wtorek, 30 czerwca 2015

Eliminacje z drugiej strony.


Autor: Kiera Cass
Tytuł: Następczyni
Cykl: Selekcja. Tom IV
Wydawnictwo: Jaguar 
Liczba stron: 360

Bajki, ach te bajki... Choć w mediach dominuje teza, że teraz coraz mniej rodziców czyta swoim dzieciom je przed snem, to wierzę, że choć część z nich ma możliwość wysłuchiwania tych pięknych opowieści o dzielnych rycerzach ratujących z opresji piękne księżniczki - tak jak ja dawniej. Wciąż pamiętam ten dreszcz ekscytacji, gdy mama siadała na moim łóżku i czytała losową historię z ogromnej księgi, zawierającej mnóstwo baśni - i chociaż znałam je później już na pamięć, to jednak nadal były obowiązkowe w rozkładzie dnia. Może dlatego, że choć po pewnym czasie można je przewidywać, to jednak ich czar i magia zawsze będą nęcić i kusić? 

Eadlyn znajduje się w całkiem innej sytuacji niż jej mama dwadzieścia lat temu. America brała udział w Eliminacjach, choć wcale tego nie pragnęła i udało jej się podbić serce księcia Maxona, tymczasem jej córka jest dziedziczką tronu Illei i sama musi zorganizować własne Eliminacje, by uśmierzyć rozruchy wśród swoich poddanych. Dziewczyna nie wierzy w miłość i nie uważa, by mogła wśród kandydatów odnaleźć tego, dla którego mocniej zacznie jej bić serce - twierdzi, że romantyczna historia, która przytrafiła się jej rodzicom, nie może się powtórzyć. Gdy przybywają jednak pretendenci do jej ręki, a ona ze zdumieniem zauważa, że niektórzy stają się jej bliżsi niż inni, udaje jej się dojść do wniosku, że może żyła w błędzie, a uczucie jest na wyciągnięcie ręki - tylko w którym kierunku? 

Szczerze wątpię, by ktokolwiek, kto jako tako funkcjonuje w książkowym świecie, nie słyszał o (do niedawna) trylogii Kiery Cass. Jej bajecznie piękne okładki i modny gatunek, czyli dystopia, sprawiły, że ciężko uchronić się od chociażby pogłosek na ten temat. Ja sama nie mogłam oprzeć się temu, co kryją w sobie te książki i chociaż nie mogę powiedzieć, by były zachwycające, to jednak w jakiś sposób podobały mi się. Gdy wyszła kolejna część, sprawiając, że o trylogii nie było już mowy, miałam wątpliwości - czy warto to wszystko przedłużać? Nie lepiej było skończyć na trzecim tomie? W końcu zdecydowałam się sięgnąć po Następczynię i przekonać się, czy czwarta część to strzał w dziesiątkę czy kula w płocie. 

Bardzo dłuuuugo czytałam tę książkę, oj długo - co było dla mnie małym szokiem. Ani nie powala skomplikowanym językiem, ani fabuła nie jest zamotana, zatem nie powinna przysporzyć większych problemów i zakładałam, że wystarczy mi jeden wieczór, aby ją łyknąć i móc czytać sobie kolejne pozycje, które planowałam. Okazało się jednak moi drodzy, że czwarta część Kiery Cass mnie pokonała - po prostu ciężko było mi ją czytać, to nie był odpowiedni czas jak widać, co przełożyło się na ogromną niechęć co do samej myśli, że mam czytać tę książkę. W końcu udało mi się jednak wziąć w garść i zmóc ją - choć bywało lepiej, nie było aż tak tragicznie.

Główną bohaterkę poznajemy jako nieopierzoną trzpiotkę, która zdaje sobie sprawę z tego, jak duża odpowiedzialność ciąży na jej barkach, a jednak chciałaby, by wszystko odbywało się nie tak, jak jej rodzice to zaplanowali. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że ta dziewczyna jest ogromną egoistką, która nie widzi niczego poza czubkiem swojego nosa - jawiła mi się jako wielka egoistka, która chciałaby, by każdy tańczył tak, jak ona mu zagra, ale ona nie zrobi choćby kroku do melodii, którą narzuci ktoś inny. Ciągle podkreślała to, jak bardzo musi się poświęcać, jak bardzo jej źle, jak bardzo nie chce tych Eliminacji - tych jej komentarzy naprawdę miałam serdecznie dosyć i choć próbowałam zrozumieć jej sytuację i to, że mogła czuć się jak w klatce, to nie potrafiłam nie dostrzegać jej samolubstwa. 

Jeśli chodzi o same Eliminacje - nie odczuwałam ich ducha tutaj tak, jak w poprzednich tomach. Może to za sprawą tego, że jakoś bardziej polubiłam Ami niż Eadlyn - choć pierwsza z nich pozostawiała wiele do życzenia, to jednak milej wspominam związane z nią sytuacje niż te, które były z udziałem jej córki. Kandydaci na księcia próbują zaimponować młodej dziedziczce korony w każdy możliwy sposób, co nie zawsze zostaje odebrane przez nią przychylnie - a jej samej brakuje czasem wyczucia i taktu, by potrafić docenić ich nieporadne starania. Choć trzeba przyznać - pod koniec sytuacja się poprawiła, a czytelnik może zauważyć, że bohaterka powoli zaczyna zmieniać swoje priorytety. 

Nie jestem pewna, czy przeciąganie trylogii i tworzenia x-logii to dobry pomysł - może lepszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie tego? W każdym razie pani Cass uznała, że lepiej kuć żelazo póki gorące - obawiam się, że jak się rozpędzi, to powstaną niedługo dzieje prapraprawnuczek Americi... Następczyni toczy się dwadzieścia lat po wydarzeniach, które mieliśmy okazję śledzić wcześniej i pokazuje Eliminacje, ale z drugiej strony - nie ich uczestnika, a organizatora. Każdy, kto czytał poprzednie tomy wie, czego się spodziewać - ani styl się nie zmienił, ani fabuła - wszystko mniej więcej jest podobne. I choć nie ma co oczekiwać, że ta książka będzie powalać swoim poziomem i kunsztem, to jednak miło było wrócić do Illei i przekonać się, co u tych bohaterów słychać.


Moja ocena: 5-/10

Ksiązka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

wtorek, 23 czerwca 2015

Wśród krętych uliczek Barcelony, wśród tysięcy zapomnianych książek na ich Cmentarzu.


Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: Cień wiatru
Cykl: Cmentarz Zapomnianych Książek. Tom I
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 512

Każdy z nas jest kompletnie inny, ma odmienny sposób na życie, dorastał w innych warunkach, w różnych miejscach. Można by powiedzieć, że więcej nas dzieli niż łączy. Ale jeśli być szczerym, to to połączenie jest naprawdę silne - jesteśmy ze sobą związani miłością do książek. Do tego stopnia, że w celu wyrażenia naszej sympatii do ich czytania, tworzymy własne strony, by móc dzielić się własnymi wrażeniami, dyskutować o nich i poznawać takich samych książkoholików. Czasem, po przeczytaniu jakiejś naprawdę powalającej książki kłębi się w nas tyle emocji, że sami nie wiemy co z nimi zrobić. Przeżywamy, na nowo analizujemy i rozpamiętujemy, być może po raz kolejny wracamy do nich lub próbujemy dowiedzieć się czegoś więcej o osobie, która przyczyniła się do powstania tak wspaniałego tworu. Szukamy i sprawdzamy, czy nie ma kolejnych książek, którymi mogłaby nas uwieść. I wiedzcie, że takie podejście nie jest nowe - już w czasach wojennej zawieruchy pewien młody chłopiec z Barcelony zaczął szczególnie interesować się pewnym autorem... 

niedziela, 21 czerwca 2015

Od przeszłości nie ma ucieczki.


Autor: Harlan Coben
Tytuł: Niewinny
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 416

Jak często zdarza się, że ktoś ocenia nas niesprawiedliwie? Ile razy miałaś wrażenie, że ktoś wydaje osąd sytuacji całkiem innej niż ta, którą Ty masz na myśli? Czy ma to jakikolwiek związek ze sprawiedliwością, jeśli dosięga Cię tak wielka krzywda? Stosunkowo regularnie do wiadomości publicznej zostają podane informacje na temat przypadków, gdy ktoś dla przykładu poszedł do więzienia, choć wcale na to nie zasługiwał i dopiero po latach to wyszło na jaw. Dość często słychać o ludziach, którzy nie zamierzali wcale popełnić przestępstwa, byli jedynie w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, a jednak musieli za to zapłacić wysoką cenę - czy to jest słuszne? 

Matt Hunter jest kimś takim - ofiarą mało zabawnego losu. Nigdy nie myślał, że coś takiego mogłoby się zdarzyć komuś jak on - a jednak, został skazany za morderstwo i trafił na kilka długich lat do więzienia. Teraz, gdy mija dziewięć lat od dnia, gdy skończył odsiadywać swój wyrok, zaczął powoli wychodzić na prostą, choć nie potrafi zapomnieć o tym, co przeżył. Ma młodą żonę, Olivię, która właśnie spodziewa się ich pierwszego dziecka, a on rozwija swoją karierę jako prawnik. Wydawać by się mogło, że to, co najgorsze, jest już za nimi... a jednak nie. Nie podejrzewał, że kupno telefonów z opcją wideo tak szybko wykaże, że jego żona spotyka się w hotelach z innymi...

Coben to jeden z tych autorów kryminałów, którzy obecnie należą do tzw. klasyki gatunku i każdy miłośnik tego typu książek, powinien jeśli nie znać jakąś jego książkę, to przynajmniej znać to nazwisko. Choć dawno nie miałam w ręce książki kryminalnej od jakiegoś nieznanego mi autora, to jednak lubię wracać do Cobena i na nowo przekonywać się o tym, że ten gościu ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jego książki czyta się naprawdę dobrze, bo nie dość, że dba o najmniejsze detale, to jeszcze mąci w głowie jak nikt inny - tak jak i tutaj. 

Jak zwykle już u tego autora, nic nie jest takie, jakie mogłoby się wydawać. Żadna sytuacja nie jest jedynie czarno-biała, lecz posiada także mnóstwo odcieni szarości. Coben potrafi tak zgrabnie poprowadzić fabułą, że ja jako czytelnik miałam prawdziwy mętlik w głowie, bo nie wiedziałam już, co o kim myśleć. Gdy podejrzewałam, że Olivia jest winna zarzucanych jej czynów, autor tak kierował wątkami, że cała sprawa nabierała innego światła, lecz za chwilę znów miałam wątpliwości, nie wiedząc, czego się dopuściła, a czego nie. Wszystko było mocno osadzone w przeszłości i bez retrospekcji nie bylibyśmy w stanie tak dobrze zrozumieć całej historii, jaka była udziałem Matta i jego młodej żony. 

Matt to postać, która ciągle stara się odciąć od tego, co stało się jej udziałem tyle lat temu, a z drugiej strony nie potrafi pójść naprzód i nie odwracać się do tyłu. Ciągle żyje tym, co było kiedyś, dlatego też teraz nie mógł uwierzyć, że życie może mu się tak dobrze układać - choć to wszystko szybko się zmienia. Co ciekawe, książka pokazuje też sposób myślenia wielu ludzi - jeśli ktoś choć raz był kiedyś karany, jeśli choć raz zdarzyło mu się siedzieć w więzieniu, to do końca życia trzeba na niego uważać, bo kto wie, czy tego nie powtórzy? Z tego typu myśleniem Matt spotykał się ciągle i nie potrafił się od tego uwolnić, bo ciągle postrzegano go przez pryzmat tego niezamierzonej śmierci, która stała się jego przekleństwem. Nikt nie myślał, że przez tyle lat mógł się zmienić - nie, dla ludzi pozostał chłopakiem, który zabił innego. I koniec.

Całość nie przypomina słodkiej historyjki o tym, że więzień wyszedł na wolność i teraz ma już tylko z górki. Autor pokazuje, że za niektóre czyny ludzie do końca życia będą piętnowani, bo inni nie potrafią im ich wybaczyć. Po raz kolejny tworzy mocny kryminał, który nie ma płytkich korzeni - są one zagłębione bardzo daleko w przeszłości, przez co nic nie jest takie, jak mogłoby się wydawać. Cała historia jest niesamowicie uknuta, Coben idealnie oddaje schematy ludzkiego myślenia i zachowań charakterystycznych dla każdego z nas - ułożył mistrzowską intrygę, jednocześnie mądrą, jak i wciągającą. Takich książek nie da się nie uwielbiać, oby było ich więcej! 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

czwartek, 18 czerwca 2015

Rok bez pracy - dla kogo błogosławieństwo, dla kogo przekleństwo?


Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: Kiedy Cię poznałam
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416

Jak w społeczeństwie postrzegane są osoby, które z jakiegoś powodu musiały się pożegnać z dotychczasowym stanowiskiem w pracy? Zazwyczaj nie odchodzą w blasku chwały, oświetlone reflektorami i przy odgłosie fanfar, znacznie częściej wiąże się to z myślami negatywnymi na temat swoich umiejętności i możliwości. W naszym kraju, gdzie każdy zdaje sobie sprawę ze skomplikowanej stosunkowo sytuacji na rynku pracy, słowo bezrobocie nie jest obce i pewnie znacie osobę, która przechodziła lub nadal przechodzi tego typu problemy.

wtorek, 16 czerwca 2015

Powrót do świata jasnowidzów.


Autor: Samantha Shannon
Tytuł: Zakon Mimów
Cykl: The Bone Season. Tom II
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 544

Debiutanci nie mają lekko, nie tylko jeśli chodzi o wypromowanie ich książek - w większości przypadków ciężko im osiągnąć sukces od razu po wydaniu pierwszego dziecka i muszą ciężko zapracować na słowa uznania. Z drugiej strony mamy czytelników - takich, którzy z chęcią dają szansę kolejnym autorom i pomagają im w spełnianiu marzeń, ale i takich, którzy nieco sceptycznie podchodzą do debiutanckiej twórczości, ponieważ powszechnie znanym faktem jest, że często zdarza jej się być niedopracowaną. Od czasu do czasu pojawiają się jednak tacy autorzy, którzy przeczą tym stwierdzeniom - ich debiuty nie dość, że okazują się być zaskakująco dobre i szybko osiągają rozgłos, to jeszcze są rozchwytywane przez czytelników. Czy to nie brzmi znajomo, jeśli odniesie się do pani Shannon? 

Paige od dawna nie miała w swoim życiu chwili spokoju, momenty relaksu, kiedy mogłaby zregenerować siły i zszargane nerwy. Teraz, po ucieczce z kolonii karnej z Szeolu, boryka się z wyrzutami sumienia - nie wszystkim udało się triumfować. Zdobyła jednak wiedzę o Refaitach i Emmitach, która może wstrząsnąć światem. Problemem tylko jest malutki szczegół - jest jedną z najbardziej poszukiwanych osób, które chce dostać w swoje ręce Archon. Blada Śniąca powraca do swojego mim-lorda i szybko przekonuje się, że mimo żywionej do niego niechęci, tylko on może ją uchronić przed gniewem Sajonu, który także chce ją dorwać. 

Obawiam się sięgnięcia po pierwszy tom, którym był Czas Żniw, a okazało się, że było to niesłuszne podejście - Shannon zaskoczyła mnie tym, jak doskonale potrafiła od podstaw wykreować swój świat i sprawić, że czytelnik wsiąknie w opisywaną przez nią fabułę. Czytając, przekonałam się, że naprawdę istnieje grupka utalentowanych pisarzy, których nawet debiut potrafi rzucić na kolana swoim poziomem. Uzbrojona w tę wiedzę planowałam sięgnięcie po następną część... ale jakoś się to odkładało w czasie. Ciągle obiecywałam sobie, że skończę bieżąco pochłaniane czytadełko i biorę się za kontynuację, ale wciąż miałam obawy. A co jeśli tylko początek był tak dobry? A jeżeli autorka nie udźwignie ciężaru, jaki zrzuciła sobie na barki? A jeśli postawiła za wysoko poprzeczkę? 

Od razu mogę powiedzieć - nic z tych rzeczy. Choć towarzyszyła mi wątpliwość, czy będę potrafiła odnaleźć się w wydarzeniach, to z początkowym posiłkowaniem się słowniczkiem w celu odświeżenia sobie oryginalnej terminologii, szybciutko zauważyłam, że tej książki się nie czyta - ją się pochłania! Młoda autorka od pierwszych stron narzuca szybkie tempo i choć później zdarzało jej się je spowalniać, to jednak na nudę nie można było narzekać. Zakon Mimów mimo swojej okazałej wielkości nie jest czymś, co chce się jak najszybciej przeczytać, odłożyć na półkę i zapomnieć o istnieniu czegoś takiego. Samantha Shannon swoim przystępnym językiem i niebanalnymi pomysłami sprawiła, że całość prezentuje się na naprawdę wysokim literacko poziomie i zasługuje na to, by być docenianą. 

Choć narratorka jest równocześnie główną postacią, którą mogliśmy dobrze poznać już w pierwszej części, w tym tomie zapoznajemy się z kolejnymi bohaterami, którzy są członkami gangu razem z Paige. Możemy zajrzeć za kurtynę i odkryć, jakie pobudki nimi kierują, jakie są ich cele i do czego aspirują. Do tego pojawia się także postać, która wywołała nieco zamieszania wcześniej - mowa o Naczelniku. Cieszę się bardzo, że się pojawił, jednak jego wątek mógłby być dla mnie nieco bardziej rozbudowany i z chęcią odnotowywałabym częściej jego imię na kartkach tej powieści. Mam nadzieję, że z każdym kolejnym tomem autorka będzie rozwijała ten wątek. 

Proza tej autorki jak dla mnie doskonale spełnia swoje zadanie - nie tylko pozwala na rozrywkę przy czytaniu, ale i zaskakuje niekonwencjonalnymi pomysłami. Oczywiście, widoczne są subtelne cechy charakterystyczne dla gatunku, jakim jest dystopia, ale Samantha Shannon w moim odczuciu starała się zatrzeć te granice i wykreować coś, co byłoby jej cechą rozpoznawczą. Do tej pory nie miałam okazji spotkać się w literaturze z motywami jasnowidztwa, dlatego podejrzewam, że zawsze to jej seria będzie mi się z takimi wątkami kojarzyła. Ale wiecie co? Nie żałuję tego, bo te dwa tomy, które napisała, w pełni zasługują na szum, jaki wobec nich panuje i mam nadzieję, że kolejne, które będę mogła przeczytać, będą na co najmniej równie pasjonującym poziomie! 


Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non! :)

Zapraszam Was także do zerknięcia na stronę księgarni wydawnictwa - zarówno ten tom, jak i poprzedni posiadają w naprawdę atrakcyjnych cenach! Kliknijcie na poniższe logo, aby się przekonać. :)

sobota, 13 czerwca 2015

Kiedy kolej na może kiedyś, a kiedy na właśnie teraz?


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Maybe Someday
Cykl: Maybe
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 384

Chyba każdemu zdarzają się myśli w stylu dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy?. Jak to jest, że jedni potrafią pięknie kaligrafować w swoich zeszytach, a drudzy bazgrzą jak kury pazurami? Co sprawia, że niektórzy nie potrzebują przepisu czy książki kucharskiej i potrafią z niczego wyczarować przepyszne i wyszukane potrawy, a inni mając lodówkę pełną smakołyków, nie są w stanie zrobić nic innego, niż pójść do McDonalda po kolejnego hamburgera? Od czego zależy, że są pisarze, którzy tworzą książki wręcz w hurtowych ilościach, a każda z nich jest przeciętna i żadna nie jest w stanie podbić czytelniczego serca, a pojawia się na scenie wydawniczej taka niepozorna Colleen Hoover i nagle nie ma nikogo, kto by o tym nazwisku nie słyszał, bo tworzy tak piękne historie? 

Życie wali jej się na głowę. Traci grunt pod nogami. Sytuacje, które były dla niej aksjomatami i pewnikami, nagle okazują się sprzymierzać przeciwko niej. Sydney w jednej chwili zostaje pozbawiona tego, co kochała i w co wierzyła. Musi się pozbierać w garść, a pomaga jej w tym pewien utalentowany mężczyzna, którym jest Ridge. Choć nie znają się dobrze, to dzięki jego balkonowym koncertom nawiązała się między nimi specyficzna więź. Okazuje się jednak, że serce nie zawsze idzie w parze z rozumiem, a Sydney musi pogodzić się z tym, że życie najwidoczniej sprzysięgło się przeciw niej, chcąc jak najbardziej ją skrzywdzić... Ale czy tak do końca? 

Jestem jedną z tych osób, które po książki Hoover mogą sięgać w ciemno. Ta autorka ma w swojej twórczości coś takiego, że nie można przejść obojętnie, a po przeczytaniu jednej powieści ma się ochotę na kolejną, kolejną i kolejną. Do tej pory przeczytałam wszystkie, które zostały wydane w naszym kraju i poza lekkim niedosytem co do jednej z nich, jestem po prostu oczarowana. Gdy niedawno miała miejsce premiera najnowszej, czyli właśnie Maybe Someday, nogami przebierałam z niecierpliwości, tak marzyłam, aby móc ją przeczytać. Na blogach zaczęło być o niej coraz bardziej głośno, a ja coraz bardziej się irytowałam, że nie wiem, czym wszyscy się ekscytowali. Z drugiej strony jakiś mały chochlik na ramieniu szeptał mi, że może to po prostu kolejna zbyt rozdmuchana afera, a książka okaże się zwyczajna. Zaraz jednak przypominałam sobie, kto jest autorką - i wiedziałam, że o zawodzie nie może być mowy. I nie było, uwierzcie mi, było niesamowicie! 

Nie potrafię odgadnąć, jak w jednej kobiecie może być tyle cudownych pomysłów, które chwytają za serce i nie chcą go wypuścić ze swoich objęć. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej zakochiwałam się w tym, co Colleen zaczęła przekazywać w swojej powieści i wiedziałam, że jeśli dalej tak będzie, to przepadnę z kretesem. Emocje, emocje, emocje. Jak w tylu kartkach książki można zawrzeć ich aż tyle, bym miała wrażenie, że wyciekają mi z pomiędzy stron, skaczą na ręce, dostają się do umysłu i serca? Jak można w tak niezbyt grubej historii zawrzeć opowieść o tak pięknej miłości, że łzy nie chcą przestać płynąć z oczu? Skąd w niej bierze się ta umiejętność do skruszania tylu kobiecych serc? Uwierzcie mi, chciałabym poznać sekret Colleen. 

Bohaterowie, których stworzyła to osoby, których nie da się nie pokochać. Co ciekawe, Sydney jako ostatnia mnie zawojowała, choć myślałam, że zrobi to jako pierwsza. W ciągu całej książki miałam co do niej tyle mieszanych uczuć - raz podziw, raz żal, raz litość, raz niechęć, aż w końcu udało mi się ją nieodwracalnie pokochać. Za wszystko i za nic. Za to, że po prostu pojawiała się tutaj i miałam wrażenie, że zaraz zmaterializuje się w moim pokoju, usiądzie obok mnie na oparciu fotela, poda chusteczkę i powie, że mam nie ryczeć nad książką o niej. Z drugiej strony mamy Ridge'a... mój ideał. Kurczę, mało jest bohaterów, których bym kochała tak, jak zaczęłam jego. Choć niestety dość szybko poznałam tajemnicę na jego temat, bo ktoś mi elegancko zaspoilerował w recenzji, to i tak jego postać była dla mnie niesamowicie odkrywcza i świeża. Colleen po raz kolejny znalazła niszę, na którą nikt nie wpadł i wykorzystała ją w cholernie perfekcyjny sposób. Ale, ale - nie zapominajmy o innych, bo nie tylko tą dwójkę mieliśmy! Jest jeszcze Maggie - dziewczyno, jesteś wielka! I mój Warren - kurczę, ten gość to miał jaja! Wręcz nie dało się go nie polubić, mówię Wam. A Bridgette? Jej zachowanie co do Sydney - zrywałam boki, naprawdę! 

Myślę, że moje uczucia co do książki spotęgowało też to, że nie była to wyłącznie historyjka opisana na papierze i mieszcząca się między ładną okładką, w której została zamknięta i koniec. Skomponowanie do niej soundtracku i umieszczenie niesamowicie poruszających tekstów sprawiło, że całość postrzegałam w kompletnie innym wymiarze. Opowieść o zakazanym uczuciu między Sydney a Ridge'm nabrała jeszcze więcej kolorów i jeszcze więcej wyrazistości wymieszanej z realnością. Choć całą historię nawet bez tego dodatku uważałabym za piękną, to jednak w połączeniu z tak pięknymi utworami posiadającymi nieziemsko poruszające teksty staje się ona po prostu miażdżąca. Nie dość, że pozwala lepiej zrozumieć to, co było między tą dwójką i jak postępowało, to jeszcze sprawiło, że dziś na okrągło słucham tej ścieżki dźwiękowej. Coś niesamowitego. 

Znacie tę reklamę od Rafaello, gdzie pojawia się dość kultowy cytat wyraża więcej niż tysiąc słów? Coś podobnego można by powiedzieć o Maybe Someday, ale nie do końca. A dlaczego? Bo tej historii nie da się wyrazić żadnymi słowami. Żadne wyszukane i piękne zlepki liter nie opiszą kunsztu Colleen, jakim popisała się przy kreowaniu tej książki. Żadne peany na jej cześć, żadne ody i hymny nie przybliżą Was do zrozumienia, jak cudownych bohaterów wymyśliła, jak niesamowicie połączyła ich losy i sprawiła, że najpierw traciłam nadzieję, czytając, a następnie odzyskiwałam ją. Jeśli chcecie wiedzieć, co takiego ta książka w sobie ma - po prostu po nią sięgnijcie. Nie wahajcie się, nie czujcie lęku. Odważcie się, zaryzykujcie... i przepadnijcie w jej pięknie.


Moja ocena: 10/10

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

piątek, 12 czerwca 2015

Kiedy oczekiwania ścierają się z rzeczywistością.


Autor: Ron Rash
Tytuł: Serena 
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 435

Każdy z nas ma ulubiony typ postaci w literaturze, która sprawia, że czytanie nawet najbardziej głupiej na świecie książki, staje się nieco lżejsze i mniej uciążliwe. Niektórzy czytelnicy posiadają nosa do bohaterów i potrafią już na początku powieści przewidzieć, czy polubią daną osobę, czy nie. Sympatia do nich jest niezwykle ważna - mogę pokusić się o stwierdzenie, że to jedna z kluczowych rzeczy. Dowiadując się, że będę miała okazję przeczytać książkę o bohaterce niebanalnej, zdecydowanej i momentami okrutnej, byłam prawie że wniebowzięta i myślałam coś w stylu "kurczaki, taki typ postaci kobiecych lubię, na pewno całość też mi się spodoba!". Ale czy tak też się okazało w praktyce? 

Fabularnie książka nie jest zbytnio rozwinięta - Serena i George Pembertonowie są świeżo po ślubie i przybyli do Karoliny Północnej, chcąc rozwinąć interes drzewny i móc mieć jak największą władzę. Zanim zostali małżeństwem, mężczyzna prowadził już tam biznes i udało mu się dochować nieślubnego dziecka. Serena jednak jest laikiem i choć początkowo spotyka się z nieufnością, to szybko udowadnia wszystkim, że posiada duży talent i potrafi sprawnie wywiązywać się ze wszystkich obowiązków. Po kolei pokazuje, że kobiety nie są gorsze od mężczyzn i szybko potrafi wzbudzić wśród nich szacunek, który stopniowo przekształca się jednak w lęk. Staje się bezlitosna i bezkompromisowa, a gdy postanawia rozprawić się z jedynym potomkiem męża, dochodzi do niespodziewanych sytuacji... 

Na początku mogę powiedzieć, że pierwsze rozdziały całej tej historii czytałam z rosnącym zaciekawieniem. Autor potrafił w interesujący sposób przyciągnąć mnie do treści i sprawić, że chętniej zaczytywałam się w tym, co stworzył, byle móc poznać to wszystko. Strony upływały szybko... ale i szybko się to skończyło. Zanim się spostrzegłam, widok tej książki nie powodował u mnie dreszczów ekscytacji, co do dalszych losów - bliższa byłam poirytowaniu, że jeszcze tak wiele rozdziałów, stron, wersów przede mną. Wszystko diametralnie się zmieniło - ale co spowodowało, że opowieść o Serenie, która początkowo przypadła mi do serca, tak mnie znużyła? 

Po pierwsze - paradoksalność tego, co wytworzył autor. Nazwał całą historię imieniem jednej z bohaterek, co automatycznie sugeruje czytelnikowi, że to na tej osobie mamy się skupić i że wokół niej wszystko się będzie toczyło, ale... ciągle odnosiłam wrażenie, że nasza Serena jest tak naprawdę na jakimś poboczu. Od czasu do czasu wysuwała się na główny plan, od czasu do czasu Rash zażyczył sobie opisać coś z jej zachowań, ale większość czasu - ani widu, ani słuchu. Mogłabym się posłużyć znanym tytułem bajki - Nemo, gdzie jesteś? z tym, że podstawiłabym tam jej imię. Zdecydowanie za mało jej i zdecydowanie - nie taka, jaką ją sobie wyobrażałam. Przez większość czasu, kiedy już się pojawiła, zamiast wydawać mi się silna - miałam wrażenie, że jest taka... miałka. Niby zdecydowana, ale nie potrafiłam tego dostatecznie dobrze poczuć, a szkoda. 

Kolejnym faktem działającym na niekorzyść tej książki było to, że co najmniej w połowie była najzwyczajniej w świecie nudna. Uwielbiam narrację przetykaną gdzieniegdzie ciekawym dialogiem, który wzmocni moje uczucia co do całości, ale tutaj... najchętniej bym ją wycięła. Nie wiem jak inni czytelnicy, być może komuś z Was się to spodobało, ale dla mnie ciągłe opowiadanie o drzewach, o wciągarkach, piłach, linach i innych tego typu przyrządach, było usypiające. Wszystko toczyło się tak leniwie, ospale i nieśpiesznie, że naprawdę obawiałam się, że przy kolejnej stronie mogę zasnąć. Teraz, gdy spora część autorów przyzwyczaiła mnie do mocnej fabuły, która wciąga i ciągle przyspiesza, Serena wydawała mi się być z kompletnie innej bajki. Niestety, ale nie mojej. 

Po tym co powiedziałam, mogłoby się wydawać, że to tragiczna książka, która nie ma żadnych pozytywnych stron, natomiast posiada całą listę wad. Ciężko powstrzymać się od wylewania żalu w opisywaniu swoich wrażeń po przeczytaniu książki, gdy człowiek spodziewał się czegoś dobrego, a dostał takie wymemłane coś. Wszystko sprawiało wrażenie rozwleczonego do granic, rozwlekłego i tak jednowymiarowego, że zastanawiałam się, czy autor naprawdę w taki sposób pojmował rzeczywistość, bo ciężko było mi w to uwierzyć. Tak jak i większość fabuły, tak i zakończenie było rozczarowujące - spodziewałam się czegoś lepszego. Tak mogę podsumować nie tylko końcówkę, ale i calutką Serenę


Moja ocena: 4-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 8 czerwca 2015

W szponach nałogu...


Autor: James Frey
Tytuł: Milion małych kawałków
Wydawnictwo: Burda Publishing Polska
Liczba stron: 517

Każdy rodzic ma to do siebie, że chce ustrzec swoje dziecko przed różnymi złymi wydarzeniami. Żadna matka ani ojciec nie wyobrażają sobie, by ich urocza pięciolatka bawiąca się lalkami barbie, mogła za dziesięć lat prostytuować się, byle tylko zarobić na kolejną działkę. Żadna matka ani ojciec nie snują podejrzeń, patrząc na synka bawiącego się klockami Lego, że za dziesięć lat może on być cenionym w przestępczym światku dilerem narkotyków. Nikt tego nie chce i nikt nie dopuszcza do siebie myśli, że coś takiego mogłoby się akurat w jego rodzinie wydarzyć. Zawsze mówi się "to nas nie dotyczy" lub "moje dziecko to dobry człowiek!", a jednak fakty mówią same za siebie - coraz więcej ludzi na odwykach, a co najsmutniejsze... młodych ludzi, tych do niedawna idealnych dzieci...

Kim był James Frey kilkanaście lat temu? Na to pytanie on sam miałby trudności z odpowiedzią, bo już dawno zapomniał o tej części swojej osobowości, została ona przez niego pogrzebana. Kim jest James Frey w tym momencie? Jest alkoholikiem, narkomanem, nałogowcem. Jest wrakiem osoby, którą był kiedyś. Wrakiem osoby, o której istnieniu już prawie nie pamięta - ledwie delikatnie miga mu, że kiedyś, wiele lat temu, ktoś taki istniał i był nim on sam. Aktualnie nie liczy się dla niego nic poza nieprzerywalnym odurzeniem. Gdy zgłasza się na odwyk do najlepszego ośrodka w Stanach Zjednoczonych, spotyka się z komentarzami, że inni ludzie w stanie takim jak on już dawno nie żyją... A co z nim? 

Tę recenzję planowałam napisać od dość długiego czasu, miałam już nawet przygotowaną część notatek, a to wszystko czekało na sklecenie i zamieszczenie na mojej stronie - tylko w praktyce ciągle było odkładane. Bodźcem do opublikowania moich wrażeń po przeczytaniu tej historii było obejrzenie wczoraj niesamowicie oddziałującego na wyobraźnię filmu Requiem dla snu. Tematyka naprawdę wstrząsająca, długo nie mogłam pozbyć się niektórych kadrów z głowy, a dziś cały dzień myślałam o tym, aż zaczęły przychodzić mi na myśl książki z wątkami uzależnień, w tym również ta. Będąc nadal pod wpływem tamtej zekranizowanej opowieści, chcę Wam opowiedzieć o swoich wrażeniach po poznaniu czegoś, co ktoś sam doświadczył i o czym zdecydował się napisać, by pokazać, jak wielkim bagnem są nałogi. 

Z opisu na okładce wydawcy dowiadujemy się, że jest to powieść autobiograficzna. Nie ma tu żadnych latających różowych słoni, smoków czy driad. Nie ma ubarwień, nie ma eufemizmów, nie ma cieszących literackie podniebienie zwrotów. To, co od razu rzuca się na myśl podczas czytania to stwierdzenie, że ta książka ma naprawdę trudną w odbiorze narrację. James Frey nie bawi się z czytelnikiem, pisze prosto, pisze niewyszukanie, pisze szczerze, pisze mocno, ale - pisze dobrze. Ku mojemu własnemu zdziwieniu niezwykle pasował mi tutaj ten toporny język, urywane zdania, to wszystko nadawało tej opowieści ekspresyjności i świadczyło o ogromnej emocjonalności autora, który był równocześnie głównym bohaterem. 

Można pokusić się o stwierdzenie, że James to człowiek upadły. Wieloletnie nałogi sprawiły, że jego ciało nie funkcjonuje tak, jak powinno i wielu ludzi odwróciło się od niego. On sam nienawidzi życia i nienawidzi także samego siebie, a to uczucie popychało go do prób odebrania sobie życia. W końcu podejmuje trudną decyzję, że musi coś z tym zrobić, bo tak dłużej nie można. Decyduje się na najlepszy ośrodek, jednak nawet nie podejrzewał, że może w nim być aż tak ciężko. Tutaj nikt się z nikim nie patyczkuje, zasady są po to, by ich przestrzegać, a jeśli ktoś ma jakieś zastrzeżenia co do tego - do widzenia, na Twoje miejsce jest kilkudziesięciu innych chętnych. Nieraz dochodziło do awantur i spornych sytuacji, w których James czuł, że może nie warto, że może trzeba dać spokój, że nie ma szans... a jednak wciąż miał nadzieję. Mimo tego, że ciągle powątpiewał, to ciągle tliła się w nim ta iskierka "a co jeśli mi się uda"? I choć było mu ciężko, to jednak się nie poddawał - choć była to droga przez piekło. 

Milion małych kawałków niczego nie ubarwia. W dosadny i drastyczny sposób pokazuje, jak łatwo jest się stoczyć na samo dno. Zaczyna się od jednego skręta, jednej po kryjomu wypitej butelki wódki, a kończy w izolatce, drapiąc się z niemożności i pragnienia narkotyku. James Frey pokazał na swoim przykładzie, że młodzi ludzie nie potrafią myśleć dalekosiężnie - dostrzegają jedynie, że teraz jest im fajnie i dobrze, że są wyluzowani i to im się podoba. Nie zastanawiają się nad tym, jakie mogą być dalsze skutki, co nie jest kwestią tego, że są głupi i tego nie wiedzą. O nie, oni doskonale zdają sobie z tego sprawę, ale NIE CHCĄ przyjąć tego do wiadomości. Wolą wciąż łudzić się, że przecież nie są uzależnieni, że w każdej chwili, gdy tylko będą chcieli, mogą to odstawić i nic im nie będzie. Tylko... w końcu może być za późno. Jamesowi się udało, ale czy warto było rozkruszyć swoje życie na milion małych kawałków? Jego apel jest dosadny, jest brutalny i momentami wulgarny, ale według mnie naprawdę skuteczny. Jeśli lubicie tego typu literaturę - zachęcam, nie będziecie zawiedzeni, tak jak i ja nie byłam. 


Moja ocena: 8-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 5 czerwca 2015

Bohater wojenny - powód do chluby czy udręka?


Autor: Lisa Scottoline
Tytuł: Nie odchodź
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 520

Większość z nas zna wojsko jedynie ze strony prezentowanych w telewizji defilad państwowych, gdzie żołnierze poustawiani w równiutkie rzędy maszerują, salutują i dokonują rozmaitych komend równocześnie. Mają poważne twarze - ani się nie uśmiechają, ani nie smucą, czasami sprawiają wrażenie jakby cała sytuacja przebiegała obok nich. Lecz kto z nas wie, co tak naprawdę siedzi w ich głowach? Czy ktoś z nas podejrzewa, jak ciężko musi być takiemu uczestnikowi konfliktu zbrojnego, który widział na oczy tyle śmierci? Który doświadczył odejścia własnych przyjaciół? Który musi wrócić wcześniej do domu z misji, bo dowiaduje się, że jego żona nie żyje? 

W takiej sytuacji znajduje się Mike. Nie jest żołnierzem, lecz lekarzem, który odbywa służbę w Afganistanie, więc doskonale wie, jak ogromne żniwo zbiera za sobą wojna. Już coraz mniej czasu było do jego powrotu do domu, z każdym dniem ten okres się kurczył, aż okazało się, że musi wrócić wcześniej, bo jego żona nie żyje, zostawiając mu malutką córeczkę. Dziewczynka jednak nie pamięta go, gdyż znajduje się pod opieką Danielle i Boba - siostry zmarłej kobiety i jej męża. Gdy powraca na stałe do kraju, okazuje się, że nie tylko nie zna własnego dziecka, ale i bliskich mu osób, także własnej żony. Oprócz tego czeka go największa walka w jego życiu - musi zdecydować, czy jest w stanie zaopiekować się córeczką Emily i zawalczyć, by odzyskać to, co dla niego najważniejsze. 

Z twórczością Scottoline spotkałam się dopiero raz, przy czytaniu Cicho sza, a ponieważ tamta historia mocno mnie poruszyła, postanowiłam spróbować po raz kolejny czegoś, co jest sygnowane jej nazwiskiem. Po przeczytaniu opisów stwierdziłam, że najbardziej ciekawi mnie właśnie ta pozycja i teraz, gdy już ją połknęłam, pragnę podzielić się z Wami moją opinią na jej temat. To historia zdecydowanie niebanalna - po pierwsze ze względu lekkie pióro autorki, które umożliwia przystępność w poznawaniu tego, co spotkało bohaterów; po drugie - doskonałe zarysowanie tego, co pozostawia w człowieku wojna; po trzecie - jak ważne jest walczenie o to, co się kocha i determinacja. 

Autorka w bardzo staranny sposób wykreowała obraz bohatera wojennego. Ludzie, którzy go nie znali dobrze, dostrzegali jedynie to, co widzieli - jego poświęcenie dla ojczyzny, co przejawiało się w tych wszystkich podziękowaniach za walkę dla kraju. Nikt nie zastanawiał się nad tym, co wojna w Afganistanie w nim zostawiła, każdy potrafił jedynie gratulować zasług i składać te oklepane kondolencje, bez zastanowienia i jakby automatycznie. Nie podejrzewali, w jakim stanie się znajduje przez kumulację zdarzeń, jakie nastąpiły w takim krótkim okresie czasu - bo woleli widzieć to, co widzą wszyscy. 

Mike to postać niezwykle złożona, do której ciężko było mi nie zapałać sympatią. Z każdą kolejną chwilą zyskiwał coraz więcej mojego uznania, bo sytuacja w której się znalazł nie była łatwa, a mimo to próbował sobie z nią radzić, nie spoczywając na laurach. Z ogromnym wzruszeniem obserwowałam kolejne próby zbliżenia się do dziecka, które nieprzejednanie traktowało go jak kogoś obcego. O ile początkowo polubiłam Danielle i Boba, których malutka traktowała jako swoich rodziców, tak potem nagle wszystko to się ulotniło. Na szczęście finalnie zmieniłam zdanie - pokazali, że zasługują na to, by ich szanować. 

W książce Nie odchodź Lisa Scottoline podjęła się bardzo trudnego wyzwania, z którego na całe szczęście udało jej się wyjść obronną ręką. Połączyła w niej w zgrabny sposób kilka wątków, które wzruszają i chwytają za serce - bezsilność mężczyzny, który próbuje wywalczyć serce własnej córki, jego miłość do niej, ogrom cierpienia, jaki spotyka ludzi, gdy dowiadują się o najbliższych tego, czego nigdy by nie podejrzewali, a także portret psychologiczny mężczyzny, na którym wojna odcisnęła niezmywalny ślad. Jeśli macie chwilę czasu, to chciałabym Was zachęcić do posłuchania utworu mojego ulubionego zespołu Rise Against - Hero of War. Obejrzyjcie teledysk, przeczytajcie tekst - mam wrażenie, jakby została idealnie stworzona do tej powieści. Coś niesamowitego - i książka, i utwór. 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

środa, 3 czerwca 2015

Czy kłamstwo można uzasadnić?


Autor: Diane Chamberlain
Tytuł: Sekretne życie CeeCee Wilkes
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 544

Miłość od wieków popychała ludzi do rozmaitych czynów - nawet nie pomyśleliby w innej sytuacji, by zrobić coś takiego, co robią pod wpływem uczucia. Czasem słyszymy zwrot kochać za bardzo - czy coś takiego jest możliwe? Czy takie wyrażenie może funkcjonować i mieć rację bytu? Można kochać z całego serca, można kochać nad życie, można kochać do szaleństwa, ale za bardzo? Kiedyś to pojęcie wydawało mi się dosyć abstrakcyjne, ale myślę, że potrzeba czasu, by zrozumieć, na czym ono polega - tak jak ze wszystkim, bo jak wiadomo, czas to lekarstwo na wszystko. 

Wiele lat temu Ameryką wstrząsnęła wiadomość o zaginięciu ciężarnej żony gubernatora, której nie udało się niestety odnaleźć. Choć minęło dużo czasu i rodzina sprawiała wrażenie, że pogodziła się z tą podwójną stratą, to nagle pewne wydarzenia całkowicie to zmieniły, otwierając świeże rany. Jedyną osobą, która wie, co stało się z Genevieve Russel i jej dzieckiem jest CeeCee Wilkes, ponieważ była uczestniczką tych zdarzeń. Przez kilkadziesiąt lat ukrywała prawdę, jednak gdy oskarżono Tima Gleasona i zaczęła mu grozić kara śmierci, musiała ona podjąć decyzję - pozwolić mu umrzeć, zachowując swoją rodzinę, czy uratować mu życie, niszcząc to, co przez tyle lat budowała.

Kilka miesięcy temu po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Chamberlain, przy okazji czytania W słusznej sprawie - nie ukrywałam, że historia wywarła na mnie duże wrażenie i że chciałabym po raz kolejny wrócić do tej autorki. Okazja nadarzyła się właśnie niedawno, gdy przypomniałam sobie recenzję jednej z cenionych przeze mnie blogerek i postanowiłam poznać właśnie ten tytuł. Nie obawiałam się ani trochę, bo spotkał się on z bardzo pozytywną rekomendacją - jedyne co mi towarzyszyło, to nuta niecierpliwości i zaciekawienia. I wiecie co? Nie zawiodłam się ani trochę! 

Pani Chamberlain postawiła swoją główną bohaterkę w bardzo trudnej sytuacji. Kierowana młodzieńczą miłością i naiwnością, CeeCee pozwoliła się wmanewrować w sytuację, która odbiła się na jej dalszym życiu. Mając szesnaście lat musiała w szybkim czasie podejmować naprawdę trudne decyzje, z którymi nie poradziłoby sobie wielu bohaterów. Dziewczyna działała pod wpływem impulsów i zanim się obejrzała, musiała szybko z nastolatki zmienić się w osobę dorosłą, zmienić tożsamość i całe swoje życie. Z drugiej strony mamy Eve - młodziutką matkę, która nie wie, jak ma sobie poradzić w nowej dla niej sytuacji. Ma kilka osób, które ją chronią i na które może liczyć, lecz nikt tak naprawdę nie wie, kim jest i czego dokonała - nawet jej mąż i dzieci. 

Oprócz niej poznajemy także całkiem sporo innych bohaterów. Bardzo polubiłam Jacka - jego poczucie humoru i optymizm były naprawdę zaraźliwe, cieszyłam się, że Eve udało się spotkać kogoś takiego. Za to postać Corinne... oj, tu nie zapałałam do niej sympatią. O ile początkowo jeszcze ją lubiłam, to później naprawdę denerwowała mnie swoim zachowaniem - obarczaniem matki o wszystko, co złe w jej życiu i odcinaniem się od niej. Po tym co dla niej zrobiła i ile poświęciła, nie uważam, by zachowywała się w porządku. Chociaż... końcowe wydarzenia zweryfikowały moją opinię, na całe szczęście. 

W powieści Sekretne życie CeeCee Wilkes autorka wykreowała nie tylko wyrazistych bohaterów, ale pozwoliła nam także na zastanowienie się nad wieloma ważnymi kwestiami. Ta książka porusza dosyć niejednoznaczną tematykę, jednak czyta się ją niesamowicie dobrze dzięki talentowi pisarskiemu Chamberlain i umiejętności zaciekawiania czytelnika. Pokazała ona nie tylko przemianę głównej bohaterki i wpływ pewnego wydarzenia na jej dalsze życie, ale kreuje ona wiele rodzajów miłości - każdej innej, lecz każdej pięknej i sprawiającej, że człowiek dla dobra drugiego człowieka jest w stanie poświęcić wszystko, nawet swoje dotychczasowe życie. Jeśli pani Chamberlain ma wszystkie powieści jak ta, to z pewnością bardzo je polubię. 

Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Ostateczne starcie o [miłość].


Autor: Lauren Oliver
Tytuł: Requiem 
Cykl: Delirium. Tom III
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 392

Jak można by określić życie pozbawione miłości? Dla wszystkich z nas to musiałoby być czymś niewyobrażalnym... Wyobraź sobie, że od dziś nie możesz podejść do swojego ukochanego i powiedzieć mu, że go kochasz. Pomyśl, że wszystkie czułe gesty świadczące o Twoim uczuciu są zakazane. Nie wolno Ci być troskliwą matką, która pociesza swoje dziecko, gdy zdarzy mu się drobny wypadek, nie wolno Ci opowiadać mu pięknych baśni, śpiewać kołysanek ani śmiać się. Wszystko, co ludzkie zostało zakazane, bo zostało określone mianem zagrożenia. Czy potrafiłabyś żyć w takim świecie? 

Dawniej Lena uważała, że wszelkie odstępstwa od reguł są ogromną zbrodnią, ponieważ należy przestrzegać zasad. Sytuacje, których stała się uczestniczką sprawiły jednak, że musiała zweryfikować swoje dotychczasowe poglądy. Dołączyła do ruchu oporu, by móc walczyć nie tylko o wolność dla siebie, ale i wszystkich ludzi. Droga do osiągnięcia tego celu okazała się jednak o wiele bardziej skomplikowana niż myślała, zwłaszcza, gdy jej serce znajduje się w imadle, a dziewczyna nie potrafi dojść do ładu ze swoimi uczuciami. 

Prosiłabym, by osoby, które nie czytały poprzednich tomów, nie czytały dalszych akapitów, ze względu na możliwe spoilery. Zazwyczaj staram się ich unikać, ale jest to dość ciężkie w tym przypadku, dlatego lojalnie ostrzegam szybciej, by nie zepsuć Wam przyjemności z czytania. 

Dużo emocji wywołało we mnie sięgnięcie po ostatnią część tej trylogii. Spora część z nich była spowodowana niepewnością co do tego, czy pani Oliver uda się udźwignąć ciężar, jaki zrzuciła sobie na barki poprzez bardzo wysoki poziom poprzednich tomów - zaręczam Wam, że podczas ich czytania człowiekowi towarzyszy naprawdę masa emocji, których nawet nie spodziewalibyście się. Z drugiej strony nieco lęku było ze względu na fakt, że to już koniec serii, a więc i towarzyszyła mi ogromna ciekawość w jaki sposób autorka rozwiąże wszystkie wątki, jakie w Delirium i Pandemonium stworzyła. 

Od razu rzuca się w oczy kolejny, nowy sposób narracji. Nie ma śladu już po wcześniejszym wtedy i teraz - mamy podział na dwie narratorki, dobrze znane nam bohaterki, czyli Lenę i Hanę. Bardzo podobało mi się, że Oliver poświęciła dużą część książki dla drugiej z dziewcząt, ponieważ do tej pory jej postać stała w cieniu Magdaleny i stanowiła jedynie drugoplanówkę, tymczasem tutaj wysforowała na prawie że równorzędną osobę, mająca jak się okazało kluczowy wpływ na przebieg wydarzeń - zarówno tych z przeszłości, jak i aktualnych. Bardzo interesująca dla mnie była jej przemiana, która przebiegła w sposób kontrastowy, jeśli zestawić ją z metamorfozą Leny - tutaj z bohaterki, która była bardziej krnąbrna i buntownicza, stała się prawie że wzorową obywatelką państwa, w którym zakazano [miłości]. Choć wcześniej bardzo ją lubiłam, tak tutaj przez to jedno wydarzenie cała moja sympatia do niej legła w gruzach - po prostu nie spodziewałam się, że mogła ona dokonać czegoś takiego, wręcz nie mieściło mi się w głowie... Na szczęście odpokutowała to nieco przy zakończeniu, choć żal do niej nadal pozostał. 

Dalej mamy Lenę - osobę doskonale nam znaną, która teraz znalazła się w potrzasku. Wcześniej była pewna, że Alex na zawsze zniknął z jej życia, dlatego odnalazła szczęście u boku Juliana. Okazało się jednak coś, czego nawet nie podejrzewała - ponownie wkroczył w wydarzenia rozgrywające się w książce, przez co znalazła się w kropce. O ile początkowo sama nie wiedziałam, który z męskich bohaterów bardziej mi odpowiada, tak w końcu musiałam posłuchać swojego serca i usłyszeć, że to pierwsza miłość Leny bardziej mnie urzekła. Do Juliana nic oczywiście nie mam, nadal go lubię, ale to imię Aleksa wywoływało u mnie więcej ciekawości co do tego, jak dalej wszystko się potoczy. Sama tylko nie wiem, czy potoczyło się tak, jak chciałam - ale o tym za momencik. 

Muszę wspomnieć również o reszcie postaci, które również odegrały ogromną rolę w tej książce - przecież nie istniałaby ona bez reszty członków ruchu oporu, ludzi z przeszłości Leny i jej bliskich. Urzekła mnie postać jej matki - zawsze jakoś ją podziwiałam za to, czego była w stanie dokonać dla miłości. Polubiłam Raven i Tacka - ich duet mimo że często przechodził kryzysy, to jednak był stworzony dla siebie. Hunter często mnie rozbawiał, za co jestem mu wdzięczna. Coral... początkowo sama nie wiedziałam, co o niej myśleć, lecz w końcu zapunktowała u mnie i także ona zyskała sporo sympatii. Chyba większość członków ruchu oporu polubiłam, właśnie za to, że byli gotowi do poświęceń dla idei, która była dla nich więcej niż tlenem. 

Całość książki oceniam naprawdę bardzo pozytywnie. Zastrzeżenia mogę mieć jedynie co do zakończenia - z jednej strony rozumiem, że autorka nie chciała go zamykać i sugerować czytelnikowi, co dalej się wydarzy, ale z drugiej - nie znoszę, gdy są otwarte i wolałabym, by Lauren Oliver wszystko domknęła. Pomijając ten element, powiem Wam, że trylogia Delirium to naprawdę niesamowita historia, którą warto poznać jak najszybciej. Nie tylko trzyma w napięciu, mocno wciąga i pozwala cudnie spędzić czas - wyzwala w nas wulkan emocji i pokazuje, że nie zawsze ład i porządek to cele, do których powinniśmy dążyć. Czasem potrzebna jest odrobina chaosu, jeśli metą mają być tak piękne i niepowtarzalne wartości jak wolność i miłość. 


Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka