wtorek, 31 marca 2015

Lepiej być surowym rodzicem czy luzackim kumplem dla swojego dziecka?


Autor: Lisa Scottoline
Tytuł: Cicho sza
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 420

Podjęcie decyzji o dziecku to jedna najbardziej brzemiennych w skutkach decyzji podjętych przez dwójkę ludzi (nie mówię w tym przypadku o sytuacjach "losowych"). Na barkach rodziców spoczywa bowiem ogromny ciężar wychowania swojej latorośli na porządnego człowieka. Ale na czym polega bycie dobrym rodzicem? Czy dobry rodzic to taki, który jest surowy, wymagający, zakazujący wszystkiego, karzący za różne przewinienia, nawet te drobne? A może dobry rodzic to ten, który jest spoko? Pozwala na wszystko, nie ustala sztywnych granic, a jeśli są już jakieś bariery to bardzo elastyczne? Jaki jest złoty środek, którego osiągnięcie pozwala na bycie tym wzorowym rodzicem? I czy w ogóle możliwe jest bycie kimś takim? 


Wydawać by się mogło, że rodzina Jake'a i Pam jest jedną z tych wzorowych. On ma własną firmę, ona jest sędzią stanowym, zarabiają spore pieniądze, mają luksusowy samochód, elegancki dom i wszystko czego zapragną. Wychowują też szesnastoletniego syna, choć to określenie nieco na wyrost - bo wychowaniem zajmuje się jedynie Pam, Jake bardzo się oddalił od syna przez dawne problemy. Chcąc naprawić sytuację i relację z nastolatkiem, postanawia odebrać go po kinie. Spełnia też pewną prośbę swojego syna, w wyniku której dochodzi do tragedii, a oni decydują się zachować pełne milczenie na jej temat, choć może to zniszczyć ich rodzinę. Ojca i syna połączy sekret, przez który paradoksalnie są tak blisko siebie, jak nigdy dotąd. 

Odkrywanie nowych nazwisk to cholernie dobra sprawa w czytelnictwie - nie ma większej satysfakcji niż znalezienie nowego pisarza, który potrafi oczarować swoją prozą. Tym razem postawiłam na Lisę Scottoline, na której książki od dawna poluję. Przykuła mnie nie tylko urokliwa okładka, ale także fakt, że należy do klubu Kobiety to czytają, z którego czytane do tej pory książki nie zawiodły mnie, a znacznie umiliły czas, poruszając trudne i niejednoznaczne tematy. Uwielbiam to uczucie, gdy coś nie daje się w łatwy sposób zaklasyfikować jako dobre i złe - i tutaj miałam tego dobry przykład. 

Autorka poruszyła w tej książce wiele tematów, które wydawać by się mogły proste, a jednak takie nie są. Na samym początku, ale także i w trakcie książki, starała się nakreślić czytelnikom cały zarys sytuacji, w jakiej znalazła się rodzina głównych bohaterów. Mogliśmy zobaczyć, że to matka jest bliżej syna, a ojciec tak naprawdę nie odgrywa zbyt znaczącej roli w jego życiu. Owszem, jest obecny, ale to nie on jest powiernikiem synowskich sekretów, to nie on odwozi go na treningi, to nie on zna jego kolegów i nie on potrafi wyrecytować jego plan lekcji na dowolny dzień tygodnia. To wszystko jest domeną Pam, która wręcz zastąpiła synowi ojca - była dla niego i mamą, i tatą. Jednak Pam i Jake zrozumieli, że tak być nie powinno, dlatego zechcieli to zmienić - a skutki były feralne. 

Z pewnością ciężko jest nawiązać od nowa relację z dzieckiem, która do tej pory istniała w dość słabym stopniu, o czym przekonał się Jake. Tak bardzo chciał pokazać synowi, że może być dla niego fajnym kumplem... ale rodzic powinien być rodzicem. I w tym momencie wszystko całkowicie się zmienia. Jake robi coś, czego nie powinien, a wszystko najbardziej odbija się na jego synu. Szybko można dostrzec, że chłopiec z "prawie dorosłego" zaczyna być prawdziwym dzieckiem, nie potrafiąc się odnaleźć w nowej, trudnej sytuacji. Czuje się duszony nowym sekretem, a kolejne kłamstwa nie dają mu spokoju. 

Bardzo podobało mi się, że autorka potrafiła wykreować wyraziste, ciekawe postaci, które były od siebie różne pod wieloma względami, choć jednocześnie niebywale podobne. Wykreowała nam dwie frakcje - co ciekawe, z żadną z nich nie potrafiłam się utożsamić na stałe! Ciągle się zastanawiałam, po czyjej stronie leży racja i jak powinno się postąpić w tej sytuacji, która wynikła w życiu bohaterów. I naprawdę, nie byłam w stanie się zdecydować. Dodatkowym atutem może być duża płynność w stylu autorki oraz zapewnianie czytelnikom wielu zaskoczeń - takiego obrotu akcji się nie spodziewałam, a Scottoline potrafiła mnie kilkakrotnie zaskoczyć tym, co wymyśliła dla swoich bohaterów. 

Czy kłamstwo jest uzasadnione w pewnych sytuacjach? Czy można powiedzieć, że lepszym rozwiązaniem było skłamanie niż powiedzenie prawdy oraz poniesienie związanych z nią konsekwencji? Autorka stawia czytelnikowi wiele podobnych pytań. Swoją książką sprawiła, że ja również zaczęłam mieć wiele wątpliwości i chwile wahania. Zastanawiałam się, jak postąpiłabym będąc na miejscu Jake'a. Czy zrobiłabym to co on, mając na celu ochronę swojego syna, czy wolałabym przyznać się do wszystkiego, sprawiając, że przyszłość mojego własnego dziecka byłaby zrujnowana? Te pytania nie są łatwe, tak jak i sama ta książka - lecz mogę Wam zaręczyć, że czytanie jej jest naprawdę przyjemnością i że to warta uwagi, mądra pozycja, która uwypukla wiele ważnych spraw. 


Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu: 
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

niedziela, 29 marca 2015

Zaufanie w związku - czy łatwo je odzyskać?


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Nieprzekraczalna granica
Wydawnictwo: W.A.B
Liczba stron: 304

Miłość niejedno oblicze ma - o tym może powiedzieć każdy. Większość wyobrażeń na jej temat to romantyczne spacery brzegiem morza przy blasku księżyca, czułe listy pisane na ozdobnej papeterii, mnóstwo ciepłych słówek, patrzenie sobie w oczy. Ale miłość... to nie tylko to. Z miłością już tak jest, że zaczyna się od pięknych chwil, a gdy nadchodzą gorsze to i pojawia się zaskoczenie - ale jak to tak? Jak to możliwe, że mój książę z bajki na białym koniu w lśniącej zbroi nie jest dokładnie taki, jaki miał być? Jak mój wybranek mógł kiedyś kochać inną? Czy miłość nie spotyka człowieka raz w życiu? A może stała się ona tak pospolita, że można czuć się i dwadzieścia razy zakochanym? Tylko dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział? 

Layken i Will wiele przeszli w swoich życiach. Oboje muszą radzić sobie z nadmiarem obowiązków, które spadły na ich młode barki. Gdy powoli wszystko dąży do zharmonizowania, pojawia się dziewczyna z przeszłości Willa, która kiedyś wiele dla niego znaczyła - choć słuszniej byłoby stwierdzić, że była dla niego wszystkim. Will w tajemnicy utrzymuje swój kontakt z Vaughn, choć wie, jakie mogą być tego konsekwencje. Gdy wszystko wychodzi na jaw, Lake jest zdruzgotana - czy będzie w stanie przebaczyć Willowi to, co zrobił? 

Colleen Hoover to dla mnie marka sama w sobie. Sięgając po jej kolejne książki wiem, że nie popełniam błędu, gdyż za każdym razem zaskakuje i czaruje jeszcze bardziej niż poprzednio. Do tej pory przeczytałam jej trzy powieści i za każdym razem byłam mocno usatysfakcjonowana, gdyż nie zawodziła moich oczekiwań, a wychodziła im naprzeciw z ogromną nawiązką. Dość niedawno miałam okazję przeczytać Pułapkę uczuć, która naprawdę mocno mną poruszyła - teraz przyszedł czas na Nieprzekraczalną granicę. Czy również udało się jej mną zawładnąć? 

Z dość sporym żalem muszę stwierdzić, że jednak tutaj czuję nieco rozczarowania. Na wstępie powiem jeszcze, że to nie jest zła książka - zdecydowanie nie. Jest bardzo dobra i o ile dla innych autorek takie słowa mogłyby być komplementem, tak dla Hoover to coś w rodzaju nagany. Bo jak autorka, która przyzwyczaiła mnie do kreowania przepięknych i fenomenalnych historii z miłością w tle, serwuje coś, co jest może ładne i urocze, ale sprawia wrażenie przesadzonego i przekolorowanego, to szczerze mówiąc niezbyt milutko mi jest. 

W poprzednim zdaniu użyłam bardzo dobrego słowa - przesada. W tej książce miałam wiele razy wrażenie, że autorka aż nazbyt chce wstrząsnąć bohaterami, na gwałt stara się przysporzyć im kolejnych problemów. Ledwo udało im się coś naprawić, ledwo wszystko dochodziło do ładu i składu, a już okazywało się, że kolejne wyboje pojawiają się na ich drodze. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że Hoover wprowadza tu kompletnie zbędny melodramatyzm - jakby na siłę chciała wywołać w nas emocje, zmusić do łez i współczucia swoim biednym bohaterom. I owszem, było mi ich szkoda - ale raczej dlatego, że autorka nie wykorzystała pełni potencjału, jaki nadała im w poprzedniej części. 

Choć relacje między dwójką głównych bohaterów raczej rozczarowują niż przypadają do serca, to jednak reszta bohaterów naprawdę spisała się dzielnie. Moimi faworytami chyba na zawsze już zostaną Kel i Caulder, za których naprawdę należą się autorce brawa - te postaci naprawdę są wyśmienite, zresztą tak jak ich nowa przyjaciółka. Kurczę, ta dziewczyna naprawdę jest dobra, zadziorna, z charakterem i zabawna, kiedy widziałam, że pojawiała się na scenie, od razu w myślach zacierałam ręce - oho, zaraz się będzie działo! Ale przecież nawet najlepsze tło nie jest w stanie przyćmić stosunkowo słabego pierwszego planu...

Dość ciężko przychodzi krytyka autorów, którym udało się w sporym stopniu podbić nasze serca swoimi powieściami. Łatwiej jest negatywnie ocenić kogoś, kogo twórczość nie zachwyciła i już wcześniej nas zawiodła, niż kogoś, kto nas wiele razy zauroczył. Choć w zasadzie może i się tutaj czepiam i wychodzę na zrzędę, bo widziałam, że wielu osobom ta powieść się podobała, to jednak dla mnie była w wielu momentach aż nazbyt sztuczna i ckliwa, a wręcz melodramatyczna, mająca na celu wywołać u czytelnika łzy jak najszybciej i po linii najmniejszego oporu. Patrząc na ocenę można powiedzieć - ale wciąż jest przecież pozytywna, więc skąd to twoje Skarpetowe biadolenie? Ano stąd, że po Hoover można spodziewać się więcej. Bo ją na to stać, jak nikogo innego.

Moja ocena: 7-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

czwartek, 26 marca 2015

Dwuznaczny tytuł - przemiana bohaterki czy warsztatu autorki?


Autor: Michelle Hodkin
Tytuł: Mara Dyer. Przemiana
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 480

Jakie to uczucie, gdy nikt nie chce wierzyć w Twoje słowa, gdy nie masz po swojej nikogo, kto poświadczyłby o słuszności tego, co mówisz, gdy czujesz ogromną bezsilność i niemoc? Jak się czujesz wiedząc, że masz pełną, stuprocentową rację, ale tak naprawdę to wcale nie ma znaczenia, bo mogłabyś mówić, że widzisz tańczącego makarenę różowego słonia na środku swojego pokoju, a afekt byłby identyczny? Jak poradzić sobie z tym strasznym uczuciem, że najbliższe Ci osoby straciły sporo zaufania do Ciebie i uważają Twoje słowa za mylne? Czy można w takim przypadku mówić o nich "najbliższe", skoro nie potrafią Ci ufać? 

Wydawać by się mogło, że Mara to ktoś zwyczajny. Ktoś, kto nie może rano zwlec się z łóżka do szkoły i zżyma się o pozostawiony w łazience bałagan. I do pewnego czasu tak było - choć teraz już nie. Po tym, co odkryła i co się wydarzyło w jej życiu, nic nie może być już takie samo. Jednak dziewczyna nie jest w stanie udowodnić swojej rodzinie, że ma rację co do ponownego zjawienia się pewnego ktosia, wierzy jej jedynie Noah - czy to jednak nie za mało? Czy siedemnastolatka jest w stanie zapanować nad sobą i nad czymś, co może nieść tak poważne konsekwencje? 

Polubiłam dawanie autorom kolejnych szans. Naprawdę, w ostatnim czasie zdarzało mi się bardzo pozytywnie zaskoczyć i całkowicie zmienić zdanie o twórcach, których prawie że spisałam na straty i byli dla mnie jedną nogą w grobie. Podbudowana tymi wszystkimi miłymi niespodzianki, postanowiłam zaryzykować z kolejną autorką, która jeszcze niedawno mocno mnie rozczarowała i sprawiła, że po przeczytaniu jej książki miałam dużo żalu. Przyszedł czas na Marę Dyer. Przemianę - czy przemiana nastąpiła także w moim zdaniu o tej trylogii, czy może wszystko jest tak, jak wcześniej? 

Wszystko zaczyna się dosyć tajemniczo i trzeba przyznać, że autorka potrafi całkiem dobrze budować atmosferę w swojej książce. Nie jest mdło ani bezpłciowo, a czytelnik od początku stawia sobie różne pytania, na które stara się znaleźć odpowiedzi. Autorka zadbała o to, by klimat utrzymać do końca - nie był to tylko chwilowy przebłysk, gdyż całość w moim odczuciu sprawiała wrażenie nieprzeniknionej i pełnej wielu niedopowiedzeń. Pani Hodkin udzielała odpowiedzi na jedno z pytań, ale stawiała kilka następnych zagadek przed nami - i tak w zasadzie od początku, przez środek i do końca tej książki, co jest pozytywem. 

Cieszę się też bardzo, że wątek miłosny zszedł w tej części na dalszy plan i stanowił tło dla innych, bardziej kluczowych dla przebiegu akcji wydarzeń. W recenzji poprzedniej historii narzekałam, że uczucie między dwójką głównych bohaterów ani trochę nie porywało, a wzbudzało jedynie ciągłą irytację - tutaj takich emocji już nie odczuwałam. Wszystko uległo stonowaniu, a ja mogłam pochłaniać kolejne strony bez obawy o to, że zaraz znowu będę zniechęcona przez głupawe zachowanie Noaha i Mary. Zamiast miłości dostaliśmy natomiast jeszcze bardziej rozbudowany wątek paranormalny, co ku mojemu zdziwieniu bardzo mi się podobało - kto by pomyślał, ja, przeciwniczka wszystkich paranormali, tutaj taka oczarowana wątkiem w tym stylu. 

Czego by nie mówić o tej książce - ja jestem usatysfakcjonowana. Martwiłam się, że tutaj może zaprezentować nam się tzw. klątwa drugiego tomu, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca, gdyż Przemiana okazała się sporo lepsza niż Tajemnica. O wiele mniej ckliwej, psującej fabułę miłości między dwójką bohaterów, o wiele więcej tajemnic i zagadek, przez co historia nabrała charakteru. Jeśli miałabym określić w kilku słowach jej nastrój, to powiedziałabym, że jest mrocznie. Duszno. Inaczej. Odkrywczo. Zadziwiająco. I niepokojąco dobrze. 


Moja ocena: 8-/10 

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

poniedziałek, 23 marca 2015

Wyprawa z miłością w tle.


Autor: Morgan Matson
Tytuł: Aż po horyzont
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 344

Nie doceniamy niczego w naszym życiu. Wszystko bierzemy za pewnik, będąc głęboko przekonanymi, że nic się nie może zmienić - wręcz nie ma takiego prawa. Dopiero, gdy rzeczywistość w okrutny sposób zajmuje się zweryfikowaniem naszej pewności, to dociera do nas prawda, że nie każda rzecz będzie się układać codziennie po naszej myśli, a my musimy nauczyć się kilku mądrości. A szczególnie jednej, najważniejszej - by doceniać i szczerze cieszyć się każdą chwilą, każdą osobą, każdą rzeczą, bo kolejnej szansy możemy już nie otrzymać. 

Od dawna Amy nie potrafi poradzić sobie ze spustoszeniem, jakie poczyniły się w niej w wyniku pewnej tragedii, która odmieniła nie tylko jej całe życie, ale i najbliższych, którzy bardzo się od siebie oddalili. Teraz w życiu nastolatki dochodzi do kolejnego przełomu - mama podjęła decyzję o sprzedaży domu, a Amy ma odbyć podróż do nowego miejsca zamieszkania, które jest oddalone o kilka dni drogi. Jakby tego było mało, okazuje się, że będzie miała towarzysza, który ma ważny powód, by jechać wraz z nią. Jak ta podróż wpłynie na ich dwójkę i jakie będą jej konsekwencje? 

Z całego serca uwielbiam podróże. Najchętniej wyjeżdżałabym w nieznane mi zakątki przez cały czas, niestety nie mam takiej możliwości. Znalazłam sobie jednak całkiem dobrą alternatywę - od czasu do czasu sięgam po książki, w których postacie odbywają rozmaite wojaże. Z racji, że już dużo wcześniej chciałam się zapoznać z kolejną książką Morgan Matson (na razie mam za sobą Lato drugiej szansy), uznałam, że to dobry moment. Jednak czy rzeczywiście taki dobry? 

Nie trzeba być żadnym jasnowidzem, by potrafić domyśleć się, jaki będzie finał tej historii, bo wszystko jest raczej niezbyt skomplikowane. Ona cierpi po stracie, on ugania się za duchami, gdzie dodatkowo spędzają ze sobą kilka dni zamknięci przez lwią część czasu w aucie - tak się przedstawia wszystko w grubym skrócie. Oboje z problemami i zmorami, które nieustannie ciążą im w duszach. I o ile takie historie łatwo znajdowały drogę do mojego serca, tak tej jakoś nie udało się - czego bardzo żałuję. 

Lato drugiej szansy tej autorki było dla mnie naprawdę świetne. Do tej pory pamiętam, ile emocji we mnie tamta historia wzbudziła, ile łez się polało przy czytaniu. Tutaj jednak tak nie było. Wszystko wydawało się być w porządku, miło napisane, z pomysłem, przez autorkę, której książka wcześniej spodobała mi się - ale jak widać okazało się, że to za mało. W ostatnim czasie ciągle mam do czynienia z opowieściami o miłości, które bardzo lubię, więc możliwe, że automatycznie i podświadomie zaczęłam od nich wymagać czegoś więcej. 

Hmm, ale nie było mimo tego aż tak źle, jak to tutaj przedstawiłam. Bardzo miłym dodatkiem były zamieszczane playlisty - uwielbiam przesłuchiwanie składanek, które tworzą autorzy w swoich powieściach, przez to bardziej można wczuć się w ich klimat. Sympatycznym akcentem była także różnorodność zdjęć z podróży - tutaj naprawdę można było poczuć tę atmosferę, która towarzyszyła bohaterom. Choć sami bohaterowie nie porywali, to jednak motyw podróży spodobał mi się. 

Podsumowując - to wcale nie jest zła powieść i nadająca się do kosza. To mądra historia o przezwyciężaniu lęków, które posiada przecież każdy człowiek, o priorytetach i miłości, która czasem jest na wyciągnięcie ręki. Tylko że teraz 95% powieści młodzieżowych taka jest. Jakąś część tego ułamka stanowią historie głupkowate i niewarte uwagi, niewywołujące uczuć lub wzbudzające rozdrażnienie. Tylko 0,01% to coś, czego warto wciąż szukać, nawet jeśli ma to potrwać dużo czasu. I choć dla mnie ta powieść taka nie była, bo prawdopodobnie znów nastąpił przesyt, to dla kogoś może być odkrywcza. 

Moja ocena: 6-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 21 marca 2015

Historia przeznaczonych, których przeznaczenie zrobiło w balona.


Autor: Holly Bourne
Tytuł: Przeznaczeni
Wydawnictwo: YA! 
Liczba stron: 325

Rzadko się zdarza, by ktoś do końca życia był z pierwszą osobą, z którą był w związku. Najczęściej jest tak, że trafiają się "po drodze" róże osoby - jedne znaczą niewiele, inne natomiast są obdarzane przez nas mocnym uczuciem. Gdy jednak pozna się tę wybraną osobę, od razu czuje się, że jest to coś innego - mocniejszego, prawdziwszego, bardziej dojrzałego i trwałego. Ma się wręcz wrażenie, jakby obecna była interwencja czegoś, co się nazywa przeznaczeniem. 

Jeśli miałoby się znaleźć kogoś, kto jest prawdziwym podręcznikowym przykładem przeciętniaka, nie trzeba by było długo szukać - kimś takim jak najbardziej jest Poppy Lawson. Ma siedemnaście lat, nie wygląda idealnie, nikomu na jej widok nie bije mocniej serce. Ma alergię na wszystko, co jest określane przez nią jako typowe i unika tego jak ognia. Gdy poznaje Noego, gitarzystę jednego z rozpoczynających karierę zespołów, czuje, że między nimi nic nie jest zwyczajne. Ich uczucie rozkwita z oszałamiającą siłą, lecz okazuje się, że ta miłość może doprowadzić do ogromnej tragedii na skalę światową. 

Od chwili wydania tej książki wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała się z nią zapoznać. Zapewne częściowo przez przepiękną okładkę, która naprawdę cieszy oczy, ale również przez wydawnictwo, do którego mam sporo zaufania. Gdy książka znalazła się w moich rękach, przez dość duży kawałek czasu nie zaczynałam jej lektury, tylko zastanawiałam się, jaką treść może kryć w sobie tak ślicznie wydana historia - czy nie będzie tu kolejnego przerostu formy nad treścią i najważniejsze - czy spodoba mi się, wywołując we mnie wiele pozytywnych odczuć? 

Już od pierwszych stron miałam wrażenie, że coś tu jest nie tak. Język, jakim posługiwała się Poppy - mamy tu bowiem do czynienia z bardzo popularną ostatnio narracją pierwszoosobową - nie czarował i zachwycał, a wywoływał u mnie raczej irytację. Wszystko było opisywane tak prosto, zwyczajnie, bez jakiegoś większego polotu. Momentami towarzyszyło mi silne uczucie, że autorka napisała to na siłę - niektóre dość spore fragmenty są napisane tak bezuczuciowo, jakby relacjonowała jedzenie płatków na śniadanie. Na szczęście były to tylko momenty - sporo też było całkiem ładnych i zgrabnych opisów. 

Co można powiedzieć o bohaterach? Chyba nic wielkiego - było takich setki przed nimi, będzie takich setki po nich. Poppy i Noe nie wyróżniali się niczym specjalnym. On to standardowo łamacz damskich serc o niesamowitym ciele i porażającej urodzie, do tego podbijający scenę gitarzysta, któremu nie może się nikt oprzeć, a on z tych wszystkich uwielbiających i śliniących się do niego panienek, wybiera tę najbardziej zwyczajną - czyli naszą Poppy. Oczywiście, Poppy jest zwyczajna i niezbyt ładna tylko w swoich oczach, bo Noe uważa ją za piękność i ósmy cud świata. Zakochują się w sobie w rekordowym tempie, w zasadzie chyba po dwóch czy trzech randkach. A później, gdy myślą, że dane jest im być razem do końca życia, okazuje się to nie takie proste.  

Żeby nie było aż tak cukierkowo i słodko, autorka wprowadziła nam wątek przeznaczenia. I spisku, gdzie wszystko jest wymierzone w naszą nieświadomą parkę, która przeżyje nie lada szok. Jak dla mnie był to naprawdę dobry i ciekawy pomysł, ale... brakowało mi tutaj czegoś. Nie wiem, może za mało wyjaśnione to dla mnie było, a może autorka nie do końca to wszystko dopracowała - w każdym razie czułam sporo niedosytu. Całą książkę uratowało zakończenie - w najmniejszym stopniu się go nie spodziewałam, a zakładałam o wiele bardziej banalne, przez co jestem wdzięczna autorce, że przynajmniej w ten sposób potrafiła się nieco wyróżnić. 

Ciężko mi dosyć ocenić tę książkę jednoznacznie. Nie było w niej nic takiego, co skradłoby mi serce ani sprawiło, że czytałabym z duszą na ramieniu. Nie kręciłam się niespokojnie na fotelu, nie kibicowałam bohaterom i nie przeżywałam większych emocji. W zasadzie to książka taka jak wiele innych - kolejna historia o miłości, bardzo typowej mimo staraniom Poppy, która jednak miała nietypowy finał. I to chyba tylko zakończenie ratuje tę książkę - dość mało autorów obecnie stawia na takie rozwiązania, woląc kończyć wszystko w bardziej miły sposób i tak, by nie rozzłościć fanów. 


Moja ocena: 6/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Okładkowe Love

czwartek, 19 marca 2015

Urodziny - powinny być z tortem, a są z pistoletem.


Autor: Matthew Quick
Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 411

Są chwile, gdy człowiek uważa, że to koniec. Nie widzi przed sobą żadnej przyszłości, a przed oczami rozciąga mu się jedynie nieprzebrana, nieskończona ciemność. Nie ma nawet najmniejszej ochoty, by spróbować poszukać jakichś pozytywów. Wszystko jest złe, wszystko jest do niczego, wszystko mogłoby sobie pójść i zostawić tegoż człowieka w spokoju, którego tak pragnie. Traci się ochotę na wszystko - nawet na to, co do tej pory dawało mnóstwo przyjemności, lecz nagle przestało. I najlepszym rozwiązaniem wydaje się przerwanie tego raz na zawsze.

Leonard Peacock to ktoś inny od wszystkich. Jest prawdziwym indywidualistą, który czuje się nierozumiany przez społeczeństwo. Choć jest otaczany przez wielu ludzi, to tak naprawdę posiada wrażenie, że nie ma nikogo. Z każdym upływającym miesiącem, tygodniem, dniem staje się coraz bardziej rozgoryczony swoim życiem - moment kulminacji przypada na jego osiemnaste urodziny. Nastolatek goli swoje włosy, przygotowuje prezenty i bierze ze sobą pistolet do szkoły. Chce w końcu rozliczyć się z przeszłością, ale także z dorosłymi, wobec których zasad czuje tylko gniew i bunt. Czy jednak konieczne jest stawianie na taką ostateczność? 

To nie jest moje pierwsze spotkanie z panem Quickiem - już jakiś czas temu zaczęłam czytać jego Niezbędnik obserwatorów gwiazd. Zaczęłam - i nie skończyłam, niestety. Choć bardzo nie lubię zostawiać niedokończonych książek, to jednak nie mam na tyle wolnego czasu, by móc zapoznawać się ze wszystkim, nawet największymi kichami do końca. A właśnie wspominana powieść taka mi się wydawała - denerwująca, dziwna, pisana tak jakoś bez polotu, męcząca. Jestem jednak osobą, która lubi dawać autorom kolejne szanse - choć czasem parzę się na tym, to jednak często okazuje się, że dobrze zrobiłam od razu nie skreślając kogoś. Czy tutaj nie obróciło się to przeciwko mnie? 

Ku mojemu zdziwieniu - ani troszeczkę! Poważnie, autentycznie i z ręką na sercu mogę przyznać, że z dużą przyjemnością powoli zagłębiałam się w świecie Leonarda. Przed rozpoczęciem miałam duże obawy, że znowu mogę się zawieść - aczkolwiek była też odrobina nadziei, że ten autor może mnie pozytywnie zaskoczyć. I wiecie co? Naprawdę przeżyłam bardzo miłą niespodziankę, bo choć nie jest to literatura najwyższych lotów, nie powala stylem czy wykonaniem, to jednak muszę stwierdzić, że jest w niej to coś, co sprawiło, że z ciekawością przewracałam dalsze strony. 

Matthew Quick nie podjął się łatwego tematu, gdyż na tapet wziął sobie wyobcowanie w dzisiejszym świecie. Wydawać by się to mogło absurdalne - jak ktoś może dziś czuć się samotny, skoro tylu ludzi jest na świecie? Według danych licznik przekroczył już 7 miliardów, a są to jedynie statystyki, gdyż niemożliwością jest zliczyć wszystkie jednostki ludzkie - wynika z tego, że ludzi jest jeszcze więcej! Jeśli jest nas aż tylu - czy można czuć się osamotnionym, będąc otoczonym takim tłumem? Odpowiedź jest oczywista - pewnie, że można. Możliwe, że odczuli to także niektórzy z Was. 

Z przyjemnością śledziłam kolejne poczynania bohatera i jego myśli. Autor w dokładny sposób wykreował Leonarda i sprawił, że ciężko było temu chłopcu nie współczuć. Choć po opisie książki obawiałam się, że postacią kluczową dla tej książki będzie taki współczesny Werter, to jednak miło się pomyliłam. Mimo że było tu sporo cierpienia, to jednak ja jako czytelniczka nie cierpiałam czytając. Bo nie jest to książka o żadnej fajtłapie czy ciamajdzie, który wciąż jest niezdecydowany i żali się, jakie to życie jest złe. Nie - ze stron tej książki wręcz bije bezsilność i bezradność. A także takie trzeźwe spojrzenie na świat i na to, co się dzieje. 

Bałam się, że Wybacz mi, Leonardzie okaże się kompletną bzdurą, której nie dam rady ukończyć. Podejrzewałam, że Matthew Quick to autor w stylu Johna Greena, który jest kompletnie przereklamowany w moim odczuciu. Ale widzicie sami, że czasowniki, których użyłam w tych zdaniach mają końcówki typowe dla czasu przeszłego - bo na szczęście teraz tak nie uważam. Sądzę natomiast, że jest to powieść naprawdę mądra, z której nastolatkowie mogą sporo wynieść - ze względu na jej styl nie wydaje mi się, by zbyt wiele osób starszych mogło urzec, ale dla młodzieży może to być strzał w dziesiątkę. Nie jest to miałka historia, ale satyra na temat tego, w jakim kierunku dąży dzisiejszy świat - i jacy my stajemy się z każdym dniem. 


Moja ocena: 8-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

niedziela, 15 marca 2015

Niby to samo, a jednak coś innego...


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Losing Hope
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 355

Jakie zachowanie towarzyszy nam na wieść o czyjejś śmierci? Ktoś mógłby powiedzieć, że codziennie umierają tysiące (jeśli nie miliony) ludzi, a my jakoś nie bardzo przejmujemy się taką tragedią. Jednak sytuacja diametralnie się zmienia, gdy odchodzi ktoś niezwykle bliski nam i naszemu sercu. Z pewnością nikt nie chce czegoś takiego doświadczać na własnej skórze - uczucia bólu, pustki, rozgoryczenia i zdruzgotania są nie do pozazdroszczenia. Bardzo często ciężko jest się otrząsnąć po takim wydarzeniu i wrócić do normalnego życia tak, jakby nic się nie stało. Bo stało się. I tego nic nie jest w stanie odmienić. Jednak są ludzie, którzy potrafią innym wnieść promyk radości w chwilach smutku... 

Żadna sytuacja nie ma tylko jednego punktu widzenia - tak jak historia Sky i Holdera, która tym razem zostaje pokazana z męskiej perspektywy. Niektóre wydarzenia nie pozwalają na zwyczajne zagrzebanie ich i bezpardonowe zapomnienie - muszą być doprowadzone do końca, aby nie dręczyć tych, których męczyły do tej pory wyrzuty sumienia. Z czymś takim przez całe życie mierzył się Holder - obwiniał się o odejście pewnego dziecka, a teraz musi mierzyć się z kolejną tragedią. Jednak... okazuje się, że nie wszystko wygląda tak źle, jak uważał chłopak - spotyka osobę, której nigdy się nie spodziewał zobaczyć ponownie. Tylko czy ma rację? 

Nie jest łatwo zapomnieć, ile wrażeń wywołała we mnie książka Hopeless. Przed spotkaniem z nią obawiałam się, że może okazać się nadmuchiwanym do granic możliwości i dobrze wypromowanym przez media gniotem, to jednak przekonałam się, że to w przepiękny sposób opowiedziana historia miłości z rozburzonymi fundamentami osadzonymi w przeszłości. I tylko cofnięcie się do pewnych wydarzeń może je naprawić i pozwolić żyć dalej. Gdy stosunkowo niedawno na polskim rynku mieliśmy premierę Losing Hope nie chciałam długo czekać, tylko jak najszybciej zapoznać z tą samą, a jakby całkiem inną historią. 

Wydawać by się mogło, że opisywanie tej samej opowieści kolejny raz to takie strzelenie sobie w stopę przez autora - bo jakie ma się pole manewru, skoro robi się ponownie coś, co już zostało ukończone? Co nowego można dodać do czegoś, co ma swój początek, rozwinięcie i koniec? Ktoś uszczypliwy może powiedzieć, że wydawanie tego samego po raz kolejny to po prostu chwyt marketingowy - skoro za pierwszym razem odniosło się sukces, to za drugim też można. A na dodatek w dużo łatwiejszy sposób, bo nie trzeba męczyć się od początku, tylko pododawać gdzieniegdzie szczegółów i gotowe. Można by tak powiedzieć w przypadku wielu książek. Ale moim zdaniem nie w przypadku tej. Bo byłoby to niesłuszne i wielce niesprawiedliwe. 

Z niejakim zdziwieniem zauważyłam, że po raz kolejny o wiele bardziej spodobała mi się opowieść z perspektywy chłopaka niż dziewczęcej bohaterki - tak jest w przypadku Losing Hope (choć Hopeless też sobie bardzo cenię), tak było w przypadku Wróć, jeśli pamiętasz (a Zostań, jeśli kochasz również ma swoje miejsce w moim serduchu). Nie wiem, co takiego jest w męskim punkcie widzenia - może chociażby to, że rzadko się z takim spotykam w książkach? Może to, że jestem bardziej ciekawa, jak niektóre wydarzenia odbierają przedstawiciele innej płci? Hipotez może być wiele, pewnie każda ma w sobie jakieś ziarno prawdy - ale najwięcej prawdy będzie w stwierdzeniu, że Losing Hope to naprawdę powalająca książka. 

Autorka w naprawdę niesamowity sposób ponownie pozwala nam na wniknięcie w świat Sky i Holdera. Po raz kolejny mamy okazję spędzić nieco czasu z tą dwójką, na nowo rozkochać się w nich i rozkoszować każdym momentem, choć teraz do tego duetu dochodzi nowa osoba. To bardzo ważna bohaterka, bez której ta powieść nie miałaby swojego uroku, a na dodatek dodaje tej książce nowych barw - wszystko staje się nieco bardziej gorzkie, mniej przelukrowane, mniej słodkie i urocze. Staje się mądrzejsze, chyba też doszukałam się tutaj więcej nostalgii. Lecz jest też więcej prawdziwego piękna i emocji. 

Pierwsza część pokazała nam rozwój związku Sky oraz Holdera, gdzie ich miłość odgrywała pierwsze, bardzo ważne skrzypce w całym koncercie. Poznając drugą, ma się wrażenie, że to nie to tutaj jest najważniejsze. Że ich uczucie nadal jest bardzo istotne, ale nie ma na celu zdominowania całej fabuły. By nie psuć sobie odkrywania i poznawania tej historii, stanowczo nie radzę zaczynania od Losing Hope - zepsujecie sobie wszystko, tutaj zbyt wiele jest dopowiedziane do Hopeless, by potraktować te książki w odwrotnej kolejności. Taka, jaka została zaproponowana przez Hoover jest idealna. I pokuszę się o zdanie, że ta historia dla mnie również prawie taka była. 


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

piątek, 13 marca 2015

Kot rozebrany na części pierwsze, czyli po prostu kot w stanie czystym.


Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Kot w stanie czystym
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 120

Koty to zwierzęta, które od zawsze wzbudzają w ludziach rozmaite, często skrajne emocje. Można je kochać lub nienawidzić. Ich przeciwnicy najczęściej twierdzą, że są one fałszywymi pchlarzami bez odrobiny wdzięczności do ich właściciela - natomiast zwolennicy kontrują, że należą one do niezwykle sprytnych kreaturek, które nie pozwolą sobą dyrygować nikomu, gdyż chodzą ścieżkami obranymi przez siebie, nikogo innego. Cokolwiek by o nich nie mówić - nikt nie zaprzeczy, że kot swój specyficzny charakterek ma. 

Może do tej pory nie było Wam to wiadome (ale od czego macie mnie!), że nie każdy przedstawiciel kotowatych stanowi kwintesencję cech swojego gatunku. Istnieją Prawdziwe koty i niePrawdziwe. Prawdziwy kot nie odpuści żadnej okazji, by napełnić swój żołądek, aczkolwiek nigdy nie zniży się do tego, by zjeść z miseczki oznaczonej DLA KOTA. Prawdziwego kota nie będziesz w stanie niczego nauczyć. Prawdziwy kot nie pozwoli, by cokolwiek się zmarnowało, a stół nie jest dla niego żadną przeszkodą. Posiadając kota dojdziesz szybko do innego wniosku: że to nie Ty posiadasz KOTA - to KOT posiada Ciebie.

Prawdziwe koty słyszą otwieranie drzwi lodówki dwa pomieszczenia dalej.  

Nigdy nie ukrywałam tego, że uwielbiam wszystko, co wyszło z nazwiskiem Pratchetta na okładce. Szczególnym rodzajem miłości obdarowałam mój Świat Dysku, który jest najlepszym dowodem na to, że można stworzyć długą serię, w której ciągle coś się dzieje i wciąż nie nudzi (liczy sobie ona czterdzieści tomów). Bardzo przeciętny natomiast jest cykl o Długiej Ziemi - może dlatego, że w duecie z innym autorem mało było czuć Pratchetta, a może dlatego, że science fiction to nie moja bajka? Nie planowałam na dzisiaj tej recenzji, w zasadzie wiedziałam, że kiedyś ją napiszę, ale sądziłam, że w nieco późniejszym czasie - ale wczorajszy dzień wszystko zmienił. Bo zapewne większość z Was wie, że Pratchett umarł. A ja tą recenzją chciałabym choć odrobinkę przekonać Was do niego i pokazać, jak świetny autor odszedł - i jak świetne książki nam zostawił. 

Nie mam zielonego pojęcia, czemu tak późno sięgnęłam po Kota w stanie czystym i jakim cudem uchował się przede mną tak długo czasu - dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że Pratchett ma taką książkę na swoim koncie! Ale kiedy już miałam taką informację, to postanowiłam jak najszybciej móc ją dorwać, aby przekonać się, jaka ona jest. Sama jestem zapaloną kociarką, gdyż mam dwa przecudne wredne sierściuchy, więc i byłam ciekawa spojrzenia tego autora na te stworki. 

Natomiast koty są... no, kotami. Mniej więcej takiej samej wielkości, w różnych kolorach, niektóre tłuste, inne wychudzone, ale zawsze w wyraźny sposób kocie. Ponieważ jedyne czynności, do których wykazywały jakąkolwiek skłonność, polegały na chwytaniu różnych rzeczy i spaniu, nikt nie zadawał sobie trudu, żeby majstrować przy nich i przerabiać na coś innego. 

Książeczka nie należy do obszernych - co to, to nie. Liczy sobie sto dwadzieścia stron, które są zapełnione drukiem o dużej czcionce, a oprócz tego jest naprawdę mnogość rozmaitych rysunków, które zapełniają sporo miejsca. To dziełko nie ma żadnej fabuły - to nie jest żadna powieść, nowelka czy coś w tym rodzaju. Jest to po prostu taki zbiór rozmaitych prawd o kotach (i rzeczywiście niektóre są niepokojąco prawdziwe...), który został połączony w zgrabną i zabawną całość, którą czyta się błyskawicznie - jeden wieczorek i po książeczce!  

Cokolwiek by o niej nie mówić - spotkałam się już z opiniami, że wiele osób było zawiedzionych tą króciutką lekturką - dla mnie stanowiła naprawdę dobrą zabawę. Wypełniona humorem typowym dla tego autora, ciekawymi spostrzeżeniami i celnymi ripostami, uatrakcyjniona przez równie zabawne rysunki, może nie jest książką, która podbija serca, jednak jest to coś, co pozwala się choć troszkę rozerwać, rozluźnić, zrelaksować i pośmiać, nawet osobom, które wolą psiaki - szkoda jedynie, że nie ma więcej stron! 

Prawdziwe koty są surwiwalistami. Doprowadziły tę umiejętność do rangi sztuki. Jakie inne zwierzę może liczyć na karmienie nie dlatego, że jest pożyteczne, że pilnuje domu albo śpiewa, ale dlatego, że kiedy się je karmi, to wygląda na zadowolone? I mruczy. Mruczenie jest bardzo ważne. Mruczenie wygrywa za każdym razem (...). Mruczenie oznacza: "Postaraj się, żebym był zadowolony, to i ja się postaram, żebyś ty był zadowolony".

Moja ocena: 7-/10

czwartek, 12 marca 2015

Inność - wyrok czy wyróżnienie?


Autor: Lisa Genova
Tytuł: Kochając syna
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 440 

Inność - czym dla nas jest to słowo i jakie ma znaczenie? Dla większości osób to stan, którego za wszelką cenę starają się unikać szerokim łukiem. Bo być innym to wyróżniać się, a tego nikt nie chce. Rzadko kiedy ktoś świadomie decyduje się na bycie innym, najczęściej jest to nieplanowane i niechciane zdarzenie - czasem można mu zaradzić, a czasem jest ono permanentne. Jak zrozumieć to, że to akurat na Ciebie padło takie brzemię a nie na kompletnie inną osobę? Dlaczego Ty, a nie ja? Ciężko jest się pogodzić z innością, nawet jeśli nie dotknęła ona danej osoby - bo sama jej obecność sprawia, że ma się jej dosyć i chce się schować w kącie, byle ludzie przestali patrzeć. 

Tak przez wiele lat czuła się Olivia. Posiadanie autystycznego dziecka nie było spełnieniem jej marzeń, a jednak nie mogła nic na to zaradzić. Potrzebowała wiele czasu i prób, by nauczyć się funkcjonować tak, by nie popaść w obłęd. I kiedy czuła, że jest na najlepszej drodze, wszystko zaczęło się sypać, a ona zaczęła się czuć prawdziwie samotna. Z drugiej strony jest Beth - mężatka z kilkunastoletnim stażem, trzema córkami i psem na koncie, mająca dużą rodzinę, w której nagle też coś przestaje współgrać i dochodzi do dysharmonii. Mimo, że jest ona otoczona wieloma osobami, to jednak również zaczyna czuć się osamotniona. Gdy myśli, że nie spotka jej już nic dobrego, na jej drodze staje chłopiec, który pasjonuje się w układaniu białych, okrągłych kamyczków z plaży... 

Uwielbiam czytanie książkowych strzałów, czyli historii, których nie planowałam, a jakimś zbiegiem okoliczności znajdujących się w moich rękach - czyli takich jak ta. Czasem przyciąga mnie interesująca i przykuwająca wzrok okładka, czasem autor, a czasem tytuł, który wywołuje różne skojarzenia. Kiedy w bibliotece zauważyłam na półce Kochając syna, zaczęłam się zastanawiać, o czym może to być powieść - myślałam, że coś w rodzaju kryminału. Gdy przeczytałam opis na tylnej okładce, dowiedziałam się, że porusza ona nieznany mi dotychczas temat w literaturze - autyzmu. A że jestem ciekawską osobą, która lubi poznawać to, co jeszcze nie zostało przez siebie odkryte - raz dwa trzy i książka wypożyczona. Raz dwa trzy i przeczytana. Raz dwa... i nie wiem, co mam o niej napisać. 

Tak jak właśnie napisałam chwilkę wcześniej, autyzm nie był mi wcześniej dobrze znany. Owszem, mam na ten temat jakieś szczątkowe informacje, jednak są one bardzo nieliczne. Zapoznając się z tą książką nie podejrzewałam, że życie z osobą mającą taki problem, może być aż tak ciężkie. Lecz co ciekawe, autyzm nie gra tutaj głównej roli. Jest niezwykle ważny, stanowi jeden z kluczowych wątków, aczkolwiek tak naprawdę tematem przewodnim jest miłość. Uczenie się jej. Poznawanie jej. Wyrażanie jej. Wydawać by się mogło, że kochać każdy umie. Jednak w niektórych sytuacjach kochać nie jest prosto, zwłaszcza, że to uczucie przynosi ze sobą wiele goryczy. 

Autorka kreuje dwie bohaterki - Olivię oraz Beth, i to dzięki nim poznajemy całą sytuację. I choć rozdziały raz obserwujemy z perspektywy Olivii, a raz z Beth, to tak naprawdę ciągle odnosiłam wrażenie, że to nie one tu są najważniejsze. Że cała ta książka należy nie do tych bohaterek, ale tego, który bezpośrednio w niej nie występuje, choć jest obecny na każdej stronie - do Anthony'ego. Poznawanie tego, co musiał przeżyć było naprawdę dużym wyzwaniem dla mnie i przyznaję, że nie obyło się bez chusteczek. Bo choć w jego historii nie dominował smutek, wręcz można było odnieść wrażenie, że jest tam wiele optymizmu, to jednak za każdym razem wilgotniały mi oczy. 

Zrozumienie Olivii przychodziło mi naprawdę różnie - momentami łatwo się z nią utożsamiałam, chwilami nie potrafiłam. Jakkolwiek by nie było, miałam dla niej wiele nieskłamanego, szczerego podziwu. Poświęciła swoje życie dla najbliższej jej istotki, która nigdy nie powiedziała jej, że ją kocha. Nigdy nie podeszła i nie objęła, nigdy nie zrobiła czegoś spontanicznie - za każdym razem musiało być wszystko ustalone. Teraz zwrócę się do osób, które mają już dzieci - wyobrażacie sobie, by być w takiej sytuacji? By pragnąć zainteresowania własnego dziecka, a nie móc go otrzymać? By nigdy nie otrzymać od niego spojrzenia prosto w oczy? By nie wypowiedziało do Was ani jednego słowa, a wszystko komunikowało krzykiem, piskiem lub rękami? 

Poznanie historii Anthony'ego paradoksalnie nie staje się możliwe dzięki Olivii, ale dzięki Beth. To także bohaterka, której jeden list zmienił całe dotychczasowe życie. Pragnęła stabilizacji i szczęścia, a dostała ból i cierpienie. Lecz słusznie kiedyś ktoś powiedział, że to ból rodzi największe dzieła, nie radość i szczęście - i tak też stało się w tym przypadku. Bo to dzięki temu, co musiała przejść Beth, mogła stać się świadkiem tego, co przeszedł w swym życiu Anthony i jakie ono było. 

Naprawdę, nie spodziewałam się aż tak poruszającej i wstrząsającej historii. Choć początkowo nic na to nie zapowiadało, to jednak z każdą mijającą kartką upewniałam się, że czytam coś niebanalnego i pięknego. To jedna z tych opowieści, które nie zapowiadają się wcale na tak wspaniałe. Dopiero z czasem człowiek odkrywa, że oto wkroczył w świat, który na zawsze odciśnie w nim jakąś swoją cząstkę. I choć to moje wkroczenie w ten świat nie było ani trochę zaplanowane, to jednak niezmiernie się cieszę, że mogłam. I ani trochę tego nie żałuję - bo móc poznać książkę Kochając syna to niepowtarzalny dar.


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 10 marca 2015

Czy kontynuacja może być tak dobra jak poprzedniczka?


Autor: K.A. Tucker
Tytuł: Jedno małe kłamstwo
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 430

Trudne zadanie stoi przed autorem, który choć raz powalił nas na kolana swoją twórczością. Oczekujemy, że jeśli było go stać na napisanie czegoś tak mocnego i powalającego raz, to za kolejnym wręcz nie ma wyjścia i musi stworzyć coś jeszcze lepszego, jeszcze mocniejszego, jeszcze bardziej powalającego. Nie zawsze jest się jednak w stanie odtworzyć swój sukces - ciężko wtedy o uniknięcie porównań, pozbycie się żalu i niedosytu, jakimi nakarmił nas autor. 

niedziela, 8 marca 2015

Czy ktokolwiek ma prawo decydowania, kto ma prawo być matką, a kto nie?


Autor: Diane Chamberlain
Tytuł: W słusznej sprawie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 458

Z całą pewnością czas, gdy rządy w prawie całej Europie sprawowali naziści, nie przyniósł niczego dobrego, natomiast pozostawił po sobie wiele niechlubnych pamiątek dla pokoleń - jak chociażby II wojna światowa, holokaust, niemieckie obozy koncentracyjne... ale i kwestia eugeniki. Pewnie spora część z Was słyszała o doktorze Mengele, który przodował w niej i eksperymentach na ludzkości. Kult siły i stworzenie rasy panów stało się jednym z nadrzędnych celów Hitlera, oprócz zdobycia władzy nad światem. Wydawać by się mogło, że po skończeniu ery nazistowskiej pojęcie eugeniki umrze śmiercią naturalną, lecz tak się bynajmniej nie stało - panoszyła się ona jeszcze przez wiele długich lat.

Jane to świeżo upieczona żona lekarza, która podjęła pracę w opiece społecznej. Jest w niej wiele entuzjazmu, jednak szybko przekonuje się, że nie przypadło jej łatwe zajęcie. Jej podopieczni nie żyją w luksusach - ich warunki można określić jako tragiczne wręcz, dlatego większość z dziewcząt zostaje poddana sterylizacji, aby zmniejszyć ilość osób z niskim IQ czy wrodzonymi ułomnościami. Taki zabieg ma przejść Ivy, z czym nie może pogodzić się Jane, która mocno się z nią zżyła. Gdy piętnastolatka zachodzi w ciążę, wydaje się, że to koniec świata, ale prawdziwe problemy mają dopiero nadejść. 

Chyba wszystkim znana jest moja miłość do twórczości Jodi Picoult - przeczytałam sporo jej powieści, choć i tak wiele ich przede mną. Jest ona autorką, która nie boi się poruszać trudnych tematów, co bardzo sobie w niej cenię. Dowiedziałam się kiedyś, że podobna do niej jest Diane Chamberlain - również opisuje ciężkie i skrajne przypadki, które mogą w ludziach wzbudzać sporo kontrowersji. Zaciekawiło mnie to i wciąż planowałam spotkania z nią, które nie dochodziły do skutku. W końcu zawzięłam się i voila! Właśnie jestem po przeczytaniu jej pierwszej książki - z czystym sumieniem mówię, że zdecydowanie warto! 

Na początku kilka słów o budowie książki - mamy tutaj do czynienia z podziałem na rozdziały, z którym każdy jest prowadzony przez jedną z dwóch bohaterek - Ivy bądź Jane (w pojedynczych przypadkach przez trzecią). Narracja jest pierwszoosobowa, co pozwala w łatwy sposób wniknąć w osobowości postaci. Od razu nasuwają się spostrzeżenia co do różnic w sposobie wypowiedzi - rozdziały opowiadane przez Ivy są pisane prostym, potocznym i wiejskim językiem, w którym sporo jest naleciałości związanych z pochodzeniem dziewczyny, natomiast te z punktu widzenia Jane pokazują, że pochodzi ona z całkiem innego otoczenia.

Autorka stopniowo rozwija wszystkie wątki, powoli pokazując czytelnikom warunki, w jakich żyją obydwie bohaterki. Mamy okazję zobaczyć, w jakiej nędzy na co dzień musi żyć Ivy i jak ciężkie ma życie - wyobrażacie sobie życie bez elektryczności, bieżącej wody czy łazienki? Dziewczyna ma zaledwie piętnaście lat, lecz ma na głowie starszą babcię, która ma problemy ze zdrowiem, upośledzoną starszą siostrę i jej dwuletniego synka, który także wykazuje opóźnienia. Nie żali się jednak na swój los, lecz stara się przezwyciężać wszystkie trudności, jakie stają na jej drodze. 

Z drugiej strony mamy Jane, która powoli uczy się życia w elicie, do jakiej dołączyła przez mariaż z lekarzem. Nie potrafi żyć tak jak wszystkie inne żony podobnych mężczyzn do jej małżonka - nie dla niej jest tylko siedzenie w domu i udzielanie się w Lidze Pań, gdyż chce się realizować i móc pomagać innym, co nie jest postrzegane pozytywnie, a przez jej męża to coś hańbiącego. Do tego jest zestawiona wraz z innymi pracownicami społecznymi - ona jako ta, która nie potrafi się nagiąć do ich zasad, lecz jako jedyna, która ma serce i nie traktuje swych podopiecznych podmiotowo. 

W książce często jest podkreślane, że inne pracownice opieki społecznej uważają, że sterylizowanie ubogich osób mających gorsze warunki jest czymś innym niż za Hitlera. Uważają, że wykluczanie przypadku narodzin osób ułomnych to coś postępowego, co nie ma nic wspólnego z nazistowską propagandą, czy jednak słusznie? Zostaje też podkreślone to, jak wielka hipokryzja tkwi w społeczeństwie - sterylizacja dotyczy tylko osób niebywale biednych, a nie osób, które żyją tak, jak Jane. Dopuszcza się ona stwierdzenia, że sytuacja taka jak w przypadku Ivy nigdy nie zaistniałaby, gdyby chodziło o którąś z jej sąsiadek. 

Diane Chamberlain dotyka mocnego tematu i zadaje czytelnikowi jedno główne, ważne pytanie, które ciągle wypływa podczas czytania - czy ludziom można odbierać wybór co do rodzenia dzieci tylko dlatego, że mają gorszą sytuację, są młodzi lub mniej bystrzy? Bombarduje też czytelnika poprzez wzbudzanie wątpliwości i podawanie rozmaitych argumentów za i przeciw. Nie faworyzuje otwarcie żadnej ze stron, lecz stara się, by każdy sam mógł podjąć decyzję, czy eugenika jest słuszną drogą, a oprócz tego konfrontuje ze sobą dwie strony - własne sumienie i rozsądek z obowiązkiem. Po tej książce wiem, że to zdecydowanie nie ostatnia autorstwa Chamberlain, którą zamierzam poznać - mam nadzieję, że każda wzbudzi tyle emocji, co ta. 


Moja ocena: 8+/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska 

czwartek, 5 marca 2015

Nie dajcie się zwieść pozorom - nawet siedemnastolatka może być groźną zabójczynią!


Autor: Robin LaFevers

Tytuł: Posępna litość
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 560

Nie znam osoby, u której słowo śmierć budziłoby pozytywne skojarzenia, wywołujące uśmiech na twarzy i przywołujące miłe wspomnienia. Nie, ten wyraz od wieków kojarzył się dla wszystkich ze złem, smutkiem i cierpieniem. Już od najdawniejszych czasów miał mroczną symbolikę, a ludzie nie lubili miejsc, które z nim się kojarzyły - woleli je omijać jak największym łukiem. Lecz od czasów Kaina i Abla na świecie obecna była śmierć - i ludzie, którzy zadawali ją innym również. 

Młodziutka Ismae już przed narodzinami doświadczyła, co to znaczy być niechcianą przez najbliższych. Teraz, gdy upłynęło od tego wydarzenia wiele lat, dziewczyna przybywa do zakonu św. Mortaina, by tam pozwolić na dopełnienie się jej przeznaczenia. Nie należy ono do najprzyjemniejszych - staje się ona doborową zabójczynią, która musi pozbawiać życia każdego, kto zostanie naznaczony - nie ma prawa się sprzeciwić, nawet jeśli jej ofiarą ma być ktoś, kogo obdarzyła uczuciami. 

Pierwsze, co w Posępnej litości rzuciło mi się bardzo mocno w oczy i dało dobitnie odczuć, to fakt, że książkę pomimo dość sporej objętości czyta się bardzo, ale to bardzo szybko. Zanim zdążyłam się spostrzec, to autorka w swoim błyskawicznym stylu skończyła tę historię, a ja miałam przed oczami jedynie zamknięty tom i tylną okładkę. W niektórych powieściach taka płynność jest pożądana i dobrze współgra z całością, jednak tutaj zdecydowanie wolałabym, by wszystko rozegrało się wolniej. 

Po stosunkowo głębokim przeanalizowaniu wszystkiego uznałam, że niebywałe tempo zostało spowodowane kompletnie niedopasowanym sposobem opisywania wydarzeń. Narracja była prowadzona z punktu widzenia głównej bohaterki - do tego nie mam najmniejszych zastrzeżeń, jednakże język i styl - zdecydowane nie, nie, nie. Akcja została osadzona w średniowieczu, a z przykrością przyznaję, że ani troszkę nie dane było mi odczuć ducha tej epoki. Wszystko zostało zaprezentowane nam, czytelnikom, w zbyt dużym uproszczeniu. 

Na korzyść książce można zaliczyć kreację naszej głównej bohaterki - Ismae. Zabójczyni została przedstawiona przez Robin LaFevers jako postać o mocnym i silnym charakterze, a do tego wyrazista i nieustępliwa. Była przekonana o słuszności tego, co jej zakon uważał za konieczne, dlatego bez wahania wykonywała przeznaczone jej zadania. Nie dyskutowała - kiedy tylko odnalazła znak św. Mortaina następowało CIACH! i już tej osoby nie było wśród żywych. 

Wszystko jednak do czasu... bo pojawia się Duval, a bohaterka nie ma pojęcia, po której stronie sporu bretońsko-francuskiego stoi. Podejrzewa go o zdradę, dlatego nie może zrozumieć decyzji swojej ksieni, która rozkazała im współpracować w celu ochrony księżnej. Ten wątek to chyba rzecz, która najbardziej przypadła mi do gustu - wielokrotnie się śmiałam, widząc, jak ta dwójka nie mogła ze sobą wytrzymać i uważała, że to najgorsza rzecz, jaka mogła im się przytrafić. Ale znane porzekadło mówi, że kto się czubi, ten się lubi - i tu tak było, choć nie w nachalny sposób, z czego się mocno cieszę. 

Powieść LaFevers zdecydowanie nie należy do wybitnej literatury, co do tego nie mam żadnych złudzeń. Nie podbiła mojego czytelniczego serduszka swoim stylem, który jak dla mnie był pomyłką, ani nie zadbała o to, by osoby pogrążone w lekturze, odczuły czasy, w których toczy się akcja. Postarała się jednak wykreować ciekawe postacie, które wzbudzają w czytelniku autentyczną sympatię - nie sposób nie polubić Ismae czy Duvala! To jedna z książek, którą się czyta, ale która nie zostaje z nami na dłużej - podejrzewam, że za jakiś czas nie będę pamiętała, o czym ona była - choć nie było najgorzej, to jednak liczyłam, że będzie nieco lepiej. 


Moja ocena: 6-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

wtorek, 3 marca 2015

Do czego jest się w stanie posunąć człowiek, gdy w grę wchodzi tron?


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Nawałnica mieczy. Krew i złoto
Cykl: Pieśń lodu i ognia. Tom III cz. II
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 676

Idealnie pamiętam, jak jeszcze niedawno narzekałam Wam, że autorzy obawiają się dokonywania śmiałych rozwiązań i stawiania na odważne posunięcia - zamiast tego wolą nam, czytelnikom, serwować jakieś słabe, wyprane z emocji dzieła podchodzące pod grafomanię, nie szanując ani pieniędzy, które wydajemy na ich książki, ani czasu, który musimy poświęcić na to, by je przeczytać. 

Oczywiście, nie było też tak, że z każdą przeczytaną książką narastały we mnie frustracja, znużenie czy złość - o nie, przecież trafiałam też na mnóstwo cudownych literackich cacek, które na zawsze będą głęboko w moim sercu. Nie mogę zaprzeczyć temu, gdyż to po prostu byłoby kłamstwem. Rozmaite opowieści zdobywały moje uznanie z różnych powodów - jeden pięknym stylem, inne emocjami, trzecie ciętym humorem czy przenikliwością w spostrzeżeniach. Lecz teraz, z ręką na sercu mówię, że mało znalazłoby się takich, które dorównałyby lub przebiły drugą część trzeciego tomu Martina.

Spotykałam się zazwyczaj z sytuacją, że dla osób, które najpierw zaczęły od jego książek, serial okazywałam się kompletnym niewypałem, natomiast dla pionierów w kwestii ekranizacji, saga była nie do przebrnięcia. Jak na razie nie miałam okazji, by spotkać się z wyreżyserowaną wersją i porównać swoje wizje z tymi telewizyjnymi, ale jestem pewna w stu procentach, że z moich ust nigdy nie padną słowa, że książki były słabe i złe. 

Jeśli miałabym powiedzieć, jak odbieram całą serię, to bez wahania zaczęłabym pisać, że jest świetnie wykreowana, niebywale plastycznie i realistycznie. Że wszystko jest doskonale przemyślane i nie wydaje się być napisane na tzw. odczepkę. Że czytelnik nie ma czasu na nudy - wciąż dowiaduje się o kolejnych intrygach, knowaniach i zdradach. Że jest napisana przystępnym językiem - przyjemnym w odbiorze, wysmakowanym, ale nie utrudniającym zapoznawanie się z nią i odstręczającym. Jeśli mam powiedzieć coś o tej części... Przegenialna. Arcymistrzowska. Miażdżąca. 

Sytuacja robi się coraz ostrzejsza. Tu nie ma miejsca na sentymenty, czułości i głaskanie po główce. Autor nie pieści się z czytelnikami - rzuca go wprost na głęboką wodę. Nie ostrzega - nie umieszcza żadnych tabliczek, które radziłyby natychmiastowy odwrót. A Ty nieświadomie czytasz dalej... i jest za późno. Chcesz go zabić. Za to co zrobił najzwyczajniej w świecie go nienawidzisz. Ale zaciskasz zęby, ocierasz łzy, bierzesz nową paczkę chusteczek i ruszasz do boju. Masz ochotę skakać z radości, tym razem doszło do prawdziwej sprawiedliwości. Nie zapominasz o krzywdzie, którą wcześniej Ci wyrządził, ale skłaniasz się teraz do wybaczenia. Po ostatniej stronie masz ochotę całować go po stopach. 

Tak mogę określić swoje emocje podczas czytania tej części Nawałnicy mieczy. Może ciężko to zrozumieć osobom, które nie wiedzą, co się tutaj wydarzy, ale dla wszystkich co czytali na pewno moje uczucia wydadzą się klarowne. Pewnie i dość nieskładnie to wyszło, pewnie i ciężko będzie cokolwiek sensownego stąd wynieść - ale tak chyba być musi. Inaczej napisać bym nie potrafiła. Po prostu ta część wymyka się wszystkim, jakimkolwiek klasyfikacjom. Nie da się zwyczajnie powiedzieć, co w niej się działo - lecz można to wyrazić za pomocą swoich uczuć i emocji, to najlepszy sposób. 


Moja ocena: 10/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

niedziela, 1 marca 2015

Czy dziecko może mieć dwie mamusie?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Tam gdzie Ty
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 568

Wszystko ma swoje rodzaje, podrodzaje, grupy czy podgrupy. Są jabłka papierówki i jabłka renety. Wchodząc do restauracji specjalizującej się we włoskiej kuchni możemy zamówić spaghetti bolognese lub spaghetti carbonara. Decydując się na zakup nowego laptopa sprawdzamy parametry nie tylko u produktów jednej korporacji, jak np. Acer, ale zerkamy też co oferuje DELL, ASUS czy Samsung. Od każdej rzeczy, jaką sobie wybierzemy, możemy stworzyć mnóstwo rozmaitych rozgałęzień - ze względu na typ, pochodzenie, rodzaj ważności i nie tylko. Podobnie rzecz się ma z marzeniami - są takie zwykłe zachcianki, są życzenia, ale i pragnienia, o których ziszczenie modlimy się każdego dnia od kilku lat.  


Wiele małżeństw boryka się z problemami niemożności posiadania własnego dziecka. Nie mogą pogodzić się z tym, że inni posiadają to, czego oni najbardziej na świecie pożądają, a im jest to odebrane. W takiej sytuacji znajdują się Zoe i Max. Od wielu lat bezskutecznie starają się o dziecko, a teraz, kiedy wydaje im się, że ich marzenie w końcu się spełni - wszystko runęło w gruzach. Po takim ciosie pada między nimi trudna decyzja o rozstaniu, a oboje próbują ułożyć sobie szczęśliwe życie na inny sposób. Max ukojenie znajduje w Kościele Wiecznej Chwały, natomiast Zoe odkrywa, że zakochała się w innej kobiecie. Mimo, że zmieniła się sytuacja ich obojga, to marzenie o własnym dziecku jest dla Zoe wciąż aktualne. Przypomina sobie o możliwości, której wcześniej nie wzięła pod uwagę - jednak czy społeczeństwo pozwoli, by dwie kobiety wychowywały dziecko? 

W kwestii homoseksualizmu zawsze uważałam się za osobę dość liberalną - nie moja sprawa, więc nie mam prawa pakować się komuś z butami do sypialni i wygłaszać swoich opinii. Gdy jednak w grę wchodził aspekt wychowywania przez takie osoby dzieci, to zmieniałam się w nieustępliwie radykalną osobę, która twardo oponowała przeciwko takiemu rozwiązaniu. Do tej pory nie miałam okazji spotkać się z tym zagadnieniem w literaturze, jednak gdy wpadła mi w ręce książka mej kochanej Picoult, która z własnej perspektywy postanowiła pokazać, jak może wyglądać ta sytuacja, postanowiłam spróbować. Czy przez tę książkę moje poglądy uległy zmianie? 

Jodi Picoult znowu podejmuje się medialnego tematu, który wciąż jest gorący i bardzo aktualny. Ma ona talent do wyszukiwania takich wątpliwych i wzbudzających wiele dyskusji książek, a potem do takiego opisywania wszystkich wydarzeń, że czytelnik sam zapomina o swoich dotychczasowych poglądach i zaczyna się zastanawiać nad tym, czy miał słuszność, upierając się przy wcześniejszym zdaniu. Jak nikt inny potrafi wpuszczać w maliny i robić człowiekowi mętlik w głowie - czy tym razem jej się udało? 

Bohaterowie po raz kolejny nie zawiedli - są tacy, jacy być powinni. Zoe to kobieta, która wciąż pragnie dziecka i nie jest w stanie się poddać, staje się to jej priorytetem. Max natomiast jest mocno zwrócony w stronę kościoła i można pokusić się o stwierdzenie, że to on jest jego obsesją. Gdy jednak głębiej się zastanowić, to oboje bohaterów zostało przedstawionych jako ludzie ogarnięci wręcz fanatyzmem - Zoe, bo jej pragnienie doprowadziło do rozpadu ich związku; Max, bo nie potrafił w pewnym czasie myśleć samodzielnie, a to, co uważali jego duchowi przywódcy, stawało się jego myślami. 

W książce dochodzi do konfrontacji dwóch stron - po jednej jest Max, po drugiej Zoe i jej partnerka. On po rozwodzie stał się niebywale wierzący, ona nadal pragnie dziecka. Wie, że to dla niej ostatni dzwonek i wie, że jedyna szansa, to wykorzystanie wcześniej zamrożonych zarodków, które jednak należą też do Maxa. On jednak nie zamierza jej ich podarować - ma dla nich całkiem inne plany, z którymi nie potrafi pogodzić się Zoe. Sprawa trafia do sądu, a ostateczny efekt może zdziwić nie jednego, choć wielu może przewidzieć taki rozwój sytuacji.

Choć zazwyczaj autorka pozostaje bezstronna, tak tym razem miałam dość mocne uczucie, że dochodziło tutaj do drobnej manipulacji czytelnikiem, a sama Picoult starała się na przekonanie nas do jej zdania. Robiła to jednak w subtelny sposób, dlatego nie można mieć o to do niej żalu. Mimo, że nie zmieniłam swojego zdania na ten temat i nadal obstawiam przy tym, że takie pary nie powinny wychowywać dzieci, to jednak przedstawiła ona celne argumenty mówiące za tym, że takim ludziom powinno dać się szansę. Bo każdy na nią zasługuje. 


Moja ocena: 8/10


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka