czwartek, 30 kwietnia 2015

O dziewczynie z przyklejonymi rumieńcami do twarzy, niegrzecznym rockmanie, zawirowaniach i... dalej o rumieńcach.


Autor: S.C. Stephens
Tytuł: Swobodna
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 624

Ludzie, którzy dopuścili się wiarołomstwa, podają różne powody, które mają usprawiedliwić ich okrutne zachowanie. Często padają słowa, że to jednorazowy wybryk, pomyłka popełniona pod wpływem emocji, która nigdy w życiu się nie powtórzy. Czasami powodem zdrady okazuje się być chwilowa fascynacja, pogrążenie się w zapomnieniu i pozwolenie sobie na coś złego. Czasem twierdzi się, że wina leży po stronie drugiego partnera - bo zaniedbywał, bo był ble i fuj, bo był niedobry, bo nie miał za dużo czasu, bo... Bo. Bo. Można tego wszystkiego wymieniać bez liku - a jak ocenić osobę, która miała partnera wręcz idealnego, a go skrzywdziła?

Budowanie związku może się wiązać z różnymi komplikacjami, ale niewątpliwie bardziej wymagające jest stworzenie trwałej więzi opartej na zaufaniu między ludźmi, którzy rozpoczęli ją nietypowo - bo od zdrady. A skoro Twój partner wcześniej nie miał skrupułów, by tak potraktować inną osobę, to jaką masz gwarancję, że i Ciebie tak nie skrzywdzi? Z takimi problemami muszą się mierzyć Kellan i Kiera, którzy z jednej strony zdają sobie sprawę, jak wielkie uczucie ich połączyło, a z drugiej nie potrafią pozbyć się obaw i podejrzeń. Oboje zaczynają pogrążać się w niedomówieniach i półprawdach, choć widzą, dokąd to zaczyna prowadzić... 

Wciąż pamiętam rozżalenie oraz złość, jakie miałam w sobie po przeczytaniu pierwszej części z serii S.C. Stephens. Wiele osób twierdzi, że czytanie trylogii Sienkiewicza, Lalki Prusa czy Chłopów Reymonta było męczące i wyczerpujące - uwierzcie mi, że o ile te klasyki z kanonu polskiej literatury czytało mi się z przyjemnością, tak zwyczajne New Adult mnie wymęczyło za wszystkie czasy, a do tego zirytowało i rozczarowało ponad miarę. Obiecywałam sobie, że na pewno nie sięgnę już po nic, co wyjdzie spod pióra tej autorki - jak widać jestem niesłowna, bo właśnie piszę dla Was recenzję jej drugiego tomu. Czy tym razem również miałam podobnie negatywne odczucia? 

Cała fabuła kręci się teraz wokół wyzwania, jakim jest związek na odległość - Kellan wyjeżdża w trasę, wraz ze swoim zespołem powoli osiągając sukces, o jakim zawsze marzyli, a Kiera zostaje w domu. Powtarza się więc nam motyw z pierwszej części, tylko że tutaj nie dostaliśmy kolejnego mężczyzny, z którym Kiera mogłaby poszaleć. Chyba nigdy nie zrozumiem, co siedziało w głowie autorki, kiedy kreowała tę postać - uwierzcie mi, to karkołomne zadanie! Ta dziewczyna wciąż reaguje na wszystko rumieńcami (mimo że nie jest nieśmiałą dziewicą, tylko mającą już pewne doświadczenia kobietą) - wystarczy, że popatrzy się jej pewna osoba dłużej w oczy, a już Kiera robi się buraczana. Oczywiście, nadal ma mnóstwo kompleksów. Oczywiście, nadal nie wie, co ma robić - tu płacze, tu tupie nóżką, tu się cieszy, tu się boi - kompletne niezdecydowanie, które sprawia, że czytelnik ma ochotę zamazać jej imię na kartkach książki (gdyby nie to, że książka była pożyczona, to pewnie to zrobiłabym). A nawet jeśli nie, to najchętniej wyrzuciłoby się ją razem z Kellanem z książki.

Zawsze bardzo mnie ciekawiło, dlaczego w książkach wciąż pojawia się motyw zwyczajnej dziewczyny + nadzwyczajnego BOGA. Bo inaczej drugiej połówki nazwać nie można. On to ucieleśnienie marzeń wszystkich kobiet, każda się za nim ogląda, jest typowym playboyem, który ma setki przygód seksualnych i musi spotykać na swojej drodze kobiety, które poznał od tej łóżkowej strony. Jakby tego było mało - musi mieć też wygląd BOGA. Umięśnione ciało, włosy, które określa się mianem "fryzury po seksie", magnetyczne spojrzenie - to wszystko jest wręcz wymagane! A ona? Szara myszka pogrążona w kompleksach, najlepiej dziewica lub osóbka o znikomych doświadczeniach w sferze intymnej, krępująca się większości rzeczy i taka, która nikogo nie przyciąga. Takie schematy są teraz w naprawdę zatrważająco dużej części książek - czasem są dla mnie w porządku, jeśli autorka potrafi je umiejętnie zaprezentować, ale jak coś takiego wykorzystuje pani Stephens - nie może wyniknąć z tego nic dobrego. 

Odkryłam, że jestem podręcznikowym przykładem masochistki. Podejrzewałam, że druga część może i w 99,9% będzie podobna w stylu do pierwszej, ale mimo to chciałam spróbować na własnej skórze, czy coś się zmieniło. Niestety, ale wszystko nadal jest niezwykle przerysowane, sztuczne i bez polotu. Bohaterowie irytują, zamiast wzbudzać sympatię - jedynie wątek Denny'ego był dla mnie w porządku i ewentualnie Griffina - cała reszta to po prostu powolna droga przez mękę. Zastanawiałam się, czy nie przerwać tej książki, ale zawzięłam się, że jaka by nie była, to zostanie ukończona przeze mnie. Momentami chciałam złamać dane sobie słowo, ale jakoś udało mi się tego nie zrobić. Choć teraz pomstuję na tę książkę, to podejrzewam, że ta wspomniana we mnie masochistka zapewne sięgnie i po kolejną część, choć wie, że będzie źle. Chyba każdy, więc ja także, potrzebuje od czasu do czasu czegoś, na co może powylewać swoje żale - a Swobodna właśnie czymś takim jest i sprawia wrażenie stworzonej głównie w tym celu. 


Moja ocena: 2+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Witajcie w świecie, w którym kolor krwi decyduje o Waszej przyszłości!


Autor: Victoria Aveyard
Tytuł: Czerwona królowa
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 488

Żyjemy w czasach, w których ciągle podkreślana jest nasza równość - choć oczywiście można z tym polemizować, bo jak wiemy, są ludzie równi i równiejsi - ale sza, ja nie o tym. Przysługują nam identyczne prawa, w takim sam sposób odpowiadamy za przewinienia i obowiązują nas identyczne regulaminy czy kodeksy. To nie Starożytny Rzym, gdzie na porządku dziennym było posiadanie niewolników wchodzących w skład familii, ani nie średniowiecze, w którym były rządy feudalne. Nikt nie wyobraża sobie teraz tego, by mógł żyć w podobnych systemach dzielących ludzi na lepszych i gorszych - choć na świecie nadal są takie zakątki. Co jakiś czas również autorzy podejmują tę tematykę, tak jak Victoria Aveyard. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Co znaczą słowa "zrobię dla Ciebie wszystko"?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Deszczowa noc
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 536

Zrobię dla Ciebie wszystko. Często można taką frazę usłyszeć od bliskich nam osób, które próbują wyrazić w słowach to, co siedzi im w sercu. Chcą pokazać w ten sposób, że gotowe są dokonać wielu rzeczy, byle tylko pokazać siłę z jaką kochają. Tylko czy rzeczywiście są gotowe do tego, by aż tak się poświęcić? Czy w sytuacji krytycznej, gdy będą musiały pokazać, że ich słowa nie były jedynie rzucone na wiatr, a złożone z całą odpowiedzialnością, udowodnią, że naprawdę zrobią wszystko? Nawet gdy będzie chodziło o pozbawienie kogoś życia? 

Od zawsze Cameron MacDonald kierował się poczuciem obowiązku i nakazami, które nakładała na niego jego praca. Od wielu lat jest policjantem, a także przywódcą szkockiego klanu zamieszkującego od wieków jeden ze stanów Ameryki. Gdy pod komisariat podjeżdża jego kuzyn, który także należy do klanu, a w samochodzie ma ciało martwej żony, Cameron bez wątpliwości go aresztuje. Zwłaszcza, gdy mężczyzna przyznaje się, że wykonał to sam, na życzenie swojej małżonki. Dla policjanta sprawa jest czarno-biała, ale jego małżonka nie podziela zdania swojego partnera. Allie jest uwiedziona historią mężczyzny, który kochał tak bardzo, że był w stanie odebrać życie osobie, której życie było dla niego najważniejsze. 

Jodi to taka moja prywatna autorka, której twórczość bardzo cenię i regularnie staram się poznawać. Zaczęłam ją uwielbiać już po pierwszej poznanej historii, czyli Bez mojej zgody, a po kolejnych kilku szczerze ją pokochałam. Ma w swoim dorobku wiele historii, które chwytają za serce i wywołują masę emocji, a także wątpliwości. Lubi dręczyć swoich czytelników kontrowersyjnymi pytaniami i próbami podejmowania decyzji na temat tego, co prezentuje. Oczywiście, trafiają się jej też słabsze powieści - nadal dobre, choć nie pozostawiającego czytelnika w takim szoku jak zazwyczaj. Jak dla mnie taką książką jest ta, którą właśnie recenzuję - bardzo dobra, ale nie zachwycająca. 

Wydawać by się mogło, że cała historia zostanie poświęcona jedynie wątkowi przewodniemu, czyli historii mężczyzny (Jamie'go), który zabił na własne życzenie swoją ukochaną (Maggie). Ale kto zna twórczość Picoult, ten wie, że ta autorka nie tworzy książek z jedną płaszczyzną - u niej wszystko jest wielowymiarowe i wieloaspektowe. Całą książkę poświęciła miłości - nie tylko tej między Jamie'm i Maggie, ale także Cameronem i Allie oraz jeszcze jedną parą, której Wam nie zdradzę - odkryjcie sami! Każde z tych uczuć jest inne, każde ma inne cechy charakterystyczne - ale każde łączy to samo, właśnie ta miłość. 

To, co łączyło Jamie'go z jego lubą jak dla mnie zostało pokazane w przepiękny i bardzo głęboki sposób. Wielokrotnie się zastanawiałam nad tą kwestią i za każdym razem dochodziłam do wniosku, że podziwiam tego mężczyznę. Z pewnością nie było mu łatwo, z pewnością nie chciał tego robić, chciał walczyć i próbować do końca, a jednak nie mógł. Miał złożoną obietnicę i wiedział, że musi ją spełnić, bo naprawdę prawdziwie kocha. Coś pięknego - robić coś wbrew sobie, wbrew własnym uczuciom, łamiąc sobie samemu serce, byle tylko uchylić nieba drugiej osobie. Takie uczucie rzadko się zdarza, może dlatego też tak mnie to poruszyło.

Bohaterką, którą również bardzo polubiłam, jest Allie. To ciepła kobieta pracująca w małej kwiaciarni, która niezwykle kocha swojego męża, choć w sprawie tego morderstwa mają kompletnie inne poglądy. Ona myśli sercem, on kieruje się literą prawa. Lecz... wszystko się zmienia. I właśnie te zmiany wpłynęły na to, jak zaczęłam postrzegać tę powieść. Ubodło mnie zachowanie Camerona i choć początkowo go lubiłam, tak z każdą kolejną stroną, każdym kolejnym wydarzeniem z nim związanym, ta moja sympatia do niego zauważalnie zaczęła maleć. Oj, Cameron - coś Ty zrobił?

Warto podkreślić także to, że autorka zadbała, aby całość nie była jedynie tandetnym romansidłem, co może kojarzyć się po ujrzeniu okładki i tytułu, ale piękną opowieścią o miłości, która nie ma żadnych granic, a słowa "zrobię dla Ciebie wszystko" dosłownie oznaczają wszystko. Picoult postarała się, aby całość była niezwykle klimatyczna - nastrojowości dodaje szczegółowe odmalowanie zasad, jakimi rządzi się klan szkocki i jak wygląda jego życie na koniec, ale także kwiatowa atmosfera - ta książka naprawdę pachnie! Choć nie była tak świetna, by powalać na kolana, to jednak Deszczowa noc to poruszająca opowieść, która trafi do serc wielu romantycznych dusz. 


Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

czwartek, 23 kwietnia 2015

Czy Pożodze można zapobiec?


Autor: James Dashner
Tytuł: Lek na śmierć
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 440

Książki można porównać do ludzi. Jedne posiadają jedynie piękną oprawę, lecz w środku są puste i nie zawierają niczego, co warte jest zainteresowania. Inne są całkiem niezłe, zaciekawiają nas, lecz po drodze coś się zmienia i czujemy, że nie są takie, jak nam się wydawało, że będą. A są też te nieliczne, które porywają nas od pierwszych chwil i wywołują u nas mnóstwo pozytywnych uczuć, których byśmy się nie spodziewali. Po przeczytaniu Więźnia Labiryntu i Prób Ognia czułam, że seria Dashnera może być dla mnie właśnie taka. Czy rzeczywiście? 

Według jej słów DRESZCZ miał być dobry, ale Thomas utwierdził się w przekonaniu, że nie można im ufać. Teraz twierdzą i zapewniają go, że nadszedł czas szczerości. Koniec prób, koniec testowania - najważniejsze jest to, by powstrzymać Pożogę i sprawić, by skończyły się jej żniwa. Jedyne, co muszą zrobić, to przywrócić Streferom pamięć, by móc dokonać tego, co od tak dawna planują. Jednak Thomas wie, że nie może im zaufać - nie po tym, co mu się przypomniało. Prawda może być niebezpieczna - czy on i jego przyjaciele są gotowi, by ją poznać? 

Nie podejrzewałabym, że zaczynając czytać pierwszą część tej trylogii, tak bardzo może mnie ona wciągnąć -  do tego stopnia, że urządziłam sobie mały maraton, łykając wszystkie tomy na raz. Przyszedł więc czas, by napisać recenzję trzeciego i zarazem ostatniego puzzla, jaki się złożył na całość tego cyklu. Po przeczytaniu dwóch prześwietnych książek miałam prawo oczekiwać, że finał będzie jeszcze lepszy, jeszcze mocniejszy, wręcz powali mnie na kolana tym, co autor przygotuje. A prawdę mówiąc - czuję spory niedosyt. 

Wszystko zaczęło się bardzo szybko. Dashner nie zwalniał, ale gnał z akcją do przodu, tak, aby wciąż trzymać swoich czytelników w napięciu. Powolutku odkrywał kolejne karty, choć nie zawsze były one pozytywne. I mogę powiedzieć, że przez 3/4 tomu uważałam, że to jest naprawdę coś, co może mieć fantastyczne zakończenie, które na długo zapadnie mi w pamięć i sprawi, że całą serię będę postrzegała jako małe dystopijne arcydzieło. Ale ... im bliżej końca, tym bardziej czułam, że coś idzie w nie tym kierunku, w jakim trzeba, a mi przestaje się to podobać. 

Bohaterowie coraz częściej zaczęli podejmować nielogiczne i nieracjonalne decyzje. Myślałam, że tak jak w pozostałych częściach będzie mi towarzyszył dreszcz emocji, niecierpliwość czy tajemniczość, a tak naprawdę najwięcej czułam irytacji. O ile wcześniej podobało mi się, jak autor rozwiązywał relacje na linii Brenda-Thomas-Teresa, tak teraz miotanie się męskiego bohatera między ich dwójką zaczęło mnie drażnić, gdyż sam już nie wiedział czego chce i czego oczekuje. Na szczęście nadal na medal spisywał się Minho, którego naprawdę mocno uwielbiam za tę jego kąśliwość i poczucie humoru - takich bohaterów właśnie trzeba w książkach, dobrze, że on się nie zmienił! Co ciekawe, pojawiła się także postać, której wcale się nie spodziewałam - i co ciekawe, zmieniłam swoje nastawienie do niej, na pozytywne. 

Najmniej satysfakcjonujące było dla mnie to, że autor zostawia na koniec czytelnika z mnóstwem niedopowiedzeń i niedokończonych jak dla mnie wątków. Miałam wrażenie, że chciał jak najszybciej doprowadzić tę książkę do końca, co negatywnie odbiło się na jej treści. Lek na śmierć sprawia wrażenie, jakby był pisany po łebkach, a autor zaczął przeżywał jakieś wypalenie zawodowe w trakcie pisania ostatniego tomu. Sam tytuł sprawia wrażenie niedobranego odpowiednio według mnie - ciekawe, czy ci, co czytali też mają takie odczucia. Mimo wszystko nie było jednak najgorzej. Podejrzewam, że wszystkie moje żale są stąd, że po prostu ten tom nie dał takiego kopa, jak dwa poprzednie. Miło się go czytało, ale to jednak nie to samo. Może i nie jest idealnym podsumowaniem tej serii, ale da się go przeżyć - myślę, że dla dwóch tak cudownych tomów jak te dwa poprzednie, można przeboleć trochę słabszy jak ten. 


Moja ocena: 6-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 21 kwietnia 2015

Labirynt to dopiero początek...


Autor: James Dashner
Tytuł: Próby Ognia
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 420

Najprzyjemniej czyta mi się książki z tego samego cyklu jedna po drugiej. I nie jest to kwestią tego, że poznając je oddzielnie, zapominam część wydarzeń (choć to też ma jakieś znaczenie). Czytanie na raz ma taki jeden przeważający dla mnie plus, jakim jest atmosfera. Rozdzielając poszczególne części trylogii i przeplatając je jakimiś innymi książkami, zmienia mi się nastrój, często te historie dotyczą już całkowicie innej tematyki, przez co później ciężej jest się wczuć ponownie w daną serię. Sprawa jest utrudniona, gdy na pozostałe części książek trzeba czekać, bo nie zostały jeszcze wydane lub przetłumaczone. Na szczęście ja zaczęłam moją przygodę z cyklem Dashnera, gdy już jest na rynku - i całe szczęście, bo z pewnością nie wytrzymałabym czekania na kolejne tomy! 

Streferzy byli pewni, że opuszczenie Labiryntu będzie równoznaczne z końcem eksperymentów i testów. Wiele czasu poświęcili i wielu z nich musiało odejść, by choć część mogła opuścić swoje więzienie i odzyskać to, co utracili. W Labiryncie mogli spokojnie żyć, bez obawy o jedzenie czy dach nad głową. Teraz jednak wszystko ulega zmianom i zaczynają obowiązywać nowe zasady. Rozbłyski sprawiły, że klimat na Ziemi uległ ogromnym zmianom, przez co niemożliwe na niej jest życie takie, jak dotychczas. Ludność jest pustoszona przez Pożogę, a ci, którzy padną jej ofiarą, stają się Poparzeńcami. Choć Thomas i jego przyjaciele chcieliby w końcu odetchnąć, to jednak nie mogą - przed nimi nowa próba. 

Powiem Wam, że nieco obawiałam się tego tomu. Nie byłam pewna, czego się mogę po nim spodziewać, zwłaszcza że w komentarzach do poprzedniej recenzji spotkałam się z opiniami, że kolejne tomy Więźnia Labiryntu są słabsze. Jednak w miarę czytania zaczęłam pozbywać się obaw i pozwoliłam sobie na beztroskie cieszenie się przyjemną lekturą - James Dashner zadbał o to, bym po raz kolejny mogła w napięciu i ekscytacji śledzić losy nie tylko Thomasa, z którym się jeszcze bardziej zżyłam, ale i reszty bohaterów, których także bardzo mocno polubiłam. 

Zanim poznałam pierwszą część tej trylogii i film, wydawało mi się, że cała trylogia będzie się toczyła właśnie w Labiryncie, z którego bohaterowie będą musieli się wydostać. Dopiero później zobaczyłam, że tak naprawdę myliłam się - bo na każdy tom autor przewidział coś kompletnie innego, co nie znaczy wcale, że gorszego! O nie, tego powiedzieć nie mogę, bo Próby Ognia to w mojej opinii godny następca swojego poprzednika, który w niczym mu nie ustępuje i nadal utrzymuje bardzo wysoki i dopracowany poziom. 

Wciąż jest niezwykle klimatycznie. Autor potrafi w wręcz niezrozumiały dla mnie sposób sprawiać, że wszystko wydaje się bardzo realistyczne i takie prawdziwe. Niejednokrotnie zapominałam, że czytam książkę i to, co widzę przed oczami to tylko moje wyobrażenia i fantazja pisarza, a nie coś, co dzieje się naprawdę. Coś takiego jednak to domena naprawdę dobrych twórców - bo tylko oni sprawiają, że mamy wrażenie uczestnictwa w wydarzenia, wczuwamy się we wszystkie emocje postaci i wraz z nimi przeżywamy każde przeznaczone im zdarzenie. 

Gdy zaczynałam ten tom miałam wątpliwości na temat tego, czy przeniesienie akcji z Labiryntu w inne środowisko, to rzeczywiście dobry pomysł i czy nie odbije się na dalszej fabule. Zastanawiałam się, co autor znów wymyśli i czy będzie potrafił udźwignąć na swoich barkach potencjał pierwszej części i moje nadzieje związane z kolejną. Na szczęście mogę odetchnąć już z ulgą, bo Dashner zadbał o to, by wiele się działo - mamy tu szybką akcję, masę pomysłowości, cudownych bohaterów, świetny slang, co tworzy genialną i niepowtarzalną całość. Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po finał - z jednej stronie bardzo tego pragnę, z drugiej - szkoda mi, że to już musi się kończyć. Ale myślę, że jeśli autor utrzyma swój poziom z tego i poprzedniego tomu, to nie mam czego się obawiać. I jeszcze raz kochani - naprawdę, nie czekajcie, tylko sięgajcie! 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

W Strefie za murami Labiryntu, z którego nie ma wyjścia.


Autor: James Dashner
Tytuł: Więzień Labiryntu
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczb stron: 424

Co jakiś czas zdarza się w literaturze, że jeden konkretny gatunek książek cieszy się większą popularnością niż inne, przez co dochodzi do masowego wydawania historii, gdzie motywem przewodnim jest właśnie taki modny temat. W średniowieczu tryumfy święcił epos rycerski, a jeszcze niedawno dzięki Stephanie Meyer i jej opowieści o miłości między człowiekiem a wampirem, to książki z wątkiem paranormalnym dominowały na księgarnianych półkach oraz regałach. Był czas, że to wątki ciężkiej choroby królowały wśród autorów, a teraz widoczna jest moda na tzw. New Adult. Gdzieś tam też był okres czasu, nie tak odległy, gdy to rozmaite dystopie (które swoją drogą uwielbiam) panowały. Choć wydaje mi się, że ich pięć minut sławy dobiegło końca, to jednak nie mogłam odmówić sobie przyjemności rozpoczęcia kolejnej trylogii z tego nurtu, o której słyszałam wiele pozytywów. Czy rzeczywiście seria Dashnera była warta uwagi? 

Ciemność - to jedyne, co dostrzega pewien nastolatek po ocknięciu się w windzie. Zdaje sobie jedynie sprawę z tego, że jest w zamknięciu i że nosi imię Thomas. Nie ma bladego pojęcia kim jest ani dokąd zmierza. Niczego nie pamięta. W końcu jego podróż się kończy, a jego oczom ukazuje się kilkudziesięciu chłopców, którzy witają go w Stefie - przestrzeni otoczonej potężnym i masywnym murem, wewnątrz którego znajduje się Labirynt bez wyjścia. Okazuje się, że jego towarzysze również nie posiadają wiedzy, dlaczego się tutaj znajdują. Posiadają skąpe informacje na temat miejsca, w którym żyją. Najwięcej ciekawości, ale i przerażenia wzbudza tajemniczy Labirynt, w którym czyha wiele niebezpieczeństw, jak wrogie mechaniczne bestie, które tylko czekają na śmiałków. Thomas czuje jednak potrzebę by zaryzykować i spróbować opuścić ich więzienia - tylko czy jest to możliwe? 

Sporo czasu temu byłam w kinie na filmie, który powstał na podstawie tej książki. Zaciekawił mnie na tyle, bym chciała w przyszłości sięgnąć po pierwowzór, gdy udałoby mi się zapomnieć choć część zdarzeń. Co ciekawe, gdy zaczęłam czytać książkę, zauważyłam, że ekranizacja bardzo luźno bazowała na niej - wiele było w niej scen, których nie było w książce, ale i odwrotnie również - sceny z książki nie pojawiały się w filmie. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie musiałam się martwić, że nie odniosę z czytania żadnej przyjemności, bo wszystko już będę wiedziała. Czekało na mnie wiele niespodzianek i z radością mogę Wam powiedzieć, że książka spełniła wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej! 

Już od pierwszych stron James Dashner zadbał o to, by w jego opowieści panował nastrój niepewności i tajemniczości - konsekwentnie kreuje atmosferę tak, by maksymalnie zaciekawić czytelnika całą grozą sytuacji. Czytelnik ma możliwość wraz z Thomasem poznania, w jaki sposób cała grupa chłopców sobie radziła. Zdecydowanym plusem jest slang, jakim posługiwali się nastolatkowie - pozwalał bardziej zbliżyć się do nich i poczuć się jednym z nich. W interesujący sposób autor przedstawił ich organizację, ponieważ wszystko tutaj miało swoje miejsce, każdy miał funkcję i zadania, za jakie był odpowiedzialny. Potrafili przystosować się do warunków, w jakich się znaleźli i próbować zachować normalność w nienormalnej sytuacji, choć to na pewno nie było lekkie. Stworzyli nawet własne prawo, którego należało przestrzegać, mieli też hierarchiczny podział poszczególnych ludzi - każdy był kimś. Oczywiście, ciężko jest zamknąć na jakiejś przestrzeni kilkudziesięciu chłopców i oczekiwać, by się kochali, dlatego wyczuwalna była często między nimi rywalizacja, zawiść czy zazdrość. I to naprawdę mi się podobało, było takie naturalne! 

Główny bohater, jakim był Thomas, również mnie zawiódł nie - lepiej powiedzieć, że podbił moje serducho! Od pierwszych kroków w nowym miejscu, po próby asymilacji i przystosowania do nowej rzeczywistości. To młody mężczyzna, który się nie poddawał, miał swoje chwile słabości, zwątpienia czy strachu, jednak nie chciał tego okazywać. Mimo że był prawie najkrótszy stażem w Strefie, to właśnie on potrafił zmotywować wszystkich do tego, by zaczęli działać i uwierzyli, że mimo pozornie beznadziejnej sytuacji, mogą wrócić tam, skąd przybyli. Dał im to, co najważniejsze - nadzieję. 

Nie mogę nie wspomnieć o reszcie chłopców, która przewijała się na kartkach tej powieści. Specjalne miejsce w moim serduchu zajął sobie Chuck, który był naprawdę pociesznym dzieciakiem - jego gadatliwość od razu i urok od razu zyskały moją sympatię. Bardzo polubiłam też Minho, który pomimo zgrywania twardziela miał też w sobie pokorę i świadomość tego, że nie zawsze może wszystko wiedzieć. Ciekawą postacią był również Gally - choć nie mogę stwierdzić, że to jeden z moich ulubieńców, bo ciągle mnie irytował, to jednak był również dobrze zarysowaną postacią w tej historii. O, i jeszcze Newt - jego przyjaźń z Albym naprawdę była czymś cudownym! 

Z pełną przyjemnością mogę powiedzieć, że Więzień Labiryntu to niesamowicie dobry kawałek literatury dystopijnej. James Dashner zadbał o to, by dopracować pierwszy tom swojej serii w każdym malutkim elemencie - i to mu wyszło świetnie! Niezwykle plastyczna całość, mocno oddziałująca na zmysły okazała się być według mnie kluczem do tego, by podbić serca. Jeśli doliczyć do tego jego pomysłowość i prawdziwą plejadę charyzmatycznych postaci, wzbudzających wiele emocji - ciężko się dziwić, że ta książka odniosła sukces i powstała na jej bazie ekranizacja, przynajmniej mnie daleko jest do zdziwienia. Nic tylko polecić ją tym, którzy do tej pory nie poznali! 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu: 
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 18 kwietnia 2015

Tajemnica Atlantydy - bajka dla dzieci czy rzeczywista historia?


Autor: Lauren Kate
Tytuł: Łza
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 416

Jedną z najwcześniejszych reakcji ludzkich na rozmaite wydarzenia jest płacz. Towarzyszy nam już od pierwszych chwil po narodzinach, a jego brak jest poczytywany za zwiastun kłopotów. Czasem to także sposób na odreagowanie swojego bólu i smutku lub innych negatywnych emocji - choć zdarza się, że ludziom łzawią oczy z radosnych powodów i są o mile od złych myśli. Ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto nigdy nie płakał, kto nigdy nie uronił chociażby jednej, najmniejszej, najbardziej niepozornej łzy. Lecz są ludzie, którzy starają się tego nie robić - i osiągają w tym poziom perfekcji. 

Kimś takim jest Eureka, której matka przed wieloma latami dała jedną, ważną lekcję - by nigdy nie płakała. I zastosowała się do niej, choć była zaledwie kilkuletnim pyrtkiem. W żadnej sytuacji tego nie robi, czasem nawet myśli, że nie potrafi już. Tylko że jej matka odeszła, zostawiając ją samą. A na jej drodze pojawia się tajemniczy Ander, który potrafi pojawiać się znienacka i sprawia wrażenie, jakby ją śledził. W międzyczasie dziewczyna otrzymuje spadek, którym są trzy tajemnicze przedmioty, pozornie bez większej wartości materialnej. Jednym z nich jest stara księga z tajemniczą opowieścią, która początkowo wydaje się dziewczynie bajką, lecz później przekonuje się, że czasem zdarzają się rzeczy, o których się nawet nie marzy... 

Rzadko sięgam po książki, które pochodzą z nurtu paranormalnego. Wielokrotnie przytrafiały mi się przykre wypadki i zawody, dlatego czasami zdaje mi się, że podchodzę do nich jak pies do jeża - ale zdarzyło mi się też być miłą zaskoczoną, dlatego od czasu do czasu ryzykuję kolejne podejście. Tak też wydarzyło się w tym przypadku - skuszona pozytywną recenzją drugiego tomu (nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że duży wpływ na moją decyzję miały też przepiękne okładki), zdecydowałam się rozpocząć moją przygodę z tą serią i przekonać się, czy śliczne opakowanie w tym przypadku może iść w parze z równie ciekawą i dopracowaną zawartością. 

Budową książka nie odbiega od innych - nie ma tutaj żadnych udziwnień, jest tradycyjny podział na rozdziały i narracja trzecioosobowa, z czego jestem zadowolona, gdyż myślę, że za dużo już tych książek, w których to poznaję wydarzenia z punktu widzenia jednej osoby. Po prostu za dużo tego już, choć kiedyś bardzo ten zabieg lubiłam. W ten sposób możemy poznać o wiele bardziej okrojoną historię i do tego stronniczą - a czy to zawsze jest dobre? Jeśli chodzi o język - jest poprawnie, nie jest drętwo ani sucho, a historię czyta się naprawdę szybko, bo i prędko zaciekawia. 

Akcja rozkręcała się powolutku - na początku było BUM!, a następnie długo trwała ta część, w której autorka budowała całą swoją fabułę. Myślę, że momentami mogła nieco przyspieszyć, gdyż miałam wrażenie, że zaczyna się zbytnio dłużyć. Z pewnością na plus był umiejętnie wpleciony wątek mitologiczny - uwielbiam wszystkie historie związane ze starożytnością i wierzeniami ówczesnych ludzi, dlatego i przyjemnie jest odnajdywać w książkach odniesienia do nich. Tym razem Lauren Kate postanowiła przybliżyć nam motyw zatopionego lądu, jakim była Atlantyda i jego związku z naszą główną bohaterką, którą była Eureka. 

Już samo jej imię może być zwiastunem faktu, że nie jest to zwyczajna dziewczyna - zazwyczaj te "niezwyczajne" noszą też takie imiona, choć przecież nie jest to regułą. Jest nastolatką, która wkracza małymi krokami w wiek dorosły, ale musi dźwigać spory ciężar na swoich młodych barkach. To osoba ciekawa świata i próbująca zachowywać się tak, jak się po niej oczekuje, jednak w wielu sytuacjach pokazuje, że jest wciąż dzieckiem, które potrzebuje zainteresowania, miłości i czułości. Momentami bywała niezdecydowana i jej zachowanie drażniło - starałam się przypominać sobie wtedy, że może to był celowy zabieg, ale i tak nie mogłam jakoś zapałać do niej cieplejszymi uczuciami. W przeciwieństwie do reszty postaci była dla mnie osóbką neutralną. A skoro była główną bohaterką, to chyba tak być nie powinno... 

Książka jest dobrym wstępem do serii, choć jak dla mnie nie była z rodzaju tych, które powalają na kolana. Cała akcja toczyła się raczej spokojnie, dopiero ostatnie kilkadziesiąt stron znacznie przyspiesza i mąci czytelnikowi w głowie. Historii towarzyszy doza niepewności i tajemniczości, którą wszystkie wydarzenia są osnute. Choć główna bohaterka mnie nie zachwyciła, to jednak reszta bohaterów dobrze się spisywała w przypisanych sobie rolach. To jedna z książek skierowanych do nastolatek - znajdą tu i nieco zagadkowości, i odrobinę niepokoju, a to wszystko okraszone delikatnie i nienachalnie zarysowanym wątkiem romantycznym - choć może niektórym starszym osobom również może się spodobać. Teraz pozostaje tylko nadzieja, że kolejny tom co najmniej utrzyma poziom poprzedniczki, a najlepiej jeśli podniesie poprzeczkę dużo wyżej. 


Moja ocena: 6+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki

czwartek, 16 kwietnia 2015

Nie każdy debiut musi być udany...


Autor: Harlan Coben
Tytuł: Mistyfikacja
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 544

Życie jak z bajki - kto z nas o takim nie marzy? Podejrzewam, że większość ludzi chciałaby mieć taką ilość pieniędzy, by nie musieć się martwić o to, że pewnego dnia gotówka się skończy i móc pozwolić sobie na każdą, nawet najbardziej dziwną zachciankę. A kto nie chciałby posiadać urody, za którą wszyscy by się oglądali i podziwiali, np. na okładkach gazet? Czy nie byłoby miło pójść do małego kiosku na rogu, przeglądać dostępną prasę i nagle zobaczyć na jednej z wierzchnich stron swój wizerunek? A sława? Wielu do niej dąży i jego gotowym zrobić mnóstwo, byle choć przez przysłowiowe pięć minut pławić się w jej blasku... Tylko czy warto? Czy te wszystkie, niewątpliwie przyjemne rzeczy, które wydają się błogosławieństwem, nie okażą się kiedyś przekleństwem? 

Wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zagrozić ich szczęściu. Laura i David też tak uważali - są młodzi, piękni, bogaci i sławni, a świat stał przed nimi otworem. Ona to modelka podziwiana od wielu lat, obecnie zajmująca się projektowaniem ubrań, on to koszykarz o światowej sławie. I oboje bezgranicznie w sobie zakochani, właśnie obchodzący swój miodowy miesiąc. Ale wszystko ma swój koniec, szkopuł w tym, że tutaj za wcześnie. Pewnego dnia David znika, a wszystko wskazuje na to, że się utopił. Kobieta nie potrafi się jednak pogodzić z rzekomą śmiercią swojego ukochanego, dlatego podejmuje się jego poszukiwań. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie i Laura szybko zauważa, że coś w tej całej sytuacji nie gra...

Uwielbiam to, co potrafi wymyślić ten pisarz. Naprawdę, kto nie czytał niech żałuje, bo potrafi swoimi intrygami naprawdę mocno namącić czytelnikowi w głowie i sprawić, że do ostatniej chwili nie jest w stanie wpaść na trop osoby, która zawiniła. Do moich ulubionych należy cykl o Myronie Bolitarze - nie dość, że tajemniczy, to jeszcze zabawny! Tyle jego książek za mną, że w końcu powinno się sięgnąć po tę, która zwana jest debiutem. I choć wielu autorów potrafi sobie z nimi świetnie poradzić, tak z całą przykrością nie mogę powiedzieć tego o Cobenie. On sam również zdawał sobie z tego sprawę, bo na początkowych stronach napisał, że jeśli to jest pierwsza książka tego autora, którą czytacie - KATEGORYCZNIE TEGO NIE RÓBCIE. Mogę powiedzieć Wam to samo - darujcie sobie i wróćcie później.

Wszystko zaczyna się poprawnie, czyta się przyjemnie i wydaje się, że jest tak, jak być powinno. Sympatyczni bohaterowie, których ciężko nie polubić, ich rzeczywistość także jest zgrabnie odmalowana... więc po co to ostrzeżenie? Ano dlatego, że z biegiem stron wszystko zaczyna się robić zbyt banalne. Każdy element zaczyna naprowadzać na rozwiązanie zagadki i można ją bez problemu odgadnąć. A przecież nie o to chodzi w kryminale - ma być tajemniczo aż do końca, ma trzymać w napięciu i pozwalać gubić się w domysłach. A tutaj to nie udało się autorowi ani trochę. 

Na jego obronę można wziąć bohaterów, którzy są naprawdę w ciekawy sposób stworzeni. Ogólnie, po kilkunastu już książkach Cobena mogę powiedzieć, że ma on talent do kreowania postaci, gdyż po prostu nie da się ich nie lubić i zawsze przypadają do gustu (jak taki Win :D). Gdy poznałam historię Laury i tego, jak bardzo musiała się starać, by dopiąć swego, automatycznie stałam się jej jednoosobowym fanklubem, kibicując jej z całego serca w odkrywaniu strasznej prawdy. Widząc, ile przeszła, naprawdę było mi jej mocno szkoda. Ale to dzielna kobitka, na szczęście! 

Tak jak autor powiedział - nie bierzcie się za tę książkę, jeśli jeszcze od niego nic nie poznaliście. Naprawdę, niepotrzebnie się zrazicie i rozczarujecie, a nie warto - ten koleś o nazwisku Coben pisze naprawdę świetne kryminały, których aż żal nie poznać przez taką małą wpadkę. Mówi się, że tym, których się kocha można wiele wybaczyć. Coś w tym jest, bo choć Mistyfikacja nie do końca mu wyszła, to ja i tak nadal będę uwielbiała jego historie i sięgała po nie z niecierpliwością. I choć autorowi nie do końca wyszedł taki kryminał, jaki miał wyjść, to jednak ta historia miała w sobie nieco ciepła i niesie ze sobą ważne przesłanie, które warto w niej odnaleźć. 


Moja ocena: 5/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

środa, 15 kwietnia 2015

Trzecia odsłona przygód dziewcząt z Rosewood.


Autor: Sara Shepard
Tytuł: Doskonałe
Cykl: Pretty Little Liars. Tom III
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 304 

Wydawać by się mogło, że wypadek pewnej osoby może odmienić wszystko na lepsze, lecz okazuje się, że te nadzieje dziewczyn nie mają szansy na ziszczenie się. Osoba, która wie o różnych krępujących zajściach z życia nastolatek, wciąż ma się dobrze, choć sprawia, że zaczynają się one łudzić, iż w końcu A. dał im święty spokój. Próżne ich marzenia, ponieważ A. szybko przechodzi do działań ofensywnych - zaczyna każdej z nich rujnować życie, ujawniając wszystkie skrywane przez nie do tej pory tajemnice. 

Kolejna część o naszych pannicach z Rosewood jest za mną i przyznaję bez bicia - wciągnęło mnie to. Nieodwracalnie i nieodwołalnie (przynajmniej jak na tę chwilę). Czytanie tych książek można porównać do jedzenia jakichś ulubionych, kalorycznych frykasów - ma się świadomość, że nie mają żadnych wartości odżywczych, ale i tak nie jest się w stanie przestać. Bo po pewnym czasie dla mnie stało się to naprawdę niemożliwe do zrobienia. 

Sarze Shepard udało się wykreować naprawdę niebanalne i oryginalne bohaterki, choć inteligencją nie wszystkie z nich grzeszą. Choć z czwórki głównych lubię dwie, to jednak żadnej z pozostałych nie jestem w stanie odmówić własnego charakterku. Fabuła wciąż pędzi, nie zwalnia i mocniej dociska pedał gazu, na jaw wychodzi coraz więcej brudnych spraw, a ja tego właśnie od tej książki chcę. Nie chcę dzieła na miarę Nobla. Nie chcę książki, która wejdzie w skład tzw. klasyków. Chcę czegoś, co mnie rozbawi, rozluźni i pozwoli dobrze się bawić. Czuję się coraz bardziej zaciekawiona. I chcę jeszcze. I jeszcze. I jeszcze.

Chociaż nie, stop. Nie jestem zaciekawiona. Lepszym słowem na określenie mojego stosunku do tej serii to coś w rodzaju fascynacji. Podoba mi się, że pisarka pokazuje, że pozornie nieskazitelna przyjaźń między piątką dziewczyn miała tak naprawdę mnóstwo na pierwszy rzut oka niedostrzegalnych wad, a każda z jej cząstek składowych konsekwentnie dążyła do autodestrukcji. To nie była zdrowa relacja - to był sztuczny związek oparty na nieustannej rywalizacji, co teraz spokojnie wykorzystuje A. Wie o wszystkim i nie obawia się niczego - naprawdę nie mogę się doczekać, by poznać jego tożsamość! 

Wciąż podkreślam, że te książki nie powalają na kolana poziomem. Wciąż twierdzę, że mają w sobie masę i więcej płytkości. Wciąż piszę, że jest tu pewna ilość nierealności. Wciąż sądzę, że może autorka strzeliła sobie kulą w piętę, wydając aż tak dłuuuuuuugi cykl, co może się obrócić przeciwko niej. Wciąż uważam, że to czytadła na wieczór. Ale kurczę, wieczór z nimi może być naprawdę ekscytujący! 


Moja ocena: 8-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 14 kwietnia 2015

Marnowanie okazji, mając ją na wyciągnięcie ręki - poziom mistrza.


Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: Love, Rosie
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512

Jesteśmy mistrzami w wielu rozmaitych dziedzinach. Jeden potrafi na raz zjeść kilkanaście hamburgerów, drugi biega z niebywałą prędkością, trzeci odznacza się wybitnym talentem do szachów, a czwartego nikt nie jest w stanie pokonać w długości odsypiania imprez. Sąsiadka z lewej strony jak nikt inny potrafi plotkować i wymyślać niestworzone historie o innych ludziach, a Twoje własne dziecko to mistrz od ilości pytania "Dlaczego?". Są różne typy mistrzów, a niektórzy osiągnęli doskonałość w ilości marnowanych przez siebie sytuacji - jak Alex i Rosie. 

czwartek, 9 kwietnia 2015

Czy prawdziwie kochająca matka może zabić własne dziecko?


Autor: Dawn Barker
Tytuł: Pęknięte odbicie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 504

Decyzja o posiadaniu dzieci przez dwójkę kochających się ludzi zazwyczaj wiąże się z ogromną radością, spotęgowane chwilą, gdy marzenia zaczynają się spełniać, a kobieta może się pochwalić tym, że zaszła w ciążę i jest już kilka kroków od trzymania własnego maluszka na rękach. Najczęściej słyszy się jedynie o pozytywnych stronach macierzyństwa - przyjemne spacerki z dzieciątkiem w wózku w jakiś wiosenny dzień, zabawne fotografie czy pierwsze słowa... Na samym końcu, drobnym druczkiem zapisuje się, że razem w pakiecie dostaje się nieprzespane noce, uciążliwe kolki, brak czasu dla siebie i brak możliwości o lepsze zadbanie o siebie. Dość rzadko wspomina się o tym, że po urodzeniu dziecka część z kobiet cierpi na depresję poporodową, choć pragnęła swojego malucha i cieszyła się na myśl o nim. Czy to znaczy, że coś z nią nie w porządku? 

wtorek, 7 kwietnia 2015

Jeśli myśleliście, że to koniec... to dopiero początek zabawy!


Autor: Sara Shepard
Tytuł: Bez skazy
Cykl: Pretty Little Liars. Tom II
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 316

Czasami z niepokojem oczekuje się pewnych wydarzeń, by móc później spokojnie odetchnąć z ulgą, choć naprawdę powinno być się zrozpaczonym - coś o tym wiedzą dziewczyny z Rosewood. Jednak pojawienie się Toby'ego i jego siostry Jenny sprawia, że znów muszą mieć się na baczności, bo wrócił ktoś, kto dobrze zdaje sobie sprawę, w jakich brudnych gierkach uczestniczyły. A. nadal nie daje im spokoju - a Aria, Hanna, Spencer i Emily nadal nie wiedzą, kto się za tą literką z kropeczką ukrywa. 

Jeśli chodzi o poziom książki to autorka zdecydowanie nie szaleje z nim - wciąż to lektura łatwa, prosta i miła w odbiorze, skierowana głównie do nastoletnich panienek, gdyż myślę, że problemy, jakie czasami mają główne bohaterki, mogą nie zostać zrozumiane i po prostu wyśmiane przez osoby starsze. Chociaż... gdybym dopasowała to zdanie do siebie, to też wyszłoby na to, że to nie seria dla mnie, a mimo to dobrze mi się ją czyta - choć nie wszystkie ich problemy traktuję z należytą powagą, to jednak umieją mnie rozweselić. 

Już po dwóch książkach z tego cyklu (a teraz już czterech) mam zarówno ulubienice wśród głównych bohaterek, jak i te, które mnie niemożebnie drażnią. Lubię Arię, która nie boi się wyróżniać z tłumu, co cenię, ale i jest zmęczona dźwiganiem pewnego sekretu, który może zniszczyć jej ledwo odbudowaną rodzinę. Do moich faworytek należy też Hanna - w jej przypadku zrozumiałe dla mnie jest dążenie do idealności. W przeszłości nie była pięknością i musiała radzić sobie z wieloma kpinami na swój temat. Teraz z nową przyjaciółką może się zemścić na wszystkich, którzy dawniej w nią nie wierzyli. Dodatkowo podziwiam także jej determinację, choć jednocześnie zastanawia mnie, czy jest na tyle silna psychicznie, by wytrzymać to, co się wokół niej dzieje. 

Nie potrafię zrozumieć i polubić Spencer, której "walki" ze starszą siostrą Melissą o każdy najmniejszy szczegół są dla mnie czymś dziwnym. Sama mam siostrę i wiem, że zdarza się wtedy rywalizacja, ale nigdy takich rozmiarów - w ich przypadku stała się wręcz wyścigiem szczurów. W zasadzie z sióstr Hastings bardziej polubiłam Melissę i to jej współczułam. Co do Emily - nieco irytujące jest dla mnie jak traktuje kolejnych ludzi. Nie ma własnego zdania i łatwo z niego rezygnuje, jeśli już sobie je wyrobi, przez co szybko traci kolejne bliskie jej osoby i sprawia wrażenie, że jej na nich nie zależy. Odcina się od nich, zamiast próbować zawalczyć o własne szczęście i mieć gdzieś to, co ludzie sądzą. 

Całościowo książka wywarła na mnie takie wrażenie, jak jej poprzedniczka. Może i nie zasługuje na przyznanie jej autorce w Szwecji Nagrody Nobla, ale jest dobrym czytadełkiem na jakiś wieczorek. Jej ciągłe intrygi, ustawiczne poszukiwanie tajemniczego A., kolejne wydarzenia i cała zgromadzona w niej zagadkowość sprawiają, że czyta się te książki bardzo szybko i tak samo szybko ma się ochotę na jeszcze więcej. 


Moja ocena: 7-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 4 kwietnia 2015

Uważaj, komu zdradzasz swoje sekrety...


Autor: Sara Shepard
Tytuł: Kłamczuchy
Cykl: Pretty Little Liars. Tom I
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 288

Przyjaźń to jedna z najlepszych rzeczy, jaka się może przytrafić człowiekowi. Ma tajemniczą moc, która uskrzydla i nadaje życiu nieco lekkości, której wcześniej nie posiadało. Przyjaciel to osoba, która wie o naszych najbardziej krępujących i mrocznych tajemnicach, a oprócz tego potrafi je zatrzymać jedynie dla siebie. Mimo tego zawsze jednak zostaje w człowieku obawa, że te sekrety mogą znaleźć ścieżkę na światło dzienne, gdyż wciąż żyje osoba, która je zna. Gwarancją pozostania tajemnicy w zapomnieniu jest odejście jej jedynego powiernika - ale czy na pewno? 

Aria, Hanna, Spencer i Emily to cztery nastolatki uczęszczające do Rosewood Day. Przyjaźnią się ze sobą, jednak to nie sama relacja między nimi stanowi wspólny mianownik dla nich. Prawdziwym spoiwem łączącym je jest jeszcze jedna osoba - Alison DiLaurentis. Nic więc dziwnego, że gdy odchodzi, związek między przyjaciółkami szybko się rozpada. Są zdruzgotane tym wydarzeniem, ale i odczuwają niejaką ulgę - wraz z odejściem Ali nie muszą się martwić o swoje tajemnice. Mija jednak czas... a one zaczęły otrzymywać niepokojące liściki od A. i wiedzą, że nic nie zostało bezpiecznie ukryte. 

Sporo, naprawdę sporo czasu temu już czytałam tę książkę. Planowałam też poznać resztę książek z cyklu o dziewczynach z Rosewood, czyli Pretty Little Liars, ale jakoś niezbyt mi się to udało. Ostatnio jednak natrafiłam na cudowną promocję w dość odległej i rzadko odwiedzanej przeze mnie księgarence, w której udało mi się nabyć cztery pierwsze tomy za jedyne 22 zł - niestety dalszych nie było, a chętnie bym je kupiła po tak korzystnej cenie. Od razu zabrałam się do czytania i już pierwszy tom ponownie jest za mną. Jak wypadł w moich oczach? 

Muszę przyznać, że naprawdę dobrze. Nie pamiętałam zbyt wielu wydarzeń, jedynie ogólny zarys historii i kilka pojedynczych wydarzeń, dlatego też całość kryła dla mnie wiele niespodzianek. Z przyjemnością je stopniowo odkrywałam, gdyż moja pamięć okazała się niezbyt dobra - choć może to i dobrze, przynajmniej nie nudziłam się podczas czytania. Bo co jak co, ale nudy tej książce zarzucić nie można. Autorka już od samego początku zadbała, by atmosfera w historii była naprawdę napięta - i taka też jest. Choć Kłamczuchy czyta się naprawdę lekko i przyjemnie, to człowiekowi wciąż towarzyszy niepokój, co do dalszych losów dziewcząt. 

Dla wielu osób ta książka może wydawać się nieco płytka. Myślę, że i dla mnie po części taka się wydawała. Wszystko przedstawione w niej jest takie... perfekcyjne. Perfekcyjna dzielnica w perfekcyjnym mieście, w którym znajduje się perfekcyjna szkoła średnia, do której uczęszczają sami perfekcyjni uczniowie, dzieci perfekcyjnych rodziców, mieszkający w perfekcyjnych domach, ubierający się w perfekcyjne ubrania, perfekcyjne buty i perfekcyjne dodatki, mające perfekcyjnych chłopaków i żyjące w perfekcyjny sposób. Prawda, że wydaje się to być dosyć przytłaczające? 

Pogrążając się jednak w czytaniu, okazuje się, że to wszystko nie jest tak idealne, jak mogłoby się wydawać. Dziewczyny po poznaniu bliżej okazują się być zwyczajne tak jak każdy inny człowiek, a w obawie przed utratą sukcesu i popularności wolą się kryć za otoczką doskonałości. Każda z nich ma jakieś obawy, każda z nich - i Aria, i Spencer, i Emily, i Hanna nie chcą, by niektóre rzeczy wyszły na jaw, dlatego są pogrążone we własnych kłamstwach i starają się jak najlepiej grać, by wszyscy uważali, że nic się nie dzieje. I tylko one wiedzą o tym, że już nie mogą czuć się bezpiecznie - a czytelnik wraz z nimi mógł się zastanawiać, kto kryje się za podpisem A. 

Z całą pewnością nie jest to książka dla osób, które lubią ambitną literaturę i wolą po taką sięgać. To typowo młodzieżowa historia, która może nie przypaść do gustu starszym osobom, gdyż jej problematyka niekoniecznie zostanie pozytywnie odebrana i zrozumiana. Myślę jednak, że wielu nastolatkom się spodoba, gdyż zbiera sporo optymistycznych recenzji i ocen - ze względu na wciągającą zagadkę, tajemniczą atmosferę, wyraziste bohaterki, które mają wiele za uszami i łudzą się, że nikt już o tym nie wie, a także dzięki temu, że to po prostu nienudząca opowieść na jakiś wolny wieczorek.


Moja ocena: 7-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

czwartek, 2 kwietnia 2015

Przekora losu objawia się w najmniej odpowiednich momentach.


Autor: Julie Cohen
Tytuł: Drogie maleństwo
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 480

Zapewne każdy człowiek chociaż raz doświadczył na swojej skórze jak bezlitosny przy niektórych okazjach potrafi być los. Jednymi z osób, które odczuwają to w najbardziej dotkliwy sposób są pary, które pomimo szczerych chęci i rozpaczliwych poszukiwań rozmaitych rozwiązań, nie są w stanie mieć własnego dziecka. Boli to tym bardziej, gdy ma się świadomość z przekory i czarnego humoru przeznaczenia - ofiarowuje dzieci osobom, które ich nie chcą, jak np. narkomanki, alkoholiczki czy zachłyśnięte dorosłością nastolatki, które bardzo często korzystają z możliwości aborcji, a skąpi tym, którzy wiedzą, że tego właśnie najbardziej na świecie pragną. Czy jest na świecie sprawiedliwość? 

Ben i Claire to małżeństwo, które ma prawie wszystko. Cieniem na ich wspólne życie kładą się jednak kolejne nieudane próby zajścia w ciążę przez kobietę. Gdy po raz kolejny okazuje się, że nie zostaną rodzicami, bezsilna Claire postanawia to przerwać i rezygnuje z dalszych starań, jednak Ben nie zamierza się poddać. Rozmawia on o tym z najlepszą przyjaciółką, której wyrywa się, że może dla nich zajść w ciążę, a później oddać im urodzone dziecko. Nie myśli jednak, że jej skrywane uczucia do Bena mogą wszystko aż tak pokomplikować.

Autorka w swojej pierwszej czytanej przeze mnie książce nie poruszyła łatwego tematu - niemożność zostania rodzicami to bolączka wielu par z całego świata, a my, czytelnicy, poznajemy tu jedną z nich, czyli Bena i Claire. Najczęściej zdarza się, że to kobieta bardziej pragnie urodzenia dziecka, ale w Drogim maleństwie jest inaczej. Claire czuł się pokonana przez naturę i nie miała już sił, by dłużej walczyć i zabiegać o donoszenie kolejnych ciąż, gdy każda następna iskierka nadziei wykańczała ją. Otrzymujemy tu bardzo wyraźny obraz kobiety, która zrezygnowała z jednego z największych pragnień w swoim życiu, gdyż osiągnęła już szczytowe stadium bezradności i poczucia beznadziejności w tej kwestii. 

Ben natomiast został ukazany w całkiem inny sposób niż jego małżonka. Jest podręcznikowym przykładem optymisty i mimo kolejnych niepowodzeń w sprawie dziecka, wciąż uparcie stara się znaleźć metodę, aby móc je mieć. Nigdy nie traci nadziei i momentami sprawia wrażenie osoby, na której porażki nie odciskają żadnego piętna, a jedynie służą wzmocnieniu. Może i brzmi to miło, aczkolwiek chwilami wydawało mi się, że nosi w sobie dość sporo egoizmu - za wszelką cenę pragnął dziecka, nie dostrzegając, że to rani Claire, a do nowego sposobu, który znalazł, nie do końca jest przekonana... 

Jest i osoba trzecia... czyli Romily. Od wielu lat przyjaciółka Bena, która nie potrafi sobie poradzić z niespełnioną miłości i wciąż próbuje przekonać samą siebie, że niektóre relacje są skazane na to, by pozostać w friendzone. Wychowuje rezolutną ośmiolatkę, która osobiście była moją faworytką - naprawdę świetny dzieciak z charakterkiem. Co do Romily - długo nie mogłam jej polubić, mimo że było mi jej żal przez to wszystko, co przeszła. Myślę jednak, że ogólnie jej postać nie wypada tutaj negatywnie i w końcu nawiązuje ona nić sympatii z czytelnikiem. 

Można narzekać, że znów autorka serwuje obrzydzony do granic możliwości trójkąt, z którego nigdy nie wynika nic pozytywnego, a jedynie same problemy. Można się czepiać, że historię można było z łatwością przewidzieć. Nie można jednak odmówić autorce prawdziwej empatii w przedstawianiu osób, z których każda była na swój sposób nieszczęśliwa. Pojawia się także ważny temat, jakim jest poświęcenie własnego szczęścia dla kogoś innego, co zostało ukazane w naprawdę poruszający sposób, więc uważam, że osoby z miękkim sercem powinny być szczerze usatysfakcjonowane. 


Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

środa, 1 kwietnia 2015

Ziemia - niby dobrze nam znana, a jednak skrywająca wiele mrocznych tajemnic.


Autor: Gesa Schwartz
Tytuł: Grim. Pieczęć Ognia
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 634

Żyjemy w świecie, w którym wszelkie odchyły od tzw. normalności są uważane za choroby psychiczne. Bawi nas to, że średniowieczni chłopi wierzyli w moc czarownic, a podczas reformacji nasilono prześladowania na nie - w końcu to tylko kobiety, które potrafiły wykorzystać swoją ponadprzeciętną wiedzę i spryt w praktyce. Z niedowierzaniem słucha się o manipulacjach kapłanów w Egipcie, którzy potrafili straszyć naiwnych ludzi przepowiedniami zaćmień Słońca, byle osiągnąć to, co chcieli. I może właśnie dlatego teraz wydaje nam się to zabawne, bo zaczęliśmy się opierać na nauce - wszystko, co da się racjonalnie wytłumaczyć, ma rację bytu, a reszta do kosza. Ale czy słusznie? 

Wydawać by się mogło, że świat jest taki, jakim postrzegają go ludzie - zwyczajny, prosty, mający coraz mniej tajemnic do odkrycia - a jeśli jakieś są, to takie, które prędzej czy później dadzą się wytłumaczyć. Nieliczni mają dar dostrzegania tego, co zostało nazwane paranormalnym, a większość z owych nielicznych nie wierzy w to, co widzi i uważa, że popadła w obłęd. Okazuje się, że kimś takim jest Mia... Jednak ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Równolegle niedaleko niej znajduje się Grim - gargulec, który musiał porzucić swój dom, aby móc chronić tajemnic świata nieznanego zwykłym śmiertelnikom. Okoliczności jednak sprawiają, że na jego drodze pojawia się Mia, a z nią tajemniczy pergamin, który mają nadzieję odnaleźć także inni... 

Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio sięgnęłam po jakąś historię z wątkami paranormalnymi. Albo sięgam po coś mocno osadzonego w rzeczywistości, albo wybieram typową fantastykę. A ostatnio naszła mnie ochota, by sięgnąć po coś, co od dawna omijam dalekim łukiem - i właśnie padło na te nieco mniej popularne w ostatnim czasie paranormale. Nie byłam pewna, czy dokonałam odpowiedniego wyboru co do książki, gdyż nie wiedziałam czego się spodziewać i sugerowałam się jedynie rekomendacją bibliotekarki, ale skoro mnie do niej namawiała, to uznałam, że coś w niej może być...

I rzeczywiście, coś w niej było. Nie miałam odruchów wymiotnych, nie tłukłam książką o stolik, by wyładować swoją frustrację na autorze, nie byłam zła, poirytowana czy znudzona. Szczerze mówiąc początkowo byłam nią zaciekawiona, by nie użyć słowa zafascynowana. Spokojnie pochłaniałam kolejne kartki, jednak w szybkim czasie pojawiła się niecierpliwość, więc i czytałam szybciej, bardziej zachłannie - chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej, jak cała historia się potoczy, co autorka jeszcze wymyśli i co zaplanuje dla swoich głównych bohaterów, ale... 

No właśnie. Jest ale. O ile początkowo podobało mi się, że książka jest znacznej objętości, gdyż uważałam, że z pewnością będzie mi się ją cudnie czytało - skoro do tej pory tak było, to dalej też tak musi być - o tyle im dalej, tym bardziej byłam zniechęcona. Fabuła przestała mnie aż tak porywać, choć nadal była ciekawa i świeża dla mnie, strony dłużyły się w nieskończoność, a ja znajdowałam mnóstwo powodów, by nie czytać, a zająć się czymś innym bądź zrobić sobie choć malutką, króciutką przerwę. Czy tak powinno być? 

Podział książki jest dość prosty - raz mamy z punktu widzenia Mii opisywane wydarzenia, a raz z Grima, choć autorka nie pokusiła się o wybranie narracji pierwszoosobowej. Może i dobrze, dość często teraz taka jest wybierana, przez co straciła cały swój urok i stała się przynajmniej dla mnie zbyt powszechna. Świat został naprawdę ciekawie odmalowany - niby zwyczajny, niby taki swojski, dobrze znany, a jednak skrywający w sobie coś, z czego mało kto zdaje sobie sprawę. Było naprawdę sporo magii, co podobało mi się - można było wczuć się w klimat tej książki. Atmosfery nadają także główni bohaterowie - interesująco wykreowani, z pomysłem - widać, że autorka postarała się, by czytelnicy mieli frajdę z czytania, gdyż pojawiało się wiele humorystycznych akcentów, umilających lekturę. 

Czego by nie mówić o tej książce - dla mnie była bardzo dobra. Może i nie jest to literatura wysokich lotów, jednak dała mi to, czego poszukuję w literaturze - dobrą zabawę i miłe spędzenie czasu. Chociaż zdarzały się momenty znużenia, to w ogólnym rozrachunku moje wrażenie są pozytywne i mam dużą ochotę na poznanie dalszych losów głównych bohaterów, do których nabrałam sympatii. Myślę, że i wielu z Was mogliby przypaść do gustu - to zdecydowanie powieść skierowana do młodzieży, choć uważam, że i wielu dorosłych odnajdzie w niej coś, co pozwoli im na miłą zabawę i zapomnienie.


Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka