sobota, 31 stycznia 2015

Czy w dobie niebezpieczeństw, zagrożeń, spisków i tajemnic można przetrwać i dać sobie z tym radę? (Wyniki)


Autor: Trudi Canavan
Tytuł: Nowicjuszka
Cykl: Trylogia Czarnego Maga. Tom II
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 650

Istnieją historie, przy poznawaniu których wiele sobie obiecujemy i liczymy, że nas nie zawiodą. Może i w klasycznym pojęciu tego słowa po ich przeczytaniu nie następuje ogromne rozczarowanie, jednak odczuwamy w sercu ukłucie żalu, bo nie wszystkie nasze nadzieje zostają ziszczone. Sięgamy po książkę jak najszybciej, zachłannie chłoniemy słowo po słowie... i uświadamiamy sobie w pewnej chwili, że przeczytaliśmy już sto stron. Teoretycznie wszystko w porządku, w końcu lektura nam się nie dłuży, aczkolwiek dociera do nas, że nic się tak naprawdę nie wydarzyło. Jednak nie poddajemy się - książka jest dość spora, może i dłużej potrzebuje na rozkręcenie. Więc czytamy, czytamy, czytamy... i nagle odczuwamy znużenie. Zerkamy na liczbę stron - 350, a tu nadal bez fajerwerków. Ze zniecierpliwieniem podejmujemy dalsze próby i czytamy... 
A tu klops. 

Jeden, wielki, smutny klops. Tak mogę określić przygodę z tą książką. Co jest zdecydowanie bolesne, gdy jeszcze kilkanaście godzin temu zaczynałam czytać Nowicjuszkę pełna zapału i optymizmu, licząc, że autorka w bardziej zdecydowany sposób zacznie rozwijać akcję, wprowadzi więcej dynamizmu, spowoduje, że zacznę drżeć z niecierpliwości, pochłaniając każdą kolejną stronę. Owszem, drżałam - z żalu, złości i zdziwienia. Że zamiast chociażby niezłej kontynuacji całkiem dobrego pierwszego tomu otrzymałam coś takiego

Gildia Magów od zawsze była zdominowana przez ludzi pochodzących z wyższych sfer, czyli tzw. Domów - choć nie, lepszym słowem jest zmonopolizowanie jej przez nich. I nagle ta sytuacja odmienia się, gdy pojawia się Sonea. To zwyczajna dziewczyna pochodząca z pogardzanych przez wszystkich slumsów, która przerwała odwieczną tradycję. Wiedziała, że decydując się na pozostanie w Gildii, zyskała wielu przeciwników, lecz nigdy nie spodziewała się, że może być aż tak źle. W konsekwencji pewnego niezamierzonego wydarzenia jej życie odmienia się pod wieloma względami - czeka ją kilka zmian, których chciałaby uniknąć. Teraz jednak musi skupić się na tym, by przetrwać - czy jest to możliwe z wiedzą o Akkarinie? 

Po skończeniu tej książki długo nie mogłam zrozumieć, co poszło nie tak. Co spowodowało, że nastąpiła klęska, a autorka nie podołała dalszej części swojej trylogii? Próbowałam na spokojnie skonfrontować wszystkie swoje zarzuty wymierzone w Canavan i spróbować za ich pomocą logicznie usprawiedliwić autorkę - jednak nie dało się. Mówi się, że nawet najlepszym zdarzają się błędy - jednak nie poznałam jej od tej strony, bo już pierwsza część miała nieco mankamentów, które zlekceważyłam. Teraz odbiło się to na mnie. Lecz ad rem - co poszło nie tak? 

Główna bohaterka. Sonea. Nowicjuszka. Jakkolwiek by ją określić, to i tak będzie wiadomo, o kogo chodzi. W Gildii Magów wydawała mi się niemrawa, lecz uważałam, że to uczucie w tym tomie bezpowrotnie minie. Jednak mocno się myliłam.. Bardzo mocno. Tutaj co chwila miałam wrażenie, że mam do czynienia z Meyerowską Bellą. Prześladowana na każdym kroku dziewczyna, czasami wydająca się być taką nieporadną biedulką uskarżającą się na siebie, ale mimo wszystko - tą wyróżnioną i najlepszą. Podejmowała decyzje, ale za chwilę ciągle zarzucającą sobie, że to zrobiła. Niezdecydowana taka, grrr! 

Dalej pod względem narracji było zmiennie. Wciąż autorce problemy zaczęło sprawiać ustalenie jakiejś reguły, dzięki której byłoby lepiej pod tym względem. Wciąż zmiennie, wciąż przeskoki - tylko dlaczego teraz pojawiło się więcej fragmentów, które najzwyczajniej w świecie nużyły? Dlaczego tak mało było momentów, w których czytelnik z wypiekami na twarzy śledziłby wydarzenia? Gdzie zwroty wydarzeń, nieoczekiwane akcje, niespodzianki? Owszem, nie mogę powiedzieć, że ich nie było. Ba, kilku można by się naliczyć. Ale czemu tak niewiele? 

Przegadanie. Lanie wody. Pisanie o niebieskich migdałach. Czasami naprawdę miałam takie wrażenie. O ile w poprzedniej recenzji pisałam, że oczekuję rozwinięcia niektórych wątków, tak teraz oficjalnie wycofuję to. Myślałam, że pociągnięcie innych splotów może być interesujące. Dobra, czasem było. Czasem z ciekawością je poznawałam. Słowo klucz - czasem. Bo w kilku przypadkach nie rozumiałam - po co? Po co pisać coś, co sprawia wrażenie wyciągniętego z kapelusza i rozwleczonego niepotrzebnie? 

Zapewne po tej recenzji możecie uważać, że ta książka to jeden wielki gniot. Nie, to nieprawda. To nie najgorsza książka dla kogoś, kto nie nastawiał się na wiele. Kto nie miał zbyt wygórowanych względem niej wymagań, nie oczekiwał wartkiej akcji i zwrotów w niej. Ale jak ktoś jak ja nastawił się na mocną fantastykę, w której wiele się dzieje, a czytelnik poznaje wszystko z bijącym sercem, to nie to. Bo jest ok. Jest w porządku. Pewnie pisząc tę recenzję o innej porze, na chłodno, dostrzegłabym więcej pozytywów i starałabym się je lepiej pokazać. Ale wciąż czuję ten żal i on nie pozwala mi na powiedzenie, że to nawet fajna książka. Bo mi jest przykro, że autorka nie dała sobie z nią rady. A ja boję się sięgać po finał, bo sama nie wiem, czego się po nim spodziewać.


Moja ocena: 4/10

Książka bierze udział w wyzwaniu: 
Czytam opasłe tomiska
____________________________

W końcu znalazłam nieco czasu, by ogłosić Wam wyniki konkursu. Ostatnio mam go na lekarstwo i choć liczyłam, że się to zmieni, to wciąż tak nie jest. Wciąż wszystko mam napięte i niedługo znów mnie nie będzie. Ale dość uskarżania, czas przejść do tej milszej dla Was części, dlatego nie przedłużając:

Rogi wędrują do Monika Bleble
Anioł wędruje do Marta Tyckun
Drzewo Migdałowe wędruje do Natalia P
Fartowny pech wędruje do SallyBrovn

Kochani, gratuluję Wam serdecznie! :) I od razu proszę bardzo, abyście odezwali się do mnie do końca dzisiejszego dnia - wiem, że to malutko czasu, ale niedzielę spędzę poza domem, więc wtedy nawet nie będę miała czasu sprawdzić, czy wysłaliście mi adresy i zająć się przygotowaniem wysyłek dla Was. Już w nocy z niedzieli na poniedziałek mnie nie będzie, więc muszę Was prosić, abyście wysłali mi je szybciej - bo nie ja będę wysyłać te przesyłki, a ktoś inny, na kogo nie chcę zrzucać zabawy z tym wszystkim, a jedynie zlecić wycieczkę na pocztę z gotowcami. W innym razie Wasze wysyłki dotrą do Was sporo później, gdy wrócę do domku. Posty znów będą pojawiać się automatycznie, więc nie będzie tu aż takich pustek. Damy radę! Trzymajcie się cieplutko i głowy do góry, jeszcze wiele konkursów będzie! :)

czwartek, 29 stycznia 2015

W mieście pełnym magii... jak zachować swoją tożsamość?


Autor: Trudi Canavan
Tytuł: Gildia Magów
Cykl: Trylogia Czarnego Maga
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 520

Paranie się magią od wieków było dziedziną wzbudzającą wiele kontrowersji u ludzkości. W oddali osad wieśniaków znajdowały się chaty czarownic, ale nigdy blisko ich sadyb. Przybywali do nich, by poszukać u tych mądrych kobiet rady lub pomocy, ale bliższych więzi nie zadzierzgano. Były nieocenione w sytuacjach, gdy pojawiały się zarazy, ale później wszystkie ich umiejętności obracały się przeciwko nim - historia zna wiele przypadków, gdy były one ścigane i prześladowane, np. za czasów Henryka VIII czy działań słynnej inkwizycji. Nawet dziś są osoby, które chwalą się tym, że potrafią okiełznać nadprzyrodzone moce. Jedno zawsze było pewne - magia to sztuka dla nielicznych. 

Od wielu dziesięcioleci w Imardinie praktykowane były Czystki, polegające na oczyszczaniu miasta ze wszystkich bezdomnych, żebraków i pospólstwa. Takie działania nie spotykały się z akceptacją niższych warstw społeczeństwa, które celując w magów kamieniami, pokazywały swoje niezadowolenie. Nie byli jednak w stanie im zaszkodzić, gdyż ich cele były otoczone magicznymi osłonami, których zwykli śmiertelnicy nie byli w stanie przebić. Tym razem równie obojętnie podchodzili do ataku, gdy wydarzyło się coś niespodziewanego - ktoś pokonał rzutem ich osłonę, a więc dziki mag był na wolności! Sonea nigdy nie spodziewała się, ile problemów sobie przysporzy - poszukiwać zaczęła jej cała Gildia. Czy wyjdzie jej to na dobre? 

W ostatnim czasie (trwającym niepokojąco długo), najczęściej zdarzało mi się sięgać po rozmaitą literaturę, która była i jest kierowana głównie do młodzieży. Gdzieś zatraciłam ochotę na dreszczyk emocji, który zapewniały mi horrory czy kryminały. Bardzo rzadko sięgałam po literaturę podróżniczą czy coś ze światowej lub polskiej klasyki. Lecz najbardziej martwi mnie to, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz zetknęłam się z czystym, prawdziwym czytadłem z tak uwielbianej przeze mnie dawniej fantastyki. Od razu zachciałam to zmienić - przepytałam kilku znajomych i ... mam! Usłyszałam nazwisko autorki, którą zawsze chciałam wypróbować, a nie było okazji. Właśnie się nadarzyła. 

Dość sporo słyszałam też wcześniej o Canavan, dlatego miałam na nią całkiem duży apetyt - tym większy, że do tej pory nie miałam z nią do czynienia ani razu, a więc nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Teraz, po przeczytaniu pierwszej części z jej trylogii mogę powiedzieć, że jestem całkiem usatysfakcjonowana. Choć mam kilka zastrzeżeń co do wykreowanej przez nią historii, to nie przeszkodziło mi to od razu zaopatrzyć się w drugi tom - tak rozbudziła moją ciekawość. 

Chyba najbardziej zabolał mnie fakt, że o ile drugoplanowe postaci (mimo niepoświęcenia im dużej uwagi) zostały nakreślone w sposób, który intrygował mnie i sprawił, że z częścią bohaterów zaczęłam sympatyzować, a z częścią nie, to główna bohaterka, czyli Sonea, wydawała się dosyć bezbarwna i chwilami bez wyrazu. NIby wydarzenia toczyły się wokół niej, niby była osią wszystkiego, a jednak chwilami nic na to nie wskazywało. Brakło mi też też choć odrobiny rozwinięcia innych wątków, które autorkach zdusiła w zarodku. I magii. Nieco paradoksalnie, bo sytuacja działa się wśród magów, a średnio ją tam można było wyczuć. 

To, czego nie można Canavan zarzucić, to starannie wykreowanej sytuacji panującej wewnątrz Gildii i dbałości o szczegóły. Czytelnik ma okazję poznać to środowisko w bardzo dokładny sposób. Trudi postarała się przedstawić wszystko tak, by nie namącić czytelnikowi w głowie nowymi informacjami. Wprowadzała je spokojnie i raczej dawkowała, niż bombardowała nimi, nie mieszała też niczym - przez co łatwo można było zrozumieć całą historię tworzoną przez nią. 

Akcja książki nie jest monotonna ani usypiająca. Pisarka zadbała o to, by czytelnik nie zanudził się podczas czytania i od początku z uwagą śledził rozgrywające się wydarzenia. Autorka stosowała zmienny tryb w opisywaniu - chwilami akcja naprawdę szybko posuwała się naprzód, a następnie stawała się na pewien okres statyczna, by za niedługo znowu przyspieszyć i przysporzyć nie tylko bohaterom, ale także czytelnikom wielu nowych emocji i rozterek. 

Muszę przyznać, że pierwsze spotkanie z Canavan przebiegło w ostatecznym rozrachunku pomyślnie. Może i nie stworzyła historii, która szybko powaliła mnie na kolana, ale jednak udało jej się napisać książkę naprawdę dobrą i wciągającą. Trudi nie pisze trudnym językiem, więc jeśli miałabym stwierdzić, dla kogo jest ta książka, to myślę, że odpowiednia będzie dla osób, które stawiają pierwsze kroki w literaturze fantastycznej - choć podejrzewam, że i wielu osobom obeznanym "w temacie" przypadnie do gustu. Teraz przede mną drugi tom - spoglądam na niego z nadzieją i liczę, że będzie jeszcze lepiej.


Moja ocena: 7-/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

wtorek, 27 stycznia 2015

Kolejna odsłona miłości - niby podobna do innych, a jednak różna.


Autor: Abbi Glines
Tytuł: Przypadkowe szczęście
Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 320 

Wariat. Szaleniec. Obłąkaniec. Psychol. Często wielu ludzi używa tych słów w odniesieniu do innych osób - czasem ma to wydźwięk nieszkodliwy, ponieważ jest użyte w żartobliwym kontekście. Natomiast czasami zdarza się, że takie słowo ma na celu pokazanie większej lub mniejszej niepoczytalności danej jednostki. Z pewnością nie jest łatwo żyć z człowiekiem mającym problemu natury psychicznej - wielu ludzi decyduje się na oddanie takiej osoby w miejsce, gdzie znajdują się tzw. pokoje bez klamek. Co jednak, gdy taka opcja nie wchodzi w grę, a swoje życie z osobą szaloną musi wieść małe dziecko? 

Della na pierwszy rzut oka stanowi bardzo ładną, młodą kobietę, taką jakich niewiele. Nikt nie wpadłby jednak na to, że jej uśmiech może stanowić maskę dla traumatycznej przeszłości dziewczyny. Teraz chce ona odciąć się od tego, dlatego decyduje się na podróż przed siebie - ale już na stacji benzynowej poznaje kogoś, kto doprowadzi do zaburzenia całego jej dotychczasowego życia. Woods jest mężczyzną z marzeń niegrzecznych dziewczynek - przystojny, ostry i majętny. Czy jednak będzie w stanie wyrzec się czegoś, do czego dążył całe życie? 

Każdy z nas lubi sięgać po coś, co jest znane, lubiane i wypróbowane. Po coś, po czym wie, czego się spodziewać, a czego nie. Również należę do takich osób, ponieważ często sięgam po książki autorów, którzy w jakiś sposób przyciągnęli do siebie moją uwagę. Wydaje mi się jednak, że nie tylko tym żyje czytelnik. Bo nic nie jest w stanie zastąpić nowego, interesującego odkrycia i satysfakcji, że poznało się coś dobrego. Czy przy sięgnięciu po twórczość nieznanej mi dotąd Abbi Glines towarzyszyły mi takie uczucia? 

Muszę przyznać, że tak. Do tej pory nie miałam bezpośredniego zetknięcia się z czymś, co wyszło spod jej ręki - wciąż spotykałam się z rozmaitymi recenzjami, które sprawiały, że ciekawiło mnie, co takiego w tych książkach jest. I choć nie zaczęłam uważać tej autorki za niesamowicie utalentowaną pisarkę, to jednak ma ona w sobie to coś, co sprawiło, że z przyjemnością poświęciłam wieczór na zapoznanie się z nią. I wcale tego nie żałuję, bo podejrzewam, że jeszcze nie raz i nie dwa zaproszę ją do umilenia mi czasu tak sympatycznymi bohaterami.

Tak, to zdecydowanie jedna z tych książek, gdzie autorka stara się pokazać nam różne skrajności - w jednym momencie jest cukierkowo i słodziutko, za chwilę wszystko nabiera ostrości niczym po dodaniu szczypty chilli, a następnie ponownie jest łagodzone. Nie dotyczy to jedynie wydarzeń, bo również i wspomnianych chwilę wcześniej postaci. Wydają się być beztroskie, optymistyczne i bez zahamowań - ale to tylko pozory. W głębi każdy jest inny, lecz skrywa to pod grubym i solidnym pancerzem, którego pozbywają się z czasem. 

To jedna z książek, które mają na celu pokazanie nam, że nic nie jest takie, na jakie wygląda. Abbi Glines uświadamia swoim czytelniczkom, że przeszłość każdego człowieka ma ogromny wpływ nie tylko na jego teraźniejszość, ale i przyszłość. Pokazuje, jak wielka jest siła prawdziwej miłości - takiej, dla której nie istnieją żadne przeszkody czy bariery. Może nie zaskakuje, ale napawa optymizmem. Gdybym miała ocenić, dla kogo jest to napisana książka, to po namyśle dochodzę do wniosku, że dla osób, które nie boją się marzeń - o miłości, odszukaniu kogoś, kto pokocha nas ze wszystkimi wadami i o kimś, kto pomoże w walce z własnymi zmorami.


Moja ocena: 7/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Okładkowe Love 

piątek, 23 stycznia 2015

Jak żyć, gdy wyrodna matka zabrania randek, a Ty z dnia na dzień zyskujesz moce?


Autor: Liz Braswell 
Tytuł: Dziewięć żyć Chloe King. Upadła
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 288
Moja ocena: 2/10

Kocham biblioteki. Ich klimat, przesiąknięty na wskroś książkami, ich nieco duszny zapach i tę moją ciekawość co do tego, co odnajdę na tamtejszych półkach. Radości z wyszperania jakiejś cudowności, której od dawna szukałam, wręcz nie da się opisać słowami. Choć książka pani Braswell nie była specjalnie przeze mnie pożądana, to jednak zdecydowałam się na chwilowe przysposobienie jej ze względu na pewną recenzję sprzed kilku miesięcy. Zdziwił mnie wtedy jej chłód, gdyż wcześniej spotykałam się z pozytywnym odbiorem, toteż chciałam zobaczyć, czy rzeczywiście jest tak źle. Lepiej dla mnie byłoby, gdybym uwierzyła na słowo - nie wszystko warto sprawdzać empirycznie... 

Chloe King to na pierwszy rzut oka zwyczajna dziewczyna - można powiedzieć, że taka jakich wiele. Przechodzi teraz trudny okres - niezbyt dobrze dogaduje się z samotnie wychowującą ją matką, czuje się wystawiona przez dwójkę najlepszych przyjaciół, a do tego jest zła, bo nie może oficjalnie spotykać się z chłopaki, tylko musi to robić za plecami matki. Jednak dzień szesnastych urodzin wszystko zmienia, bo Chloe okazuje się być kimś innym niż dotychczas. Jej życie zostało zagrożone - czy będzie potrafiła przetrwać? 

Za najsłabszą ubiegłoroczną książkę uznałam Bezmyślną - miałam wrażenie, że jedyne, co tamtej autorce wyszło to tytuł, który nie tylko idealnie określał główną bohaterkę, ale i całą książkę. Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przeczytałam coś, co jest jeszcze gorsze. Czasami czytając coś słabego, człowiek uważa, że nic bardziej głupiego trafić mu się nie może. Lecz za jakiś czas spotyka coś, co jest jeszcze słabsze, jeszcze głupsze - dlatego nigdy nie traćcie nadziei, bo zawsze traficie na coś, co zachwieje w Was wiarę w umiejętności danego autora. Choć historia Chloe nie sięgnęła dna, to jednak znalazła się bardzo blisko. 

Zapowiadało się całkiem dobrze - mamy nastoletnią główną bohaterkę, która ma tytułowe dziewięć żyć. Od razu nasuwa się skojarzenie z kotem, co dla mnie jest na plus, gdyż uwielbiam te wredne kłębki sierści. Mamy zagadkę. Mamy niebezpieczeństwo. Wydawać by się mogło, że nie trzeba wiele wysiłku, by skonstruować coś, co byłoby chociaż przeciętne - jak widać jednak przerosło to Liz Braswell, bo stworzyła gniot, który z trudem dokończyłam - uwierzcie, że mimo małej objętości i dużej czcionki, wiele razy miałam ochotę przerwać i wziąć się za coś innego, dlatego nawet jestem z siebie dumna, że jakoś się przemogłam. 

Bardzo ciężko czyta się książki, w których samo imię głównego bohatera sprawia, że chce się zabić autora za to, że wykreował kogoś tak bezdennie głupiego. Bo taka właśnie jest Chloe King. W praktycznie każdej sytuacja okazywała się być bezgranicznie płytką, naiwną, bezmyślną i skoncentrowaną na sobie osobą. Czasami zastanawiałam się, czy w dzisiejszych czasach nastolatki są takie tępe, jak to przedstawiła nam autorka, czy może pisarka przedstawiła mi wypaczony do granic możliwości obraz? 

Bolało mnie to, że po raz kolejny opis z tylnej koładki nie był adekwatny do treści - było bowiem na nim napisane, że Chloe zrobi wszystko, by poznać prawdę. A ona zrobiła... NIC. Z dnia na dzień się zmieniła, ale nie próbowała dociekać, skąd ta przemiana. Zwykły, statystyczny człowiek zapewne okazywałby zdziwienie, strach i ciekawość. U Chloe tego nie było. Dla niej to wszystko było normalne i sprawiała wrażenie, że: a) spodziewała się tego; b) kompletnie jej to nie obchodziło. 

O wątku romantycznym chyba nawet nie ma sensu wspominać, bo tutaj tego nie było. A przynajmniej nie dla mnie, bo romantyzm zawsze całkowicie inaczej pojmowałam, być może jestem staroświecka. Liz przedstawiła pannę King jako osóbkę, która na każdego samca spogląda pożądliwie i odczuwa podniecenie na jego widok, co na początku było zabawne, lecz później stało się nieco przykre. Tak samo przykre jak jej zabawy bohaterami - tu pocałunek z jednym, tu ochota na pocałunek z kolejnym, obłapianki z kimś jeszcze, randki z obojgiem - czemu nie? Kurczaki, już nawet bohaterka wspomnianej Bezmyślnej była lepsza. 

Chciałabym powiedzieć, że właśnie przeczytałam powieść, która mnie zafascynowała i zaciekawiła. Nie spodziewałam się, że spotkam się z tak przerysowaną opowiastką, której przeczytanie było katorgą mimo niewielkiej liczby stron. Nie wiem, czy dokończę tę trylogię - na chwilę obecną jestem bardzo zawiedziona, że początek był tak zły - bo co, jeśli kontynuacja będzie jeszcze gorsza w moich oczach? Dziewięć żyć Chloe King. Upadła zostawiło mnie z żalem i niesmakiem - nie polecam tej powieści nikomu, z całego serca. CZYTACIE NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ. 

środa, 21 stycznia 2015

Amisz - anioł w ludzkiej skórze czy człowiek pełen ukrytego zła?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Świadectwo prawdy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 439
Moja ocena: 8-/10

Zawsze zdumiewające dla mnie było to, ile w stanie jest zrobić matka, byle tylko nie dopuścić do utraty swojego dziecka. Za każdym razem nieco z niedowierzaniem podchodziłam do informacji o sytuacjach, w których kobieta okazywała się bohaterką dla swojej pociechy, jak np. wtedy, gdy siłą swoich rąk podniosła samochód, byle ustrzec maleństwo przed zmiażdżeniem - podobnych historii jest mnóstwo. Chyba dla wszystkich z nas maka zawsze będzie się kojarzyła z kimś, kto za wszelką cenę będzie chciał chronić swoją latorośl - jednak zawsze zdarzają się odstępstwa, niestety... 

Amisze to ludzie silnie ze sobą związani, prości, bardzo religijni i odczuwający silną przynależność do tworzonej przez siebie zamkniętej wspólnoty. Zachowują silną odrębność do tego stopnia, że nie używają prądu - nie mają w domu nawet gniazdek. Nie korzystają z samochodów - podróżują bryczkami. Takich przykładów można mnożyć. Do tego ubierają się w charakterystyczny sposób i posługują własnym dialektem. W społeczeństwie wyrobili sobie nieskazitelną opinię osób, które są aniołami w ludzkich ciałach. Kimś takim do tej pory była również Katie. Była - bo teraz się to zmieniło. Na jednej z farm amiszów odnaleziono martwego noworodka, a wszystko wskazuje, że za śmiercią dziecka stoi właśnie ona. Wbrew zasadom amiszów dziewczyna ma mieć proces w sądzie, a jej obrony podjęła się Ellie - kobieta z "innego świata". To zadanie wcale nie jest proste, gdyż obie kobiety odebrały kompletnie inne wychowanie - czy uda im się odnaleźć nić porozumienia i dowieść prawdy? 

Nigdy nie podejrzewałam, że tak bardzo mogę polubić literaturę obyczajową, jeśli jest ona w tak dobrym stylu jak ta tworzona przez Jodi Picoult. W tym momencie piszę recenzję jej jedenastej przeczytanej przeze mnie książki, a w trakcie poznawania dwunastej jestem. I co ciekawe - wciąż nie mam jej dość! Bo choć ma charakterystyczny dla siebie styl pisania, choć ma stałe momenty w swoich książkach, to dla mnie jest mistrzynią przedstawiania sytuacji w taki sposób, by zamącić w głowie czytelnikowi, zwodzić go i sprawiać, by sam nie wiedział, po jakiej stronie się opowiada. I chociaż recenzowane teraz Świadectwo prawdy nie należy do jej najlepszych, to nadal jest to świetna proza, a inni autorzy powinni brać przykład z niej. 

Zawsze uważałam, że pisarka jest jedną z najgorliwszych perfekcjonistek z grona tych, które miałam okazję "poznać". Nie zadowala się półśrodkami, ale dąży do przedstawienia wszystkiego tak, by mieć później pewność, że dała z siebie wszystko. Takie odczucie miałam poznając społeczność amiszów - do tej pory nie miałam pojęcia, kim oni są, choć nazwa wydawała mi się znajoma. Dzięki tej książce dostałam możliwość, by móc choć w ułamku poznać obyczaje tej wspólnoty religijnej, które nieraz wywoływały na mojej twarzy karpik. Ciężko było mi wyobrazić sobie ludzi, którzy nie korzystają z samochodów, a jakichś bryczek; nie używają prądu; nie walczą o właściwy wyrok w sądzie, lecz pozwalają się skazać - i to pomimo niewinności. 

W takim świecie działa się akcja książki Jodi - jej główna bohaterka Katie wypiera się z całych sił, że nie urodziła dziecka, że nie była w ciąży, że nie zamordowała go... I wszyscy amisze stoją za nią murem, dopóki nie okazuje się, że wszystko wskazuje na to, że dziewczyna kłamie. Fakty świadczą przeciwko niej. A ona wciąż uparcie twierdzi, że a) nie pamięta; b) to nie ona. Ciężko z taką osoba współpracować, a Ellie musi przed sądem i ławą przysięgłych dokonać cudu. Wielokrotnie uważałam, że ma naprawdę mnóstwo cierpliwości i że mogę jej pozazdrościć tego - podejrzewam, że ja nie dałabym rady czegoś takiego wytrzymać. 

Sytuacja Ellie nie była trudna jedynie ze względu na brak początkowego porozumienia ze swoją klientką, ale także przez to, że musiała się zmierzyć z kompletnie innym kręgiem kulturowym - aby móc właściwie bronić Ellie, musiała poznać ją od środka właśnie w ten sposób. Nie było to łatwe, niejednokrotnie pani adwokat czuła, że nie da rady sprostać, że to nie dla niej - zwłaszcza, gdy jej klientka z chwili na chwilę zmieniała swoje zeznania i uparcie twierdziła, że chce przy nich trwać - możecie sobie wyobrazić, że układacie linię obrony dla takiej osoby, macie już wszystko ustalone... aż nagle ona mówi Wam, że nie. I kropka, zdania nie zmieni. 

Autorka kolejny raz zabiera swoich czytelników w świat wykreowany przez nią, ale w płynny sposób - nie można pozbyć się wrażenia, że to wszystko dzieje się obok. Nie stawia przed czytelnikiem odpowiedzi podanych na srebrnej tacy, czekających na odczytanie ich - ona dręczy nas pytaniami, chcąc sprawić, byśmy sami podjęli decyzję. Po raz kolejny zaskakuje nieprawdopodobnym zakończeniem, którego osobiście nie byłam w stanie się domyślić. Pokazuje, że nie wszystko da się jasno i bez przeszkód uszeregować - niektóre fakty nigdy nie trafią do odpowiedniej szufladki. 


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

sobota, 17 stycznia 2015

Jak wielka jest siła miłości?


Autor: Gayle Forman
Tytuł: Wróć, jeśli pamiętasz
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 288
Moja ocena: 8/10

Mówi się, że każdy człowiek jest kowalem własnego losu i to od niego w głównej mierze zależy, jak potoczy się jego życie. Nic nie jest jednak takie proste. Nasze ścieżki nieustannie krzyżują się ze szlakami innych osób - tych ważniejszych i tych, z którymi nie będziemy utrzymywać kontaktów. To właśnie inni mają decydujący wpływ na nasze życie. Sprawiają, że widzimy je w kompletnie innych barwach. Chwilami są w stanie dodać nam skrzydeł i sprawić, że mamy ochotę piszczeć z radości, lecz są też momenty, gdy nie pozostaje nic innego oprócz gryzienia rąk z bólu. 

Choć nikt się tego nie spodziewał, to jednak uczucie łączące Mię i Adama nie przetrwało próby czasu. Rozrzuceni na dwóch przeciwnych krańcach Ameryki starają się wykorzystać jak najlepiej swój czas - Mia osiąga uznanie wśród wiolonczelistek, natomiast Adam podbija listy przebojów jako niepokorny rockman. Oboje sprawiają wrażenie, jakby zapomnieli o tym, co było między nimi... ale czy na pewno? Los mimo swej surowości bywa łaskawy, o czym przekonuje się ta dwójka, gdy zostaje im podarowana druga szansa. Czy będą potrafili z niej skorzystać? A może tak naprawdę nic między nimi nie było oprócz zwykłego młodzieńczego zadurzenia? 

Są różne rodzaje książek - o tym chyba nie muszę nikomu mówić. Jedne są pełne patosu, który raz się sprawdza i nadaje niesamowitą atmosferę książce, a raz jest mdły i sztuczny. Inne są niedopracowane i sprawiają wrażenie takich, jakby autor pisał je na przysłowiowym kolanie, nie starając się zbytnio. Lecz są też książki, w których prostocie i zwyczajności tkwi prawdziwy urok - są na tyle dobrze wykreowane, że nie potrzebują zbędnych ozdobników, by zachwycać. Domyślacie się więc już pewnie, że kontynuacja Zostań, jeśli kochasz właśnie taka dla mnie była, prawda?

Wydawać by się mogło, że skoro jest to kolejna i zarazem ostatnia część serii, to musi być w sporym stopniu podobna do poprzedniczki. I może Was zaskoczę, ale ta nie była taka w moim odczuciu. Choć posiadała oczywiste odniesienia i łączniki z pierwszą, to ja odebrałam ją całkiem inaczej. Ale w tym przypadku inaczej nie jest tożsame z gorzej. Bo było lepiej. O wiele lepiej.

Pierwszą główną zmianą jaką odnotowuje czytelnik to inny narrator - w tej książce jest nim Adam. I to właśnie on jest głównym bohaterem, wokół którego toczą się wszystkie wydarzenia. Dzięki jego pełnej emocji narracji czytelnik może zobaczyć, jak ciężko przyszło mu pogodzenie się z rozstaniem z Mią, na które się wcale nie zapowiadało. Jak dla mnie to nie były przyprawiające o odruchy wymiotne żalenia nastolatka, którego opuściła dziewczyna (uwierzcie mi, że często tak to odbieram), ale krzyk bólu mężczyzny za ukochaną, którą prawdopodobnie bezpowrotnie stracił. Nic nie było udawane, sztywne czy sztampowe. Naturalność, naturalność, jeszcze raz naturalność - wiele autorów mogłoby się jej nauczyć od Forman, bo osiąga cudne rezultaty, które chwytają za serce.

Choć kluczową osobą tutaj jest Adam, to pisarka nie zapomina o Mii - tworzy od podstaw wizerunek tej dziewczyny, pokazując czytelnikowi, jak wielki wpływ na osobowość człowieka ma utrata przez niego jego najbliższych. To nie jest ta sama dziewczyna co wcześniej - szczęśliwa i beztroska. To dojrzała i rozsądna, choć również zrujnowana wewnątrz osoba, która w pewnym okresie swojego życia źle pokierowała nim i zaczęła podejmować błędne decyzje. Jednak nigdy nie jest za późno, by spróbować naprawić swoje błędy.

Gayle Forman po raz kolejny przedstawia czytelnikowi opowieść o miłości. O uczuciu dojrzałym i mocnym, które jest w stanie przetrwać wszystkie przeciwności. To także mocna historia o cierpieniu, bólu i pokazaniu, że pogodzenie się z czyjąś decyzją nigdy nie jest równoznaczne z jej zrozumieniem. Zagwarantowuje czytelnikowi wiele emocji, wzruszeń i chwil do przemyśleń. Sprawia, że czytanie jej książki nie jest zwykłych pochłanianiem kolejnych stron i odliczaniem ich do końca - to wykwintna w swej prostocie uczta, kiedy można delektować się każdym słowem. 


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Okładkowe Love

Za możliwość przeczytania dziękuję:

czwartek, 15 stycznia 2015

Czy w imię miłości można pokonać wszystkie przeciwności?


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Pułapka uczuć
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 320
Moja ocena: 9/10

Chyba każdy chciałby, aby wszystko toczyło się po jego myśli. Bez jakichkolwiek najmniejszych przeszkód piętrzących się po drodze i problemów wyrastających znikąd jak grzyby po deszczu. By wszystko było dziecinnie proste i łatwe. Jednak tak niestety nie jest. Kolej życia jest taka, że prędzej czy później każdy doświadczy na swym szlaku wiele przeciwieństw i to od nas zależy, czy będziemy potrafili sobie z nimi poradzić. 

Layken nigdy nie sądziła, że jej życie może tak szybko ulec nieodwracalnym zmianom. Śmierć jej ojca staje się zarówno końcem pewnego działu w jej życiu, jak i początkiem innego. Już pierwszego dnia po przeprowadzce do nowego miasta dziewczyna poznaje świetnego chłopaka z sąsiedztwa, z którym dogaduje się tak dobrze, jak z nikim innym. Szybko jednak na jaw wychodzi fakt z życia Willa, którego żadne z nich nie przewidziało, a który przyczyni się do komplikacji ich życia na długie miesiące.

Colleen Hoover udało mi się poznać jako autorkę osławionego Hopeless. Choć początkowo się na to nie zapowiadało, to jednak ta książka wywołała u mnie falę różnych pozytywnych emocji i niezwykle miło ją wspominam. Już za niedługo czeka nas kontynuacja w postaci Losing Hope, tymczasem ja postanowiłam spróbować czegoś spod nazwiska autorki, lecz nie z tej serii. Mogę powiedzieć tylko, że zdecydowanie warto i po raz kolejny bić się w piersi, że tak późno sięgnęłam po tę historię!

Pułapka uczuć pod wieloma względami wydawała mi się całkiem podobna do Hopeless, jednocześnie czułam też, że to coś kompletnie odmiennego i oddzielnego, w moim odczuciu jest bardziej dojrzała i poważniejsza, być może skierowana do ciut starszych czytelniczek - choć nie znaczy to, że młodsze się w niej nie odnajdą, gdyż to powieść, która z pewnością trafi do wielu dziewczęcych serc. Autorce po raz kolejny udało się stworzyć coś niezwykłego, a co za tym stało? 

Z całą pewnością główna para bohaterów, czyli Lake i Will. Uwielbiam sposób, w jaki Colleen kreuje swoje postacie. Są takie zwyczajne i przyziemne, pełne wad i zalet; chwilami irytujące i drażniące swym zachowaniem ponad miarę, a za moment sprawiające że ma się je ochotę uściskać. Są takie... magiczne, choć magii nie ma tu ani szczypty. Ich związek również sprawiał, że chciałam ciągle o tym czytać i czytać - choć w zasadzie będąc uczciwym to związek oficjalnie nie mógł istnieć, to za ten nieoficjalny ich wielbiłam.

To, co również jest świetne w książkach pani Hoover to ich wielowymiarowość i wieloaspektowość. ie tworzy sztucznych i ckliwych historyjek skoncentrowanych na jednym dominującym wątku i kilku tworzonym na odczepkę, żeby było jakieś tam tło. Jeśli coś kreuje, to stara się to robić jak najlepiej - nie ma tu wątków ważnych i ważniejszych, gdyż każdy jest niezbędny dla przebiegu zdarzeń i nie wyobrażam sobie, by czegoś mogło zabraknąć - to nie byłaby już ta sama opowieść, a jakaś marna podróbka.

Bardzo ważny jest tutaj specyficzny klimat dający się odczuć czytelnikowi. Chwilami jest pełen szczęścia, epatujący wszechobecną radością, natomiast za moment robi się bardziej nastrojowo i mocniej odczuwalny jest romantyzm; kilka kartek dalej robi się cholernie przygnębiająco i smutno - łzy same płyną. Atmosfera zmienia się jak w kalejdoskopie, co tylko utrudnia jednoznaczną weryfikację jej, dlatego zdecydowałam się jej nie oceniać. Po prostu tego się nie da zrobić, to niewykonalne.

Po raz kolejny Colleen Hoover tworzy coś, co godzi czytelniczki prosto w ich serca i przysparza im całą gamę emocji. Wykreowała niesamowicie poruszającą opowieść, która mogła się przydarzyć każdemu człowiekowi w jakimkolwiek zakątku naszego globu - myślę, że to jeden ze składników, który złożył się na tak świetną historię. Historię o pięknej miłości, dla której nie istnieją żadne przeszkody - czy to prawne, choroba czy śmierć. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Jak dostać się do Gdzie Indziej?


Autor: Gabrielle Zevin
Tytuł: Gdzie indziej
Wydawnictwo: INITIUM 
Liczba stron: 240
Moja ocena: 7+/10

Jaki wiek jest odpowiedni na śmierć? Wielu z nas chciałoby, by umieranie nie dotykało ani nas samych, ani bliskich nam osób, jednak nie nad wszystkim jesteśmy w stanie panować. Często, gdy umiera młoda osoba to ciężko nie słyszeć stwierdzeń, według których to nie był jej czas - w końcu tyle jeszcze przed nią. W ten sposób próbujemy być sędziami i decydować, kto powinien umrzeć, a kto nie. A tak niestety nie można. Bo choć takie wydarzenie wydają się nie do pomyślenia i trudne do wyobrażenia, to zdajemy sobie sprawę, że prędzej czy później każdy odejdzie gdzie indziej. 

niedziela, 11 stycznia 2015

Jak ocalić samobójcę? (Przedłużenie konkursu)

Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: Zakochać się
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 416

Bardzo często słyszy się o tym, że nic w życiu się nie powtarza, dlatego powinno się korzystać z każdej okazji, jaką ono stawia nam przed nosem. Sama noblistka, bardzo lubiana i ceniona przeze mnie Wisława Szymborska, napisała kiedyś, że "nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy". W pewnym sensie jest to racja, jednak czasem los daje człowiekowi drugą szansę - od niego samego zależy, czy ją umiejętnie wykorzysta. 

piątek, 9 stycznia 2015

Walcząc o oddech, walcząc o życie.


Autor: Becca Donovan
Tytuł: Powód by oddychać
Wydawnictwo: Feeria 
Liczba stron: 496
Moja ocena: 6/10

Każdy człowiek ma jakieś tajemnice - większe lub mniejsze, błahe bądź poważne. Wielu ludzi sprawia wrażenie zwyczajnych, bezproblemowych, może nieco cichych i spokojnych, przez co nie zawsze zostają dostrzeżeni - wszak najlepiej widzimy to, co się wyróżnia, a nie wtapia w tłum. Mijamy ludzi, którzy wydają się normalni, nie wiedząc o tym, jakie tragedie stają się ich udziałem, w jakich katastrofach przyszło im uczestniczyć i jak ciężko jest rozpoczynać kolejny dzień ze świadomością, że dziś znowu wydarzy się coś złego. A wystarczy odrobina dobrej woli... 

Emma to dziewczyna, która w szkole zdaje się momentami być niewidzialna - niesamowicie mądra, utalentowana sportowo, ale skromna i nieśmiała. Nie otacza się wianuszkiem przyjaciółek - wystarcza jej jedna, zaufana. Życie mija jej tym samym rytmem - szkoła i treningi, co jest dla niej wybawieniem, ale i codzienny koszmar, od którego nie ma ucieczki. Maskowanie kolejnych siniaków nie jest komfortowe, jednak Emma jest przekonana, że nie ma innego wyjścia. Nie chce być egoistką i stara się myśleć o osobach, które ucierpią, gdy jej tajemnica wyjdzie na jaw. Gdy dziewczyna ma pewność, że w jej życiu nic nie może ulec zmianom, pojawia się ktoś, kto sprawi, że wszystko nabierze jaśniejszych barw, a ona będzie mogła zaczerpnąć życiodajnego powietrza. 

Od jakiegoś czasu książki z nurtu Young Adult wiodą prym wśród młodzieży i nie tylko, powoli wypierając modne wcześniej historie pełne wampirów czy innych magicznych stworów. Jak widać wolimy czytać coś, co jest bardziej realne niż fantastyczne - coś, co może stać się udziałem każdego z nas, choć nie musi. Ja sama padłam ofiarą historii z tego stosunkowo młodego gatunku i co jakiś czas zdarza mi się po jakąś sięgnąć. Powód by oddychać nie był planowaną lekturą, jednak gdy pojawiła się możliwość zapoznania z nią, nie omieszkałam z niej skorzystać. Czy była warta pośpiechu? 

Już sam opis na tylnej okładce zdradził, że książka nie będzie należała do łatwych, ponieważ autorka zmierzy się w niej z trudnym tematem przemocy domowej oraz ukrywania tego w tajemnicy. Już od początku czytelnik nie jest oszczędzany, a autorka nie cacka się z nim, gdyż jest mocno, brutalnie i bezwzględnie. Nie ma tutaj upiększania, nie ma ubarwiania ani prób łagodzenia. Jest szczerze. I niezwykle poruszająco. Nie było trudnym wczucie się w ciężką sytuację bohaterki i kibicowanie jej w próbie zaprzestania.

Jednak - czy to kibicowanie miało sens? Główna bohaterka miała jeden główny powód, dla którego godziła się na wszystko, co dla mnie było kompletnie irracjonalne. Zrozumiałabym to, gdyby to miało sens - a uwierzcie mi, dla mnie nie miało najmniejszego. Nie rozumiałam też zachowania osób z jej najbliższego otoczenia - doskonale zdawały sobie sprawę z tego, co się działo, widziały, w jakim stanie jest bohaterka, a mimo to nie było żadnej reakcji. Czy gdyby Emma umarła to wtedy zrozumieliby, że trzeba coś zrobić, a nie czekać z założonymi rękami, łudząc się, że dziewczyna sobie z tym poradzi? 

Do gustu przypadł mi natomiast wątek miłosny. Autorka nie stworzyła go w nachalny ani wulgarny sposób, wszystko rozwija się stopniowo i powoli - pani Donovan stosuje zasadę małych kroczków. Jest ujmująco, słodko i niewinnie, choć i z czasem wszystko biegnie ku dalszym zmianom. Mamy tutaj zafundowaną pewną dozę tajemniczości, ponieważ nic nie jest pewne, wiele rzeczy nie zostaje powiedzianych i wyjaśnionych. Choć do przewidzenia było to, jak się ta relacja potoczy, to jednak zdarzyło mi się kilka razy być zdziwioną przebiegiem zdarzeń.

Jestem za tym, by autorzy nie bali się sięgać po trudne tematy i próbowali oswoić z nimi czytelników - za podjęcie tej próby należy się pisarce uznanie, gdyż z pewnością nie jest to łatwe, a jej się udało to zrobić w poruszający sposób. Choć niektóre momenty wywoływały u mnie wątpliwości i miałam wrażenie, że nie wszystko zostało dokładnie przemyślane, to jednak po namyśle uznałam, że jest to dobra książka. Może nie jest wybitna, może i nie wywołała u mnie łez, jednak skłoniła mnie do kilku refleksji i zastanowienia się nad tym, jak ja bym postąpiła w podobnej sytuacji - nie tylko będąc na miejscu głównej bohaterki, ale i świadków jej tragedii, którzy bagatelizowali i nie reagowali odpowiednio na zdarzenia. 
Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Opasłe Tomiska. 

wtorek, 6 stycznia 2015

Co kryje się w górskiej chatce?


Autor: Becca Fitzpatrick
Tytuł: Black Ice
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 400
Moja ocena: 7+/10

Miłość, miłość, miłość. Gdzie się nie obejrzeć, gdzie się nie odwrócić, gdzie nie zerknąć i nie spojrzeć - wszędzie można ją wyczuć. To uczucie jest chyba najbardziej pożądanym przez wszystkich stanem, wbrew słowom niektórych, którzy twierdzą, że odpowiada im bycie singlem. Bo to nigdy nie jest przyjemne. Można sobie wmawiać, że w takiej sytuacji odnosimy mnóstwo korzyści, dla przykładu: nie mamy zobowiązań, nie musimy się przed nikim tłumaczyć, możemy robić, co chcemy; prawda jest jednak inna: prędzej czy później ma się tego dość i poszukuje się osoby, z którą można spędzić życie. 

Jeszcze niedawno Britt była przekonana o tym, że odnalazła kogoś, dla kogo ma żyć. Był dla niej najważniejszy i najcudowniejszy na świecie, jednak przekonała się na własnej skórze, że w drugą stronę ta zależność nie zachodziła - Calvin ją opuścił. Dziewczyna musiała się jakoś pozbierać. W ramach tego zdecydowała się wraz z przyjaciółką pojechać w góry, jednak był haczyk - musiały jechać z przyzwoitką, którą był nikt inny jak Calvin, będący bratem przyjaciółki. Plany dziewcząt biorą jednak w łeb, gdy zamieć śnieżna zmusza je do poszukania schronienia w lesie. Od teraz znajdują się w niebezpieczeństwie, gdyż szybko okazuje się, że dwóch przystojnych panów nie ma planów pokojowych. 

Dość często mam chwile, gdy nie mam ochoty na ambitną, poważną literaturę. Uwielbiam sięganie po książki skierowane do młodzieży - ich lekkość i momentami odmóżdżanie mnie. O pani Fitzpatrick słyszałam dawniej za sprawą jej głośnej serii Szeptem, która jednak do tej pory mnie nie kusiła. Gdy na rynek wyszła kolejna książka, tym razem nie mająca nic wspólnego z owym cyklem, stwierdziłam - czemu nie? Będąc uczciwą powiem, że głównie skusiła mnie okładka, która stanowi bardzo kuszący widok. Czy mogę więc powiedzieć, że otrzymałam to, czego chciałam? 

Już od samego początku przekonałam się, że i tak, i nie. Sam początek nie wskazywał na to, że powieść będzie dla młodzieży. Zaczęło się groźnie, a atmosfera, którą wykreowała autorka była gęsta i mogę powiedzieć, że osaczająca (nie wiem, czy takie określenie pasuje, ale ja tak się czułam). Zastanawiałam się, czy na pewno sięgnęłam po dobrą książkę, gdyż początek był jak z niezłego kryminału, a nie młodzieżówki. Szybko jednak przekonałam się, że to zdecydowanie książka dla nastolatek. 

Akcja nagle przestała mieć cokolwiek wspólnego z prologiem, a na scenie pojawiła się Britt. Kurczaki, ile razy ja zmieniałam na jej zdanie temat! Chwilami uwielbiałam ją za jej odwagę, nieustraszoność i upór, a za chwilę miałam ochotę zamknąć książkę, przewinąć ją na sam początek i zacząć zamazywać na każdej stronie jej imiona (powstrzymały mnie dwie rzeczy: nie bazgrzę po książkach; książka niestety nie należała do mnie). A wszystko przez to, że miała drażniący zwyczaj ciągłego wspominania Calvina! Gdyby Calvin tu był... Gdy Calvin się zjawi to... I tak ciągle! Na koniec jednak uznałam ją za dobrą bohaterkę dla młodzieży, nieco postrzeloną, ale jednak sympatyczną. 

Uwielbiam ten klimat, który udało się stworzyć autorce. Zaczynając czytać, nie spodziewałam się, że tak dobrze odnajdę się w scenerii wytworzonej przez pisarkę. Ciągle miałam wrażenie, że jestem w górach, gdzieś obok rozgrywających się wydarzeń i mam możliwość obserwowania tego, co pani Fitzpatrick serwuje swoim czytelniczkom. Wszystko było takie chłodne, zimne, nieprzystępne... Nie było uczucia, że coś jest fałszywe, jak dla mnie w tym przypadku autorka spisała się na piątkę! 

W tej powieści czytelnik odnajdzie wszystko, bowiem Black Ice szczodrze wynagradza osoby czytające tę książkę - mamy tu i złamane serca, i wątek romantyczny, i elementy thrillera, i nieco komedii. Idealne połączenie na zimowy wieczór - choć można czytać ją w inną porę roku, ja zalecam tę najzimniejszą, gdyż pozwoli prawdziwie rozkoszować się atmosferą historii. I choć momentami naiwna i nieco banalna, tak jednak urzekająca.  


Książka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love i Czytam Opasłe Tomiska.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka