poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wycieczka do Francji w towarzystwie Nędzników.


Autor: Victor Hugo
Tytuł: Nędznicy
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 1763

Każdy z nas ma wyrobiony już bardziej lub mniej gust, którym kieruje się przy doborze lektur dla siebie. Są książki, których już okładka sugeruje, że może to nie być coś, co nas urzeknie, zauroczy i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Niektóre posiadają odstręczające opisy, które powodują, że bez wahania odstawiamy pozycje na księgarniane półki, bo i tak wiemy, że to nic dla nas. Są też i takie, które kilka lat temu uznaliśmy za niezbyt ciekawe, a teraz, po upływie jakiegoś czasu decydujemy się jednak po nie sięgnąć - tego ostatniego doświadczyłam właśnie w przypadku tej kilkutomowej powieści, którą postanowiłam zbiorczo zrecenzować.

Często się słyszy, jakoby wakacje były najodpowiedniejszym czasem do poznawania książek lekkich, przyjemnych i niezobowiązujących - przy wielu postach spotykałam się z tym stwierdzeniem i zawsze mnie ono nieco zastanawiało, bo osobiście lubię przy różnych okazjach sięgać po w ten sposób definiowane tytuły, nie tylko w trakcie letnich upałów. Zdecydowałam się też wyjść temu stwierdzeniu naprzeciw i przy okazji urlopu, zamiast zabierać się po kolejną historię z miłością w tle lub inną dosyć lekką fabułą, postawiłam sobie wyzwanie - przeczytać kolejne powieści z kanonu literatury. Moim celem było przeczytanie dwóch i udało się - pierwszą z nich są Nędznicy, których potraktowałam jako całość i jedną powieść (a nie kilka jak mógłby sugerować podział).

Cała historia ma podłoże mocno historyczne - akcja toczy się we Francji, która w dziewiętnastym wieku była u końca rewolucji i wkraczała w czas wojen Napoleona, tak więc można się domyślać, że nie był to spokojny czas. Oprócz tego nie brakuje tutaj wątków filozoficznych i dokładnego przedstawienia przekroju społeczeństwa ówczesnej Francji. Autor nie szczędzi nam obszernych dygresji i barwnych opisów, co akurat dla mnie było po prostu niesamowite - jego narracja to prawdziwy majstersztyk, język Victora Hugo sprawia, że chciałoby się nim delektować ciągle i ciągle. Podczas czytania nie dziwi więc to, że zalicza się jego prozę do kanonu - wydaje się być wręcz idealnie na miejscu. 

Na szczególną uwagę zasługuje także kreacja postaci, które stworzył w swoim dziele autor - w przypadku niektórych prezentuje nam drobiazgowe charakterystyki i szczegółowe biografie, a gdy chodzi o innych, to wielu rzeczy musimy się domyślać, bo ciężko dowiedzieć się czegoś więcej. W niezwykle poruszający sposób Victor Hugo pokazał nam człowieka, który popełnia złe rzeczy, ale... paradoksalnie złym człowiekiem nie jest, co jednak nie od początku sobie uświadamiamy. W tej powieści podobnych historii jest jeszcze więcej - warto wspomnieć o dziewczynie, która musi stawić czoła wszechobecnej znieczulicy czy o reszcie bohaterów, których ciężko było jednoznacznie sklasyfikować. Autor pokazywał wszystko w taki sposób, że sami nie wiedzieliśmy, jak mamy to odbierać.

Taki też wniosek zostaje w głowie po przeczytaniu tej sporych rozmiarów całości - ciężko ją ocenić i poddawać jakimkolwiek kryteriom. Autor zawarł w Nędznikach całą paletę uczuć - od bólu, nienawiści i gniewu po nadzieję, radość i miłość, pokazując, że epoka jaką wybrał na tło opisywanych przez siebie wydarzeń to czas, gdy światem rządziła chęć władzy, krew i ludzkie zło. Podejrzewam, że osoby, które niekoniecznie cenią sobie klasykę, będą zmęczone tą powieścią, ale każdy, kto uwielbia zatonąć w pięknie stylizowanym języku i dawnych dziejach powinien być zachwycony. 

Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Nie tylko Lena walczyła o miłość...


Autor: Lauren Oliver
Tytuł: Delirium. Opowiadania
Cykl: Delirium. Tom 3.5
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 200

Nie jestem przychylnie nastawiona do książek, które powstają jako swojego rodzaju doczepka do głównego cyklu - w moim odczuciu jest to zabieg, którego używają autorzy, którzy nie mają pomysłu na coś nowego albo liczą, że znowu zrobi się o nich głośno, a oni łatwym kosztem zarobią sobie dodatkowe pieniążki. Najczęściej tworzą historyjki o niewielkiej objętości, nieposiadające jednej, zwięzłej fabuły, a jedyne co je łączy to fakt, że w różnym stopniu odnoszą się do głównej historii i opisywanych w niej bohaterów. Z tego co kojarzę, do tej pory tylko raz sięgnęłam po tego typu dodatek - później nie czułam, by było mi to do szczęścia potrzebne, dopóki nie poznałam tej trylogii. W jej przypadku wiedziałam, że wręcz muszę dowiedzieć się więcej niż to, co wydarzyło się w tych trzech tomach. 

Na wstępie warto zauważyć i zaznaczyć, że nie jest to książeczka dla osób, które jeszcze nie miały do czynienia z trylogią, do której ona się odnosi. Delirium. Opowiadania to dodatkowy smaczek skierowany do czytelników, którzy (co najmniej) polubiły trzy tomy składające się na tę serię i chciałyby dowiedzieć się więcej o losach postaci, które wcześniej były ważne dla fabuły, ale stały w cieniu Leny. Właśnie tego tyczy się ta książka - przeszłości kilku osób, które teraz dostały własne pięć minut, by można było jeszcze lepiej je poznać. 

Zanim sięgnęłam po ten tomik, sama do końca nie byłam pewna, czego od niego oczekuję. Nie wiedziałam, czy spodziewać się dalszej części wydarzeń, czy bardziej prawdopodobne jest, że te kilka opowiadań tyczyć się będzie przeszłości Hany, Annabel, Raven i Aleksa. Już od pierwszych stron czułam, jakbym spotkała się z przyjacielem z dzieciństwa - może brzmieć to paradoksalnie, bo serię czytałam kilka miesięcy temu, ale tym zwrotem chciałabym podkreślić uczucie radości, jakie towarzyszyło mi w odkrywaniu tego, co zaplanowała pani Oliver. Czytanie każdego kolejnego zdania było niewątpliwie wielką przyjemnością - nie wiem, co takiego ma w sobie język tej autorki, ale ja czuję się zdobyta kompletnie. Jest taki... melodyjny powiedziałabym. 

Bardzo ciężko jest opowiedzieć, o czym jest każda z nowelek, ponieważ ich mała objętość sprawia, że gdybym chciała to zrobić, to nie byłoby sensu, byście sami po nie sięgali. Wiele kontrowersji wzbudziła we mnie postać Hany - to, co zrobiła Lenie było dla mnie dość ciężkie do zrozumienia już wcześniej, a nawet teraz, gdy udało mi się poznać jej motywy, dalej byłam targana wątpliwościami. Historia Annabel pokazała mi, jak wielka siła tkwi w miłości - jej bezinteresowność, oddanie i duch walki udowodniły, że dla tego uczucia człowiek potrafi naprawdę wiele znieść i przecierpieć. Jeśli chodzi o Raven - miło było poznać kulisy jej zetknięcia się z Blue oraz z Tackiem. Za to na sam koniec został mi Alex - koniec, na który najbardziej czekałam. Bardzo żałowałam, że w Requiem autorka nie domknęła tego wątku i pozostawiła go otwarty, pozwalając snuć domysły. W jego opowiadaniu zobaczyłam ponownie to, za co go wcześniej pokochałam. 

Bezsensowne byłoby sięgnięcie po ten zbiór opowiadań przez osoby, które są zielone w temacie trylogii stworzonej przez Lauren Oliver i nie miały z nią wcześniej styczności. Zaprezentowane tutaj nowelki nie stanowią spójnej, logicznej całości tak, by można było je czytać bez wcześniejszej znajomości poprzednich trzech tomów - jeśli jednak macie już za sobą Delirium, Pandemonium i Requiem, a także jesteście ciekawi niektórych niedomówień i tajemnic, jakich wcześniej nie wyjaśniła autorka, to warto sięgnąć po tę książeczkę i poznać bliżej losy osób, które wcześniej pozostawały w cieniu głównej bohaterki, a teraz zostały narratorami, by móc wyjaśnić choć niektóre wydarzenia znane nam wcześniej. To dodatek przesiąknięty pięknymi cytatami - kilka z nich mam wypisanych - śpiewnością, ale i miłością - jest ona tutaj namacalna i wydaje się być na wyciągnięcie ręki, jest uczuciem, jakiego każdy z nas chciałby doświadczyć.


Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

sobota, 15 sierpnia 2015

O chłopcach, których dzieliły zasieki...


Autor: John Boyne
Tytuł: Chłopiec w pasiastej piżamie
Cykl: Kolekcja klasyki
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 204

Nam, Polakom, tematyka II wojny światowej jest niezwykle bliska - od najmłodszych lat w szkołach uczyliśmy się, że to od ataku nazistowskiego na nasz kraj rozpoczęło się to sześcioletnie piekło na Ziemi. Polacy nie tylko przeszli przez kampanię wrześniową - na terenie naszego kraju powstało także wiele obozów zagłady, które nawet dzisiaj, kilkadziesiąt lat po tych tragicznych wydarzeniach, wywołują wiele kontrowersji. W mediach zagranicznych (choć zdarzają się niestety i krajowe wpadki) wciąż powtarzane jest hasło polskie obozy koncentracyjne, co oczywiście jest ogromnym przekłamaniem, a ciągłe dopominanie się o wierność prawdzie historycznej stanowi swoistą walkę z wiatrakami - choć raz się zwróci uwagę, to na jego miejsce pojawia się kolejnych kilka przypadków. Warto jednak walczyć o swoje - bo jeśli my nie będziemy pilnować prawdy, to kto za nas to zrobi? 

Dziewięcioletni Bruno to chłopiec, który nie zdaje sobie sprawy z wielu spraw, jakie dzieją się w świecie, w którym żyje. Trwa wojna, a gdy jego ojciec zostaje awansowany na komendanta obozu koncentracyjnego, to w jego życiu rozpoczyna się nowy rozdział, choć sam jeszcze o tym nie wie. Nie rozumie tego, kim jest jego ojciec i za co odpowiada - wie jedynie, że musi okazywać mu wiele szacunku. Gdy pełnego nudy popołudnia wychodzi na zewnątrz i jego oczom ukazują się mury z zasiekami, chłopiec decyduje się na spacer wzdłuż nich - tam też poznaje chłopca, który mógłby być taki jak on, ale decyzje pewnych ludzi sprawiły, że w ich mniemaniu zasługuje jedynie na zamknięcie... 

Po raz kolejny w te wakacje sięgam po książkę, którą już miałam okazję kiedyś czytać, a zdecydowałam się odświeżyć sobie pamięć. Wybór był dosyć spontaniczny, bo po obejrzeniu filmu o tematyce wojennej, nabrałam ochoty na książkę utrzymaną w tym klimacie. Zastanawiałam się, czy nie wybrać czegoś, czego jeszcze nie czytałam, ale stwierdziłam - a czemu nie wybrać książki, która już mnie uwiodła? Czemu nie wybrać czegoś, co znam i nie spróbować poznać jej na nowo? Te pytania doprowadziły mnie do tego, że w tym momencie piszę dla Was recenzję książki zdecydowanie niezwykłej - książki o przyjaźni, która w tamtej rzeczywistości nie miała prawa zaistnieć... a jednak zaistniała. 

Głównym bohaterem historii jest mały chłopiec, który nie do końca pojmuje zmiany, jakie nieoczekiwanie zachodzą w jego życiu. Nie rozumie, dlaczego musi tak być i z jakich powodów wraz z rodziną musi się przeprowadzić z Berlina do domu, który jest o wiele brzydszy. Od początku narracja jest prowadzona tak, by odczuwalne było, że całą sytuację poznajemy z perspektywy dziecka - i rzeczywiście ja jako czytelnik czułam tę niewinność i naiwność w Brunonie. Choć mieszkał w domu, w którym propaganda nazistowska była mocno zakorzeniona dzięki stanowisku swojego ojca, to jednak nie zdawał sobie sprawy z sytuacji, jaka dzieje się naprzeciw jego nowego domu. Nie wiedział, dlaczego są tam te mury, zasieki, a wszyscy ludzie są identycznie wychudzeni w takich samych strojach. A że dzieci mają w sobie duszę odkrywców, tak i Bruno zdecydował się odkryć, czym są te mury i co odgradzają od świata, który jest mu znany. 

Nie spodziewał się, że przy pierwszej wędrówce zobaczy siedzącego przy drucie chłopca. Nie spodziewał się, że może ich tyle łączyć - urodzili się tego samego dnia, tego samego miesiąca, tego samego roku. Nie spodziewał się, że jeszcze więcej może ich dzielić. Autor w niesamowicie plastyczny sposób pokazał nam różnice między tą dwójką dzieci - choć nie opisywał dokładnie sytuacji Szmula, to jednak z wyrywkowych danych czy rozmów można było wywnioskować, że mimo takiego samego wieku, to jednak mieszkaniec obozu jest o wiele dojrzalszy niż jego nowy przyjaciel. Zestawiając ze sobą sylwetki tych dwóch postaci, od razu widoczne są rażące różnice w ich sposobie myślenia - dla Brunona charakterystyczna jest wciąż ta dziecinna niewiedza co do pewnych sfer, natomiast Szmul sprawia wrażenie, jakby dorósł przedwcześnie. Obaj wiedzieli, że to, co dzieje się między nimi jest zakazane, a jednak nie potrafią i nie chcą temu zapobiec - ich przyjaźń staje się silniejsza niż wszystkie podziały, jakie są tworzone przez kolejnych hitlerowców. Wydawać by się mogło, że ona nie ma szans, by przetrwać - a jednak jakoś się udało...

John Boyne stworzył książkę, której nie czyta się tygodniami. To jedna z tych historii, do której zasiadasz wieczorem i niedługo później ją kończysz. Jednak po tej lekturze nie czujesz się tak samo jak przed nią. Autor w Chłopcu w pasiastej piżamie pokazał całą niesprawiedliwość świata, w której ktoś zechciał bawić się w Boga i decydować, kto ma prawo żyć, a kto nie. Nie zrobił tego w brutalny i ostry sposób, co jeszcze bardziej w moim przypadku spotęgowało na koniec uczucie smutku i ogromnego żalu. Końcówka jest jedną z tych, która nie pozwala o sobie zapomnieć - chwyta za serce i pokazuje, że dziecko zawsze zostanie dzieckiem, a także udowadnia, że one potrafią być ponad wszystkie sztuczne podziały i uprzedzenia rasowe, jakie tworzą ludzie. Przepiękna i poruszająca historia, którą naprawdę warto poznać - dostarcza emocji, ale i skłania ku przemyśleniom na tematy, o których często nie myślimy.


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

czwartek, 13 sierpnia 2015

Jak być baśniarzem w świecie, który nie jest bajką?


Autor: Antonia Michaelis
Tytuł: Baśniarz
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 400

Pamiętasz te chwile, gdy rodzice czy dziadkowie siadali przy Twoim łóżku, aby opowiedzieć bądź przeczytać Ci jakąś piękną baśń przed zaśnięciem? Zawsze nie mogłeś się tego doczekać, to był jeden ze stałych punktów dnia, a Ty z niecierpliwością wyczekiwałeś tej chwili - gdy nadeszła, próbowałeś ją przeciągać coraz bardziej, byle tylko się nie skończyła. Ale mało które dziecko wie, że wiele baśni wcale nie jest takich radosnych i uroczych, jak mogłoby się wydawać. Pozornie lekkie, ale w tle wciąż towarzyszy im dojmujący żal, nostalgia i cień - tak jak i w naszym codziennym życiu. 

Abel Tannatek to chłopak, z którym więcej wiąże się plotek i mitów niż potwierdzonych faktów. Wśród społeczeństwa zyskał sobie tytuł polskiego handlarza pasmanterią, bardzo często śpi na lekcjach, choć jeszcze częściej jest na nich nieobecny. Anna nie miała z nim nic wspólnego oprócz tego, że chodzili wspólnie na zajęcia, dopóki nie odnalazła pewnej szmacianej lalki należącej do niego. Jest jego całkowitym przeciwieństwem, bo jest przykładną uczennicą, która lubi grać na flecie, a jej aktualnym największym zmartwieniem są egzaminy maturalne. Wydawać by się mogło, że znalezienie tej laleczki to nic takiego - splata jednak ona losy Anny i Abla, bo od tego momentu nic nie jest już takie same. 

Z tą książką wcale nie planowałam się zapoznać - dopiero wizyta w mojej bibliotece spowodowała, że zechciałam sprawdzić, co takiego jest w tej książce, którą jedni pokochali, inni znienawidzili. Sam opis na tylnej okładce raczej nie ujawniał zbyt wiele z fabuły, co jak dla mnie jest pozytywnym zabiegiem - nie znoszę, gdy te krótkie kilka zdań wyjawiają mi co najmniej połowę fabuły. Zasiadając do tej książki, sama nie wiedziałam, czego mam po niej oczekiwać - czy chcę, by wprowadziła mnie w nostalgię, czy chcę, by zdumiała mnie swoją innowacyjnością, czy po prostu chcę czegoś, co pozwoli mi się odprężyć. Postanowiłam zaufać w tej kwestii autorce - jak na tym wyszłam? 

Na pewno nie można odmówić autorce, że postarała się wykreować tutaj swój specyficzny nastrój. Z jednej strony spotykamy się z szarą, brudną i nieciekawą rzeczywistością, często przytłaczającą i rozczarowującą, a z drugiej otrzymujemy magiczny pierwiastek, który nadaje tej historii nutę cudowności i fantazji. Czytamy o wydarzeniach osnutych mgłą, przygnębiającym cieniem i smutkiem, jakie dzieją się w świecie Abla i Anny, a następnie przeskakujemy w świat baśni, jakie roztacza Tannatek - tytułowy Baśniarz. Autorka nie stara się upiększać rzeczywistości, w jakiej obracają się jej postaci - nie tworzy sztucznego klimatu, lecz stara się w dobitny sposób pokazać swoim czytelnikom, że życie nie jest bajką, którą dobrze znamy od najmłodszych lat - bliżej mu do smutnej baśni, której istnienie dorośli przed nami taili. 

Anna to bohaterka, wobec której mojej uczucia często się zmieniały. Uwielbiałam ją za siłę, jaką miała w sobie - by wybaczać innym to, co ją spotkało, trzeba mieć w sobie jej niespożyte pokłady, bo jak sami wiecie, przebaczenie nie zawsze przychodzi łatwo. To dziewczyna, która dla miłości potrafiła zrobić wiele - poświęcała temu uczuciu całą siebie, to typ bohaterki, której celem jest dawanie, a nie otrzymywanie. Miała duszę poszukiwaczki - chciała poznać prawdę o Ablu, od początku książki widzieliśmy jej fascynację tym handlarzem narkotyków, która w miarę rozwoju sytuacji nie malała, ale jeszcze bardziej rosła. Momentami zdawała mi się być niezwykle dziecinna - miała w sobie taką naiwność, która była charakterystyczna dla dzieci.

Jej przeciwieństwem całkowitym był baśniarz. Od początku autorka kreowała go na osobę, o której mało co było wiadome. To postać, o której więcej nie wiemy niż wiemy. Trzymał się z dala od ludzi i nie chciał, by się do niego zbliżali. Annę też starał się trzymać na dystans, jednak jej nie doceniał - ona tak łatwo się nie poddawała. Starała się kruszyć mury, które wokół siebie postawił, jednak to nie było łatwe. Abel to osoba, którą ciężko podpiąć pod jakąś kategorię - to nie jest chłopak z przeszłością, którego odmieniła miłość. Ja sama nie do końca byłam pewna, czy żywił on do Anny te same uczucia, co ona do niego, choć później pozbyłam się tych wątpliwości. Jego wizerunek w książce był w brudnych, ciemnych kolorach - rozjaśniał go za to stosunek do własnej siostry. Ta miłość była naprawdę wzruszająca i pokazywała, że nie jest on tak zły, jaki starał się być - nikt jednak nie dawał mu szansy, by się pokazał mu w pełni. 

Antonia Michaelis stworzyła pełną niesamowitości książkę, w której fabułę poprowadziła dwutorowo - jednym szlakiem była codzienna niemiecka rzeczywistość, której nie była do pozazdroszczenia, a za odskocznię robiła sfera baśniowa. Choć obie wydawały się początkowo być całkowicie odmienne, to jednak okazało się, że mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Bohaterowie, których stworzyła, wzbudzają rozmaite emocje - od smutku, żalu i przygnębienia po złość i gniew. Baśniarz to nastrojowa opowieść z przepięknym zakończeniem i wątkiem kryminalnym, która ma wielką szansę trafić do wielu serc i oczarować je tak, jak oczarowała moje. 


Moja ocena: 7+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 11 sierpnia 2015

Nikt nie może czuć się bezpieczny.


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Taniec ze smokami, cz. II
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia. Tom V
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 760

Istnieją serie, od których autorów nie oczekujemy za wiele - sięgamy po nie, choć sami nawet nie wiemy, jaki jest tego cel. Czytamy, nie bardzo związujemy się z bohaterami, opisywane wydarzenia przechodzą luźno obok nas, my odkładamy je na półki, by za dwa dni nie pamiętać, o czym były i mijać je wzrokiem. Ile razy coś takiego miało miejsce? Ciężko by zliczyć. A jak często zdarza się, że jakaś seria podbija nasze serca, choć wcale tego nie podejrzewaliśmy? Jak często dochodzi do sytuacji, że książki czytane właściwie bez jakiegoś górnolotnego powodu podbijają nasze serca, a my nie możemy o nich zapomnieć? Kiedyś coś takiego zrobił ze mną Pratchett. Są autorzy, których cenię i bardzo lubię, należą do moich ulubieńców - lecz z  pełną świadomością mogę powiedzieć, że to on jest moim ukochanym autorem. Ale już nie jedynym - Terry, wybacz mi, bo musisz się przesunąć, przyszedł Martin. 

Przede mną kilka dni temu pojawiła się możliwość przeczytania ostatniego tomu wydanego w Polsce. Wahałam się, czy chcę to zrobić - kto wie, ile czasu przyjdzie mi potem czekać na kontynuację? Jednak w końcu skapitulowałam, gdyż chciałam móc się zapoznawać z tym, co autor przewidział dla swoich czytelników. Powoli i spokojnie wnikałam w świat, który wykreował. Przypominałam sobie niektóre wątki, rozpisywałam różne sytuacje, by nie zgubić w nich rozeznania, zaznaczałam na skserowanych mapkach - dosłownie żyłam tą książką. Z jednej strony chciałam ją czytać powolutku, słowo po słowie, delektować się treścią - z drugiej chciałam, by strony furkotały, a ja mogłabym wtedy szybciej dowiedzieć się, jak to się tym razem skończy. I co robić, gdy jest się w takim impasie? 

Pierwsza część Tańca ze smokami pozwoliła nam wrócić do postaci, które wcześniej zostały na moment wykluczone z fabuły - mowa o Daenerys, Jonie Snow, Tyrionie czy Starkach, przez co fabuła od razu zyskała na jakości. W kontynuacji tamtego tomu wątki ponownie zaczęły się splatać - teraz mamy i wgląd na to, co dzieje się na Murze, dowiadujemy się o sytuacji w Królewskiej Przystani, w Meereen czy w Dorne. Wracają do nas starzy, dobrze znani nam znajomi, powracają wrogowie, ale i przybywają postaci, których wcześniej nie mieliśmy możliwości zbyt dobrze poznać. Słowem - Martin zaczyna nas rozpieszczać, ale czy to może wróżyć coś dobrego? 

Dobre pytanie. Ten, kto przeczytał choć kilka tomów tej sagi wie, że ten autor uwielbia nieszablonowe rozwiązania. Bardzo często akcja jego książek rozwija się miarowym, dosyć spokojnym tempem, aby potem zacząć powolutku sobie przyspieszać i pędzić niczym wystrzelona z katapulty. Wydawać by nam się mogło, że już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć, ale Martin nabrał w tym ogromnej wprawy - u niego nigdy nie wiadomo, co wydarzy się na następnej stronie. Odczuwam czasem wrażenie, że uwielbia on igrać ze swoimi fanami, pokazywać im, że to on jest panem w swoich książkach, więc nigdy nie mogą czuć się pewni losów ulubionej postaci - już za chwilę ich twórca może zrobić rach-ciach i po nich. 

Recenzując teraz ostatni wydany tom przez autora mogę nieco na chłodno przeanalizować to, czego dokonał przez całą sagę Pieśni Lodu i Ognia. Stworzył setki postaci - niektóre epizodyczne, inne drugoplanowe, kolejne były na tyle ważne, by móc stać się narratorami - a każda z nich była kompletnie inna od reszty. Wiele z nich przeszło przez te kilka książkowych lat metamorfozy - mniejsze lub większe, pozytywne lub negatywne. Choć niektórzy nigdy się nie zmienią. Ja sama widzę, że do niektórych postaci miałam zmienny stosunek - na początku mnie drażniły i irytowały sobą, bym później wręcz nie wyobrażała sobie dalszych części bez nich, tak je polubiłam. Martin to prawdziwy mistrz w tej dziedzinie - nie czujemy wtórności, czujemy podziw. 

Żałuję bardzo, że trafiłam teraz na tą sagę. Żałuję, że nie poznam jej w przyszłości - za kilka(naście) lat, gdy autor ją zakończy ostatecznie - mogłabym wtedy bez czekania na kolejne części od razu pochłonąć całość i delektować się tym, co stworzył. Ja jednak sięgnęłam wcześniej i teraz prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie, jak ja będę w stanie tyle czekać - wprawdzie Wichry zimy mają zostać wydane w przyszłym roku według pogłosek, ale Sen o wiośnie to już całkiem inna bajka. Ten tom utwierdził mnie w przekonaniu, że u Martina nigdy nie możesz czuć się bezpiecznie. Nigdy nie możesz myśleć, że ktokolwiek jest bezpieczny, bo on nikogo nie oszczędza. Nie tworzy rozmemłanej, rozwlekłej i nudnej jak flaki z olejem historii - on kreuje od podstaw swój własny świat, który niemożliwie wciąga i sprawia, że rzeczywistość traci na znaczeniu. Liczy się tylko to, o czym wtedy czytamy. Stosuje cliffhangery, które sprawiają, że jesteśmy przez długi czas w szoku - teraz pozostaje czekać na kolejny tom, który liczę, że rychło pojawi się na sklepowych półkach i rozwieje moje wątpliwości. 


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 8 sierpnia 2015

W klasztorze, w którym trzeba wyjaśnić tajemnicę morderstw...


Autor: Umberto Eco
Tytuł: Imię Róży
Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
Liczba stron: 760

W ramach zacieśniania swoich kontaktów z klasyką literatury, co jakiś czas sięgam po pozycje, które do takowej się zaliczają. Choć mogłoby się wydawać, że takich perełek jest malutko, to wbrew pozorom można przebierać między nimi, bo ramy kanonu wcale nie są takie sztywne, jak mogłoby się wydawać - są całkiem elastyczne i czekają na to, by przyjąć kolejne tytuły pod swoje skrzydła. Ja najczęściej wyboru dokonuję przeszukując rozmaite listy czy rankingi - jeśli uznam, że faktycznie fabuła może mi się spodobać, to zaczynam swoje łowy; nie sięgam natomiast po książki tylko dlatego, "że to klasyka i muszę je znać". Jaki sens ma czytanie jej na siłę, jeśli nie sprawia przyjemności? Jej głównym celem jest przecież pokazywanie czytelnikowi, że piękne słowa i czasami trudniejsza konstrukcja zdań nie gryzie, a skłania do myślenia tym, jakie wartości ma przekazać. Czy tak też było z tą książką? 

Akcja dzieje się w czasach, które przez badaczy historii zostały nazwane średniowieczem. Jest rok 1327 i do klasztoru w północnych Włoszech przybywa pewien franciszkanin - Wilhelm z Baskeville, którego zadaniem jest odkrycie zagadki dotyczącej śmierci jednego z mnichów. Czas nagli, bo niedługo ma mieć miejsce debata na tematy teologiczne, której jednym z uczestników ma być znany inkwizytor, Bernard z Gui. Co gorsza, w trakcie prób rozwiązywania tajemniczej śmierci giną kolejne osoby, których zgony również muszą zostać wyjaśnione. Wilhelm wraz z towarzyszącym mu nowicjuszem, Adsem z Melku, wpadają na pomysł, by rozwiązania szukać w bibliotece - potężnej i liczącej sobie wiele tysięcy cennych woluminów. Nie jest to jednak bezpieczne - ktoś wyraźnie nie chce, by tajemnica została odkryta, a dwójce poszukiwaczy zaczyna grozić niebezpieczeństwo. 

To, co pierwsze rzuca się czytelnikowi w oczy, to język. Choć wiele klasyków jest pisane w lekki i przyjemny sposób, tak tutaj autor kieruje swoje słowa do nieco bardziej wymagającego czytelnika, więc nie każdemu może to przypaść do gustu. Wiele jest rozważań filozoficznych, wiele też pięknych, złotych myśli ubranych w naprawdę piękne słowa. Ten obszerny tom stanowi nie lada gratkę dla osób, które lubią delektować się słowem pisanym, a nie czytać, byle tylko przeczytać. Jeśli ktoś z takim założeniem sięgnie po książkę Umberto Eco, to może być mocno zawiedziony, gdyż ciężko coś z niej wynieść, gdy przebiegnie się wzrokiem przez kartki, coby tylko później móc się chwalić, że się taką znaną i cenioną książkę przeczytało. Nie tędy droga - to uczta dla smakoszy, a nie klientów budek z wątpliwej jakości potrawami. 

Całą historię mamy okazję poznać z punktu widzenia nowicjusza. To Adso z Melku jest narratorem i to on pozwala nam zagłębić się w tajemnicę morderstw w wielkiej sławy klasztorze. Wydawać by się mogło, że autor nie mógł wybrać bardziej nudnego i nieciekawego miejsca dla umiejscowienia w nim swojej fabuły, ale stopniowo udowadniał, że doskonale wiedział, co robi. Idealnie skonfrontował niespieszne życie zakonników, dla których najważniejsze jest życie pośmiertne, z nabierającą tempa intrygą, która zamiast być rozwiązana, jeszcze bardziej się powiększa. Autor potrafił w naprawdę świetny sposób wprowadzić mnie w maliny i sprawić, że nie wiedziałam sama, kto może być sprawcą. Ten wątek sprawiał, że nie mogłam oderwać się chwilami od tekstu, byle móc szybciej dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Po przeczytaniu doszłam do wniosku, że mało który autor potrafiłby tak pokrętnie, a jednak logicznie i pomysłowo wymyślić rozwiązanie zagadki. 

Wciąż jestem zaskoczona tym, jak doskonale autorowi udało się odmalować czasy średniowiecza w tej powieści i mentalność ludzką. Każdy, kto z historią miał do czynienia doskonale zdaje sobie sprawę, że mimo dużej pobożności u ludności, średniowiecze jest epoką ogromnych przeciwieństw - nawet w opisywanym klasztorze widziało się, że nie każdy był tam z powodu Boga, a ludzie szukali w tym różnych celów. To okres historyczny, który zwany jest ciemnymi czasami, choć nie można też mówić o całkowitym zastoju w rozwoju. Poznajemy w tej książce czym była słynna inkwizycja i jak się ją je, stosunek Kościoła do ruchów heretyckich, odnajdujemy tu nepotyzm i symonię, a także rywalizację władz kościelnych ze świeckimi, czyli większość palących problemów, jakie stały się udziałem tej epoki, a to wszystko wyczerpująco opisane.

Sam autor twierdzi, że trzeba przebrnąć pierwsze sto stron, by pozwolić się porwać reszcie książki i płynąć wraz z jej fabułą - coś w tym jest, bo choć początek może początkowo się dłużyć, to potem leci o wiele lepiej. Choć głównym wątkiem jest ten kryminalny, to jednak nie każda osoba lubiąca ten gatunek książek odnajdzie się w Imieniu Róży - tu trzeba czytelnika, któremu nie straszne są wątki średniowieczne, nieco filozofii i łacińskich maksym. Jeśli jednak czujecie, że to może być coś dla Was - zachęcam do zapoznania się, bo to niewątpliwie coś, co warto znać - nie trzeba, a warto. Ta historia tocząca się wokół zbrodni i tajemniczego manuskryptu z biblioteki, w której wbrew pozorom czeka wiele zagrożeń, nie tylko wciąga, ale i pokazuje, jak pięknie można operować słowem pisanym. Dla czytelnika, który od literatury wymaga tego, co najlepsze na pewno nie trzeba tej książki wiele razy polecać. Ale ja i tak to zrobię, tak profilaktycznie - polecam! 


Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 7 sierpnia 2015

Czy Bonda jest królową polskiego kryminału?


Autor: Katarzyna Bonda
Tytuł: Pochłaniacz
Cykl: Cztery żywioły Saszy Załuskiej. Tom I
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 674

W dzisiejszych czasach marketing to coś, bez czego wiele firm nie wyobraża sobie życia. Bez odpowiedniej reklamy i promocji ciężko jest się wybić - tak też jest na rynku książkowym, gdzie najwięcej osób czyta to, co jest popularne, o czym jest głośno i co rzuca się w oczy. Do tego dochodzą hasła w rodzaju to musisz mieć, to trzeba poznać, nie możesz obok tego przejść obojętnie i mnóstwo osób zostaje skuszona, bo skoro to jest tak zachwalane, to pewnie rzeczywiście to musi być takie superextrafajne jak mówią. Książka jak każdy inny towar również ma swoją żywotność i to od wydawcy i autora w głównej mierze zależy, czy będzie wciąż rozchwytywana po x czasie od premiery, czy będzie kurzyć się w magazynach. Przyznaję, że jestem osobą, na którą takie akcje marketingowe różnie działają - czasem poddaję im się szybko, czasem wcale na nie nie reaguję. O Katarzynie Bondzie słyszałam wiele i w końcu reklamy zrobiły swoje - czy rzeczywiście jej nazwisko jest marką samą w sobie? 

Kim jest Sasza Załuska? To osoba wykonująca ciekawy zawód, jakim jest bycie profilerką. Zajmuje się sporządzaniem portretów pamięciowych sprawców różnych przestępstw i walczy ze swoim nałogiem, którym jest alkoholizm. Oprócz tego jest też matką, która wychowuje samotnie swoje dziecko. Choć nie taki krok planowała w swojej dalszej karierze, to zostaje rzucona w kręgi mafijne, aby rozwikłać sprawy związane z rozwijającą się w naszym kraju sektą. Wróciła do kraju, by móc wyraźną kreską oddzielić od siebie przeszłość, ale czy coś takiego w ogóle jest w życiu możliwe? 

Polski autor - po raz kolejny. Ostatnio Olejnik i Mróz, oboje genialni, więc skoro tyle pozytywów ze strony polskich autorów mnie spotkało, to zdecydowałam się iść za ciosem i postanowiłam poznać twórczość tej, która została okrzyknięta królową w dziale polskiego kryminału. Nie miałam okazji zapoznać się nawet z dorobkiem osoby, która ją postawiła na szczycie piedestału (ale planuję!), tak więc nie wiedziałam, czy jej ocena jest miarodajna - uznałam, że nie ma co zwlekać, warto się zabrać i przekonać, czy rzeczywiście ta autorka z naszego, polskiego, podwórka rzeczywiście tą królową jest. Czy sprawa Saszy Załuskiej zapewniła mi dreszcze podczas czytania? 

Strona obyczajowa tej powieści jest dopięta na ostatni guzik. Muszę z przyjemnością stwierdzić, że Katarzynie Bondzie udało się wykreować przekonujące realia, które nie sprawiają wrażenia sztucznych ani naciąganych. Spokojnie każdy czytelnik może poczuć tę polskość i swojskość tutaj, bo klimat naszego kraju i mentalność społeczeństwa została bardzo dobrze wykreowana. Autorka oddała w ręce czytelnika rzetelny wizerunek osoby, która zajmuje się tworzeniem profilów zbrodniarzy - zawód ceniony w świecie, u nas niekoniecznie popularny. Sasza to kobieta, która przypada do serca - może przez to, że nie jest idealna, widoczna jest jej walka z przeciwnościami i ambicja w dążeniu do tego, by je wszystkie krok po kroku pokonywać. 

Ogromnym minusem dla mnie jednak jest to, że przez tę doskonale rozbudowaną warstwę obyczajową nie miałam uczucia, że czytałam kryminał... O wiele bardziej prawdopodobne wydawało mi się, że to jednak jakaś obyczajówka, całość po prostu nie wzbudzała żadnego napięcia, nie pojawiły się też dreszcze ani niecierpliwość w odkryciu, kim jest "ta" osoba - domyśliłam się tego bardzo szybko. Nie mam nic przeciwko książkom, które są grube tak jak ta - ale nie znoszę, gdy sprawiają wrażenie przegadanych. Wolę, gdy zostają skrócone o dwieście-trzysta stron, a są konkretniejsze, niż gdy muszę męczyć się z czymś, co mnie zaczyna nudzić. Gdy mam ochotę na kryminał - chcę kryminału, nie obyczajówki. Nagmatwanie w narracji także nie sprzyjało lepszemu odbiorowi tej książki - jedynie wzmagało irytację, bo czasem prościej=lepiej. Czasami strony leciały szybciutko, a czasami sama musiałam kibicować sobie, by przewrócić kolejną i zająć się nią - a chyba nie o to chodzi? 

Po lekturze Pochłaniacza uznałam, że tytuł królowej został pisarce nadany nieco na wyrost - oczekiwałam naprawdę świetnego kryminału, a otrzymałam nieco przegadaną książkę z ładnie rozwiniętą warstwą obyczajową, która została dopracowana elegancko i z klasą. Po tylu entuzjastycznych opiniach liczyłam, że jest to kolejna książka, która pomoże mi uwierzyć w polskiego autora - troszkę się pomyliłam. Może i nie jest najlepiej, ale nie mogę też powiedzieć, że najgorzej. Sądzę, że gdyby autorka bardziej trzymała się głównego wątku, a nie wchodziła w tysiąc pobocznych, wyszło by to z korzyścią dla tej książki, bo to wszystkie te odnóża zabijały akcję i spowalniały tempo. Czekam na możliwość przeczytania kolejnego tomu i zweryfikowania swojej opinii na temat tej autorki - mam nadzieję, że pokaże jeszcze, na co ją stać. 


Moja ocena: 6-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Czy krok może być już tym "za daleko"?


Autor: Abbi Glines
Tytuł: O krok za daleko
Cykl: Rosemary Beach. Tom I
Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 336

W ostatnim czasie literatura New Adult szturmem podbija rynki wydawnicze i ze śmiałością można powiedzieć, że każdy, kto obraca się w blogosferze, miał choć z jedną tą książką do czynienia (jeśli był kobietą, bo co do mężczyzn to pewności jednak mieć nie mogę, z nimi różnie bywa). Nie ma w tym raczej nic dziwnego - choć te książki opierają się na znanym wszystkim szkielecie, to jednak od każdej autorki zależy, czy postanowi stworzyć historię taką jak wszystkie, czy będzie wolała pójść swoją drogą i stworzyć coś o czym będzie głośno przez długi czas. Nie trudno w tym gatunku o perełki, nie trudno jednak też o prawdziwe gnioty - a jak w tym przypadku? 

Blaire pomimo swoich dziewiętnastu lat nie jest taka, jak jej reszta rówieśniczek. Ona musiała przedwcześnie dorosnąć, dlatego teraz znajduje się w miejscu, w którym nigdy nie planowała się znaleźć - przed domem ojca, gdzie chce szukać u niego ratunku. Ma ze sobą broń, starego pikapa i prawie pusty portfel. Gdy wysiada, okazuje się, że jej ojca w domu nie ma, znajduje się w nim jednak Rush - mężczyzna nie tylko przystojny jak diabli, ale i niesamowicie arogancki. Pozwala jej z niechęcią zatrzymać się w tym domu i choć początkowo nie zapowiada się na to, to jednak oboje zaczynają odczuwać w stosunku do siebie pociąg i pożądanie, którego nie potrafią się pozbyć. Wiedzą, że nie powinni się zbliżać - czy jednak sama wiedza wystarczy? 

Z Abbi Glines miałam już do czynienia wcześniej, gdy czytałam książkę Przypadkowe szczęście. Książkę tę odebrałam bardzo dobrze, ponieważ New Adult to literatura, która świetnie wpasowała się w mój gust czytelniczy, dlatego zdecydowałam się na ponowną randkę z twórczością tej autorki. Uzbrojona w pyszną mrożoną herbatę i pudełko ciasteczek owsianych własnej roboty zabieram się do opisywania Wam moich wrażeń polekturowych - czy drugie starcie z Abbi okazało się być tym tytułowym krokiem za daleko w naszych dotychczasowych stosunkach? 

Tak jak wspomniałam wcześniej, każde NA ma swój schemat, którego autorzy trzymają się w mniejszym bądź większym stopniu - tak jest i tutaj, bo Blaire ma za sobą bagaż doświadczeń, który musi dźwigać na swoich delikatnych plecach. To dziewczyna pełna sprzeczności, więc momentami wprowadza nieco zamieszania - z tym, że do razu czuje się z nią jakąś więź, która wywołuje u nas sympatię skierowaną w jej kierunku. Choć na pierwszy rzut oka fabuła może brzmieć banalnie i wtórnie, to jednak połączenie Blaire z Rushem jest nie dość, że nieprzewidywalne, to na dodatek wybuchowe. Czują wzajemny magnetyzm i to samo odczuwa czytelnik pochylony nad książką - nie da się chwilami oderwać od tej książki, tak nas ciekawi to, co autorka wymyśli. 

Nie obyło się jednak też bez drobnych zgrzytów - znów mamy bohaterkę, która ma niesamowitą urodę, ale oczywiście nie jest w stanie tego dojrzeć i uważa siebie za dosyć przeciętną. Jest męski bohater, który wręcz kipi od testosteronu i cały nim ocieka. Oczywiście wszystko wskazuje na to, że wylądują w łóżku. Gdyby rozbić fabułę tę książki, można uznać, że składa się z samych, powielanych przez wielu autorów, schematów - ale to byłoby niesprawiedliwe, bo choć Abbi posługiwała się mocnymi banałami, to jednak potrafiła je ze sobą połączyć w tak płynny sposób, że w końcu wcale ich nie dostrzegamy. Nie mamy wrażenia, że to już znamy - czytamy, czytamy i czytamy, bo historia wymyślona przez nią naprawdę wciąga i nie wypuszcza. 

O krok za daleko to początek cyklu Abbi Glines, która już na wstępie pokazuje, że w swoich książkach potrafi mocno podgrzewać temperaturę. Choć jej książka nie sprawia wrażenia opowieści o miłości - bardziej o pasji, pożądaniu i namiętności między dwójką młodych ludzi - to jednak na koniec daje nadzieję, że związek Blaire i Rusha nie był oparty tylko na seksie, a na tworzącej się między nimi więzi. Czepliwy czytelnik odnajdzie tu wiele schematów, ale trzeba oddać autorce, że potrafiła je tak ze sobą poskładać, że one wcale nie przeszkadzają. Wydają się być jak najbardziej na miejscu i nie wyobrażamy sobie, by tak miało nie być. Jeśli lubicie literaturę NA - to dla Was strzał w dziesiątkę, tylko uważajcie - te strony przy przewracaniu naprawdę mogą Was poparzyć! 


Moja ocena: 7+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska


Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Pascal! ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka