sobota, 13 czerwca 2015

Kiedy kolej na może kiedyś, a kiedy na właśnie teraz?


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Maybe Someday
Cykl: Maybe
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 384

Chyba każdemu zdarzają się myśli w stylu dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy?. Jak to jest, że jedni potrafią pięknie kaligrafować w swoich zeszytach, a drudzy bazgrzą jak kury pazurami? Co sprawia, że niektórzy nie potrzebują przepisu czy książki kucharskiej i potrafią z niczego wyczarować przepyszne i wyszukane potrawy, a inni mając lodówkę pełną smakołyków, nie są w stanie zrobić nic innego, niż pójść do McDonalda po kolejnego hamburgera? Od czego zależy, że są pisarze, którzy tworzą książki wręcz w hurtowych ilościach, a każda z nich jest przeciętna i żadna nie jest w stanie podbić czytelniczego serca, a pojawia się na scenie wydawniczej taka niepozorna Colleen Hoover i nagle nie ma nikogo, kto by o tym nazwisku nie słyszał, bo tworzy tak piękne historie? 

Życie wali jej się na głowę. Traci grunt pod nogami. Sytuacje, które były dla niej aksjomatami i pewnikami, nagle okazują się sprzymierzać przeciwko niej. Sydney w jednej chwili zostaje pozbawiona tego, co kochała i w co wierzyła. Musi się pozbierać w garść, a pomaga jej w tym pewien utalentowany mężczyzna, którym jest Ridge. Choć nie znają się dobrze, to dzięki jego balkonowym koncertom nawiązała się między nimi specyficzna więź. Okazuje się jednak, że serce nie zawsze idzie w parze z rozumiem, a Sydney musi pogodzić się z tym, że życie najwidoczniej sprzysięgło się przeciw niej, chcąc jak najbardziej ją skrzywdzić... Ale czy tak do końca? 

Jestem jedną z tych osób, które po książki Hoover mogą sięgać w ciemno. Ta autorka ma w swojej twórczości coś takiego, że nie można przejść obojętnie, a po przeczytaniu jednej powieści ma się ochotę na kolejną, kolejną i kolejną. Do tej pory przeczytałam wszystkie, które zostały wydane w naszym kraju i poza lekkim niedosytem co do jednej z nich, jestem po prostu oczarowana. Gdy niedawno miała miejsce premiera najnowszej, czyli właśnie Maybe Someday, nogami przebierałam z niecierpliwości, tak marzyłam, aby móc ją przeczytać. Na blogach zaczęło być o niej coraz bardziej głośno, a ja coraz bardziej się irytowałam, że nie wiem, czym wszyscy się ekscytowali. Z drugiej strony jakiś mały chochlik na ramieniu szeptał mi, że może to po prostu kolejna zbyt rozdmuchana afera, a książka okaże się zwyczajna. Zaraz jednak przypominałam sobie, kto jest autorką - i wiedziałam, że o zawodzie nie może być mowy. I nie było, uwierzcie mi, było niesamowicie! 

Nie potrafię odgadnąć, jak w jednej kobiecie może być tyle cudownych pomysłów, które chwytają za serce i nie chcą go wypuścić ze swoich objęć. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej zakochiwałam się w tym, co Colleen zaczęła przekazywać w swojej powieści i wiedziałam, że jeśli dalej tak będzie, to przepadnę z kretesem. Emocje, emocje, emocje. Jak w tylu kartkach książki można zawrzeć ich aż tyle, bym miała wrażenie, że wyciekają mi z pomiędzy stron, skaczą na ręce, dostają się do umysłu i serca? Jak można w tak niezbyt grubej historii zawrzeć opowieść o tak pięknej miłości, że łzy nie chcą przestać płynąć z oczu? Skąd w niej bierze się ta umiejętność do skruszania tylu kobiecych serc? Uwierzcie mi, chciałabym poznać sekret Colleen. 

Bohaterowie, których stworzyła to osoby, których nie da się nie pokochać. Co ciekawe, Sydney jako ostatnia mnie zawojowała, choć myślałam, że zrobi to jako pierwsza. W ciągu całej książki miałam co do niej tyle mieszanych uczuć - raz podziw, raz żal, raz litość, raz niechęć, aż w końcu udało mi się ją nieodwracalnie pokochać. Za wszystko i za nic. Za to, że po prostu pojawiała się tutaj i miałam wrażenie, że zaraz zmaterializuje się w moim pokoju, usiądzie obok mnie na oparciu fotela, poda chusteczkę i powie, że mam nie ryczeć nad książką o niej. Z drugiej strony mamy Ridge'a... mój ideał. Kurczę, mało jest bohaterów, których bym kochała tak, jak zaczęłam jego. Choć niestety dość szybko poznałam tajemnicę na jego temat, bo ktoś mi elegancko zaspoilerował w recenzji, to i tak jego postać była dla mnie niesamowicie odkrywcza i świeża. Colleen po raz kolejny znalazła niszę, na którą nikt nie wpadł i wykorzystała ją w cholernie perfekcyjny sposób. Ale, ale - nie zapominajmy o innych, bo nie tylko tą dwójkę mieliśmy! Jest jeszcze Maggie - dziewczyno, jesteś wielka! I mój Warren - kurczę, ten gość to miał jaja! Wręcz nie dało się go nie polubić, mówię Wam. A Bridgette? Jej zachowanie co do Sydney - zrywałam boki, naprawdę! 

Myślę, że moje uczucia co do książki spotęgowało też to, że nie była to wyłącznie historyjka opisana na papierze i mieszcząca się między ładną okładką, w której została zamknięta i koniec. Skomponowanie do niej soundtracku i umieszczenie niesamowicie poruszających tekstów sprawiło, że całość postrzegałam w kompletnie innym wymiarze. Opowieść o zakazanym uczuciu między Sydney a Ridge'm nabrała jeszcze więcej kolorów i jeszcze więcej wyrazistości wymieszanej z realnością. Choć całą historię nawet bez tego dodatku uważałabym za piękną, to jednak w połączeniu z tak pięknymi utworami posiadającymi nieziemsko poruszające teksty staje się ona po prostu miażdżąca. Nie dość, że pozwala lepiej zrozumieć to, co było między tą dwójką i jak postępowało, to jeszcze sprawiło, że dziś na okrągło słucham tej ścieżki dźwiękowej. Coś niesamowitego. 

Znacie tę reklamę od Rafaello, gdzie pojawia się dość kultowy cytat wyraża więcej niż tysiąc słów? Coś podobnego można by powiedzieć o Maybe Someday, ale nie do końca. A dlaczego? Bo tej historii nie da się wyrazić żadnymi słowami. Żadne wyszukane i piękne zlepki liter nie opiszą kunsztu Colleen, jakim popisała się przy kreowaniu tej książki. Żadne peany na jej cześć, żadne ody i hymny nie przybliżą Was do zrozumienia, jak cudownych bohaterów wymyśliła, jak niesamowicie połączyła ich losy i sprawiła, że najpierw traciłam nadzieję, czytając, a następnie odzyskiwałam ją. Jeśli chcecie wiedzieć, co takiego ta książka w sobie ma - po prostu po nią sięgnijcie. Nie wahajcie się, nie czujcie lęku. Odważcie się, zaryzykujcie... i przepadnijcie w jej pięknie.


Moja ocena: 10/10

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska
Okładkowe Love

35 komentarzy :

  1. Słyszałam wiele o tej książce i wypatruję jej w bibliotece. Może kiedyś się uda? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, mam nadzieję, że właśnie teraz! :D

      Usuń
  2. Rozumiem dobrze co czułaś, sama jeszcze nie przeczytałam tej części ale już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję że i ja zakocham się w tej lekturze i będzie to niezapomniany czas. Chyba nie ma innego wyjścia skoro wszystkim się podoba.
    Pozdrawiam.
    http://in-my-different-world.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite jest, jak wiele emocji ta książka potrafi wywołać. Człowiek nie spodziewałby się, że może tak nim wstrząsnąć...

      Usuń
  3. Nie czytałam jeszcze żadnej książki autorstwa tej autorki i cały czas wydaję mi się, że wiele tracę. Niedługo po jakąś powieść jej sięgnę. Jaką polecasz na sam początek? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ta autorka wprowadza w świat literacki prawdziwą świeżość i coś, czego jeszcze nie mieliśmy okazji poznać. Wiesz, wydaje mi się, że ta mogłaby być idealna na początek. :)

      Usuń
  4. Nie przeczytałam jeszcze żadnej książki Colleen Hoover, ale widząc wszechobecne zachwyty nad szczególnie tą powieścią, pomyślałam sobie, że chyba warto, mimo że nie czytam romansów. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dla tak pięknej twórczości warto zrobić wyjątek! :)

      Usuń
  5. Gdybym jeszcze nie była przekonana do tej książki, to byś mnie namówiła;) Świetna recenzja, taka pełna emocji:) Lubię takie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko było napisać inną, skoro sama książka też taka była! :)

      Usuń
  6. Moja chęć na ten tytuł rośnie po każdej przeczytanej recenzji ;). Dobrze że już mam ją na swojej półce :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To polecam, ciekawa jestem, jak Ty ją odbierzesz. :)

      Usuń
  7. No i znowu wychodzę na totalną ignorantkę, która przez połowę roku szkolnego była na książkowym odwyku (no może nie do końca, bo przez ten czas w wolnych chwilach męczyła "Paragraf 22"). Nie czytałam żadnej książki Colleen Hoover, ale gdybym miała zacząć (i pewnie zacznę), to zaczęłabym właśnie od "Maybe Someday", która zaciekawiła mnie po opisie i choć łatwo przewidzieć koniec, to i tak jestem ciekawa tej powieści :)
    Bardzo fajna recenzja, jak zwykle :)
    Pozdrawiam!
    Fanny http://buszujacawsrodksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem tak też się zdarza, ale co się odwlecze, to nie uciecze! :) Głowa do góry, czasu jest mnóstwo, więc i można poznać te wszystkie cudowności od Hooverki. :)

      Usuń
  8. Piękna recenzja! Naprawdę, jeszcze bardziej spotęgowała moją ciekawość dotyczącą tej książki :D Na szczęście już niedługo uda mi się ją przeczytać. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w takim razie nie mogę się doczekać, aż przeczytam o niej u Ciebie! :)

      Usuń
  9. Mimo że często słyszę dobre słowo na temat autorki, póki co nie zdecydowałam się na sięgnięcie po jej książki. Chociaż może jeszcze zmienię zdanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że zmienisz - ona jest tego warta. :)

      Usuń
  10. Wysoka ocena. Wobec tego nie rozumiem, dlaczego wciąż nie przeczytałam żadnej książki tej Autorki. Idą wakacje, będę miała nieco więcej czasu, z pewnością coś wtedy przeczytam.

    http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Książkę mam już na liście. Po wakacjach się za nią zabiorę. Latem nie będę miała czasu :(

    OdpowiedzUsuń
  12. Zostawiam sobie tę lekturkę na wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja jednak nie należę do tej grupy fanów twórczości autorki, co Ty. Ale nie powiem kusisz, oj kusisz :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Cudna książka :D Niby zwykła obyczajówka, niby momentami ckliwa aż do bólu... Ale jednak ma tak świetny klimat, że nie powiem złego słowa, oczarowała mnie od pierwszych stron! :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Podpisuje się pod Twoją recenzja w 100%. Kocham tę książkę!

    OdpowiedzUsuń
  16. To mnie zaskoczyłaś, wiele osób rozpisuje się na temat tej pozycji i czuję, że wreszcie muszę ulec i ją przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  17. "Maybe someday" to książka naprawdę warta uwagi. Widziałam wiele, a właściwie same dobre recenzje, a jednak nie byłam zbytnio przekonana, do czasu. Kiedy przeczytałam "Maybe someday" wiedziałam, że to dopiero początek mojej znajomości z Colleen Hoover ;) Bo pisze wspaniale.

    OdpowiedzUsuń
  18. Serio jestem jedyną osobą na świecie, której ta książka nie przypadła do gustu?!

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie mogę się nie zgodzić - książka absolutnie wyjątkowa :)
    Thievingbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  20. Oj zgadzam się z każdym Twoim słowem. Nic nie przesadziłaś. Książka jest po prostu boska! Jedna z lepszych, jakie miałam okazję czytać.

    OdpowiedzUsuń
  21. Przecieram oczy ze zdziwienia, ponieważ 10 w Twojej ocenie to coś niesamowitego. W takim razie ta książka musi być wspaniała,co raczej mnie nie dziwi;) Przecież to Hoover ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Wiedziałam, że już znam ten tekst, jest piękny :) Wyniki konkursu wieczorem, a link do tekstu znajdzie się w specjalnym poście.

      Usuń
  22. Zaczęłam ją czytać,ale porzuciłam.Wrócę do niej niebawem ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Maybe someday ... - caly czas w głowie chodzi mi ta piosenka. Książka chociaż przeczytana dosyć dawno, nadal jest praktycznie w szczegółach zapamiętana.

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka