzyć sobie dobrą herbatkę z cytryną, rozsiąść się pod kocykiem i wszamać jakieś dobre ciasteczko... 

Choć ta książka rozleniwia, to jednak przyprawia też o szybsze bicie serca, czego można się było zresztą spodziewać. Danny, który staje na drodze Fay jest tym wszystkim, czego jej w życiu brakuje - jest pewnym wyzwaniem, nowością i powiewem świeżości. Ona natomiast jest już ładnie po czterdziestce i choć z jednej strony ten młody chłopak ją pociąga, to z drugiej chce pozostać wierna swojemu wieloletniemu partnerowi, który jest dla niej jak dobrze wysłużone kapcie - znany i bez tajemnic. Coraz częściej dostrzega ona w nim jednak wady, które bardziej wyróżniają się na tle Danny'ego. Jeśli zaś mówimy o wadach... Wiele ludzi z powieści nie lubi Lii, za to ja ją wręcz pokochałam! To taka postać, w której odnalazłam nieco mojej Lisbeth Salander, poezja! 

Choć nie spodziewałabym się tego po sobie, to z niejakim zdziwieniem przyznaję, że ta powieść naprawdę przypadła mi nie tylko do gustu, ale i do serducha! Jest jak taki termoforek przykładany do brzuszka, gdy szczególnie boli - niesie ukojenie i łagodzi wszystkie bóle, a do tego pozwala zapomnieć o tym, co nas trapi. Fay jest bohaterką, którą polubiłam pomimo tego, że jest całkiem inna niż inne moje faworytki - ale czy to znaczy, że gorsza? Pani Matthews wykreowała nie tylko pełną słodyczy, ale i mądrości książkę, od której człowiek nie chce się odrywać - gwarantuję, że wy też będziecie pochłonięci nią! 


Moja ocena: 7+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

7 komentarzy :

  1. Okładka jest przeurocza! Fabuła nieco mniej mnie kusi - być może kiedyś sięgnę po "Cukiernię w ogrodzie", ale dopiero wtedy, kiedy będę miała ochotę na leniwą i niezobowiązującą historię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Normalnie wydawałoby się, że to książka kucharska :D
    Powieść jednak nie w moim stylu :)

    Bookeaterreality

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na okładkę miałam podobne skojarzenia ;)

      Usuń
  3. Recenzja świetna, ale lektura nie dla mnie

    OdpowiedzUsuń
  4. Okładka potrafi zrobić smaka na babeczki osobie,która ją ogląda.Książkę po takiej recenzji na pewno przeczytam,gdyż tym porównaniem do termoforu trafiłaś do mojej wyobraźni i serduszka :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię od czasu do czasu sięgnąć po książki które rozleniwiają. Mi okładka kojarzy się z jakąs książką kucharską, ale ślinka na jej widok cieknie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Widziałam tę książkę w zapowiedziach, ale kompletnie nie wzbudziła mojego zainteresowania. Teraz odrobinę żałuję, ale może jeszcze kiedyś się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka