sobota, 30 maja 2015

W ferworze walki o [miłość]...


Autor: Lauren Oliver
Tytuł: Pandemonium
Cykl: Delirium. Tom II
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 376

Lena nigdy nie podejrzewałaby, że w tak stosunkowo krótkim czasie sytuacja może się tak radykalnie zmienić. Do jeszcze niedawna ona, wzorowa obywatelka, nigdy nie pomyślałaby o tym, że mogłaby się sprzeciwić systemowi, tymczasem teraz jest członkinią ruchu oporu, który ma na celu walkę o to, co zostało zakazane - o miłość. Poświęcenie Aleksa otworzyło jej drogę do nowego życia, lecz jednocześnie sprawiło, że wszystko znacznie się pokomplikowało. Jej aktywne działanie przeciwko AWD sprawia, że jej ścieżki krzyżują się z Julianem, jednym z największych wrogów. Okazuje się, że dla miłości nie istnieją żadne bariery...

Pierwsza część tego cyklu uwiodła mnie swoją subtelnością i delikatnością - Lauren Oliver ukazała w Delirium stopniową metamorfozę szarej dziewczyny, która krok po kroku staje się kimś innym, niż na początku. Zakończenie dosłownie rozkruszyło mi serce na kawałki i choć sięgnęłam po kontynuację, obawiałam się, że mogę nie być w stanie jej przeczytać. Już od pierwszych stron widziałam, że jest ona całkiem inna niż pierwszy tom - ale czy to znaczy gorsza? Wiele recenzji, które czytałam na temat Pandemonium twierdziły, że jest bardzo słaby i odbiega poziomem od twórczości Oliver, ale czy ja mam takie samo zdanie na ten temat? 

Z niejakim zdziwieniem stwierdzam, że nie. Zaczynając czytać miałam dużo wątpliwości, ale kończąc czytanie przed kilkunastoma minutami mogłam przyznać przed samą sobą, że ta część urzekła mnie prawie tak mocno, jak pierwsza. Autorka potrafiła stanąć na wysokości zadania i chociaż pierwszym tomem postawiła sobie poprzeczkę niezwykle wysoko, to jednak potrafiła wyjść z sytuacji obronną ręką i podarować czytelnikom dalszą część historii Leny, która wciąż chwyta za serce i wywołuje wiele emocji. Jej warsztat pisarski wciąż wprawia mnie w zachwyt - to, jak bawi się słowem, jak pięknie ujmuje wiele myśli, jak operuje rozmaitymi wyrazami - prawdziwa, najczystsza magia dla mnie. Mogłabym czytać i czytać, bo po prostu pióro Oliver jest tak cudowne w moim odczuciu.

Autorka podzieliła swoją książkę na dwie części i prowadzi dwutorową narrację - z podziałem na "wtedy" i "teraz". Dzięki temu zabiegowi możemy śledzić aktualne wydarzenia, jakie dzieją się w życiu Leny, ale także dowiedzieć się, co działo się bezpośrednio po wydarzeniach z poprzedniego tomu. Obawiałam się, że mogę nie umieć się zorientować w fabule, a teraźniejszość będzie zlewać mi się z przeszłością, ale na szczęście tak nie było, bo potrafiłam szybciutko przystosować się do tempa, jakie narzuciła Oliver. Nie było ono szybkie, rzekłabym, że zmienne - raz wydarzenia rwały do przodu niczym rącze konie, raz toczyły się spokojnie i stosunkowo leniwie. 

Radykalne zmiany wystąpiły także, jeśli chodzi o bohaterów historii - nie występują tutaj postaci poznane przez nas w pierwszym tomie, pozostała jedynie Lena. Zamiast nich dostajemy Juliana, Raven, Tacka, Sarę i wielu innych, którzy jednak odgrywają przelotne role. Najważniejsze skrzypce zaczęła tutaj odgrywać pogłębiająca się relacja między Leną a Julianem - bałam się, że znielubię tego bohatera, gdy przeczytałam opis książki, ale tak się nie stało - ku mojemu zdziwieniu polubiłam go. Miał w sobie pewien urok i choć nie przebije dla mnie Aleksa, to jednak darzę go sporą sympatią. Może dlatego, że w jego osobie odnalazłam Lenę - osobę, która początkowo również była za panującym systemem, ale stopniowo zaczęła przechodzić na "ciemną stronę mocy". Miał w sobie niezaprzeczalny wdzięk, a wydarzenia z ostatnich kartek książki sprawiły, że znalazłam się w potrzasku - nie spodziewałam się tego, co wymyśliła autorka i czuję, że tak jak Lena będę miała ciężki orzech do zgryzienia podczas finału. 

Środkowy tom trylogii Oliver według mnie wciąż został utrzymany na bardzo wysokim poziomie. Może i nie udało mu się przebić pierwszej części, ale dokonał czegoś niemożliwego - sprawił, że po raz pierwszy czuję się rozdarta pomiędzy dwójką bohaterów, co do tej pory nigdy się nie zdarzyło, bo zawsze jeden był mi bliższy i to jego faworyzowałam. Teraz czuję się w potrzasku i obawiam się, co autorka dalej planuje. Mam jedynie nadzieję, że nadal ta historia będzie w takim samym stopniu wciągać i czarować na każdej kartce. Tylko tego sobie życzę i tego, by głównej bohaterce udało się wygrać tę walkę, którą zaczęła toczyć. 


Moja ocena: 8-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 26 maja 2015

Życie bez [miłości] - możliwe?


Autor: Lauren Oliver
Tytuł: Delirium 
Cykl: Delirium. Tom I
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 360

Lena to dziewczyna, której przyszło żyć w kraju, którego system rządzi się swoimi specyficznymi prawami. Jego główną cechą jest uznanie miłości za chorobę - funkcjonuje jako amor deliria nervosa. Ludzie od dziecka są indoktrynowani i wiedzą, że przed osiemnastym rokiem przejdą ewaluację, by potem otrzymać remedium, które pozwoli im żyć z dala od zdradzieckiej choroby. Tak im wszystkim mówiono i wpajano od najmłodszych lat, dlatego takie wartości też wyznaje Lena. Chce szczęścia i spokoju, dlatego wierzy, że remedium pozwoli jej je osiągnąć. Ale okazuje się, że żyła w kłamstwie, a ci, którzy dotychczas mówili według niej prawdę, są największymi oszustami...

Mieliśmy już do czynienia z wieloma dystopiami i podejrzewam, że nie istnieje zbyt wiele osób, przynajmniej w naszej książkowej blogosferze, które nigdy nie zetknęły się z tym gatunkiem podczas czytaniami. Autorzy dwoją się i troją, by przedstawić nam coś nowego i świeżego - czasem udaje im się to, a czasem nie, przez co tworzą marne kopie. Od dawna słyszałam o tym, jak niesamowitą serią jest ta napisana przez Lauren Oliver, dlatego zdecydowałam się sięgnąć po jej pierwszą część i przekonać, czy Delirium zasługuje na te wszystkie komplementy, które zewsząd otrzymuje.

Już na początku poznajemy sytuację, w jakiej zostały umieszczone losy głównej bohaterki. Żyje ona w państwie, które uznało miłość za największe zagrożenie dla gatunku ludzkiego. Pomysł na fabułę naprawdę nietypowy, czym mnie zaciekawił, dlatego z przyjemnością zaczęłam pochłaniać kolejne strony, na których mogłam poznawać kolejne niuanse z życia mieszkańców, w tym i Leny. Społeczeństwo dzieli się na tych, którzy otrzymali remedium i na tych, którzy są przed tym. Każdy przed osiemnastymi urodzinami przechodzi ewaluację, podczas której specjalna komisja przepytuje kandydatów, by móc znaleźć mu odpowiedniego partnera. Następnie przepytywana osoba dostaje listę z kilkoma nazwiskami i spośród nich wybiera tę osobę, z którą chce związać swoją przyszłość. Wszystko jest poukładane, uporządkowane, nie ma miejsca na błędy, przez co Lena uważa, że ten system jest idealny. Ale do czasu... 

Najbardziej ciekawe dla mnie było obserwowanie przemiany, jaką przeszła główna bohaterka. Od grzecznej i posłusznej dziewczyny, która przebierała nóżkami z niecierpliwości na myśl o ewaluacji, stała się prawdziwie niepokorną dziewczyną, która zaczęła kolejno łamać respektowane przez siebie zasady. Z osoby, która pokornie wypełniała wszystkie swoje obowiązki i stanowiła podręcznikowy przykład doskonałej obywatelki, została młodą kobietą, która zrozumiała, że miłości nie powinno się ludziom zakazywać. Powoli, z każdą chwilą coraz bardziej stawała się świadoma tego, w jak wielkim kłamstwie żyła - zrozumieć jej to pozwolił Alex, a ich pogłębiające się uczucie obserwowało mi się naprawdę dobrze. 

Niewątpliwie jest to spowodowane naprawdę wysublimowanym językiem, jakim posługiwała się autorka. Nie pisze ona w ciężki sposób, ale nie powiedziałabym, że jest to język łatwy i prosty. Czytając, odczuwałam w nim jednak lekkość i jakąś taką melodyjność, śpiewność. Nie wiem skąd takie wrażenie, nie mam pojęcia, czy też tak postrzegaliście styl pisania autorki, ale ja właśnie takie wrażenie miałam. Była w nim także duża plastyczność w opisywaniu wszystkich wydarzeń, rozwoju relacji Leny i Alexa, przez co o wiele lepiej udawało mi się wczuć w tę historię i o wiele mocniej przeżywać wszystkie zawirowania w życiu postaci. 

Lauren Oliver w początkowym tomie swojej trylogii stworzyła wyrazistą i nietuzinkową opowieść o świecie, który wydaje się być abstrakcją, ale naprawdę istnieje - o miejscu pozbawionym miłości, ponieważ została uznana za chwast dla ludzkości i chorobę, która zagraża ich życiu. Delirium to powieść, w której silnie podkreślona jest rola miłości w życiu człowieka, a także jej wpływ na każdego z nas, ponieważ uskrzydla i pozwala na rzeczy, które dotychczas nie przyszłyby im do głowy. Zadaje także kluczowe pytanie - czy gdybyście Wy padli ofiarą amor deliria nervosa, to chcielibyście otrzymać remedium i zostać wyleczeni? 


Moja ocena: 8+/10 

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 23 maja 2015

Miłość remedium na wszystko.


Autor: Agata Czykierda-Grabowska
Tytuł: Kiedy na mnie patrzysz
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 488

Każdy z nas nauczył się w życiu tego, że nie zawsze obchodzi się ono z nami sprawiedliwie. Zdarza się, że w jednej chwili zrzuca nam na barki tak wielki ciężar, że wydaje nam się, że nie będziemy w stanie go udźwignąć. Lecz los ma to do siebie, że dąży do nieustannej równowagi w naturze - tu utrudni, tu ułatwi, tu odejmie, a tu doda. Wniosek płynie z tego bardzo prościutki - nie warto załamywać się i poddawać nawet po najbardziej strasznej burzy z piorunami, bo ona zawsze kiedyś się skończy, a niebo zostanie przecięte przez tęczę i promienie słoneczne. 

Nikt nie podejrzewał, że ich pierwsze spotkanie przy potrąconym przez kogoś psie nie będzie tylko jednorazowym incydentem, ale stanie się początkiem czegoś, nad czym sami nie będą potrafili zapanować. Zaczęło się niewinnie, ale dość szybko oboje zdali sobie sprawę, że ta druga osoba zaczyna opanowywać ich myśli i serce, a oni nie są w stanie temu zapobiec - a co najważniejsze, to nie chcą. I Aleksander, i Karina potrzebują kogoś, kto nie tylko będzie ich kochał, ale i pomoże uleczyć wszelkie dolegliwości duszy, jakie posiadają. Oboje są po przejściach, oboje doświadczyli okrucieństwa losu i oboje wiedzą, że ta druga osoba jest ich remedium na wszystko. Tylko czy to ma szansę się udać? 

Dużą rzadkością dla mnie jest sięganie po książki z naszego polskiego podwórka, ale tym razem postanowiłam zaryzykować i przekonać się, co takiego nasza rodzima autorka przygotowała. Planowałam odłożyć tę książkę w czasie i zająć się czytaniem innych powieści, które dość długo zalegają na moich półkach, ale coś mnie podkusiło, by sięgnąć po nią wcześniej i od razu móc zobaczyć, co takiego kryje na kolejnych stronach. Zanim się spostrzegłam, to byłam w połowie książki i z jednej strony cieszyłam się, że historia tej pary tak mnie wciągnęła, z drugiej czułam żal - że jeszcze przede mną tylko połowa. 

Na płynność w czytaniu tej książki na pewno złożyła się duża ilość pięknych i plastycznych opisów. To one przeważały w sposobie narracji, a dialogi były tylko dopełnieniem całości, nie wysuwały się na pierwszy plan. Nie można jednak powiedzieć, by stanowiły tło - były dowcipne, kąśliwe i ironiczne, tak jak relacją między Kariną i Alkiem. Książki nie czytało się ciężko, nie była pisana topornym i męczącym językiem - między kolejnymi wersami można było wyczuć dużą dozę empatii i ciepła, co pozwalało wczuć się w tę opowieść, lepiej ją rozumieć i z większą ciekawością poznawać. 

Przyjemnością było także poznanie dwójki głównych bohaterów. Nie da się mówić o tej lekturze bez przybliżenia sylwetek Alka i Kariny. Jeśli chodzi o męskiego bohatera, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że go uwielbiam. Jego upór mimo wyraźnej momentami niechęci dziewczyny był naprawdę godny podziwu. To mężczyzna, który wiedział kogo chce i nie mógł czekać bezczynnie, sprawiał wrażenie osoby, której momentami grunt palił się pod nogami, a powiedzieć, że miał w sobie dużo cierpliwości to ogromna nieprawda. Miał jednak w sobie również mnóstwo niezaprzeczalnego uroku i delikatności, a wszystko to w połączeniu idealnych ilości złożyło się na portret zakochanego na zabój mężczyzny. 

Karina natomiast to taka kobieta-enigma. Nigdy nie było wiadomo, jak zareaguje na daną sytuację - w jednej minucie potrafiła się śmiać i cieszyć, w drugiej natomiast stanowiła całkowite zaprzeczenie tego, co dotychczas, bo stawała się poważna i oziębła. To bohaterka nieidealna, mająca zarówno swoje zalety, jak i wady, przez co mogła stawać się bliższa czytelnikowi. Momentami jednak irytowała mnie jej postawa w stosunku co do Alka, gdyż uważałam, że nie zasłużył sobie na takie traktowanie z jej strony. Na szczęście to były tylko wyjątki. 

Bardzo ważną kwestią oprócz rozwoju ich wzajemnej relacji jest także ich przeszłość. Spodziewałam się, że tak jak w wielu zagranicznych książkach nurtu New Adult, tutaj także ta tajemnica zostanie wyjaśniona pod koniec całej historii, natomiast autorka postanowiła ujawnić to na samym początku. Zastanawiałam się, czy tym samym nie strzeliła sobie w plecy, jednak teraz, po przeczytaniu tej książki mogę powiedzieć, że o wiele lepiej było czytać i rozumieć tę sytuację przez pryzmat tego, co oboje z nich doświadczyli i czego byli uczestnikami. Zarzut mogę mieć jedynie co do zakończenia - wydaje mi się, że było aż zbyt słodkie i przelukrowane, trochę nazbyt naciągnięte, przez co wydające się niezbyt prawdopodobne. 

Agata Czykierda-Grabowska stworzyła mądrą powieść o miłości, w której uczucie między parą bohaterów zostało pokazane przez pryzmat dotychczasowych doświadczeń, przez co czytelnika nie nurtowało to, co się wydarzyło w ich przeszłości, ale to, jaki wpływ ich przeszłość będzie miała na przyszłość. Trzymając tę książkę w dłoniach, mamy przed sobą opowieść dwójki pogubionych w życiu ludzi, którym wydawało się, że nic nie może już ich zaskoczyć - nie spodziewali się tego, co ich spotkało i nie byli na to przygotowani, a jednak zdecydowali się zaryzykować. Nieuchronne było stawianie przed sobą pytań o sens i powodzenie tego związku, ale na przekór wielu postanowili spróbować - są doskonałym przykładem osób, które potrafią korzystać z tego, co daje los, nawet jeśli ich przyszłość stoi pod znakiem zapytania. 

Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie jej autorce! ;)

czwartek, 21 maja 2015

W gruzach życia i przeszłości.


Autor: Ismet Prcić
Tytuł: Odłamki
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 432

Właśnie wróciłaś z pracy lub szkoły. Podgrzałaś sobie obiad lub zaczęłaś dopiero go przygotowywać. Włączyłaś telewizor lub otworzyłaś gazetę, by dowiedzieć się, co się dzieje w świecie. Oglądasz, oglądasz/czytasz, czytasz - i nie wierzysz. Dla Ciebie życie toczy się normalnym torem, może określisz je mianem monotonnego, a dla kogoś kilkaset kilometrów od Ciebie rozpoczęła się walka - nie tylko o swój kraj, ale o życie. Może nieświadomie pomyślisz, że dobrze, że to Ciebie nie dotyczy - ale wciąż nie będziesz mogła pozbyć się z myśli widoku tych ludzi, tych ciał, tych ofiar, tej krwi - a jesteś tylko obserwatorem, więc co ma powiedzieć uczestnik? 

Jak każdy młody człowiek, Ismet także miał mnóstwo planów i zamiarów co do swojej przyszłości. Uwielbiał występowanie w teatrze, czymś relaksującym dla niego były spotkania z przyjaciółmi i z kobietami - i może w innej rzeczywistości mógłby prowadzić takie życie, jakie sobie wymarzył, ale nie w jego kraju. Bo bycie Bośniakiem oznaczało bycie członkiem konfliktu zbrojnego, w którym na długie lata pogrążył się Półwysep Bałkański na południu Europy. W końcu zrozumiał, że Bośnia to nie jego miejsce i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, zostając uchodźcą. Tylko czy nawet tam mógł znaleźć schronienie przed przeszłością i przed wspomnieniami mężczyzny, z którym los splótł jego dzieje? 

Jeśli zastanowicie się nad tytułem, po przeczytaniu tej historii, to zauważycie, że można go interpretować w odniesieniu do niej na wiele różnych sposobów. Bo może on nawiązywać do sposobu, w jaki autor podjął się narracji w swojej biografii - jest ona chaotyczna, porozrzucana, mająca mało wspólnego z chronologią. Początkowo ciężko było mi się do tego trybu przyzwyczaić i przychodziło mi to opornie, ale im bardziej wsiąkałam w tę historię, tym bardziej czułam, że tak właśnie powinno być tutaj. Że to nie powinno być poukładane, równiutki i prościutkie. To wszystko powinno być zakręcone i wprawiające czytelnika w dezorientację, by poczuł to, co dane było przeżyć Ismetowi. 

Ale odłamki to także słowo, które może być użyte jako określenie tego, co zostało w życiu tego młodego i mającego przed sobą całe życie człowieka. Czy ktoś z nas będąc jeszcze osobą, która ma mleko pod nosem, myśli o tym, że za pięć minut może być po wszystkim? Że za pięć minut wszystko może nagle zgasnąć i się skończyć niepozornie, a nikt nie zauważy, że tej osoby już nie, bo życie toczy się dalej i muszą walczyć o swoje przetrwanie, a nie przejmować się kimś, komu nie da się już pomóc? Czy ktoś z nas bierze pod uwagę, że wystarczą trzy sekundy i wszystko w zasięgu wzroku stanie w płomieniach, w tym także Ty? Czy można żyć z taką świadomością, że każdy oddech może być właśnie tym ostatnim, który przyjdzie zaczerpnąć? 

Ismet to nie tylko bohater książki, o którym się przeczyta, zamknie książkę, odłoży na półkę i zapomni już jutro. To nie jest postać, która żyje na papierze i tylko w takiej rzeczywistości funkcjonuje. Czytelnik musi pamiętać, że ta historia to nie jest jakaś powieść beletrystyczna, która opowiada fikcyjne dzieje wymyślonego bohatera, któremu przyszło zmierzyć się z wojną. Trzeba brać pod uwagę czytając, że komuś coś takiego naprawdę się przytrafiło, a my dostaliśmy możliwość wniknięcia w uczucia i myśli kogoś, kto ciągle balansuje na skraju życia i śmierci, wahając się to w tę, to w tamtą stronę. To nie jest łatwa powieść i czytanie jej może sprawić czasem trudności, jednak mimo wszystko warto. To okrutne i przerażające, ale dające dobrą lekcję studium psychiki człowieka i tego, że od przeszłości nie da się odciąć, bo zawsze będzie za nami podążać niczym cień - tym bardziej, gdy jest taka, jak autora. 


Moja ocena - brak; nie czuję, bym miała prawo wystawiać komuś ocenę za zapis jego wspomnień. Uważam, że takich kompetencji nie posiadam i nie wolno mi tego robić.  

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non. 

wtorek, 19 maja 2015

Co kryje w sobie tajemnica sprzed dwudziestu lat?


Autor: Harlan Coben
Tytuł: W głębi lasu
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 432

Sporo osób skrywa w swoim sercu tęsknotę za tym, co minęło, za tym, co wydaje się być odległe w czasie i za tym, co po prostu jest nam znane. Wielu z nas mimo dążenia do odkrywania tego, co jeszcze nie zostało przezeń poznane, z lubością wspomina to, co było kiedyś. Lubimy przeglądać stare fotografie i myśleć o tym, co się wtedy działo - to samo jest z naszymi książkowymi przyjaciółmi. Pielęgnujemy ich, przypatrujemy się ich grzbietom, czasem wracamy w pamięci do chwili poznania - ale i zdarza się nam poznawać je po raz kolejny. Jeszcze do niedawna wychodziłam z założenia, że nie ma sensu wracać do raz czytanych książek, bo tyle nowych jest do przeczytania - ale byłam w błędzie. I właśnie może dlatego postanowiłam po raz n-ty sięgnąć po jednego z takich papierowych przyjaciół. 

Komu z Was zdarzyło się w nastoletnich latach być na obozie lub na kolonii? Wiele lat temu czwórka nastolatków również wzięła w takiej formie aktywności udział, ale nie miało to dla nich pozytywnych skutków - w nocy wymknęli się z terenu obozowiska, potem dwójkę z nich znaleziono z poderżniętymi gardłami, a pozostała dwójka przepadła jak kamień w wodzie. Od tego wydarzenia minęło jednak dwadzieścia lat i wielu zapomniało o tym, co się wydarzyło - oprócz Paula Copelanda. Obecnie jest prokuratorem i samotnie wychowuje sześcioletnią córkę, ale ze sprawą sprzed prawie ćwierćwieczy łączy go postać zaginionej siostry, która jest jedną z dwóch osób, która nie została odnaleziona. Cała sytuacja wraca do niego w najmniej oczekiwanym momencie - gdy w ostatnio zastrzelonym mężczyźni odnajduje tę drugą osobę, która tajemniczo zniknęła. Logicznym zdaje się pytanie, czy jego siostrze również udało się przeżyć, tylko czy warto zagłębiać się w tę sprawę i ryzykować karierę w polityce? 

Myśląc o tej książce w pierwszej chwili nie przychodzi mi na myśl, że to coś cudownego i że przyjemnie będzie do niej wrócić. Na samym początku do głowy wpadają mi słowa, że to od tej książki wszystko się kiedyś zaczęło. To właśnie W głębi lasu było moim osobistym pionierem, jeśli chodzi o poznawanie twórczości Harlana Cobena - i to nader udanym, skoro po raz kolejny (sama już nie wiem który) wracam do niej. Zastanawiałam się nieco także już któryś raz, czy pisanie recenzji książki, którą czytało się kilkakrotnie, ma sens i logikę, ale uznałam, że warto. Bo ta historia naprawdę jest warta poznania i pokochania - wręcz wydaje mi się, że ciężko jej nie docenić. 

Specjalnością Cobena, na którą każdy czytelnik szybko zwróci uwagę, jest wielowątkowa fabuła, która rozgrywa się na wielu płaszczyznach i potrafi prędziutko namącić w głowie. Pamiętam doskonale, że czytając ją po raz pierwszy, milion milionów razy zmieniałam zdanie co do tego, jak wszystko się skończy. Autor stopniowo przedstawia nam wiele wydarzeń, a każde sprawia wrażenie z całkiem innej bajki, która nie ma nic wspólnego z poprzednią, a dopiero na sam koniec okazuje się, że rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki, a ja i tak nie potrafiłam go przewidzieć. Coben stosuje nielegalne chwyty, ciosy poniżej pasa i nieraz nokautuje, ale trzeba mu przyznać - w iście mistrzowskim stylu. 

Choć powieść dzieje się w czasach współczesnych, to tak naprawdę toczy się w przeszłości. Wszystko do niej nawiązuje, to tam znajdują się kluczowe wątki i odpowiedzi, jakie musi odkryć główny bohater. Nie ma momentów przynudzania, wodolejstwa czy zasady "nie wiem co chcę napisać ale  jak znajdę pomysł to zauważycie bo skończą się te flaki z olejem" - jest konkretnie, ale nie sztywnie i ani trochę sucho - czyli idealnie. Czytając, nie ma się wrażenia przekombinowania czy nagmatwania wątków - widać, że autor ma swoją wizję tego, jak ma się potoczyć cała sytuacja, więc konsekwentnie prowadzi ją do tego momentu, aż w końcu wszystko zaczyna żyć własnym życiem, a jego zadaniem jest zgrabne połączenie tego całość i pozwolenie czytelnikowi na pokochanie tej historii, jej bohaterów i stylu cobenowskiego. 


Moja ocena: brak - myślę, że nie powinnam oceniać czegoś, co czytam już któryś raz, może to sprawiło, że mam lekko wypaczone postrzeganie tej historii. :) 

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 18 maja 2015

Cofając się w czasie, poznając Małgorzatę Pole, odkrywając nieznane...


Autor: Philippa Gregory
Tytuł: Klątwa Tudorów
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 552

Jestem osobą, która od zawsze lubiła wszystko, co miało związek z historią. Już jako mały pyrdek lubiłam siedzieć na kolanach taty i słuchać jego opowieści - snuł je przede mną, bo sam jest prawdziwie zapalonym pasjonatem, szczególnie naszej polskiej przeszłości. Uczenie się kolejnych dat, przyswajanie sobie przyczyn i skutków różnych wojen, sylwetek dowódców, charakterystyk kolejnych epok - to nigdy nie było problemem dla mnie - może dlatego, że miałam całkiem inne podejście do tego przedmiotu niż moi rówieśnicy. Nie traktowałam wyżej wymienionych elementów lekcji jako rzeczy do zakucia i zapomnienia. Nie podchodziłam do tego też w suchy sposób - za każdym razem starałam i nadal staram się poświęcić danemu zagadnieniu sporo czasu, zastanowić się nad wszystkim i dokładnie do przemyśleć. I choć lekcji historii już nie mam, to nadal lubię sięgnąć po dobrą książkę, która o przeszłości traktuje.

Większość, która choć trochę uważała na lekcjach historii w szkolnej ławce powinna wiedzieć co nieco o Henryku VIII - pokuszę się o stwierdzenie, że jednym z najbardziej znanych władców Anglii. Pewnie część z Was wie też, że rządy Tudorów uprzedzała Wojna Dwóch Róż, w której dwa rody walczyły o koronę kraju. Do jednego z tych rodów należała główna bohaterka tej powieści - Małgorzata Pole. Kobieta, której potomkowie byli królami, osoba od urodzenia szykowana do objęcia wysokiej funkcji w społeczeństwie, nagle musi obawiać się swojego dawnego nazwiska i tego, że pochodzi od Plantagenetów. Żyje w niepewności, raz będąc na szczycie, raz szybko z niego lecąc - zależnie od zachcianek władców. Jej sytuacja zaczyna się poprawiać, gdy trafia na dwór Katarzyny Aragońskiej i Henryka VIII, jednak okazuje się, że to, co było początkowo wspaniałym zrządzeniem losu, może stać się szybko koszmarem.  

To już któraś z kolei książka Philippy Gregory, po którą zdecydowałam się sięgnąć. Pod wieloma względami inna od poprzednich, pod wieloma podobna. Zbieżności tkwią w tym, że autorka po raz kolejny na główną postać wybrała kobietę i to z jej perspektywy zapoznaje nas z wydarzeniami. To nie jest osoba słaba - takie nie są bohaterkami opowieści Gregory - Małgorzata jest osobą silną tak jak one. Rozbieżność tkwi w tym, że nie mamy do czynienia z koronowaną głową jak bardzo często się zdarza - tym razem to kobieta o wysokiej pozycji, która jednak musi uginać się przed innymi - choć najchętniej nigdy by tego nie robiła. To bohaterka pełna kontrastów i niejednokrotnie zastanawiałam się, jak mam ją ocenić - czasami popierałam jej decyzje i rozumiałam uczucia nią targające, natomiast były też chwile, gdy jawiła mi się jako osoba, która dąży do zdobycia największej władzy, jaką tylko może, nie licząc się z innymi osobami, będąc bezwzględną dla nich. 

Oprócz lady Pole poznajemy także szereg innych postaci - jesteśmy świadkami przemiany Henryka VIII, widzimy jego miłość do Katarzyny, następnie jej oziębienie i rozgoryczenie, następnie gorące uczucie do Anny Boleyn i jej upadek, a także wiele innych, ważnych dla tego postaci i związanych z nim wydarzeń. Autorka wszystko opisuje w sposób wyczerpujący i szczegółowy, widać, że bliską dla niej jest dbałość o detale. Choć to powieść oparta w ogromnej mierze na historii, to nie brak w niej również elementów fantastycznych, które są wymysłem Philippy Gregory i stanowią doskonałe uzupełnienie dla reszty historii. 

Kolejna książka Gregory, Klątwa Tudorów, to fascynująca opowieść o rządach Henryka VIII i poprzedzających je latach władzy jego ojca, gdzie na główny plan wybija się postać Małgorzaty Pole - kobiety o imponującym rodowodzie, która musiała stoczyć walkę ze swoim władcą. Autorka doskonale pokazuje, jaka sytuacja panowała w kraju, niektóre wydarzenia opisując ściśle z prawdą historyczną, niektóre nieco ubarwiając - to mądra opowieść skierowana raczej do osób lubiących historię, podejrzewam, że innym może nie przypaść do gustu, choć kto wie. Dominującym motywem jest także tytułowa klątwa - lecz o co w niej chodziło i czy znalazła odbicie w życiu władcy, tego Wam nie zdradzę - odkryjcie to sami. 

Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

Za możliwość przeczytania książki dziękuję grupie Publicat! 

sobota, 16 maja 2015

Kolejny tom mistrzowskiej sagi - też mistrzowski?


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Uczta dla wron. Cienie śmierci. 
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia. Tom IV, cz. I
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 512

Nie lubię zabierać się do pisania recenzji książek, które przeczytałam już dość spory kawałek czasu temu. Wygodniej, łatwiej i lepiej mi jest to robić, gdy jestem świeżo po przeczytaniu danej lektury. Więcej wydarzeń mam w pamięci, więcej szczegółów, więcej rzeczy, na które chciałabym zwrócić uwagę. Na szczęście w przypadku tej książki robiłam sobie podczas czytania małą ściągę, na której zapisywałam sobie moje uwagi, spostrzeżenia i wszystko, co odczuwałam, poznając tę historię. Na szczęście - bo sama nie wiem, jak inaczej mogłabym przypomnieć sobie wszystko, co chciałam tutaj Wam przekazać.

Westeros znajduje się w naprawdę ciężkiej sytuacji. Zginęli ci, którzy mogli coś w tej krainie odmienić i wpłynąć na zmianę przebiegu walk. Na placu boju pozostali natomiast ci, którzy nie powinni, bo nie potrafią sprawować rządów. Jak to zazwyczaj po wojnach bywa, powolutku zaczynają się pojawiać osoby, których wcześniej się nie spodziewano. Lecz wojna przede wszystkim niesie za sobą krwawe żniwo, które widoczne jest na każdym polu, na którym doszło do starć - wojna to też okres, po którym na ów polach zalegają wielkie, czarne ptaszyska, które ucztując sprzątają to, czego inni nie mają zamiaru. 

Ci, którzy czytali moje poprzednie wrażenia dotyczące sagi Martina, na pewno pamiętają, że wywarła na mnie piorunujące wrażenie - nigdy nie spodziewałabym się, że coś, co pokochało tyle ludzi, naprawdę może być czymś świetnym. Pewnie wiecie o czym mówię - nagle robi się na coś szał i każdy się tym zachwyca, dla każdego jest to takie och i ach. Podejrzewałam, że tak też może być z Pieśnią Lodu i Ognia, dlatego dość przeciągałam swoje spotkanie z tą serią i dopiero w tym roku, tyle czasu po premierze pierwszego i kolejnych tomów, zdecydowałam się zaryzykować. Opłacało się, oj opłacało. Kolejne tomy pochłaniałam szybciutko, aż musiałam się zatrzymać na tym, o którym zaraz będę Wam opisywać - kolejnego nie mogę coś upolować, muszę czekać. Ale może to i dobrze - po tym tomie potrzebna jest przerwa dla mnie. 

Warto na wstępie zaznaczyć, że ta część jest całkiem inna od pozostałych. O ile czytelnik przyzwyczaił się do narzucanego mu szybkiego tempa, gnającej akcji, szybkich zwrotów w fabule i zaskakujących zdarzeń, tak ta część mu tego nie zapewni. Owszem, pierwsza część Uczty dla wron zadziwia, ale... ospałością. Może to niekoniecznie odpowiednie słowo i nie jestem sprawiedliwa, ale przyrównując ten tom do poprzednich, ciężko jest pozbawić się podobnego uczucia. Nie ma żadnych walk, nie ma zwrotów, nie ma nic, co przyspieszyłoby akcję i powodowało żywsze bicie serca. Są też tego plusy - można nieco odpocząć, zrelaksować się i chłonąć to, co autor chce nam przekazać "na zimno", bez tych wszystkich emocji. 

Troszkę bolało mnie też, że w książce nie pojawiali się moi ulubieni bohaterowie - sporo było rozdziałów o osobach, które średnio lubię, za którymi niezbyt do tej pory przepadałam, a tu autor zdecydował się, by one odgrywały pierwsze skrzypce. Co ciekawe, autor zaczyna też przedstawiać nam narrację z perspektywy osób, które dotychczas nie miały własnych rozdziałów, czego żałowałam - mam na myśli Cersei, gdyż zawsze ciekawiło mnie, co głowie tej kobiety siedzi, a teraz mogłam się przekonać. Brakowało mi też czegokolwiek o Catelyn - autor zafundował ostatnio tak niesamowite zakończenie, że teraz czułam się wręcz zawiedziona, że specjalnie się droczy i trzyma nas w niepewności. 

Jeśli sięgacie po tę książkę z nadzieją, że będzie tak samo obfitująca w wydarzenia jak reszta, to muszę na Was wylać wiadro zimnej wody - tu jest całkiem inaczej. Autor zrezygnował z "momentów" na rzecz spokojnej polityki i knucia spisków, co dla jednych może być ciekawą odmianą, a dla drugich małym rozczarowaniem. Można uważać, że to punkt zwrotny w twórczości Martina oraz że w końcu wena go opuściła, skoro daje nam coś takiego, ale ja wychodzę z założenia, że każdy potrzebuje odrobiny odpoczynku, także autor. Lepiej założyć, że to cisza przed naprawdę mocną nawałnicą. 


Moja ocena: 6/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

środa, 13 maja 2015

Stać się wilkiem - abstrakcja?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Pół życia
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 464

Znacie osoby, które sprawiają wrażenie takich, jakby były nie z naszej bajki? Żyją obok nas, wydają nam się bliskie i dobrze znane, lecz tak naprawdę są mile od nas. Są obok nas, ale nie z nami. Wyglądają na takie, które w naszym świecie są jedynie zanurzone, a resztę czasu i uwagi poświęcają kompletnie innej rzeczywistości - oddalonej od nas i nierozumianej, jasnej i klarownej jedynie dla tego człowieka. Kimś takim jest Luke Warren - podziwiany przez całą Amerykę uznany badacz wilków, który potrafił przeniknąć do ich stada i zgłębiać ich naturę jak nikt inny przed nim. Można powiedzieć, że wataha wilków stała się jego rodziną - ale co z tą ludzką? Jak na jego dalsze życie wpłynie to, że w pewnym momencie czuł się bardziej jak wilk niż jak osoba? Czy po tym, co się wydarzy w jego życiu, jego podzielona rodzina będzie potrafiła na nowo się zjednoczyć? 

Na wstępie powinnam powiedzieć - witajcie. Witajcie po raz kolejny w świecie wykreowanym przez moją kochaną Jodi. Ja wniknęłam w niego już po raz trzynasty (czy pechowy zaraz się dowiecie), a Wam chciałabym umożliwić chociaż delikatne muśnięcie tej rzeczywistości, jaką udało się stworzyć Picoult. Bo - nie ukrywając tego już ani chwili dłużej - ta książka jest warta tego, by nie tylko ją musnąć. Nie tylko przewertować strony. Nie tylko przeczytać streszczenie z tylnej okładki. Nie tylko obejrzeć przednią okładkę. Nie tylko zapoznać się z pierwszym rozdziałem i powiedzieć to nie dla mnie. W żadnym wypadku - bo tę książkę trzeba posmakować. Trzeba rozkoszować się każdym jej zdaniem, każdym rozdziałem, każdym słowem. Bo to prawdziwa uczta - na łonie natury w towarzystwie wilków. 

Ciężko byłoby powiedzieć jednym słowem, o czym jest to książka, dlatego nie podejmę się tego karkołomnego wyzwania. Ale postaram się Wam jak najbliżej ją przybliżyć tak, byście sami choć odrobinkę poczuli, że ta historia może podbić Wasze serca i szturmem je zawojować. Luke Warren, czyli jedna z głównych postaci ulega wypadkowi wraz ze swoją prawie dorosłą córką. O ile Cara jest w względnie dobrym stanie, tak mężczyzna jest przykuty do łóżka w stanie wegetatywnym. Jego stan się nie poprawia, dlatego lekarze doradzają rodzinie decyzję o podjęciu odłączenia go od respiratora. Rozpoczyna się batalia między dziewczyną a jej starszym bratem Edwardem, ponieważ ona chce za wszelką cenę nie dopuścić do zakończenia życia ojca, a Edward uważa, że nie ma sensu, by dłużej tak żył. Ale, ale... ta książka nie byłaby napisana przez Jodi, gdyby skupiała się tylko na tym jednym wątku. 

W tym momencie przyszło mi do głowy porównanie fabuły w książkach Picoult do naszego Układu Słonecznego. Mamy w nim Słońce, kilka planet i mnóstwo innych pipidówek, które pozornie są nieważne, ale jednak bez nich wszystko nie byłoby takiego samo. I tak też jest tutaj - mamy wątek główny, ale jest też mnóstwo pobocznych, które wpływają na postrzeganie całej akcji przez czytelnika. Autorka po raz kolejny wykazuje się ogromną empatią i choć czasami miałam ochotę ją udusić, to jednak myślę, że ją kocham. Bo nikt tak jak ona nie wzbudza emocji, nikt tak jak ona nie kreuje bohaterów i nikt nie sprawia, że z jednej strony jestem zła, a z drugiej zauroczona. 

Najpierw chciałabym nawiązać do tytułu, jakim jest Pół życia. Co ciekawe, wydawnictwo nie przetłumaczyło dosłownie tego, jak nazwała książkę pisarka (w większości przypadków historii od Picoult taka polityka jest prowadzona, nie tylko tutaj) - Lone Wolf. A jak dla mnie, to właśnie oryginalny tytuł stanowi kwintesencję tej opowieści, której wydarzenia rozgrywają się na dwóch płaszczyznach - tej aktualnej, w której dochodzi do walki między rodzeństwem - ale i tej opisywanej przez osobę, wokół której wszystko się rozgrywa, czyli Luke'a. Dzięki jego rozdziałom mamy możliwość wniknięcia w świat wilków - co ciekawe, większość wiadomości, jakie posiadałam na ich temat okazały się być mylne, a to, co okazało się być prawdą, było dla mnie ogromnym zdziwieniem. Bo Luke nie tylko opisuje to, co widzi i doświadcza - on opisuje, jak to jest być wilkiem, jak to jest stać się jednym z nich. I przyznaję, że to właśnie ten motyw z książki ostatecznie podbił moje serce, a reszta stanowiła piękne, choć smutne uzupełnienie. 

Mówić o tej książce, że opowiada o prawie do życia i o tym, czy można odłączać osoby podłączone do respiratora to tak, jakby mówić, że Polska to kraj w środkowej części Europy, nie wnikając w inne niuanse dotyczące naszego kraju. Choć ten wątek jest niezwykle ważny, to jednak co innego na niego wpływa - historia mężczyzny, który mając rodzinę, znalazł sobie nową - i to nie zwyczajną, bo wilczą. Nie był treserem, nie był jedynie badaczem czy biologiem. Stał się wilkiem. Czuł jak wilk. Myślał jak wilk. Zachowywał się jak wilk. Przed przeczytaniem tej książki nie myślałam, że coś takiego mogłoby się zdarzyć, ale Picoult udowodniła, że wszystko może się zdarzyć. I że czasem w życiu nie można kierować się tym, czego samemu się pragnie - należy się wsłuchać w głos serca kogoś innego, nawet jeśli niesłyszalny dla ucha. 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 9 maja 2015

Chwała królowej!


Autor: Erika Johansen
Tytuł: Królowa Tearlingu
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 496

Kto z nas będąc dzieckiem, nie słuchał od rodziców przepięknych baśni, w których niejednokrotnie dochodziło do odwiecznego starcia dobra ze złem? Kto z nas nie czekał z upragnieniem na tę cudowną chwilę, gdy mama lub tato wezmą w dłonie wybraną wcześniej książkę i zaczną powolutku wprowadzać nas w świat niesamowitości oraz magii, gdzie wszystko jest możliwe? A może dzięki temu, że Wasi rodzice tyle Wam czytali, sami szybko uznaliście, że to dla Was za mało, więc zaczęliście na własną rękę odkrywać to, co kryją w sobie setki stron zamknięte w okładce? Jeśli podczas czytania tego krótkiego wstępu czuliście, że mówię o czymś, co doświadczyliście na swojej skórze, to nie odchodźcie i czytajcie dalej... 

Kelsea to dziewczyna, która od samego początku wiedziała, że nie jest zwyczajnym zjadaczem chleba. Doskonale zdawała sobie sprawę ze swojego dziedzictwa oraz tego, kim w przyszłości zostanie, dlatego z niecierpliwością wyczekiwała chwili, gdy wreszcie będzie mogła wziąć na barki ciężar tego, co przeznaczył jej los. Do tej pory żyła w ukryciu, jednak nadszedł czas, by młoda kobieta ujawniła w końcu swoją obecność i zasiadła na tronie. Już sama podróż do stolicy okazuje się być pełną niebezpieczeństw, a to dopiero początek tego, co przeżyje następczyni tronu. Czy jest osobą, która obroni swoje dziedzictwo przez Szkarłatną Królową? Czy pozwoli swojemu kraju odzyskać niezależność od silniejszego sąsiada? Czy sprawi, że jej poddani pokochają ją za to, jaką władczynią się stanie? 

Autorka zaczęła całą akcję spokojnie, powolutku wdrażając czytelnika w świat i okoliczności, jakie w nim panowały. Poznajemy bohaterkę i lepiej, byśmy od razu ją polubili, bo już do końca książki będzie nam ona towarzyszyć. Ale bez obaw - według mnie to naprawdę mocna strona tej książki, bo Kelsea nie jest mdłą i niemrawą osóbką, jakie upodobała sobie znaczna część autorów - to dziewczyna o mocnym charakterze, momentami oślim uporze i silnej woli, zdeterminowana do tego, by uzyskać to, do czego usilnie dąży. Nie jest idealna - wielokrotnie słyszymy, że z wyglądu jest wręcz pospolita, a jej charakter do kryształowych nie należy. A jednak z łatwością przychodzi polubienie jej, gdy zdajemy sobie sprawę, jak wielka odpowiedzialność na niej ciąży i jak w lwi sposób walczy o to, by podołać temu, co jej przeznaczone. 

Johansen w szczegółowy sposób pozwoliła sobie opisać całą sytuację, w jakiej znajduje się główna postać. Wiemy, co zadecydowało o takim, a nie innym położeniu młodej władczyni, dowiadujemy się coraz więcej o jej największym wrogu i jego celach. Choć książkę cechuje drobiazgowość, to jednak chwilami brakowało mi większej ilości wyjaśnień co do historii - czytelnik dowiaduje się nieco o tajemniczej Przeprawie, a później są podawane jedynie szczegółowe informacji na temat bardziej aktualnych wydarzeń. Nie wiemy, co sprawiło, że świat taki, w jakim żyjemy w dniu dzisiejszym, stał się podobny do średniowiecznych realiów. Te pytania mogą wzbudzać irytację i przyznaję, że też jej czasami doświadczałam - choć na szczęście nie ciągle. 

Bardzo dobrze przedstawione zostało to, co dzieje się na chwilę obecną w królestwie Tearlingu. Młoda królowa musi zmierzyć się z wieloma naprawdę mrożącymi krew w żyłach procederami i powoli zaczyna rozumieć, że rządzenie państwem to nic prostego. Bo władza to nie machanie rączką w delikatny sposób podczas procesji, wiwaty na cześć władczyni i audiencje, podczas których przyjmuje się prezenty od pochlebców. Bycie królową oznacza ogromne wyzwanie, podczas którego nieraz trzeba okazać się sprytem, przebiegłością i mądrością, bo jeśli Kelsea pozwoli sobie na choć mały błąd, może liczyć się z tym, że będzie to jej koniec. 

Książka stanowi naprawdę dobry wstęp do cyklu, który czytało mi się w przyjemny sposób. Momentami akcja nie była płynna, gdyż zdarzały się zarówno chwile dynamiczne, jak i statyczne, to jednak trzeba powiedzieć, że jest się ciekawym tego, co przydarzy się młodej i ambitnej władczyni. Autorka stawia przed czytelnikiem wiele pytań - na niektóre udziela odpowiedzi, a resztę z nich pozostawia bez słowa wyjaśnienia, co sprawia, że tym bardziej ma się ochotę na kolejny tom. Myślę, że to rodzaj baśni, lecz dla starszych czytelników - jeśli w dzieciństwie uwielbialiście bajki, gdzie dochodziło do starcia dobra i zła, powinniście być usatysfakcjonowani i zadowoleni. 

Moja ocena: 6+/10

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Galerii Książki! ;)

czwartek, 7 maja 2015

Coś dla niegrzecznych dziewczynek...


Autor: K. N. Haner
Tytuł: Na szczycie
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 798

Myślę, że nie istnieje w blogosferze osoba, która nie wiedziałaby, czym jest sławna seria E.L.James o Grey'u, jakiej tematyki dotyczy i jaki główny motyw w niej występuje. Dla mnie to wciąż niepojęte zjawisko, ale jakimś cudem na punkcie tej trylogii oszalał cały świat. Oczywiście, wydanie tej trylogii wywołało prawdziwą reakcję łańcuchową, której jednym z ogniw stały się książki, które jak grzyby po deszczu zaczęły być wydawane. Niektóre mają więcej wspólnego z "dziełem" pani James, inne mniej, ale fakt jest jeden - wydanie Pięćdziesięciu odcieni przetarło nowe szlaki i sprawiło, że więcej autorów zdecydowało się pisać o tym, co do tej pory było określane mianem tabu.


Rebeka nigdy nie podejrzewała, że ten dzień może aż w takim stopniu odmienić jej monotonne dotychczas życie. Kręciło się ono do tej pory wokół pracy jako striptizerka, przyjaźni z Treyem i przesyłaniem pieniędzy matce, ale te czasy dobiegły końca. Gdy podczas jej występu w klubie przychodzi menadżer znanego zespołu, oboje wyczuwają, że między nimi jest niespotykana chemia, której nie potrafią przerwać. Jednak cała historia nie kończy się na tym - dziewczyna w rozwoju wypadków traci pracę, lecz szybko zyskuje nową - wraz z Sedrickim i zespołem wyrusza w tournee, które odwróci jej życie od góry nogami nie raz, nie dwa, a kilkakrotnie. 

Bardzo długo wahałam się nad tym, czy sięgnąć po tę książkę. Argumentów "przeciw" miałam mnóstwo: bo to książka napisana przez polską autorkę, bo to kolejny postgreyowski twór, bo ja rzadko sięgam po książki, gdzie dominuje erotyka, bo nie wiem, czy warto tracić czas... Mogę wymieniać. Argumentów "za" nie miałam zbyt wiele - główny był taki, że masa ludzi się zachwycała tą książkę i wychwalała, jaka to ona nie jest odkrywcza i cudowna. I w końcu skusiłam się przez namowy znajomej, której ta historia przypadła do gustu i pożyczyła mi książkę. Oj, nie chciałabym przez to przechodzić po raz kolejny... 

Pierwsze strony nie zapowiadały, że Na szczycie okaże się dla mnie tak ciężkim do strawienia tekstem. Jednakże, gdy miałam za sobą te pierwsze sto stron, to już wiedziałam, że reszta będzie dla mnie prawdziwą drogą krzyżową. Bo mimo najszczerszych chęci - nie potrafię znaleźć lepszego określenia. Książka pani Haner jest ogromnym tomiszczem, które czytało mi się wyjątkowo topornie. Wahałam się, czy rzeczywiście chcę je dociągnąć do końca i wielokrotnie zamierzałam oddać ją nieskończoną dla koleżanki, ale jednak chciałam dać jej szansę. Chciałam doświadczyć tego uczucia, że skreślana przeze mnie książka okazuje się być warta poświęconego jej czasu. I tak się nie stało, niestety, niestety, niestety. 

Kompletnie nie przemówiła do mnie forma spisania tej opowieści. Należę do osób, które lubią czytać o ludzkich uczuciach, lubią, gdy coś jest wyjaśnione i kompletnie nie mają nic przeciwko opisom różnych zdarzeń, urozmaiconym dialogami. A z czym można spotkać się tutaj? Praktycznie cała książka to są dialogi. Jeśli nawet przewertujecie sobie ją jedynie, to zobaczycie, że narracji tutaj jest jak na lekarstwo, ba! jeszcze mniej. I o ile może się wydawać, że to takie świetne, bo nie trzeba się będzie męczyć z przydługimi opisami, to rozczaruję Was - sto razy lepiej czyta się książki, w których są opisy. Bo czytanie samych dialogów w pewnym momencie drażni, męczy i nuży. 

Sama fabuła... nie urzekła mnie, że tak powiem. W zasadzie była kolejnym powodem do irytacji. Już same początkowe wydarzenia związane z dolegliwościami fizycznymi bohaterki były dla mnie dość żenująco ukazane i w przerysowany sposób (nie powiem, o co dokładnie chodzi, bo nie chcę Wam spoilerować), nie wiem, czy to miało być śmieszne, czy może celem było wywołanie współczucia dla Reb - ja miałam dosyć tego całego zamieszania. Oprócz tego książka w zasadzie skupiała się głównie wokół różnych wariacji seksu. Po cichutku liczyłam, że może one tutaj będą na jakimś poziomie i pozwolą mi na milsze spędzenie chwil przy tej książce. A gdzie tam! Może jestem dziwną osobą, ale wcale mnie nie poruszały. Może właśnie było to za sprawą tego, że było to przedstawione za pomocą samych dialogów, bez jakichkolwiek opisów, może dlatego, że w moim odczuciu było to pokazane w zbyt zwierzęcy sposób, a może po prostu rzeczywiście erotyki to nie moja bajka - ta część książki również leżała i kwiczała, prosząc o litość. 

Kolejnym minusem na liście minusów jest sam język, jakim posługuje się autorka przy pisaniu tej książki. Może nie znam realiów świata, w którym żyją ludzie związani zawodowo z rockiem, ale to było stanowczo zbyt wulgarne. I o ile początkowo mogłam to znieść, tak im dalej, tym czułam się bardziej tym wszystkim zniesmaczona. I na koniec taka wisienka na szczycie deseru - nie mam pojęcia, co robiła korekcja i czy w ogóle w przypadku tej książki takowa została zastosowana. Sporo literówek, najprostsze błędy interpunkcyjne i kąski ortograficzne - w mojej opinii czegoś takiego nie daje się do ręki czytelnikowi, bo to oznaka braku szacunku dla niego. 

Chciałam jakiegoś dobrego erotyku, więc z tą myślą sięgnęłam po Na szczycie. Jeśli do tej pory najsłabszą w ostatnim czasie przeczytaną książką była dla mnie Bezmyślna czy jej kontynuacja - Swobodna, tak teraz kieruję w ich kierunku przeprosiny. Bo książka Haner pod tym względem pobiła je na głowę. Mimo najszczerszych chęci nie potrafię tutaj odnaleźć żadnych pozytywów. Wciąż jestem pełna podziwu dla siebie, że udało mi się ją jakimś cudem ukończyć, ale mimo faktu, że jest ona już za mną - niesmak i rozczarowanie nadal jest. Ta książka była najzwyczajniej w świecie jedną wielką tragedią i mam nadzieję, że takich historii nie będę miała już okazji czytać, bo szkoda na nie czasu. 


Moja ocena: 1+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 5 maja 2015

Ciesz się tym, co masz - nigdy nie wiesz, ile czasu Ci zostało.


Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Ostatnia piosenka
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448

Każdy wiek ma przypisane sobie zachowania, które wydają nam się typowe. Gdy jesteśmy dziećmi, cechuje nas niewinność, która dodaje tak wiele uroku. Jednak lata zawsze mijają i w końcu zaczynamy dojrzeć. Stajemy się nastolatkami, a one tracą ów niewinność, która wcześniej ujmowała innych za serce. Zaczyna się okres buntu i niezgody, uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie i nigdy nie wiadomo, jaki nastrój w danej chwili będzie. Ale są osoby, które potrafią poskromić największych buntowników. Nieprawdopodobne, ale jednak prawdziwe. 

Tak naprawdę nie chciała tu być. Wolała znaleźć się z powrotem w Nowym Jorku, by dalej korzystać z atrakcji oferowanych młodym ludziom przez to miasto. Ale tak się nie stało, bo jest niepełnoletnia i musiała się podporządkować mamie. A ona zażyczyła sobie by Ronnie wyjechała wraz z bratem na całe lato do taty. Choć zapowiadało się, że będzie to najgorszy oraz najnudniejszy okres w jej życiu, to jednak zaczęło się to powolutku zmieniać. Może i nie samoistnie, bo ktoś jej w tym pomógł i sprawił, że ten czas minął w mgnieniu oka. Ronnie przekonała się na własnej skórze, że czasem są chwile, gdy człowiek pragnie, by wskazówki zegara zatrzymały się i nigdy nie zaczęły pracować na nowo. 

Bardzo lubię twórczość, jaką proponuje swoim czytelnikom Nicholas Sparks. Może i nie należy ona do najbardziej ambitnych, aczkolwiek myślę, że najbardziej pociągająca dla mnie jest ze względu na jej uniwersalność i prostotę. Lecz pamiętajcie, by nigdy nie mylić prostoty z prostactwem, ponieważ to dwie całkowicie odmienne cechy literatury. W Ostatniej piosence Sparks po raz kolejny dowiódł, że potrafi mnie wzruszyć, nie używając niezrozumiałych zwrotów czy słów - posługuje się prostym językiem, a mimo to całość sprawia wrażenie wysmakowanej. 

Początkowo jednak nie było tak różowo i miło. Czytałam, czytałam i czytałam, a mimo tego, że widziałam upływające strony, to wcale nie czułam, by ta historia mogła być czymś naprawdę dobrym. Ani bohaterowie nie zachowywali się jakoś specjalnie, ani sama fabuła nie porywała - zaczęłam snuć domysły, że może po prostu czar Sparksa minął dla mnie i już nie działa na mnie tak, jak wcześniej. Jednak mijały kolejne strony, autor zaczął wprowadzać nowe wydarzenia i w końcu sprawił, że na wiele stron przed zakończeniem czytania byłam zalana łzami i pod nosem przeklinałam go za to, co potrafi zrobić z moimi emocjami podczas czytania. 

Obawiałam się, że ta historia może poruszać jedynie wątek nastoletniej miłości - przyznaję, że bardzo lubię literaturę z takim motywem, ale teraz pragnęłam czegoś więcej, czegoś nieco głębszego. I mogę powiedzieć, że nie zawiodłam się - pisarz po raz kolejny stanął na wysokości zadania, kreując fenomenalnie ludzkie postaci, które polubiłam i którym mocno kibicowałam. Uwielbiam Ronnie i Willa, to naprawdę zgrani bohaterowie, którzy pokazali, że potrafią pokonać wiele przeciwności. Steve ujął mnie swoim spokojem ducha i ciepłem - to naprawdę świetna postać. A, i jeszcze jest Jonah - uroczy, słodki dzieciak! Jestem pewna, że kogo jak kogo, ale młodszego brata Ronnie polubilibyście! 

Wbrew temu, co podejrzewałam na początku, historia nie jest oparta jedynie na wątku miłości, przed którą stoi pytanie, czy da radę przetrwać w obliczu takich przeciwności. To wieloaspektowa historia, która porusza wiele ważnych tematów takich jak wybaczenie, miłość, gniew, dojrzewanie i akceptacja. Za jej pomocą Sparks pokazuje, że cżłowiek nie zawsze ma wpływ na to, jak ułoży się jego życie, ale może próbować sprawić, by było najbliższe jego najskrytszym pragnieniom. To także dobra lekcja pokory i docenienia tego, co się posiada - bo nikt nie wie, ile jeszcze czasu będzie mógł się tym cieszyć. 


Moja ocena: 7+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

niedziela, 3 maja 2015

Co zrobi matka, gdy dowie się o próbie samobójczej dziecka?

Autor: C.L. Taylor
Tytuł: Gdzie kończy się cisza?
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 424

Każdemu z nas zdarzają się różne potknięcia. Dzisiaj zapomniałam, że ciasto powinnam piec 35 minut, a nie 40, przez co wyszło lekko suche; wczoraj wyleciało mi z głowy, że powinnam kupić chleb razowy, a nie orkiszowy; dwa tygodnie temu nie poszłam na wywiadówkę córki, bo uznałam, że nie ma takiej potrzeby; miesiąc temu nie zamknęłam drzwi wejściowych na klucz i przez cały dzień panikowałam, czy nie będzie jakiegoś włamania. Takie błędy zdarzały się, zdarzają i zdarzać się będą - nie da się tego uniknąć. Ale jest też specyficzny rodzaj pomyłek, które należą do największych błędów naszej przeszłości. Nie da się nad nimi przejść do porządku dziennego - nie, one o sobie przypominają po jakimś czasie i sprawiają, że w każdej chwili wypominamy sobie, że pozwoliliśmy im zaistnieć.

To nigdy nie powinno się wydarzyć. Jej córka powinna teraz nadal przeżywać swój okres buntu, obwieszać pokój plakatami swoich idoli, robić bałagan w każdym miejscu, w którym się pojawi choć na chwilę, martwić się klasówkami, spotykać z koleżankami i chłopakiem. A nie może, bo leży podłączona do aparatury i walczy o każdy kolejny dzień życia, którego nie chciała. Tak bardzo miała go dość, że targnęła się na własne życie, choć ma dopiero piętnaście lat - tak utrzymuje jej matka. Susan jest pewna, że to nie był wypadek, jak twierdzą wszyscy - jest zdania, że jej ukochana córeczka chciała popełnić samobójstwo, a ona nie zareagowała w porę. Teraz, gdy mleko się rozlało, kobieta zrobi wszystko, by odkryć, co się do tego przyczyniło. Nigdy nie podejrzewałaby, że jej przeszłość może powrócić i to w tak nieoczekiwanym momencie... 

Zazwyczaj sięgam po lekką, młodzieżową literaturę, która pozwoli mi się zrelaksować i odpocząć po ciężkim dniu. Jedynie czasami zdarza mi się wybrać coś innego, o cięższym charakterze i bardziej dusznym klimacie, najczęściej w celu kontrastu - po przeczytaniu czegoś lekkiego i miłego, chcę dla odmiany czegoś, co będzie trzymało mnie w napięciu. Przeglądając ofertę mojej biblioteki, natknęłam się na tę książkę - uznałam, że może spełniać te kryteria, dlatego warto spróbować i zaryzykować. Czy jednak rzeczywiście było tak, jak oczekiwałam?

Akcja w książce toczy się dwutorowo - czytelnik ma możliwość śledzenia bieżących wydarzeń, w których uczestniczy główna bohaterka, ale także poznaje to, co się wydarzyło dwadzieścia lat temu. Wydawać by się mogło, że oprócz tej samej kobiety, która występuje i w przeszłości, i w teraźniejszości, te dwie opowieści nie mają ze sobą nic wspólnego - lecz to tylko pozory. Okazuje się bowiem, że niektórych rzeczy nie można po prostu zostawić za sobą i skreślić, jakby nigdy nie zaistniały - bo i tak wrócą. Tak jak tutaj.

Nie mogę powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowana. Mimo, że książka podejmuje naprawdę ciekawy temat i podejrzewałam, że mogłaby mi przypaść do gustu, to jednak tak się nie stało. Szybko stało się wiadomym, do czego dąży autorka i jak chce rozwikłać całą opisywaną sytuację - nie było tutaj elementów zaskoczenia, bo mimo że próbowała wplatać jakieś poboczne wątki i mylne poszlaki, to przynajmniej mnie nie udało jej się wpuścić w maliny. O ile początkowo jeszcze dałam radę to znieść, tak później trochę irytować mnie zaczęło, że autorka chce zrobić ze swoich czytelników głupków - liczyłam na coś bardziej skomplikowanego i złożonego. 

Trochę zabolał mnie też fakt, że nie odczuwałam tutaj zbytniej więzi z bohaterami. Byli, bo byli - tak mogę opisać ich obecność. Nie sprawiali wrażenia żywych - ich zachowania momentami zdawały się dość sztuczne i naciągnięte, jedynie Susan potrafiła pokazać, że znajome jej są emocje i uczucia. Jeśli miałabym powiedzieć, która z "części" tej książki bardziej mi się podobała - bez wahania wskazuję na przeszłość. Była ona jeszcze pokazana w sposób zaciekawiający i sprawiający, że czytelnik zastanawiał się, co się wtedy wydarzyło i do czego doszło, że główna bohaterka jest w takim, a nie innym miejscu w życiu. Niestety, ale część z wydarzeniami aktualnymi była najzwyczajniej w świecie słaba - nudząca i mało straszna. Taka zwykła. A czy thriller powinien był zwykły? 

Myślę, że pomysł autorka miała niezły, jednak nie do końca potrafiła go umiejętnie zaprezentować. Tej książce zabrakło polotu, więcej wyrazistości i większej niepewności podczas czytania, gdyż ta przewidywalność odebrała mi dużą część z przyjemności. Choć sama historia nie należy do najgorszych, to jednak podejrzewam, że po przeczytaniu kolejnych kilku książek nie będę zbyt dobrze jej pamiętała - świadczy to o tym, że po prostu nie jest to zbyt dobra i wciągająca literatura. Liczyłam, że będzie w niej więcej dreszczyku i emocji, a odebrałam ją bardzo spokojnie i "na luzie" - szkoda zmarnowanego potencjału, bo taki w niej tkwił.

Moja ocena: 5/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 1 maja 2015

Pierwsze wrażenie nie zawsze jest prawdziwe - dowód!


Autor: Rainbow Rowell
Tytuł: Eleonora i Park
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 340

Co jakiś czas wybucha moda na daną książkę. Jeszcze wczoraj było o niej cicho, a dzisiaj obudziłaś się i odnosisz wrażenie, że dosłownie każdy ją czyta, każdy o niej mówi i każdy wychwala ją pod niebiosa. Co jakiś czas czujesz, jakby nikt w Twoim otoczeniu nie czytał niczego innego poza daną książką. Jeszcze wczoraj każdy był zafascynowany czymś kompletnie innym, dzielił się wrażeniami z całkowicie innych historii, które czytał. A dziś wydaje Ci się, że jakbyś weszła do księgarni, to na półkach nie znalazłabyś dziesiątek tysięcy książek z setek różnych kategorii. O nie, na półkach byłaby tylko ta jedna, felerna, cholerna książka. Wyszłabyś czym prędzej z niej. Zatykałabyś uszy, kiedy tylko słyszałabyś, że ktoś zaczyna o niej mówić. Ale koniec końców to byłoby silniejsze od Ciebie - sięgnęłabyś po nią. I stałabyś się kimś takim jak inni. 

Przeciwieństwa się przyciągają - to fakt powszechnie znany. I pasujący do Eleonory oraz Parka. Ona to dziewczyna, która na głowie ma masę wściekle rudych sprężyn na głowie, nosi męskie ubrania i różne dziwne dodatki; on to chłopak, który upodobał sobie czerń, czytanie komiksów i słuchanie kaset na swoim walkmanie. Kto wie, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie to, że oboje byli skazani na dojazdy autobusem. I choć początkowo nic na to nie wskazywało, to zaczęli do siebie docierać. Krok po kroku, w powolnym tempie - ale jednak. I w końcu musieli stanąć przed faktem dokonanym - to nie jest zwykła znajomość. Równocześnie doskonale zdawali sobie sprawę, że to, co ich połączyło, ma małe szanse przetrwania wieków - ale z całych sił starali się, by trwało jak najwięcej. 

Oficjalnie i nieodwołalnie muszę się przyznać do tego, że jestem pod wrażeniem tej piękniej, młodzieżowej opowieści o miłości dwójki nastolatków. Choć wcześniej obawiałam się infantylności ze strony tej powieści, to jednak już na początku mogę powiedzieć, że niczego takiego tutaj nie uświadczyłam. Zobaczyłam jednak, że wszyscy, którzy zachwycali się Eleonorą i Parkiem, mieli stuprocentową rację. Z drugiej strony pluję sobie w brodę, że ja dołączam w ich szeregi tak późno, zdecydowanie za późno.

Na uwagę zasługuje tutaj wszystko - Rainbow Rowell wykreowała świat w połowie lat osiemdziesiątych z parą szesnastolatków, którzy są bliscy czytelnikom nawet trzydzieści lat później. Mimo że standardy bohaterów różnią się nieco od tych naszych, to jednak ja jako czytelnik nie czułam wyobcowania - wszystko zdawało się być takie aktualne! Przez kreację swoich bohaterów autorka udowodniła, że miłość to uczucie ponadczasowe, które umieszczone w dowolnych ramach czasowych i tak będzie wzruszać, zachwycać i poruszać. 

Muszę jednak dodać, że to nie jest cukierkowa historyjka o miłości, która wybuchła nagle ogromnym płomieniem i trwała już po wieczne czasy. Nie, to całkiem coś innego - i mówię to dlatego, że sama przez taki pryzmat postrzegałam do tej pory Eleonorę i Parka. Obawiałam się, że to coś płytkiego i ciężkiego do przełknięcia. A okazało się, że ta dwójka bohaterów nie może taka być. Byli tacy prawdziwi. Tacy nieidealni. Tacy bliscy. Tacy perfekcyjnie nieperfekcyjni. Nie wiem, jak autorce udało się ich takimi wykreować, ale ja już za nimi tęsknię. Przed chwilą skończyłam czytać, a już mi ich brakuje. Eleonoro, Parku, wracajcie! 

Sama nie mam zielonego pojęcia, jak tak długo mogłam się wzbraniać przed przeczytaniem tego. Ta książka przeszła wszystkie moje oczekiwania. Jest pisana bardzo lekkim językiem, przez co czyta się ją za szybko (dlaczegodlaczegodlaczego) i w pewnym momencie odczuwa się panikę, że jest się bliżej końca niż początku - ale to jednak piękne uczucie, że jakaś książka potrafi wzbudzić takie emocje. W opowieści pisarki był wątek Romea i Julii oraz ich trudnej miłości, a także tego, dlaczego przetrwali aż 400 lat w pamięci potomnych. Uwierzcie mi, że Eleonora i Park to taka nowsza, lepsza, słodko-gorzka wersja tego szekspirowskiego duetu, która nie jest warta by przetrwać 400. Zasługuje na dużo, dużo więcej. 


Moja ocena: 9/10

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka