poniedziałek, 23 lutego 2015

Walka o tron się zaostrza, nikt nie odpuszcza - czy słusznie?


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Nawałnica mieczy. Stal i Śnieg
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia. Tom III, cz. I
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 736

Każdy z nas wie, że ten, kto ma władzę, ten jest w bardzo mocno uprzywilejowanej sytuacji. W końcu monarcha nie musi się przed nikim tłumaczyć, bo nie ma żadnych przełożonych ani osób w piramidce hierarchicznej będących wyżej od niego, zatem można kierować resztą społeczeństwa. Niejednokrotnie zdarzało się, że rządzący łamał przepisy czy prawa (ustanowione przez samego siebie), chociaż wymagał ich przestrzegania od poddanych. Splendor, bogactwo, honory - to wszystko brzmi bajecznie, jednak czy rzeczywiście jest taką idyllą? 

Kraina Siedmiu Królestw nadal nie ma jednego władcy, który by objął nad nią panowanie - zamiast tego ma kilku królów, a każdy uważa, że to on jest tym prawdziwym, namaszczonym na monarchę z woli bogów. Robb ma na swojej głowie proboemy związane z nadchodzącą inwazją dzikich i siostrami, Joffrey szykuje swój ślub, Stannis jest pod wpływem Melissandre, a lada moment zjawi się kolejna kandydatka do tronu - Daenerys ze swoimi smokami. 

Muszę przyznać, że recenzowanie kolejnych tomów tego cyklu dość karkołomne i skomplikowane zadanie dla osoby, która ma je przed sobą. Według mnie nieco przypomina stąpanie po bardzo cieniutkim lodzie lub polu minowym - bo jak opisać tę historię, by osobom, które jeszcze nie czytały Pieśni Lodu i Ognia, nie razić po oczach dobitnymi spoilerami? Które zdarzenia można ujawnić, a które trzeba koniecznie zataić? W końcu sama nienawidzę zdradzania niektórych wydarzeń jak cholera, więc i logicznym jest, że nie chcę podobnych świństw robić innym. 

Może powoli robię się coraz bardziej nudna i monotonna, ale naprawdę ciężko jest powiedzieć na temat tych książek czegoś innego niż zachwyty, pochwały i peany. Za mną przeczytana kolejna część, a ja wciąż nie mam dosyć, chcę tylko więcej i więcej, nigdy przenigdy mniej. Te historie chłonie się naprawdę szybciutko mimo znacznej objętości, a to tylko potęguje apetyt i sprawia, że nie chcemy zadowolić się jedynie śniadaniem i w spokoju czekać na dalsze posiłki - najlepiej od razu pochłonęlibyśmy obiad, podwieczorek i kolację. 

Wyraziłabym się precyzyjniej, gdybym powiedziała, że mam chwilami wrażenie, że autor celowo droczy się z czytelnikiem. Narracja jest tutaj tworzona z perspektywy kilku różnych bohaterów, a Martin stosuje politykę zabawy kota z myszką - coś się dzieje, czytelnik zatapia się w historii, nagle jest coś nieprawdopodobnego... i bum, następna historia z punktu widzenia innej postaci, a ja muszę czekać dla przykładu sto stron, by dowiedzieć się, co się wcześniej wydarzyło. I choć chwilami tego nienawidzę, to tak naprawdę uważam to za genialne pociągnięcie, które jeszcze bardziej wpływa na lepszy odbiór. 

Z książki na książkę autor zaczyna coraz mocniej zarysowywać wątek fantastyczny. Wcześniej było tego niewiele, gdyż bardziej skupił się na intrygach, jednakże pisarz systematycznie, spokojnie i w swoim tempie wszystko rozwija, odkrywając krok po kroku rozmaite tajemnice z wykreowanego przez siebie uniwersum. Jednocześnie - odkrywając jedną zagadkę, tworzy pięć nowych. A czytelnik pozwala mu na to, gdzieś w głębi umysłu zauważając, że popada w całkowite uwielbienie. 

Gdybym miała powiedzieć, jaki był ten tom, to musiałabym udzielić dwóch odpowiedzi. Pierwszą byłoby - świetny, niesamowicie wciągający i trzymający w napięciu do ostatniej literki ostatniego wyrazu w ostatnim zdaniu na ostatniej kartce. Druga - przewidywalny. Bo po geniuszu poprzednich dwóch części ja miałam PEWNOŚĆ, że ten też będzie na równie wysokim poziomie. I cieszę się, że nie dane mi było się pomylić.


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

niedziela, 15 lutego 2015

Po trupach, byle do celu.


Autor: George R.R. Martin
Tytuł: Starcie królów
Seria: Pieśń Lodu i Ognia. Tom II
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 1022

Ostatnim razem zachwycałam się tu moim najnowszym odkryciem, jakim był pierwszy tom słynnej sagi Pieśń Lodu i Ognia, czyli Grą o tron.Jestem zmuszona przyznać, że ta historia wywarla na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Już od długiego czasu nie miałam okazji spotkać się z tak starannie wykreowaną rzeczywistością z równie wciągającą i niebanalną fabułą. Po tak dobrym pierwszym spotkaniu nie chciałam długo czekać, dlatego zabrałam się za kolejną część - Starcie królów. Co tym razem Martin przygotował dla swoich czytelników?  

W Krainie Siedmiu Królestw sytuacja staje się jeszcze bardziej napięta, co wydawało się niemożliwe. Wiele osób zaczyna sobie rościć prawa do Żelaznego Tronu, choć nie każdemu on przysługuje. Rozpoczyna się pełen niepokoju okres dla ludzi - trwa wojna, więc trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron. Wybór nie jest łatwy, jednakże w obliczu starcia takich potęg ciężko pozostać bezstronnym. Najważniejsze jednak dla wszystkich - czy dla poddanych, czy dla rycerzy, czy dla możnowładców, jest jedno - przetrwanie. To nie jest łatwe w obliczu nadchodzącej zimy... 

Z zadowoleniem po lekturze kontynuacji stwierdziłam, że nie czuję się ani troszeczkę zawiedziona. George R.R. Martin w prawdziwie mistrzowski sposób rozwija wątki, które rozpoczął w pierwszym tomie. Czytelnik od samego początku jest wciągnięty w wir wydarzeń i tylko uważna lektura pozwala na zrozumienie wszystkich wydarzeń - gwarantuję Wam, że to nie jedna z tych książek, w której możecie przerzucić do przodu sto stron i nadal wiedzieć, co się dzieje - tutaj każdy rozdział obfituje w mnóstwo zawirowań, dlatego czytając naprawdę należy się skupić, bo informacji do przyswojenia jest sporo. By jednak Was nie straszyć - czyta się tak przyjemnie, że same wskakują do głów! 

Dzięki tej książce możemy jeszcze lepiej poznać wszystkich bohaterów i przesłanki, które nimi kierowały - nie wszyscy byli szlachetni, o nie. Dla jednych ważna była sława, dla drugich pieniądze, a trzeci robili to dla honoru rodowego. Po przeczytaniu dwóch tomów mogę powiedzieć, że zdecydowanie pokochałam klan Starków, zapałałam wręcz nienormalną miłością do nich! Catelyn uwielbiam za to, że jest silna i potrafi nie załamywać się mimo kolejnych ciosów spadających na jej wiotkie ramiona. Robb imponuje mi tym, że mimo młodego wieku potrafił wziąć na siebie całe brzemię, jakim jest dowodzenie armią. Sansa potrafiła wydorośleć i nie zachowywać się jak małe dziecko. Arya wciąż udowadnia, że potrafi radzić sobie nawet w najtrudniejszych warunkach. Bran to tak kochany chłopiec, że za każdym razem sceny z jego udziałem rozczulają mnie ze względu na jego sytuację. A Rickon to po prostu rozczulający malec. 

Zgoła inaczej rzecz ma się z rodem Lannisterów, którzy dla mnie są po prostu okropni. Ich już tak nie wielbię, bynajmniej. Cersei od początku denerwowała mnie swoim zachowaniem, pokazując, kim ona nie jest. Jej bezkompromisowość i brak litości także nie przysporzyły jej mojej sympatii. Joffrey to po prostu smarkacz, któremu zachciało się bawić we władcę. Tyrion - nie, on do mnie nigdy nie przemawiał, może ze względu na tę zgorzkniałość, którą ciągle w nim wyczuwam? A Jaime - to po prostu nadęty buc. 

W tej części autor mniej także skupia się nieco na intrygach i knowaniach poszczególnych osób - choć dalej są one obecne, to nie jest ich aż tyle co wcześniej. Tym razem pokazuje nam, że w państwie toczy się wojna. To wciąż jest wyczuwalne i niezwykle namacalne - czytając, wręcz czujesz metaliczny zapach przelanych hektolitrów krwi, słyszysz kwik zabijanych koni, krzyki bólu mordowanych rycerzy czy najemników. Wraz z poszczególnymi dowódcami toczysz walki, snujesz plany, ustalasz taktykę i strategię. Tutaj nie masz wrażenia bycia czytelnikiem. Nie masz wrażenia bycia widzem i obserwowania wszystkiego z popcornem w ręku. Jesteś uczestnikiem wydarzeń i czujesz, że od Ciebie wszystko zależy. 


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 13 lutego 2015

Łatka "bestselleru" - wyznacznik wartości książki czy kilka nieznaczących literek?


Autor: George R. R. Martin
Tytuł: Gra o tron
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia. Tom I
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 844

Czytając książki, doświadczamy szeregu zjawisk, jak np. kac książkowy, deja vu czy przesyt. Sięgamy ciągle po ich jeden typ, aż w końcu czujemy, że wszystkie historie nam się mylą, zlewają i nie jesteśmy w stanie odróżnić jednej historii od drugiej. Nie pamiętamy, czy to Lucy zdradziła Michela, czy Michael Lucy; czasami ulatują nam z pamięci szczegóły, a czasami istotne dla przebiegu fabuły zdarzenia. W ostatnim czasie zaczęłam coś takiego odczuwać, dlatego uznałam, że na jakiś czas muszę sobie dać spokój z książkami New Adult i wszelakimi obyczajówkami, które na okrągło czytałam. Sięgnięcie po Trylogię Czarnego Maga było moim powrotem do fantastyki, przez co nabrałam ochoty na kolejne opowieści tego gatunku. Zdecydowałam się porwać na swojego rodzaju klasykę - sagę Martina, o której chyba wszyscy do tej pory słyszeli i czytali, tylko nie ja. O czym opowiada pierwsza opowieść z tego cyklu? 

Akcja toczy się w Zachodnich Krainach, które od północy są ogrodzone Murem - mało kto odważa się na przekroczenie go ze względu na krążące pogłoski o Innych, zamieszkujących te tereny. Od dziesięciu lat trwa tu lato - a ludzie mówią, że im dłuższe lato, tym dłuższa zima. Wszystkie znaki jednak pokazują, że ten stan ma ulec zmianie. Na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain zasiada król Robert - władca, któremu udało się pokonać poprzedniego, szalonego monarchę Aerysa Targaryena. Poprzedni król pozostawił jednak po sobie potomstwo, które nie zapomniało o swoich dziedzictwie, a możnowładcy w kraju również pokazują, że marzy im się przywdzianie korony - kto zwycięży grę o tron? 

Spoglądając na to opasłe tomiszcze, które przytachałam do domku z biblioteki, zaczęłam się zastanawiać najpierw nad tym, czy rzeczywiście jest to tak dobra historia, jak wiele osób utrzymuje. Etykietka bestsellera nie oznacza przecież, że książka będzie odkryciem roku - może się okazać największym nieporozumieniem. Najlepszym sposobem na przekonanie się, po której stronie się stoi, jest dowiedzenie się metodą empiryczną. Zasiadłam więc, przeczytałam stronę pierwszą, drugą... 

I ostatnią. No cóż, może nie w takiej kolejności, ale mogę Wam zaręczyć, że zaczynając czytać tę książkę, nie będziecie w stanie odłożyć jej zwyczajnie na półkę, by zająć się czymś innym. Ma ona w sobie specyficzny rodzaj magnetyzmu, który wręcz nakazuje Wam śledzić tę historię i nie odrywać się od niej ani na moment. Nieważne, że burczy Wam w brzuchu. Nieważne, że przed oczami macie malutki czarne plamki, a powieki mają ochotę opaść. Nieważne, że musicie jużteraznatychmiast iść do toalety. Nieważne nawet, że obok przypala Ci się naleśnik - nie jesteś w stanie przerwać. Ja nie byłam. 

Nie mogłam chyba trafić na lepszą książkę do poczytania. Ta od początku sprawiła, że nie byłam w stanie się od niej oderwać. Przyczyn tego było kilka. Pierwszą była naprawdę dobrze przemyślana i skonstruowana fabuła. Autor wiedział czego chciał, wiedział jak chce to przedstawić i konsekwentnie, krok po kroku, realizował swoje zamierzenia. Podczas czytania nie odczuwałam wrażenia, że coś jest przesadzone, naciągane, że Martin bawi się w wodolejstwo - te 844 strony są całkowicie, po krawędzie zapełnione solidną dawką dobrej literatury. 

Przyczyniają się do tego bohaterowie. Początkowo można mieć problem z rozeznaniem się, kto jest kim, ze względu na naprawdę imponującą plejadę osób, jednak im dalej jesteśmy, tym mniejsze są kłopoty. Zawsze byłam zła na autorów, gdy kreując opowiastki z dwójką czy trójką postaci, nie byli w stanie nadać im realizmu - Martin stworzył ich całe mnóstwo, a każda z nich jest niepowtarzalna i oryginalna. Każda ma w sobie to coś. I choć nie wszystkich jest się w stanie polubić, bo niektórym by się najchętniej ukręciło kark, to trzeba z czystym sumieniem przyznać, że autor dokonał nie lada sztuki, za co po raz kolejny ślę ukłon w jego kierunku. 

Jeśli miałabym powiedzieć, czy jest to powieść wielowątkowa, czy może jedno-, to miałabym z tym sporą zagwozdkę. Wydarzeń jest tu naprawdę wiele, jest też sporo rozmaitych niuansów do zapamiętania, jednak jest też motyw przewodni, wokół którego wszystko się skupia - walka o tron. Nie ma tu miejsca na sentymenty i zabawę, to wszystko się skończyło. Autor stara się jak najlepiej nakreślić dla czytelnika, jak brutalnymi prawami rządzi się natura. Historia pełna jest intryg, nie brakuje tu tajnych sojuszy, zdrad i oszustw - to tylko dodaje smaczku i zaostrza apetyt.

Kolejną ważną rzeczą w tej książce, na którą chcę zwrócić Waszą uwagę, jest symbolika. Tutaj każdy szczegół ma znaczenie i nie wziął się z kapelusza. Motta rodów, zwierzyna, legendy i podania ludowe - to wszystko się ze sobą łączy, nic nie odstaje. To także powieść znaków i oznak, które autor w subtelny sposób wprowadza - uważny czytelnik jednak z łatwością je odnajdzie i rozpozna.

Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, czy autor mógł być w stanie wykreować lepszą historię od tej, którą miałam możliwość przeczytać. Stworzył prawdziwe dzieło, które z marszu zaczęłam uwielbiać. To według mnie sztandarowy przedstawiciel fantasy i jeśli kolejne tomy będą utrzymane choćby na tym samym poziomie, to z pewnością nie czeka mnie nuda. Autor wysoko postawił sobie poprzeczkę i mam nadzieję, że nie za wysoko, gdyż rozbudził mój apetyt. Teraz zabieram się za drugą część, a Wam radzę, byście nie zwlekali, jeśli jeszcze nie znacie tej historii, i jak najszybciej rozpoczęli z nią swoją przygodę. 


Moja ocena: 9/10

Książka bierze udział w wyzwaniu: 
Czytam Opasłe Tomiska

środa, 4 lutego 2015

Jak przeżyć, gdy za ścianą kończy się świat?


Autor: Emmy Laybourne
Tytuł: Odcięci od świata
Cykl: Monument 14. Tom I
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 344

Zawsze ciekawiło mnie to, dlaczego historie związane z przetrwaniem cieszą się taką popularnością wśród odbiorców. Czy weźmiemy pod lupę produkcje telewizyjne jak np. mój ukochany serial Lost czy niezły film Pojutrze, czy przypomnimy sobie sukces serii książkowych takich jak Jutro czy GONE, wniosek jest jeden - na coś takiego popyt. A skoro jest zapotrzebowanie, to logiczne jest, że autorzy starają się kuć żelazo póki gorące i na fali sławy poprzedniczek, wydają swoje historie. Czy są jednak jeszcze w stanie zaskoczyć czymś czytelnika i przypodobać mu się? 

Monument to miasteczko takie jak inne. Ten dzień też zaczyna się jak każdy inny... ale ma całkowicie odmienny finał. Czternastka osób - szóstka przedszkolaków, dwoje gimnazjalistów i szóstka licealistów nie trafia do swoich szkół. Zamiast tego chronią się w wielkim supermarkecie, gdyż ich kraj pada ofiarą nieprawdopodobnych anomalii - wschodnie wybrzeże jest nawiedzone przez megatsunami, do tego padła łączność, a w powietrzu unoszą się chemikalia, które mają dziwny wpływ na ludzi. Czy dzieciaki są w stanie same sobie poradzić i przetrwać?

Już same zapowiedzi sprawiły, że ta seria mocno mnie zainteresowała. Historie utrzymane w klimacie post-apokaliptycznym od pewnego czasu szturmem zdobywają rynek i sprawiają, że z przyjemnością zapoznaję się z kolejnymi wizjami danych autorów. Gdy powoli zaczęły pojawiać się kolejne recenzje na blogach, wiedziałam, że to coś dla mnie - kwestią czasu było, aż sięgnę po początkowy tom. Poczekałam więc, by recenzje, które jak grzyby po deszczu wyskakiwały na innych stronach, bym nie sugerowała się cudzym zdaniem, zaparzyłam smakowitą herbatkę, wyjęłam ciasteczka... i pozwoliłam sobie na zatonięcie w tej ciekawej historii. 

Na pewno nie można odmówić autorce tego, że przedstawiła czytelnikom wybrakowaną opowieść - zaprezentowała natomiast bardzo plastyczną wersję wydarzeń, która w rzeczywistości mogła się wydarzyć któregoś dnia. Ciężko jest uważać, że brakuje tu realizmu, ponieważ wszystkie elementy tworzą zgraną i zgrabną całość, która płynnie się uzupełnia. Nie ma tu żadnych kosmitów, wampirów, zombie czy wilkołaków, które zagrażałyby ludzkości. Z lektury książki można za to wywnioskować, że to ludzkość sama jest sobie winna wszystkich katastrof, co stanowi logiczne wyjaśnienie. 

Odciętych od świata czyta się naprawdę świetnie i w szybkim tempie. Autorka zadbała o to, by książkę dopasować jak najbardziej do grupy docelowej, dlatego posługiwała się lekkim, bardzo młodzieżowym językiem - dla niektórych może być to minusem, jednak według mnie było przemyślanym zabiegiem. Za narratora ustanowiła bowiem jednego z chłopięcych bohaterów, więc wszystko sprawiało wrażenie naturalnego. Tak jak i bohaterowie - wszyscy byli szczerzy i tacy świeży, wydawali się być dobrze wykreowani, choć wydaje mi się, że troszkę widoczne było w nich niedopracowanie. Może ze względu na ilość postaci - stworzenie czternastu osób z krwi i kości to dość ciężkie przedsięwzięcie. 

Pierwszy tom trylogii Emmy Laybourne to dobry kawałek literatury młodzieżowej, pokazujący nowe, świeże spojrzenie na temat globalnej katastrofy. W ciekawy sposób pokazuje to, jak grupka młodych osób stawia czoła wielu problemom, z których najważniejszym jest ich przetrwanie. Wszystko jest okraszone niebanalnymi zwrotami akcji, dość dużą dawką emocji i prawdziwością bijącą ze stron, co sprawia, że książkę poznaje się z dużą radością. To zdecydowanie historia skierowana do młodzieży, aczkolwiek część starszych dzieci również może czerpać przyjemność z lektury.


Moja ocena: -7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Okładkowe Love

poniedziałek, 2 lutego 2015

Historia w Kyralii dobiega ku końcowi - w wielkim stylu czy zaliczając fiasko?


Autor: Trudi Canavan
Tytuł: Wielki Mistrz
Cykl: Trylogia Czarnego Maga. Tom III
Wydawnictwo: Galeria Książki 
Liczba stron: 718

Jeśli miałabym się zastanowić, co najbardziej pociąga mnie w czytaniu książek, to wcale nie powiedziałabym, że jest to poznawanie nowych historii czy wypróbowywanie kolejnych autorów. Oczywiście, jest w tym mnóstwo uroku, który zawsze będzie mnie nęcił i pociągał, lecz na piedestale postawiłabym coś innego - emocje, emocje, jeszcze raz emocje. Te, które powodują, że jeszcze bardziej zżywamy się z bohaterami, mamy wrażenie, że doskonale ich znamy - przez co wzbudzają w nas wiele uczuć. Zarówno tych pozytywnych, jak i pozytywnych inaczej. 

Lubię od czasu do czasu zafundować sobie tzw. maraton czytelniczy, polegający na łykaniu "na raz" całych cyklów książkowych, tak jak w przypadku mojej przygody z trylogią Trudi Canavan. Pozwala to całkowicie zanurzyć się w opowieści snutej przez twórcę, nie przerywając jej innymi, kompletnie niezwiązanymi z nią czytadłami. Przez ostatnie dni mieliście możliwość czytania o emocjach towarzyszących mi podczas poprzednich tomów. Gildia Magów zaciekawiła mnie sobą i rozbudziła nadzieje co do serii, natomiast Nowicjuszka mocno je ostudziła swoją zawartością. Jakie było zatem zakończenie, czyli Wielki Mistrz? Z pewnością inny. 

Życie Sonei nie było łatwe w czasie, odkąd przystąpiła do Gildii, jednakże koniec prześladowań ze strony Regina sprawił, że od razu zrobiło jej się lżej. Wciąż jednak nie daje jej spokoju sekret, który musi dzielić z Wielkim Mistrzem Akkarinem - początkowo nie była pewna jego prawdomówności, jednak w końcu zaczyna się zastanawiać, czy nie powinna mu zaufać. Gdy Gildia boryka się z problemem stanowiącym zagrożenie dla jej jedności, powinna raczej obawiać się kogoś z północy niż ludzi z nią związanych. 

Wciąż żywy w mojej pamięci jest ten żal po przeczytaniu drugiego tomu. Sami pewnie znacie to uczucie, gdy liczycie na coś dynamicznego i mocnego, a otrzymujecie nużące Was czytadło, które nie przypomina niczego, co Was w nim na początku urzekło. Tak się właśnie czułam, dlatego z wielką obawą sięgałam po Wielkiego Mistrza. Obawiałam się, że może być jeszcze gorszy, jeszcze słabszy, jeszcze bardziej rozczarowujący. Nie chciałam jednak odwlekać tego i stwierdziłam, że trzeba w życiu ryzykować. Zaczęłam czytać... I przepadłam, dosłownie. 

Historia nie zaczyna się się aż tak długo, jak poprzednie tomy - w tym przypadku mamy wprowadzenie, lecz już niedługo cała opowieść zaczyna nabierać obrotów. Nie ma monotonii, nie ma nudy - przez myśl mi wielokrotnie przemykał wtedy nieśmiały błysk nadziei - może po prostu tę trylogię dotknęła klątwa drugiego tomu, polegająca na tym, że często właśnie wtedy następuje u autorów spadek formy? Może niepotrzebnie aż tyle wątpliwości miałam, a ta książka okaże się czymś naprawdę dobrym? I rzeczywiście... chwila za chwilą przekonywałam się, że mam do czynienia z czymś, co na długo utkwi mi w pamięci. 

Z pewnością autorka dopracowała i dopieściła swoje postaci. O ile marudziłam na główną bohaterkę wcześniej, tak teraz nie mam do czego się przyczepić. Przeszła niesamowitą metamorfozę i sprawiła, że zapałałam do niej mnóstwem sympatii. Nadal zdarzały się sceny, gdy miała ciągłe wątpliwości - ale tylko pojedyncze sceny, nic więcej! O wiele, wiele częściej pokazywała się ze strony zdeterminowanej i pewnej swoich decyzji młodej kobiety, która wie, czego chce i jak tego dokonać - nawet jeśli groziła jej za to najwyższa kara. Dojrzała i jest w stanie poświęcić wszystko dla kogoś, kto stał się dla niej całym życiem. 

Kolejną kwestią jest wątek miłosny, który tutaj nabrał zdecydowanych kształtów. W poprzednich historiach bohaterce zdarzały się drobne miłostki, jednak były one nieznaczące dla przebiegu akcji. Tutaj natomiast w dalszej części książki Canavan pokazała, czym jest prawdziwa miłość. Nie taka, jak z Romka i Julki, gdzie sztuczność aż się wylewa z kartek - tu wszystko było takie... świeże i naturalne. Tu nie było nadmiernego epatowania tym uczuciem, nie było wrażenia, że historia zmierza do zmienienia się w tanią opowiastkę o dwójce zakochanych. Nie, nie, nie. 

O ile cała historia wzbudziła u mnie zachwyt, tak ostatnie kilkadziesiąt - może i sto stron, po prostu wbiły mnie w siedzenie. Czasami nie mogłam uwierzyć w to, co wymyślała autorka, dlatego nie potrafiłam powstrzymać łez - ta recenzja też jest właśnie tak pisana, w tym momencie pisania powoli obsychają, choć polało ich się wiele. Nie podejrzewałam, że można tak zakończyć tę serię. Nie było to zakończenie takie, jakiego się spodziewałam, lecz po namyślę uznaję, że było doskonale wyważone. Ani zbyt ckliwe, ani zbyt melodramatyczne. Takie słodko-gorzkie. Jak w prawdziwym życiu. 

Teraz, gdy mam już za sobą całą tę trylogię, te 1888 stron opowieści rozgrywanej w magicznej krainie Kyralii, to jest mi żal. Żal, że to już koniec. Choć cała seria nie jest na medal, gdyż ma swoje zalety i wady, tak z czystym sercem mogłabym przyznać order dla finałowego tomu. Canavan pokazała, że potrafi z klasą zakończyć to, co zaczęła. Uderzając w ludzkie serca i grając na ich emocjach, a do tego zapewniając wiele rozrywki podczas czytania. Niesamowicie dobre, niesamowicie mocne, niesamowicie prawdziwe. Warto było przemęczyć drugi tom, by móc poznać coś takiego. 

Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka