piątek, 31 lipca 2015

Opus magnum Daviesa, czyli Europa.


Autor: Norman Davies
Tytuł: Europa. Rozprawa historyka z historią
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 1408

Już od najmłodszych lat w szkole jest nam wykładany przedmiot, który nosi wdzięczną, lecz i wiele mówiącą nazwę historia. Oczywiście, z samą przeszłością mogliśmy mieć styczność szybciej niż w pierwszych klasach podstawówki ze względu na opowieści dziadków, którzy roztaczali przed nami opowieści o ich wczesnych latach, które wydawały nam się takie nieprawdopodobne - jak to możliwe, że babcia mogła kiedyś nie być moją babcią, ale małą piegowatą dziewczynką w moim wieku? Jak to możliwe, że ten spokojny starszy pan lubiący poczytać gazetę z samego rana, uczestniczył kiedyś w wojnie? Tych pytań jest mnóstwo - i można ich mnożyć na potęgę. Choć początkowo wiele dzieci czuje się zainteresowane ciekawymi, dawnymi dziejami, to jednak szybko tracą zapał - kto by chciał wkuwać te nudne daty, przyczyny i skutki wojen, naczelników wojsk i straty po każdej ze stron? Lecz historia to nie tylko przedmiot, możliwe, że przez wielu znienawidzony - historia to nasze dzieje, które warto jest poznać. 

Zazwyczaj na początku swojej recenzji staram się w kilku zdaniach opisywać Wam, na co możecie liczyć, jeśli sięgniecie po daną książkę - w tym wypadku jednak czuję, że jest to niemożliwe. Może dlatego, że ta ogromna księga liczy sobie tak wiele różnorodnych zagadnień, że ciężko jest mi powiedzieć w skrócie, o czym ona jest. Słowem-kluczem jest przeszłość - nie tylko naszego kraju, ale jak sam tytuł mówi - Europy, więc łatwo się domyślić, czego to kompendium będzie się tyczyło. Wielu z Was może czuć się zrażonych już po samym zerknięciu na niego, wielu może przestraszy się sporej objętości - to zdecydowanie nie jest historyjka na jedno popołudnie, ale czy ze względu na to nie jest warta tego, by móc się nią delektować? 

Pasjonatką historii jestem od dawna - uwielbiam od czasu do czasu zagłębić się w publikacje, które się jej tyczą (szkoda tylko, że mają aż tak wysoką cenę...), lecz trzeba przyznać, że nie da się czytać bez przerwy czegoś takiego, przynajmniej mi wydaje się to być niewykonalne. Choć język, jakim posługuje się Norman Davies jest zdecydowanie przystępny i ani trochę nienużący, to jednak czasami można być przytłoczonym taką dawką przeszłości i czuje się potrzebę, by sięgnąć po coś bardziej lekkiego. Mnie samej przeczytanie jego opus magnum zajęło pełne siedem miesięcy - książkę tę otrzymałam na święta - i mogę powiedzieć, że z pewnością nie żałuję ani chwili czasu, jaką poświęciłam, by się z nią zapoznać. Nie czytałam jej tak jak inne - starałam się delektować, sięgać po nią od czasu do czasu, na spokojnie i jedynie wtedy, gdy naprawdę czułam taką chęć - zdarzało się, że przez całe miesiące nie przeczytałam nawet dziesięciu stron, a bywało i tak, że w ciągu kilku dni chłonęłam te strony jak oszalała. 

Warto podkreślić, że jest ona opracowana solidnie - wszystko w niej jest zaprezentowane czytelnie, a czytelnik wcale nie ma obowiązku pochłaniania jej od deski do deski, bo spokojnie może zacząć sobie od jakiegokolwiek interesującego go zagadnienia, co może być bardzo wygodne, gdy nie ma się aż tyle czasu, by spędzać go z dziełem Daviesa. Autor nie posługuje się językiem z kosmosu - ba, mogę ze zdziwieniem stwierdzić, że jest z niego typ gawędziarza, co znacznie umila czytanie. Momentami, gdy człowiek naprawdę wsiąknie, ciężko uniknąć wrażenia, że nie czyta się książki popularnonaukowej, ale jakąś bardzo dobrą powieść osadzoną w historii z wieloma wątkami kryminalnymi i odrobiną fantastyki wymieszanej z ludowością. 

Nie jestem żadnym historykiem, a tą dziedziną nauki interesuję się amatorsko, dlatego momentami ciężko było mi podchodzić do niektórych zagadnień obiektywnie. Autor ciekawie i wyczerpująco snuje przed nami dzieje poszczególnych krajów europejskich, choć dla obeznanego w danym materiale czytelnika łatwo jest dostrzec, że Norman Davis nie ustrzegł się przed błędami merytorycznymi w swojej powieści i ma tendencję do upraszczania niektórych faktów, co mnie chwilami raziło w oczy. Na szczęście nie jest to częste zjawisko i osobiście nie mam za wiele więcej autorowi do zarzucenia - być może coś umknęło mojej uwadze lub samej nie udało mi się przyjąć tego do wiadomości.

Nie mam wątpliwości, że po tę knigę sięgną osoby, które nie lubią historii - trzeba się choć trochę interesować poruszanymi w niej zagadnieniami, by odnaleźć przyjemność w poznawaniu przeszłości nie tylko naszego kraju, ale i całego Starego Kontynentu. Norman Davies stworzył opasłą księgę, której raczej nie będziecie czytać w środkach lokomocji, a nawet siedząc wygodnie w ulubionym fotelu Wasze kolana w końcu będą miały dosyć, ale jedno jest pewne - ten historyk zna się na tym, co stworzył i zrobił to w nie tylko profesjonalny sposób, ale i wciągający. Nie spotkałam się jeszcze z książką, która w sobie mieściłaby tyle treści na temat historii - najczęściej trzeba szukać po różnych tomach danych wydawnictw - tutaj mamy wszystko w jednym, lecz nie można też powiedzieć, że zostało coś potraktowane po macoszemu. Dla pasjonatów historii - prawdziwa perełka. 


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

czwartek, 30 lipca 2015

Odkrywanie sekretu mężczyzny z amnezją w iście nieprofesjonalny sposób.


Autor: Kendall Ryan
Tytuł: Jesteś zagadką
Cykl: Unravel Me. Tom I
Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 256

Od zawsze w ludzkich głowach tkwiło przekonanie o tym, że to, co jest nieznane, stanowi rzecz bardziej nęcącą od innych nam dostępnych. Doskonałe zobrazowanie tego stwierdzenia przedstawiają sobą bohaterowie najróżniejszych horrorów - ile razy zdrowy rozsądek, mózg i Ty przed ekranem mówiłaś nie rób tego/nie idź tam/nie otwieraj tych drzwi/wracaj, a piękność z włosami koloru blond i inteligencją dorównującą fistaszkowi i tak robiła to, czego nie powinna? Za każdym razem tak jest i ciężko w zasadzie się dziwić - gdyby nie było takich postaci, nie byłoby też takich filmów. Robią to, by odkrywać coś, co jest nieznane, by przekonać się, co jest ukryte i czy rzeczywiście to takie straszne (a że kończą potem bez głowy, to już inna bajka). Czy i nie dlatego my sięgamy po książki, jeśli nie pchani ciekawością i chęcią odkrywania nowych, niepoznanych jeszcze historii lub kolejnych ambitnych pisarzy? 

Ashlyn jest młodą doktorantką, dla której ciekawość to czynnik popychający ją do zdobywania coraz większej wiedzy w zakresie swojego wykształcenia. Gdy ta studentka psychologii poznaje chorego na amnezję mężczyznę, odkrywa w sobie chęć do odkrycia, co kryje w sobie ten tajemniczy mężczyzna, który niczego nie pamięta. Podejmuje ona decyzję, by pomóc mu w odkrywaniu swojej przeszłości. Już od pierwszych chwil okazuje się jednak, że ich znajomość ciężko będzie utrzymać na stopie profesjonalizmu, ponieważ oboje odczuwają wzajemny pociąg i pożądanie. Ponadto Ashlyn przekonuje się, że ciężko jest układać sobie przyszłość przy mężczyźnie, o którym nic nie wie, a który pragnie odkryć, kim był kiedyś - czy zrujnuje tym ich relacje? 

Kłamstwem byłoby powiedzenie, że unikam literatury z wątkami erotycznymi. Przeglądając zakładkę z recenzjami łatwo można się przekonać o tym, że całkiem spora ilość tytułów czytanych i recenzowanych przeze mnie zawiera tego typy motywy, bo jak każda kobieta lubię od czasu do czasu przeczytać coś z nutą erotyki. Opis książki Jesteś zagadką od pierwszych słów opisu fabuły na okładce krzyczy do potencjalnego czytelnika, jakiego rodzaju historii może się spodziewać - i to właśnie mnie skusiło, bo po przelukrowanym końcu trylogii pani Stephens, genialnym thrillerze Mroza i ponadczasowej powieści Bułhakowa poczułam, że chcę do poczytania czegoś, przy czym nie będę mogła się wysilać, moje komórki się zrelaksują, a ja zapewnię sobie odpowiednią dozę przyjemności. Czy tak było? 

Autorka w interesujący sposób rozpoczęła swoją książkę pisaną z perspektywy Ashlyn. To dziewczyna niezwykle ambitna, która ma ustalone cele w swoim życiu i stara się dążyć do nich ze wszystkich sił, tak, aby nigdy niczego nie żałować. Jej postać ma w sobie pewien urok - to jednocześnie bardzo zorganizowana osoba, jeśli mowa o jej pracy doktoranckiej i przygotowaniu do niej, a z drugiej strony to osoba roztrzepana, żyjąca w wiecznym bałaganie i niemająca czasu na relacje męsko-damskie, w związku czym musi posiłkować się swoją wyposażoną szufladką. Gdy jej promotor składa jej pewną propozycję, ona wie, że musi ją wykorzystać - nie waha się i wie, że nie będzie żałowała - w taki sposób poznaje właśnie tajemniczego mężczyznę, który jest ziszczeniem mokrych snów wszystkich kobiet. Nie dość że przystojny, umięśniony, to jeszcze stanowiący nie lada zagwozdkę dla każdej - nic dziwnego więc, że Ashlyn także szybko pada wrażeniem jego uroku. 

Osią całej historii jest amnezja, wokół której obracają się główni bohaterowie. Chcą oni zbudować wspólną więź, bo czują wzajemny magnetyzm, lecz jednocześnie obawiają się tego - nie wiedzą, jaką przeszłość kryje w sobie Logan i czy odkrycie jej nie sprawi, że oboje będą zranieni. Choć każdego dnia towarzyszy im mnóstwo wątpliwości, to co do jednego są pewni - chcą wykorzystać każdą chwilę jaką mają. Wątek ich rozwijającej się relacji był głównie skupiony na bliskości fizycznej - nie brakuje w tej książce pikantnych scen seksu, które Kendall Ryan opisuje w uwodzicielski i wciągający sposób, przez co można poczuć dreszcze na skórze i przyjemne ciepło. Nieco natomiast kuleje emocjonalna strona tej historii - momentami brakowało mi nieco głębszych myśli bohaterów i wątków, w których autorka pozwoliłaby mocniej zżyć się z wykreowanymi przez nią postaciami. Z chęcią dowiedziałabym się także więcej o przeszłości Logana niż to, co zostało powiedziane - autorka zbyt szybko chciała chyba zakończyć całość, a niepotrzebnie. 

Trzymając w ręku Jesteś zagadką macie przed sobą książkę, na której dopasowanej kolorystycznie okładce widnieje para ukazana w sugestywny i jednoznaczny sposób, co stanowi swoistą zapowiedź tego, co otrzymacie. Zerkając na tył, możecie przeczytać, że dodatkowo będziecie mieli do czynienia z zagadnieniem amnezji. Ale tylko czytając książkę Kendall Ryan możecie w pełni przekonać się, czy rzeczywiście dobrze udało jej się połączyć erotykę z chorobą psychiczną bohatera i czy książka spełnia swoje zadanie. Czytelnik ma okazję być świadkiem nie tylko gorących scen zbliżeń Ashlyn i Logana, ale na dodatek otrzymuje nutę tajemniczości, co tylko podsyca całość. Nie jest to typowy erotyk, nie jest to typowe New Adult - sami powinniście sięgnąć, by móc się w takim razie przekonać, czym ta książka jest.


Moja ocena: 6+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Pascal! ;)

środa, 29 lipca 2015

Obracając się w kanonie literatury - czy Mistrza i Małgorzatę trzeba znać?


Autor: Michaił Bułhakow 
Tytuł: Mistrz i Małgorzata
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 552

Od wielu lat istnieje podział literatury na taką, która nadaje się do czytania w celach rozrywkowych, oraz taką, która ma nie tylko sprawiać przyjemność, ale być też ucztą literacką dla umysłu. Wciąż obijają się nam o uszy hasła w rodzaju to musisz poznać, to trzeba znać, jeśli nie spróbujesz, nie dowiesz się, ile tracisz, i tak dalej, i tak dalej. Także w kwestii poznawania kolejnych książek tworzone są rozmaite akcje, mające zachęcić osoby czytające nie tylko do tego, by sięgały po książki lekkie, łatwe i przyjemne, ale po takie, które swoją lekturą sprawią, że nie zapomnimy o nich jutro czy za tydzień, lecz przez kolejnych wiele dni, tygodni i lat będziemy pamiętać o wartościach, jakie dana pozycja nam miała przekazać. Czy Mistrz i Małgorzata jest książką tego typu? 

Ciężko jest mówić o książkach, które mają kilkaset stron i próbować opisać w kilku zdaniach wydarzenia, jakie się w nich rozgrywają bez ujawniania zbyt istotnych wątków. W tym przypadku historia toczy się wokół wizyty kilku nietypowych gości w Moskwie lat trzydziestych dwudziestego wieku - nietypowych, bo wśród nich jest sam Szatan. On i jego grono mocno namieszają w życiu codziennym mieszkańców stolicy Związku Radzieckiego, także tytułowej pary - mistrza i Małgorzaty, których życia ulegną wielu niesamowitym zmianom. Jak interpretować książkę, której interpretacji powstały już setki? 

Po Mistrza i Małgorzatę sięgam w swoim życiu już po raz trzeci. Pierwsze spotkanie z książką Bułhakowa miałam w liceum i przyznaję, że to właśnie moja nauczycielka z polskiego zachęciła nas, byśmy po tę książkę sięgnęli w życiu choćby raz jeszcze - po to, by nie oceniać jej przez pryzmat lektury i spróbować czytać ją tak, jak czyta się każdą inną książkę, oraz by w podświadomości nie siedziała myśl, że to znowu ta okropna lektura, więc z pewnością będzie nudna. Mając w pamięci te słowa sięgnęłam kiedyś po nią raz jeszcze, a teraz postanowiłam po raz kolejny spróbować odnaleźć się w świecie Bułhakowa, do którego idealnie pasowałyby słowa śpiewane kiedyś przez Niemena - że dziwny jest ten świat. 

Nie chcę się tutaj bawić w nakreślanie Wam wątków, jakie stworzył autor - z racji tego, że jest to lektura szkolna (a może już nie, więc wtedy proszę mnie poprawić), omawialiście wszelakie motywy, głowiliście się nad interpretacjami, analizami. Pochylaliście głowy w skupieniu, by scharakteryzować dane postacie i odnaleźć związki łączące to dzieło z innymi - tutaj tego nie będzie. Tutaj będzie raczej refleksyjnie, by zastanowić się nad tym, jakim trzeba być geniuszem, by stworzyć książkę taką, by w tak mnogi sposób można było ją odebrać. Ilu ludzi, tyle pomysłów na to, co w sobie ona kryje - i każda idea ma w sobie jakieś ziarno, które nadaje nowego światła tej powieści i jeszcze bardziej przyczynia się do tego, że staje się ona (choć od tak długiego czasu jest) ponadczasowa. 

Znalazłam swój zeszyt z liceum, w którym miałam napisane wypracowanie na temat pewnej myśli i całego wątku z tej historii Bułhakowa. Porównując moje myślenie z tamtego czasu z tym, jak odebrałam to teraz - jestem pod wrażeniem, bo gdybym nie znalazła tego zeszytu, to pewnie nie pomyślałabym teraz o tym, że można coś odebrać w taki sposób. Nie przyszło mi to nawet na myśl. Zabawne jest to, jak u człowieka może zmienić się sposób postrzegania pewnych spraw, jak kilka lat może zmienić rodzaj odbioru pewnych treści i znaków. Też tak mieliście w przypadku innych książek? 

Z pewnością Mistrz i Małgorzata to książka dość nietypowa w odbiorze - lecz łączy w sobie tyle niesamowitych zabiegów, że żal byłoby nie móc jej poznać. Jest przepełniona groteską, ironią, celnymi myślami na temat otaczającej nas rzeczywistości i szyderczym komentarzem, przedstawia życie każdego z nas w krzywym zwierciadle, pokazując, że na miejscu bohaterów mógł być każdy z nas. Książka ta łączy w sobie wiele płaszczyzn, choć pokazuje dwie historie - tę toczącą się w Rosji i tę z Jerozolimy, opisywaną przez jednego z bohaterów, co pokazuje, jak wiele treści można zawrzeć w stosunkowo nie za grubej pozycji. Bułhakow udowadnia, że literatura rosyjska stoi na bardzo wysokim poziomie i niewątpliwie zasługuje na to, by znajdować się w kanonie literatury czy w tzw. klasyce. To nie tylko powiastka o diable w Moskwie czy historia miłości, ale zmuszające do myślenia studium o nas samych, o naszych cechach, (nie)moralności i życiu. 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

niedziela, 26 lipca 2015

Czy z duetu Chyłki i Oryńskiego może wyjść coś dobrego?


Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Kasacja
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 496

Tematyka świata prawniczego jest ostatnio bardzo na czasie - kto z nas nie słyszał o produkcjach telewizyjnych takich jak Sędzia Anna Maria Wesołowska czy Prawo Agaty? Jest ich oczywiście o wiele więcej, bowiem powstają one jak grzyby po deszczu - podobnie jak nasza kochana literatura, która wykazuje coraz mocniejsze zainteresowanie tą sferą. Nie ma w tym niczego dziwnego - rozprawy sądowe, knucie zawiłych intryg, potyczki między obroną i prokuraturą, a także odkrycie prawdy - te wszystkie elementy przedstawione w odpowiedni sposób mogą się złożyć na powstanie naprawdę dużego hitu, który wzbudzi zainteresowanie u wielu osób. Czy tak też zrobił Mróz? 

Joanna Chyłka pracuje w prestiżowej kancelarii jako jeden z bardziej cenionych adwokatów, która jednocześnie znana jest ze swojego nieszablonowego stylu bycia i ostrego języka. Otrzymuje ona sprawę Piotra Langera - syna milionera, który został oskarżony o bestialskie zamordowanie dwójki ludzi. Jego wina wydaje się być tym bardziej oczywista przez drobny fakt - przez dziesięć dni przebywał ze zwłokami w swoim mieszkaniu. Joanna ma do pomocy młodego aplikanta Kordiana, z którym wspólnie muszą wybronić osobę, która ma dziwną strategię - ani nie zaprzecza, ani nie potakuje, a zdaje się prowadzić własną grę, którą para prawników musi rozpracować i wykorzystać na własną korzyść.

Nigdy nie podejrzewałabym, że tak będzie, ale po raz drugi w tym samym miesiącu sięgam po autora z polskiego podwórka, co dla mnie jest swoistym osiągnięciem. Po cudownych wrażeniach zawdzięczanych młodzieżowej powieści Olejnik, postanowiłam strzelić w coś innego - coś z nutą sensacji i kryminału. Głośno ostatnio było o zjawisku Mrozomanii - ten autor wciąż pojawiał się na kolejnych blogach, więc zdecydowałam się przekonać, czy szum wokół jego twórczości rzeczywiście jest zasłużony. Czy Remigiuszowi Mrozowi udało się porwać i mnie? 

Od dawna planowałam poznanie tego autora i tego, dzięki czemu udało mu się wstrząsnąć światem polskiej literatury współczesnej. Teraz siedzę z palcami nad klawiaturą, obok mnie leży książka z wytłoczonym napisem Kasacja oraz nazwiskiem pisarza, a ja zastanawiam się, w jaki sposób i w jakie słowa ubrać moje uczucia po przeczytaniu tej prawniczej historii. W mojej głowie kłębi się kilka pytań, na które staram się powoli udzielać jak najlepszych i najtrafniejszych odpowiedzi, ale jest jedno takie najważniejsze z nich, które nie daje mi spokoju - dlaczego, do cholery, tak późno trafiłam na Kasację

Już od pierwszych stron panu Remigiuszowi udało się wzbudzić we mnie dużą ciekawość, a każda kolejna strona tylko potęgowała to wrażenie - powolne wprowadzanie czytelnika w cały bieg wydarzeń i wytworzenie specyficznego nastroju zrobiły swoje. Język, jakim została spisana ta opowieść, jest naprawdę przyjemny i lekki w odbiorze - choć fabuła mocno dotyka stosunkowo skomplikowanych spraw związanych z prawem, to jednak całość jest opisywana w taki sposób, by nawet największy laik w tej dziedzinie mógł sobie  z łatwością przyswoić tę wiedzę. Nie ma tu za dużo zagmatwanej terminologii, nie ma nudy - mamy za to masę akcji i humoru.

Jest to spowodowane obecnością duetu Joanna & Kordian, których dialogi po prostu uwielbiam. Potrafili rozbawić mnie wielokrotnie i naprawdę z ciekawością śledziłam ich potyczki słowne, które dodały tej powieści mnóstwo smaku. Nie wyobrażam sobie, by postaci wykreowane przez Mroza mogłyby być inne - coś takiego wydaje się być wręcz nie do pomyślenia. Joanna to ostra kobieta, która wie, czego chce. Nie ma w sobie niczego z rozchichotanej, naiwnej idiotki - to osoba błyskotliwa i diabelnie mądra, a do tego lubująca się w docinkach i ripostach. Nie pogardzi dobrym, solidnym kawałem ociekającego tłuszczem mięsa, a do tego uwielbia pisk opon podczas jazdy - zdecydowanie gatunek bohaterki na wymarciu, Chyłka jest pod ścisłą ochroną! 

Dla przeciwwagi mamy postać Kordiana - jest on tym wszystkim, czym nie jest Chyłka. W przeciwieństwie do niej to świeżak w świecie wymiaru sprawiedliwości, który początkowo miał w sobie pewną dozę łagodności i nieporadności - wpływ jego patronki sprawił jednak, że szybko zaczął przechodzić zmianę. Choć nie miał w sobie tyle przebojowości i pewności siebie, co jego partnerka, to w końcu również pokazał, że stanowi dla niej godnego towarzysza. Oprócz niego i pani adwokat poznajemy także kilka innych osób, które odegrały sporą rolę w historii, choć nie dane było nam ich poznać zbyt mocno - a szkoda, bo chętnie dowiedziałabym się więcej o takim Kormaku.

Nie wiem, po której stronie barykady jesteście - może cenicie polskich twórców, a może uciekacie od nich jak najdalej - ale nie pozwólcie sobie na obojętne przejście obok książki Remigiusza Mroza. Ten utalentowany pisarz stworzył tak świetny thriller umieszczony w prawniczym świecie, że żal byłoby go nie znać. Wykreował niesamowicie wciągającą fabułę, w którą wplótł nie tylko intrygi, ale i manipulacje, mafię i duet prawniczy, którego dialogi rozbawią wielu. Muszę powiedzieć, że ten miesiąc nie wypada dla mnie zbyt dobrze - 2:0 dla polskich autorów, kto by pomyślał? 


Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 24 lipca 2015

Blaski i cienie sławy.


Autor: S.C. Stephens
Tytuł: Niepokorna
Cykl: Bezmyślna. Tom III
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 656

Każdy z nas w młodszych latach miał kogoś ze świata gwiazd, kogo podziwiał i kto był jego idolem. Godzinami przeglądało się czasopisma, by wychwycić choćby strzępek informacji na temat tej osoby, jej działalności w wielkim świecie i twórczości. Pamiętam sama, jaki pisk pomieszany z zachwytem towarzyszył mi, gdy znalazłam artykuły o kimś, kto aktualnie podbijał moje serce. Później rozpowszechnił się internet i jeszcze łatwiej można było sprawdzić, co aktualnie dzieje się u naszych faworytów - social media takie jak facebook czy twitter sprawiły, że mamy naprawdę duży wgląd w życie tych, których kochają miliony. Możemy sprawdzić, gdzie akurat są, co jedzą i z kim wyprowadzają swojego psa. A zastanawialiście się nad tym, ile prawdy jest w tym, co wycieka do mediów? 

Kellanowi powoli udaje się osiągnąć to, o czym wraz ze swoim zespołem marzyli od tak długiego czasu - ich kariera nie jest jedynie pobożnym życzeniem, a staje się faktem dokonanym. Choć Kierę początkowo cieszy sukces jej partnera, to jednak coraz bardziej martwi ją szum, który zaczął go otaczać. Stara się go wspierać z całych sił i towarzyszyć mu na każdym kroku, jednak okazuje się, że ludzie promujący zespół nie tego oczekują i dla nich stanowi ona przeszkodę, której chętnie by się pozbyli. Oboje przekonują się na własnych skórach, że sława rządzi się własnymi prawami, a jej hasłami sztandarowymi jest nieuczciwość i bezwzględność. Czy Kiera i Kellan pozwolą dać się oślepić chęci szybkiego zysku i zniszczą w ten sposób to, o co tak długo wspólnie walczyli? 

Jest to moje ostatnie spotkanie z trylogią pani Stephens. Dwóch poprzednich nie mogę niestety zaliczyć do pozytywnych, ponieważ czułam się bardziej rozczarowana lekturą Bezmyślnej i Swobodnej niż usatysfakcjonowana. Rodzi się w takim razie automatyczne pytanie - po co w ogóle sięgam po kolejne tomy tej serii, skoro pozostałe nie przypadły mi do gustu? Ano dlatego, że chciałam zamknąć swoją przygodę z tym cyklem - nie lubię zostawiać ich niedokończonych, ale także dlatego, że byłam ciekawa, czy chociaż w finałowej części autorka zaskoczy mnie czymś i sprawi, że nieco przychylniejszym okiem spojrzę na całość tego, co stworzyła dla nas. 

Z każdym kolejnym rozdziałem myślałam - coś podobnego, jest naprawdę nieźle! Byłam naprawdę zdziwiona, bo z ręką na sercu mogę powiedzieć, że czułam, że autorka dostrzegła swoje poprzednie błędy i zaczęła solidnie pracować nad tym, by poprawić to, co nie zagrało wcześniej. Główna bohaterka i Kellan sprawiali wrażenie o wiele dojrzalszych postaci niż w poprzednich tomach - wydawało się, że naprawdę w końcu dorośli i tak też się zachowywali. Starali się myśleć racjonalnie, rozsądnie i tak, by zawsze na pierwszym miejscu stawiać łączące ich uczucie. A oprócz tego - wielkie brawa dla autorki - Kiera w końcu przestała się ustawicznie rumienić! Wcześniej działało mi to strasznie na nerwy, tutaj natomiast tego prawie wcale nie było, daję słowo! A do tego - zdecydowanie mniej zagryzania wargi, co też było dość powszechne wcześniej. Można by powiedzieć, że to naprawdę duży krok naprzód. 

Ale co z tego, skoro później autorka zaczęła genialnie wszystko niszczyć i sprawiła, że zaczęłam zastanawiać się, czy rzeczywiście mogłam być taka naiwna, że uwierzyłam, że coś mogło się polepszyć? Fabuła fabułą, ale jak już zaczęła płynąć, to nie wiedziała, kiedy przestać. Przypomina mi się tutaj nieco melodramatyzm z Nieprzekraczalnej granicy Hoover (której książki kocham, ale ta jedna była aż za bardzo naciągnięta), bo autorka postanowiła doświadczyć jeszcze prawie że pod koniec swoich bohaterów. Ale żeby nie było za smutno, to trzeba było im zacząć słodzić. Najpierw malutka łyżeczka cukru, później kolejna, następna i jeszcze jedna... aż wszyscy zaczęli tonąć w tym cukru i lepić się od jego nadmiaru. Rewelacyjnie zaczęła na koniec kaszanić to, co tak ładnie rozpoczęła. O ile lubię, gdy czasem coś się miło kończy (choć raczej wolę mocne i smutne zakończenia), to tutaj aż mnie zęby rozbolały od nadmiaru słodkości. Pani Stephens chyba nie słyszała o zdaniu, że co za dużo, to niezdrowo. 

Ten finałowy tom trylogii wywołał u mnie dość mieszane uczucia. Najpierw udało mi się uwierzyć, że autorka potrafi stworzyć coś dobrego i uczyć się na swoich własnych pomyłkach, ale potem sprawiła, że miałam ochotę ją udusić. Podejrzewam, że tym, którym spodobały się poprzednie tomy jej twórczości, ten także przypadnie do gustu. Polecić mogłabym także osobom, które uwielbiają, gdy wszystko, co się kończy, spowite jest w koronki, falbanki i inne cekiny, a do tego okraszone jest nutą erotyzmu. Choć z trylogią nie będę miała zbytnio pozytywnych wspomnień, to jednak ufam, że autorka stworzy jeszcze coś, czego nie zarżnie tymi różowymi kucykami skaczącymi po tęczy - pewnie sięgnę, by się przekonać i mam nadzieję, że wtedy się nie zawiodę. 


Moja ocena: 4/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

środa, 22 lipca 2015

Taniec ze smokami czas zacząć!


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Taniec ze smokami
Cykl: Pieśń lodu i ognia. Tom V cz. I
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 634

Ostatnią częścią sagi Martina nie byłam zbytnio zachwycona, co łatwo można wywnioskować, czytając moje wrażenia po przeczytaniu. Ten genialny autor przyzwyczaił już swoich czytelników do szybkich zwrotów akcji, brutalnych zagrywek i nieszablonowych rozwiązań, co sprawiło, że ponad tysiąc stron takiej ciszy na morzu wydawało się być naprawdę nużące i czymś kompletnie niemartinowskim. Chciało się wziąć te książki i pokontemplować, czy to rzeczywiście przybrało taki efekt, jakiego się po nim oczekiwało. Ja w każdym razie wymagania miałam wysokie, a nie do końca wtedy zostały zrealizowane. Co tym razem zaplanował dla swoich czytelników Martin? 


Daenerys choć planuje rejs w stronę Westeros, na razie osiedliła się w Meereen i próbuje wraz ze swoją trójką smoków uporządkować życie ludzi tam, choć rządy w mieście zbudowanym na zgliszczach i popiołach wcale nie są łatwe. Tyrion w przeciwieństwie do niej, która planuje odwiedzić w końcu Siedem Królestw, ucieka z nich, gdyż grozi mu niebezpieczeństwo. Okazuje się, że jeden z jego kompanów podróży może poważnie zagrozić Daenerys, gdyż ma równie dobre prawa do tronu jak i ona. Jon Snow ma przed sobą ciężki orzech do zgryzienia - ślubował być neutralnym politycznie jako członek Straży Nocnej, lecz przekonuje się, że to nie takie proste, gdy pod jego nosem znajduje się jeden z samozwańczych królów. A oprócz tego ma na głowie istoty zza Muru, które wcale nie są jedynie postaciami z bajek... 

Czekałam na coś, co pozwoli mi ponownie zobaczyć Martina w takiej akcji, jaką zaprezentował mi w początkowych tomach. Chciałam przekonać się, że nie były one jedynie wyjątkiem od reguły i są tylko potwierdzeniem tego, że ten autor pisać umie i tworzy naprawdę niesamowitą literaturę. Obie części Uczty dla wron mocno zachwiały moją wiarą w niego i choć rozumiem, że potrzebował chwili odpoczynku od tych wszystkich wojen i bitew, to jednak nie ukrywam - za coś takiego właśnie go pokochałam. Za śmiałe przedsięwzięcia, odważne manewry, nieuczciwe zagrywki i bezprecedensowe działania, byle tylko móc zasiąść na Żelaznym Tronie. Choć zastanawiałam się, czy nie odpocząć chwilę po poprzedniej lekturze jego książki, to uznałam - chcę się dowiedzieć, czy nadal jest w stanie mną wstrząsnąć. I przyznaję - czuję, że król Martin wraca do formy! 

Jak ja tęskniłam za tymi wszystkimi postaciami, których nie uświadczyłam w Uczcie...! Jon to moja jedna z najbardziej ulubionych postaci, więc naprawdę mocno odczuwałam wcześniej jego brak, tutaj natomiast każda strona z jego punktu widzenia była dziełem dla oczu, które chciało się chłonąć i podziwiać, a jednocześnie łapczywie poznawać kolejne, kolejne i kolejne. Im jest starszy, tym bardziej odnajduję w nim jego ojca - jest tak samo honorowy i raz dane słowo zawsze dotrzymuje, przez co naprawdę go szanuję. Potrafi wywiązywać się ze swoich obowiązków i zawsze stara się to robić jak najlepiej, choć czasem sprowadza to na niego problemy. 

Choć wcześniej nie do końca ją lubiłam, tak jednak ze zdziwieniem zauważyłam, że Daenerys mocno zyskała w moich oczach i mam do niej coraz więcej sympatii. Mimo młodego wieku wie, czego chce i choć popełnia błędy, to stara się je naprawiać. To dzielna dziewczyna, a ta smocza otoczka wokół niej naprawdę dodaje jej kolorów. Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o Tyrionie - o ile wcześniej nawet go lubiłam, tak teraz coraz bardziej działa mi ten karzełek na nerwy. Z ciepłem powitałam wspominki o Branie - ten chłopiec naprawdę może w przyszłości namieszać, przeczuwam to w moich cebulkach od włosów, a one jeszcze mnie nie zawiodły! A, i jest jeszcze powiew świeżości - mamy rozdział od Melisandre, czego wcześniej nie było, co jest dla mnie całkowicie na plus! 

Choć obawy były, że Martin mógł się już wypalić i stracić zapał co do tworzonej przez siebie sagi, to jednak były one nieuzasadnione. Wraz z powrotem lubianych postaci, zaczęło mi się przyjemniej czytać to, co zaproponował i choć nadal nie ma tu akcji stricte takiej, jaką choćby zaproponował w Nawałnicy mieczy, to jednakże czuć, ze jest na dobrej drodze ku temu, by znów doprowadzać czytelnika swoimi pomysłami nie tylko do zdziwienia, ale do szoku, łez i wściekłości. Taniec ze smokami to kawał dobrej książki, w której wydarzenia dzieją się w tym samym czasie co ukazane w poprzedniej książce - trzeba przyznać, że są o wiele ciekawsze i o wiele bardziej interesują sobą czytelnika. Na razie biję się z myślami, czy sięgnąć po ostatni wydany u nas tom i czekać kolejne miesiące na nowy, czy może przeciągnąć swoją przygodę z Pieśnią Lodu i Ognia, by móc dłużej się nią delektować, bo to prawdziwa uczta dla smakoszy literackich. 


Moja ocena: 8-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 21 lipca 2015

Walcz o własne szczęście.


Autor: Rebecca Donovan
Tytuł: Co, jeśli
Wydawnictwo: Feeria
Liczba stron: 400

Wielu z nas często popełnia najróżniejsze błędy, które chciałoby potem móc wymazać i sprawić, by nigdy nie zaistniały. Marzymy, by posiadać przycisk z napisem Cofnij i w taki sposób kierować każdym kolejnym ruchem, by wszystko szło po naszej myśli. Niewielu jest ludzi, którzy mówią, że niczego nie żałują i nawet mając możliwość cofnięcia czasu, nie zrobiliby tego. Zastanawiamy się często nad różnymi wydarzeniami z naszej przeszłości i gdybamy na ich temat, rozmyślając, jak byłoby, gdybyśmy akurat wtedy, w tamtej sekundzie pomyśleli inaczej i podjęli inną decyzję, zachowali się w odmienny sposób. Co, jeśli...? - jedno z najczęściej towarzyszących nam pytań w życiu, prawda?

Te krótkie dwa słowa stały się nieodłącznymi towarzyszami Cala, zwłaszcza, gdy na jego drodze pojawiła się Nyelle. Można by powiedzieć, że nie ma w tym nic takiego, bo dziewczyna jak dziewczyna, pobędzie trochę, a potem odejdzie - ale to nieprawda. Już od pierwszego spojrzenia Cal zrozumiał, że to nie jest kolejna ładna dziewczyna w Crenshaw. Nyelle Preston była identyczna jak Nicole, jego dawna przyjaciółka z dzieciństwa, która jednak zerwała z nim całkowity kontakt. Jednocześnie zachowuje się ona całkiem inaczej i nikt nie powiedziałby, że to mogłaby być Nicole. Nyelle est tajemnicza, wesoła, spontaniczna i pełna zwariowanych pomysłów - całkowite przeciwieństwo stonowanej, chłodnej i zdystansowanej Nicole. Cal sam już nie wie, co ma o niej uważać, ale wie, że musi dowiedzieć się, kim w rzeczywistości jest ta dziewczyna. 

Co, jeśli nie jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością tej autorki - wcześniej miałam możliwość sięgnięcia po Powód by oddychać, który był ładną historią, ale nie dostarczył mi aż tylu emocji, ilu się spodziewałam. Początkowo nie planowałam sięgać po tę książkę, gdy ujrzałam ją w zapowiedziach, ale każda kolejna coraz bardziej polecająca opinia na jej temat sprawiała, że naprawdę mocno chciałam dowiedzieć się, co takiego kryje w sobie właśnie ta opowieść Donovan, że tyle osób jest pod jej wrażeniem. Na szczęście okazja się nadarzyła, a ja już ją ukończyłam - czy rzeczywiście mają rację w tych zachwytach? 

Spodobało mi się, w jaki sposób autorka podzieliła swoją książkę i komu przydzieliła rolę głównego narratora. Wydarzenia mogliśmy poznawać z perspektywy Cala, co dla mnie było bardzo pozytywnym zaskoczeniem - naprawdę rzadko spotykałam książki New Adult, które opisywały męskie wrażenia, choć może to po prostu kwestia tego, że nie sięgałam po takie pozycje, a jest ich więcej. Całość przeplatana jest na dodatek retrospekcjami innych bohaterek, co pozwoliło nam poznać przeszłość i dowiedzieć się krok po kroku, co sprawiło, że wydarzenia zaczęły przyjmować taki, a nie inny obrót. Choć obawiałam się na początku, że mogę czuć się zawiedziona, to jednak książka dawała radę. 

Z pewnością było to spowodowane ciekawą kreacją bohaterów, z którymi łatwo i szybko mogliśmy się identyfikować. Cal to chłopak, który dziewczyny zmieniał do tej pory jak rękawiczki - widoczne było jego podejście do nich za każdym razem, gdy zobaczył na swojej drodze jakąś ślicznotkę. Ciekawe było jednak, że wraz z rozwojem jego relacji z Nyelle, zapomniał o swojej przebojowości w stosunkach damsko-męskich, a starał się zamiast tego jak najlepiej poznać tę dziewczynę-zagadkę. Miał w sobie sporo empatii i wiedział, że nie pozna tajemnicy Nyelle w tydzień lub dwa, dlatego potrafił dać jej czas i próbować zamiast tego spędzać z nią chwile tak, by powolutku móc ją rozgryźć. 

Z drugiej strony mamy Nyelle, która stanowiła sporą niewiadomą tutaj. Muszę przyznać, że na samym początku jej wizerunek wydawał mi się dość mocno przesadzony i mogłabym określić go przerysowanym, ale z każdą kolejną stroną uważałam, że ona po prostu taka jest - niepoprawnie radosna, ciesząca się każdą drobnostką, pełna uroku i mająca w sobie taki dziecięcy wdzięk, który wiele osób traci wraz z upływem kolejnych lat. To osoba, która starała się dosłownie korzystać z życia i gdy ono dawało jej cytrynę, to ona szybko przemieniała ją w orzeźwiającą lemoniadę. Wszystko autorka ładnie dopracowała w niej... poza tym, że chyba żadnej niespodzianki na końcu ja nie odnalazłam. Fabuła jak na mój gust była ciut za bardzo do przewidzenia, przez co nie było tego efektu wow - dało się to jednak przeżyć, bo książka w sympatyczny sposób pokazała, jak warto jest doceniać to, co się ma.

Co, jeśli to właśnie taka książka, której hasłem sztandarowym jest wyciskanie tego, co najlepsze z każdej, nawet naprawdę złej sytuacji. To historia, która ma w nas podbudowywać wiarę w możliwość naprawy tego, co kiedyś za pierwszym razem nam nie wyszło, ale i tłumaczy wiele aspektów życia w niezwykle zgrabny i wzruszający sposób. Może i nie zaskakuje, może i nie wywołuje fajerwerków, ale sprawia, że zaczynamy wierzyć w to, że nasze własne szczęście nie do końca jest uzależnione od innych osób, dotychczas dla nas ważnych - to od nas zależy, czy chcemy być w życiu szczęśliwi i to my mamy na nie największy wpływ, dlatego zawsze warto o nie walczyć. 


Moja ocena: 7+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 20 lipca 2015

Tkając sieć spisków w celu zdobycia władzy.


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Uczta dla wron. Sieć spisków.
Cykl: Pieśń Lodu i ognia. Tom IV, cz. II
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 528

Władza to coś, co zmienia wielu ludzi, kiedy tylko ją zdobędą w swoje ręce. Przestają kierować się tymi wartościami w swoim życiu, które dotychczas były dla nich ważne, a zaczynają coraz bardziej pozwalać sobie na różnego typu nadużycia. Wszystko jest to jednak niczym, gdy okazuje się, gdy pretensje do zwierzchnictwa rości sobie więcej osób, które nie mają ze sobą niczego wspólnego. Historia wiele razy pokazywała, że hegemonia na świecie nigdy nie jest trwała w rękach jednej osoby zbyt długo - wydawać by się mogło, że pokój to taka utopia, która nigdy nie jest osiągalna na zbyt długi okres czasu. Okazuje się, że także w Westeros pokój jest niemożliwy. 

Wojna Pięciu Królów powoli się kończy, a za zwycięzców uważają się Lannisterowie i ci, którzy im sprzyjali. Choć kto inny jest uznawany za władcę, to państwem rządzi Cersei, która nie boi się uciekać do brudnych zagrywek i knowań, byle tylko wyeliminować tych, w których dostrzega zagrożenie dla swojego rodu. Nie jest osobą, która zadowala się półśrodkami - wszystko ma być tak, jak ona rozkaże. Nie do końca odpowiada to Jaime'mu, który zaczął powoli dostrzegać wady swojej siostry. Coraz więcej ludzi jest zmęczonych wyniszczającym konfliktem, ale muszą zrozumieć, że walka wciąż trwa i wcale nie zapowiada się, by miała się skończyć. 

Po stosunkowo słabej poprzedniej części, potrzebowałam nieco odpoczynku od Westeros i brutalnej walki, jaka się w tamtym świecie rozgrywała - trwał on ponad dwa miesiące, podczas których sięgałam po różne inne książki, ale nic od Martina. Wiedziałam, że nieunikniony jest mój powrót do jego sagi, ale czasami konieczna jest przerwa. W końcu gdy udało mi się zdobyć niniejszy tom, mogłam kontynuować swojego poznawanie dalszych losów bohaterów, których poznałam wcześniej, ale i nowych, którzy dopiero tutaj zaczęli się pojawiać. Jak moje wrażenia? 

Ciągle miałam wrażenie, że coś mi tutaj jest nie tak. Chociaż Martin odbił się od poprzedniego tomu, gdzie czułam się nieco przygnieciona tym wszystkim, to jednak tutaj również nie zaprezentował swojej uprzedniej, mistrzowskiej formy. Najbardziej brakowało mi chyba mocnych, ostrych i brutalnych akcji, jakie serwował nam wcześniej - tutaj pojawiło się naprawdę sporo polityki i intryg, co mogłoby być świetnym uzupełnieniem, ale gdy cała książka jest oparta tylko na tym, to zaczyna się robić zbyt ciężko i znowu nieco przytłaczająco - choć na szczęście nie aż tak, by czuć się źle, bo przecież to nadal Martin, to nadal pisarz, który mi udowodnił, że nawet gdy o kimś jest niezwykle głośno, to nie znaczy to, że musi tworzyć tylko chłam - popularność może mieć nie tylko jakaś byle jaka sieczka, ale także świetna literatura, właśnie jak w przypadku tego autora.

W książce nie mamy narracji wszystkich postaci, które zdążyliśmy poznać i pokochać wcześniej - nie ma Brana, Jona, Daenerys, a także innych, co do których losów moglibyśmy być ciekawi. Wszystko skupia się na Królewskiej Przystani i osobach, które są w jakimś stopniu z nią powiązane. Uwielbiam narracje z punktu widzenia Cersei - ta przesiąknięta złem kobieta sprawia, że naprawdę świetnie czyta mi się to, co ona planuje i knuje. Drugą stroną monety w jej zachowaniu jest jednak to, że czasami zdarza jej się wpaść w sidła pułapek, które sama zastawiała. Jej brat, Jaime, to inna bajka - o ile wcześniej wręcz go nie cierpiałam, takt teraz z każdą kolejną stroną książki chciałam o nim czytać i czytać, naprawdę ten złotowłosy mężczyzna zaczął podbijać moje serce! Oprócz tej dwójki Lannisterów mamy także co nieco od Brienne czy Sama, a także kilku innych postaci, które mogą namieszać w dalszych tomach - czego życzę i sobie, i reszcie czytelników tej sagi. 

Poprzednie tomy Pieśni Lodu i Ognia sprawiały, że serce biło w piersi z niecierpliwości co do tego, co wydarzy się z kolejnymi bohaterami. Po świetnych, trzymających w napięciu brutalnych częściach swojej serii Martin zwalnia tempo i zmienia wojnę na spiski i knucie - dla jednych może i dobrze, bo mają szansę nieco odetchnąć od narzuconego im szybkiego tempa, ja jednak nie miałabym nic przeciwko temu, by akcja znów przyspieszyła i zapierała dech w piersi tym, co autor zaplanował dla swoich postaci. W drugiej części czwartego tomu wciąż brakuje postaci, z którymi zdążyliśmy się zżyć wcześniej - na szczęście autor zapowiedział, że wrócą w kolejnym, więc nie mogę się doczekać sprawdzenia, co u nich ciekawego słychać, dość długo nie mieliśmy już przecież styczności, czas to przerwać! A Wam powiem - czwarty tom nie powala na kolana, ale nie jest też bardzo zły - musimy go jakoś przetrwać. 


Moja ocena: 6+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 17 lipca 2015

Stalking, czyli kochając aż za bardzo.


Autor: Claire Kendal
Tytuł: Wiem o tobie wszystko
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416

Dawniej nie było o tym tak głośno, jednak dzisiaj problem stalkingu jest o wiele bardziej znany - choć nie tak, jak być powinien. Niby każdy wie, z czym się to wiąże, niby co jakiś czas czyta się o tym w gazetach lub słucha w wiadomościach, a jednak wciąż się lekceważy. Typową cechą ludzi jest to, że często przymykają oczy na zagrożenie, uważając, że "przecież to nic złego" czy "nic strasznego Ci się nie dzieje", więc i nie widzą powodów, by interweniować. Gdy słyszą obawy osób, które boją się, że są ofiarami stalkera, wolą posądzić je o bycie hipochondrykami niż poważnie zainteresować się zgłaszanym im problemem. Tylko czy nie powinny najpierw zastanowić się nad tym zamiast pochopnie mylnie oceniać?

Nigdy nie podejrzewała, że coś takiego mogłoby się przydarzyć właśnie jej. Clarissa prowadziła zwyczajne życie - była wykładowczynią na uniwersytecie, a niedawno została powołana w sądzie w skład ławy przysięgłych. Prowadziła życie takie, jak mnóstwo innych ludzi - a jednak okazało się, że nie jest jak reszta. Choć pewnie wolałaby by tak było, bo okazało się, że oprócz własnego cienia ma także dodatkowy w osobie Rafe'a. Pojawia się znikąd, przysyła jej prezenty, zna jej każdy ruch. Co gorsza - ma drobiazgową wiedzę na jej temat i to w sferze, którą chciałaby przed nią ukryć. Jakkolwiek by go nie zrażała, on i tak się nie poddaje - wszystko z powodu miłości. 

Kojarzycie tę akcję promocyjną wydawnictwa Akurat, gdy rozsyłało do blogerów koperty z wypisanymi informacjami na ich temat? Strasznie mi się spodobała - przykuła moją uwagę (podejrzewam, że wielu innych osób również) i zainteresowała książką, o której w innym wypadku przeczytałabym i minęła wzrokiem, nie uważając za coś atrakcyjnego do spędzenia czasu. Choć trochę czasu od jej wydania minęło, to w końcu zdecydowałam się ściągnąć ją z półki i przekonać się, czy jej promocja była równa zawartości - jak myślicie, wypadło pozytywnie czy negatywnie? 

Początkowo wydawało mi się, że to może być naprawdę dobra książka. Odczuwałam ten niepokój zwiększający się z każdą kartką, razem z główną bohaterką obawiałam się tego, co kolejny raz wymyśli jej prześladowca i każdy kolejny jego ruch sprawiał, że byłam pod podziwem jego pomysłowości. Autorka zaczęła w ciekawy sposób kreować nastrój poprzez prowadzenie narracji w dwojaki sposób - raz z perspektywy samej Clarissy, raz klasycznie, trzecioosobowo, jednakże o ile początkowo podobało mi się takie urozmaicenie, tak później zaczęło mnie irytować i sprawiać, że ciężej wszystko rozumiałam, zamiast czuć, że to mi ma zapewnić jakąś odmianę podczas czytania. 

Każdy z nas zna chyba efekt domina - gdy jeden klocek się zawali, zaraz lecą wszystkie kolejne. I tak też właśnie zaczęło dziać się w tym przypadku. Najpierw zaczęła mnie irytować narracja, następnie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego autorka na bohaterkę wybrała dziewczynę rodem z głupawych amerykańskich horrorów, która działa całkowicie irracjonalnie i wbrew jakiejkolwiek logice. Przecież jeśli ma się świadomość, że mamy kogoś, kto ciągle nas obserwuje i zastrasza, to normalnym wydaje się, że nie wychodzi się nigdzie samotnie i nie ryzykuje w taki sposób - dla Clarissy jednak to takie oczywiste nie było. Zamiast podzielić się z kimś tym, co dzieje się w jej życiu, wolała ona zostawić do wszystko dla siebie - a chyba mając taki problem, oczywiste jest, że trzeba to komuś powiedzieć, jeśli nie zgłosić do jakichś instytucji. Jej wizerunek był dla mnie dużym nie porozumieniem. 

Jednak nie największym. O nie - najbardziej rozczarowana czułam się ze względu na to, jak został pokazany Rafe. Oczekiwałam naprawdę złożonego portretu psychologicznego, który wytłumaczyłby dlaczego zaczął się zachowywać w taki sposób, jakie wydarzenia z jego przeszłości sprawiły, że podążał taką ścieżką i jak można po prostu wytłumaczyć to, ze istnieje coś takiego jak stalking. Wiedzieliśmy o nim jedynie, że zakochał się w Clarissie, a później dowiedzieliśmy się o kilku smaczkach z przeszłości, które jednak jak dla mnie niczego nie tłumaczyły. W tym przypadku autorka zmarnowała tak doskonałą okazję na polepszenie atrakcyjności tej książki, że aż mam ochotę nią potrząsnąć. Całość czytało się nieźle, ale nie dostałam tego, czego oczekiwałam. 

Stalking w dzisiejszych czasach staje się coraz bardziej popularnym na nieszczęście zjawiskiem, dlatego sam pomysł stworzenia o tym książki uważam za naprawdę trafiony - może być ona dla nas lekcją oraz przestrogą na przyszłość, z której warto skorzystać. Sama książka nie zaspokoiła do końca moich wymogów - liczyłam na naprawdę obfity portret psychologiczny stalkera i ciąg przyczynowo-skutkowy, który wyjaśniłby, jak doszło do tego, że stał się właśnie taką osobą, a tutaj tego nie otrzymałam. Czytelnicy dostali za to bohaterkę rodem z amerykańskich horrorów, która postępuje dokładnie wbrew rozsądkowi i momentami sama prosi się o nieszczęście. Wiem o tobie wszystko to książka, która pisana była w lekki sposób, przez co nie było zbyt dużego problemu z rozumieniem tego, co się dzieje - fabuła nie była zbyt skomplikowana, co w tym przypadku uważam za dość spory minus. Czekam na kolejne książki autorki i liczę, że stworzy coś lepszego niż w tym przypadku. 

Moja ocena: 5-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

środa, 15 lipca 2015

Błądząc we własnym życiu.


Autor: Agnieszka Olejnik
Tytuł: Zabłądziłam
Cykl: Seria z fasonem
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 312

Pamiętasz ten dzień, kiedy wydawało się, że całą trasę masz zapiętą na ostatni guzik i nic nie jest w stanie Cię zaskoczyć? Miałaś mapę samochodową w torebce, do tego sprawnie działającą nawigację GPS, z tego co sprawdziłaś, to w telefonie też masz jakiś lokalizator - nic tylko wybierać się w podróż! Nic nie było w stanie podkopać Twojej pewności siebie, dopóki nie zauważyłaś, że coś jest nie tak - GPS padł, bo zapomniałaś naładować mu baterie, zasięgu w telefonie nie miałaś, bo znajdowałaś się na jakimś kompletnym odludziu, a mapa okazała się być całkowicie nieaktualna. Zaczęłaś krążyć autem po okolicy, ale nigdzie ani żadnych domów nie było, ani drogowskazów - żadnego ducha. W końcu uznałaś, że wystarczy - niedługo wyczerpie Ci się benzyna i utkniesz tu na nie wiadomo jak długo. Ale zabłądzić można nie tylko, gdy jedzie się w nieznane miejsce - pogubić drogę można także we własnym życiu. 

Stawianie pierwszych kroków w dorosłe życie i dojrzewanie nigdy nie jest proste, zwłaszcza, gdy jest się w sytuacji takiej jak Majka. Od kilku lat czuje się niebywale samotna, choć mieszka razem z rodzicami - czuje się jednak tak, jakby wcale ich nie miała. Nie posiada koleżanek, do których mogłaby zadzwonić i się wyżalić, jest milcząca i krąży wokół niej wiele plotek z tego powodu. Jednak posiada powód, dla którego tak się zachowuje, nic nie wzięło się z powietrza. Od tak długiego czasu nie jest się w stanie od tego uwolnić, że teraz nawet nie wie, jaka by była bez. Gdy poznaje Alka... wszystko się zmienia. Czuje, że odżywa, że w końcu jej codzienne wstawanie z łóżka ma sens. Ale jedna jej decyzja sprawia, że wszystko podąża nie w takim kierunku, jakim powinno - wyraźnie poczuła, że zabłądziła. 

Nie jestem przychylnie nastawiona do polskich twórców. Lepiej byłoby powiedzieć, że jak pies do jeża podchodzę do ich dorobku - zawsze towarzyszy mi wielka nieufność i jakieś przeświadczenie, że coś, co pochodzi z naszego polskiego podwórka, jest w pewnym sensie gorsze niż zagraniczne. Sama nie wiem, skąd mi się wzięło - od dość długiego czasu je mam i nie potrafię go pokonać. Staram się jednak chociaż raz na jakiś czas sięgnąć po coś swojskiego - tym razem padło na książkę pani Olejnik. Czy Zabłądziłam udowodniło mi, że polska literatura może być dobra? A może pokazało, że moje poglądy były słuszne? 

Początkowo - książka taka jak każda inna. Jakoś się zaczyna, powolutku lecą kolejne strony, śledzę wzrokiem po wydrukowanych na papierze literkach składających się na dialogi, myśli, rozdziały, odnotowuję kolejne przemycane przez autorkę informację, próbuję określić swój stosunek do tego, co czytam... aż nagle przestaję. Nawet nie zauważam kiedy się to dzieje, ale po prostu - zaczynam cała sobą chłonąć tę historię. Coraz bardziej zachłannie, odczuwam coraz większy głód, chcę tylko jak najlepiej móc poznać to, czego doświadcza Majka. Autorka w piękny sposób opisywała jej losy, wykreowała jej środowisko, pokazała myśli, obawy i pragnienia. Sprawiła, że z całych sił się jej kibicowało i chciało, by wszystko ułożyło się jak najlepiej. Bo tego wszystkiego była cała masa. 

Autorka nie rzuca czytelnika od razu na głęboką wodę, ujawniając od razu wszystkie fakty - z rozmysłem zaczyna snuć fabułę, przybliżać nas do Majki i Alka. To nastolatkowie - ona ma szesnaście lat, on jedynie dwa lata więcej - a jednak wydaje się, jakby byli co najmniej o dziesięć lat starsi. Są to postacie niezwykle złożone, z ogromnym bagażem doświadczeń, który muszą dźwigać sami, bo nie mają nikogo, kto by im w tym ulżył - dopóki nie poznają się bliżej. Im bardziej autorka rozwijała tę relację, tym bardziej byłam pełna podziwu dla jej umiejętności - nie robiła tego w nachalny sposób, to nie było nic sztucznego. Czytając, czułam, że jest to takie naturalne i świeże - po prostu piękne. Był brak zaufania, stopniowe uczenie się siebie, pierwsze kroki w sferze intymnej, radzenie sobie z różnymi problemami - nie zawsze dobre. Nie każda ich decyzja była właściwa i musieli radzić sobie z ich konsekwencjami, uczyć się, że życie nie jest usłane różami i nie zawsze przypomina bajkę - choć to akurat wiedzieli od wielu lat.

Czytając przedstawiony przeze mnie zarys fabuły, można orzec, że jest to kolejna mętna i nudna powiastka o kolejnej Belli, która poznaje swojego Edwarda i życie od razu staje się piękniejsze. Można, jasne - kto Wam broni? Ale zrobicie sobie naprawdę ogromną krzywdę uważając, że to coś miałkiego i niewartego uwagi. Naprawdę. Mówię Wam to z pełną świadomością swoich słów - nie skreślajcie tej książki. Dajcie jej szansę - bo jej treść może Was tak samo oczarować, jak i mnie. Uwierzcie, że Agnieszka Olejnik stworzyła nie tylko do bólu szczerą historię, ale przy tym poruszającą i niesamowicie mądrą. A co lepsze - dała mi duży kop nadziei, że polscy pisarze naprawdę nie są źli, tylko trzeba ich próbować. 


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 13 lipca 2015

Spokojna wycieczka do Pragi - nie w przypadku Lumikki!


Autor: Salla Simukka 
Tytuł: Białe jak śnieg
Cykl: Lumikki Andersson. Tom II
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 224

Każdy z nas śni. Choć niektórzy po przebudzeniu nie pamiętają, co takiego mogłoby to być, to jednak każdej z nocy coś takiego nam się przytrafia. Czasami jest to tak miłe i przyjemne doświadczenie, że po otworzeniu oczu wręcz żałujemy, że już koniec - najchętniej nadal kontynuowalibyśmy to w najlepsze. Nie należy jednak zapominać o specyficznym rodzaju snów - koszmarach. Zdarzyło się Wam budzić w środku nocy z przerażeniem, dezorientacją i potem na czole, a następnie ulgą, że to tylko była senna mara? Myślę, że każdy czegoś takiego choć raz doświadczył. Najbardziej niepokojące są jednak sny, których nie potrafimy zrozumieć - wcale nie takie klasyczne koszmary, ale takie, które coś nam przypominają, łączą się z naszymi wspomnieniami, ale nie potrafimy ich do końca odkodować i zrozumieć. 

Po wszystkich wydarzeniach, w jakie poprzednim razem wplątała się Lumikki, teraz przyszedł czas na odpoczynek - młoda dziewczyna postanowiła odciąć się od wszystkich dotychczasowych problemów, wyjeżdżając samotnie do Pragi, by tam w spokoju ukoić swoje nadwyrężone nerwy, zregenerować ciało i pozachwycać się pięknem tego czeskiego miasta. Szybko jednak wyszło na jaw, że nie zrealizuje swoich planów tak, jakby chciała, bo spotkanie z pewną młodą kobietą i informacja, którą od niej dostała, mocno nią wstrząsnęła. Jakby tego było mało, Lumikki będzie musiała zawalczyć o to, by uwolnić ją ze szponów niebezpiecznej sekty, która nie miała pozytywnych zamiarów co do swoich członków. Czy uda jej się? 

Z ciekawością postanowiłam prawie że od razu po przeczytaniu pierwszego tomu sięgnąć po kolejny tom o Lumikki. Drobną przerwą była lektura książki Gayle Forman - ze słonecznego i klimatycznego Paryża zaliczyłam przeskok w równie pełną piękna Pragę. Obok Paryża i Wiednia, Praga to kolejne z miast, które uwielbiam i które na szczęście miałam okazję podziwiać. O ile w poprzedniej części autorka ładnie oddała mroźny klimat Finlandii, tak tutaj równie dobrze poradziła sobie z Czechami i ich stolicą - momentami miałam wrażenie, że jestem na jednej z tych urokliwych uliczek opisywanych przez Simukkę. Ten element w jej wykonaniu wypadł naprawdę magicznie. 

W drugiej części swojej trylogii autorka podarowała nam coś, co bardzo ciekawiło mnie podczas czytania jej poprzedniczki - a mianowicie dowiedzieliśmy się o wiele więcej na temat osoby, którą kiedyś Lumikki kochała. Wcześniej otrzymywaliśmy jedynie drobne skrawki, napomknienia czy urywkowe zdania, tutaj natomiast mogliśmy dokładnie poznać uczucie, jakie ich połączyło. Niezwykle cieszę się, że autorka to ujawniła - dzięki temu mogłam jeszcze lepiej poznać główną bohaterkę i zrozumieć, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Jednak - nie tylko miłość wpłynęła na jej psychikę. Ważnym elementem, który tutaj także został poruszony, jest jej rodzina. Dziewczyna nie dorastała w domu, w którym wszyscy się kochali - mam wrażenie, jakby tworzyli ją obcy sobie ludzie, których łączyło tylko nazwisko. To nie była zdrowa relacja, za dużo w niej było obojętności.

W poprzednim tomie mieliśmy do czynienia z narkobiznesem i organizacją w rodzaju mafii, tutaj natomiast autorka skonfrontowała nas z sektami religijnymi. Co ciekawe, na jej stronach pojawiły się także krótkie wspomnienia o innych sektach, o których dotychczas nie miałam nawet pojęcia, a gdy z ciekawości wyszukałam je sobie w internecie... mało powiedzieć, że włos mi się na głowie zjeżył. Także ta fikcyjna sekta, którą opisywała autorka, nie była czymś miłym i sympatycznym. Jak się okazało - tak jak i inne, ona również była niebezpieczna, dlatego Lumikki po raz kolejny musiała stawić czoła problemowi.

Zastanawiałam się podczas pisania tej recenzji, jakie jest główne niedociągnięcie książek z tej serii i uznałam, że winnym jest ich objętość. Autorka ma naprawdę ciekawe pomysły i wprowadza świeże oraz innowacyjne pomysły w swoich historiach, ale za mało je rozwija, powinna pozwolić sobie na napisanie czegoś bardziej obszernego, by pozwolić czytelnikowi na dłuższą zabawę - tutaj ledwo zaczniemy czytać, a już za niedługo widzimy, że zbliżamy się ku końcowi. Poza tym - nie mam zarzutów. Autorka w bardzo ciekawy sposób po raz kolejny poprowadziła fabułę, może i nie zaskakująco, ale i tak potrafiła u mnie wywołać dreszczyki. Świetnie udało jej się nakreślić portret psychologiczny głównej bohaterki - to naprawdę ciekawa dziewczyna, bardzo różna od żeńskich postaci w wielu młodzieżowych powieściach, dlatego książki o niej są warte uwagi i poznania ich przez kolejnych czytelników. 

Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

sobota, 11 lipca 2015

Czy jeden dzień może mieć wpływ na resztę życia?


Autor: Gayle Forman
Tytuł: Ten jeden dzień
Cykl: Ten jeden dzień. Tom I
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 384

Przypominasz sobie tę osobę, którą znasz już od wielu lat, a masz wrażenie, że nic w jej życiu się nie zmieniło? Już wiele lat temu każdy zauważał, że sprawia ona wrażenie idealnie zorganizowanej, mającej zaplanowany każdy dzień swojego życia co najmniej dziesięć lat do przodu bez najmniejszych odstępstw od narzuconej sobie normy. Teraz, po tylu latach nadal czujesz, że nic się nie zmieniło poza tym, że na torcie urodzinowym przybyła większa ilość świeczek - nadal sprawia wrażenie tak samo perfekcyjnej w swoich dążeniach jak wcześniej. Zastanawiałaś się kiedyś, co by było, gdyby ta osoba pozwoliła sobie na jeden jedyny wyjątek? Na jedną chwilę, która mogłaby zmienić wszystko, co do tej pory budowała, która mogłaby mieć wpływ na wszystkie dalsze jej dni? 

Taka właśnie jest Allyson. Nie Ally, żadnych zdrobnień, ma być Allyson. Od trzynastego roku życia dążyła, by dostać się na medycynę, a jej szkolnych świadectw zazdrościli jej wszyscy. W nagrodę za ukończenie liceum jej rodzice kupili jej wycieczkę do Europy, by wraz z przyjaciółką i innymi ludźmi mogła celebrować ten fakt. Gdy termin powrotu do Ameryki powoli staje się coraz bliższy, bo został tylko dzień do niego, dziewczyna poznaje Willema - chłopaka, pod wpływem którego decyduje się udać razem z nim na wycieczkę do Paryża. Choć przeczy to każdej jej zasadzie, to jednak okazuje się, że nawet jeden dzień jest w stanie zmienić wszystko. 

Twórczość tej autorki poznałam dzięki jej poruszającemu cyklowi, w skład którego wchodziły dwie książki - Zostań, jeśli kochasz i Wróć, jeśli pamiętasz. Obie wywarły na mnie pozytywne wrażenie, dlatego z chęcią zdecydowałam się sięgnąć po kolejną książkę, która wyszła spod pióra Gayle Forman, licząc, że i tym razem mnie nie zawiedzie. Oczekiwałam pięknej, ale i refleksyjnej powieści - czy taką właśnie otrzymałam? 

Już od pierwszych stron autorka pozwala nam poznać Allyson tak, byśmy mieli niejakie pojęcie o tym, jaka ona jest. Dzięki narracji pierwszoosobowej możemy doskonale przekonać się o tym, że bańka, w której została zamknięta, na co sama sobie pozwoliła, nie jest tym, czego pragnie. Jest jedynaczką, a jej rodzice przelewają na nią wszystkie swoje ambicje i niezrealizowane marzenia, a ona czuje się zobowiązana do tego, by nie zawodzić ich i robić wszystko tak, by byli z niej dumni. Czuje, że to nie jest to, co ją uszczęśliwia, a jednak nie potrafi odciąć pępowiny, która ją z nimi łączyła. Jednak w przeddzień wyjazdu do domu wszystko się zmienia. 

Sprawił to Willem. Chwila znajomości z nim i Allyson zdecydowała się wraz z tym nieznajomym pojechać na dzień do Paryża. Choć wiedziała, że wiele ryzykuje, bo kto widział coś takiego robić, to podświadomość podszeptywała jej, że właśnie robi coś, co odmieni całe jej życie. I rzeczywiście - ten jeden dzień we francuskiej stolicy sprawił, że później wielokrotnie wracała do niego w myślach, ale stał się też dla niej pewnym przełomem. Pokazał jej, że życie wcale nie musi być uporządkowane - że czasem warto postawić na jedną kartę i zaszaleć, by nie żałować zmarnowanych okazji. 

Oprócz tego wręcz trzeba wspomnieć o atmosferze, która panowała na kolejnych kartkach - choć nigdy nie miałam okazji być w Paryżu (a to jedno z moich jeszcze niespełnionych marzeń), to czułam, jakbym wraz z Allyson i Willemem spacerowała tymi urokliwymi uliczkami, podziwiała niektóre zapomniane już zakątki i smakowała wszystkich kulinarnych specjałów. Wszystko było wręcz przesiąknięte atmosferą Francji - mogłabym pokusić się o stwierdzenie, że tak jak Zafón potrafił doskonale odmalować klimat Barcelony, co zachwyciło mnie ostatnio, tak tutaj Forman w niesamowity sposób pokazała czytelnikowi, że Paryż jest piękny - i to nie tylko te najsłynniejsze obiekty zasługują na  uwagę, ale te niszowe również. 

Jeśli zastanawiacie się, po jaką książkę sięgnąć w ten wakacyjny czas to odpowiedź sama ciśnie się na usta - chwyćcie w dłonie Ten jeden dzień i pozwólcie sobie na poznanie historii o dziewczynie, która całe życie żyła tak, jak inni od niej wymagali, ale w końcu postanowiła zrobić coś dla siebie. To nie jest klasyczna powieść o wakacyjnej miłości - to książka, która pokazuje, że zawsze warto spróbować odkryć prawdę o sobie i robić to, co pozwoli nam wyrazić siebie. Nie warto tracić czasu na to, by starać się przypodobać innym i ich wyobrażeniom - najważniejszym jest, by dążyć do realizacji własnych marzeń i pragnień. By odważyć się na to, by zmienić coś w swoim życiu, uczynić ten jeden krok i zacząć od jednego dnia, by odkryć całe swoje życie. 

Moja ocena: 7+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia! :)

czwartek, 9 lipca 2015

Witamy w świecie baśni - czerwonym jak krew.


Autor: Salla Simukka
Tytuł: Czerwone jak krew
Cykl: Lumikki Andersson. Tom I
Wydawnictwo: YA! 
Liczba stron: 256

Chyba każda mała dziewczynka miała chociaż szczątkową styczność z baśnią o Królewnie Śnieżce - czy to oryginałem spisanym przez braci Grimm, czy to nieco zmienioną wersją wytwórni Disneya. Jej postać to jedna z tych rzeczy, których się nie zapomina, bo chyba każdy potrafi choć w przybliżeniu przytoczyć np. treść baśni, która do skomplikowanych przecież nie należała. A czy pamiętacie, jakie były trzy cechy charakteryzujące wygląd tej bohaterki? Przypomnijmy - miała usta czerwone niczym krew, skórę białą jak śnieg i włosy hebanowo czarne. Jednak wielu autorom zdarzają się reinterpretacje znanych klasyków - recenzowana książka to jeden z nich.

Niełatwe dzieciństwo to coś, pod czym Lumikki mogłaby podpisać się obiema rękami. Nie miała od najmłodszych lat lekko, przez co udało jej się wykształcić w swoim charakterze wiele cech, które okazywały się później pożyteczne. Rodzice nadali jej imię, które oznacza Śnieżkę - oryginalnie trzeba powiedzieć. Dziewczyna nie utożsamia się z żadną społecznością, zazwyczaj trzyma się na uboczu, ceni sobie ciszę, spokój i dyskrecję. Nie stara się zwracać na siebie niczyjej uwagi, a jednak pewnego dnia, gdy w szkolnej ciemni odnajduje suszące się banknoty pokryte czyjąś krwią, wie, że jej starania przyniosły odmienny efekt, a ona sama stała się świadkiem czegoś, co ktoś inny usilnie chciałby pozostawić w tajemnicy.

Po "barwną" trylogię fińskiej autorki, o której stosunkowo głośno było jeszcze jakiś czas temu, chciałam sięgnąć już wtedy, gdy na blogach pełno było recenzji jej kolejnych książek, ale ciągle nie miałam takiej możliwości - paradoksalnie byłam w posiadaniu drugiego tomu, a nijak szło mi dorwanie początku. Cierpliwie czekałam jednak na okazję i udało się - książka trafiła do mojego księgozbioru, a ja mogłam w końcu przekonać się, co takiego jest w tej historii, że tylu osobom się podobała. 

Już sama przepiękna okładka utrzymana w dość mrocznych i niepokojących kolorach sugeruje, że ta książka może zawierać w swoim wnętrzu historię pełną grozy i lęku. Salla Simukka stworzyła thriller z myślą o młodzieżowych czytelnikach - osoby, które zaczytują się w książkach z tego gatunku od wielu lat mogłyby być nieco zawiedzione, gdyż można bez problemu wyczuć, kto jest grupą docelową zarówno pierwszego tomu, jak i zapewne wszystkich kolejnych. Sądzę jednak, że nastolatkowie powinni być usatysfakcjonowani - to naprawdę dobra pozycja, by móc zacząć swoją przygodę z rozwiązywaniem kryminalnych zagadek, wprowadzających w brutalny świat, w jakim żyjemy. 

Głównej bohaterki ciężko jest nie lubić - to prawdziwa introwertyczka, która najlepiej czuje się w swoim własnym towarzystwie. Nieraz miałam wrażenie, że to osoba, która przedwcześnie musiała dorosnąć - świadczy o tym nie tylko jej samodzielność, która została pokazana na kilku przykładach, dojrzałość w podejmowaniu niektórych decyzji, ale i retrospekcje, które choć w nieco zawikłany sposób, ale jednak przybliżają nam jej wcześniejsze lata i to, z czym musiała się od wtedy mierzyć. To taka siedemnastoletnia wersja Lisbeth Salander - choć do tej mistrzyni sporo jej brakuje, to jednak czułam, że ta postać z trylogii Larssona mogła być pewną inspiracją do wykreowania Lumikki. Jest tak samo mądra, ma wiele instynktu samozachowawczego, a do tego potrafi wychodzić z najgorszych opresji. Zapowiada się całkiem nieźle, ciekawa jestem, jak autorka dalej rozwinie tę postać. 

Simukka nie snuje tej historii za pomocą pięknych metafor czy rozbudowanych porównań, charakterystycznych dla Homera. Nie, jej styl jest bardziej prosty i dopasowany do tego, by nie skupiać się na ładnych kompozycjach zdaniowych, a na samej fabule i poczynaniach głównej bohaterki, która wmieszała się w aferę związaną ze światem, w którym pierze się brudne pieniądze zarobione na handlu narkotykami. Wszystko jest bardzo klimatyczne, bo umieszczone w mroźnej Finlandii, gdzie temperatura nieraz schodziła poniżej dwudziestu stopni Celsjusza - przy śledzeniu wydarzeń można dostać ciarek, ale nie ze względu na opisywany chłód, tylko z emocji towarzyszących nam podczas czytania. 

W książce Czerwone jak krew po raz pierwszy mamy możliwość poznania Lumikki, która sprawia wrażenie Poirota w młodszym, dziewczęcym wydaniu. Nie boi się ryzykować własnym życiem, byle rozwiązać tajemniczą zagadkę. Jest dziewczyną trzymającą się swoich reguł, choć w niektórych sytuacjach decyduje się je naginać. Cała historia może i nie jest zbyt skomplikowana, może i nie trzyma aż do końca napiętych mocno nerwów, ale pozwala na odczucie paru dreszczy niepokoju i ekscytacji. Choć miłośnikom gatunku może wydać się zbyt prosta, tak jednak uważam, że dla osób stawiających pierwsze kroki w kryminalnym świecie oraz dla nastolatków będzie w sam raz i pozwoli na zadowalające spotkanie ze skandynawską literaturą.


Moja ocena: 6+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

wtorek, 7 lipca 2015

Siedem lat i dwoje dzieci później.


Autor: Emily Giffin
Tytuł: Siedem lat później
Wydawnictwo: Otwarte 
Liczba stron: 408

Miłość to jedno z najsilniejszych uczuć (jeśli nie najsilniejsze), które mogą żywić do siebie ludzie. Wiele razy mówiło się, że potrafi uskrzydlać i zmieniać wszystko na lepsze, tak wielka jest jej siła. Ten, kto kocha, potrafi dla drugiej osoby zrobić to, czego nie zrobiłby dla nikogo innego i oczekuje, że w drugą stronę będzie zachodzić podobna zależność. Jednak czasami okazuje się, że nasze wyobrażenia co do wspólnego szczęścia się nie pokrywają i nasza połowa zaczyna szukać u kogoś innego pocieszenia, dopuszczając się jednego z najgorszych czynów - zdrady. Czy można coś takiego wybaczyć? 

Tessa już dawno zrozumiała, że codzienność jej rodziny jest dopasowana do pracy jej męża Nicka, który zajmuje się operacjami plastycznymi w różnych nagłych przypadkach i nie zawsze może być tak, jak ona sobie zaplanuje. Szykowała się do ich siódmej rocznicy, mając nadzieję, że będzie to specjalny dzień. I tak też się zapowiadało, dopóki ich kolacji nie przerwał im telefon. Nick dostał wezwanie do poparzonego chłopca i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że przystojny lekarz zaczął mieć coraz lepsze relacje z mamą poszkodowanego - czy on i Valerie będą potrafili powiedzieć stop, pomimo chemii między nimi? 

Jakiś czas temu miałam okazję sięgnąć po książki Emily Giffin i choć nie powaliły mnie na kolana, to jednak ich lektura była także pouczającą lekcją, która pozwoliła spojrzeć na życie z nieco innej, trudniejszej perspektywy. Ostatnio, pod wpływem impulsu, postanowiłam kolejny raz przeczytać coś z kolekcji czytadeł napisanych przez nią. Co ciekawe, okazało się, że wybrana przeze mnie pozycja również na celownik wzięła sobie zdradę, a mnie zaciekawiło, czy odnajdę w tej historii świeżość, czy może poczuję, że to już było. Jak myślicie, gdzie leży prawda? 

Autorka opis wydarzeń w swojej powieści podzieliła między dwie osoby - wydarzenia śledziliśmy z perspektywy Tessy w narracji pierwszoosobowej i Valerie w trzecioosobowej. Ten zabieg wprowadził pewne urozmaicenie i sprawił równocześnie, że ja jako czytelnik o wiele lepiej rozumiałam kobietę, która stała się ofiarę tego, co spotkało ją ze strony męża i jego kochanki. Giffin od początku pokazała, jak dochodzi do zdrady, jak za pomocą efektu domina odmienić się mogą życia dwóch kobiet - samotnej, która czuje się najszczęśliwsza na świecie, bo ktoś wreszcie się nią zainteresował, choć jednocześnie zdającej sobie sprawę, że jej szczęście rujnuje życie innej kobiecie, ale i odmalowała portret zdradzanej - kolejne etapy jej bólu, niedowierzania, gniewu i oskarżeń rzucanych w stronę tego, który ją skrzywdził. Całość czytało się naprawdę dobrze, choć jednocześnie nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest tu zbyt wiele banału, że autorka mogła postarać się poprowadzić to w nieco innym kierunku - tak, by czytelnika dłużej potrzymać w niepewności. 

Siedem lat później to książka z pewnością dotykająca trudnego tematu, jakim jest zdrada małżeńska. Na jej stronach niejednokrotnie pojawiały się pytania, czy taki czyn w ogóle można wybaczyć, czy coś ją usprawiedliwia i jeśli tak, to co. Emily Giffin stara się pokazać, że każdy związek może przechodzić swoje wzloty i upadki, jednak należy się starać, by nigdy nie przekroczyć pewnej granicy, bo konsekwencje mogą odmienić życia wielu osób. To jednocześnie pełna goryczy, ale i ciepła historia o ludziach, którzy się pogubili i zaczęli podejmować decyzje, które położyły się cieniem na ich kolejnych dniach. To także w końcu opowieść o ciężkiej sztuce kompromisu i próbach wybaczenia tego, co wydawać by się mogło, że jest nie do wybaczenia. 


Moja ocena: 6/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka