poniedziałek, 2 lutego 2015

Historia w Kyralii dobiega ku końcowi - w wielkim stylu czy zaliczając fiasko?


Autor: Trudi Canavan
Tytuł: Wielki Mistrz
Cykl: Trylogia Czarnego Maga. Tom III
Wydawnictwo: Galeria Książki 
Liczba stron: 718

Jeśli miałabym się zastanowić, co najbardziej pociąga mnie w czytaniu książek, to wcale nie powiedziałabym, że jest to poznawanie nowych historii czy wypróbowywanie kolejnych autorów. Oczywiście, jest w tym mnóstwo uroku, który zawsze będzie mnie nęcił i pociągał, lecz na piedestale postawiłabym coś innego - emocje, emocje, jeszcze raz emocje. Te, które powodują, że jeszcze bardziej zżywamy się z bohaterami, mamy wrażenie, że doskonale ich znamy - przez co wzbudzają w nas wiele uczuć. Zarówno tych pozytywnych, jak i pozytywnych inaczej. 

Lubię od czasu do czasu zafundować sobie tzw. maraton czytelniczy, polegający na łykaniu "na raz" całych cyklów książkowych, tak jak w przypadku mojej przygody z trylogią Trudi Canavan. Pozwala to całkowicie zanurzyć się w opowieści snutej przez twórcę, nie przerywając jej innymi, kompletnie niezwiązanymi z nią czytadłami. Przez ostatnie dni mieliście możliwość czytania o emocjach towarzyszących mi podczas poprzednich tomów. Gildia Magów zaciekawiła mnie sobą i rozbudziła nadzieje co do serii, natomiast Nowicjuszka mocno je ostudziła swoją zawartością. Jakie było zatem zakończenie, czyli Wielki Mistrz? Z pewnością inny. 

Życie Sonei nie było łatwe w czasie, odkąd przystąpiła do Gildii, jednakże koniec prześladowań ze strony Regina sprawił, że od razu zrobiło jej się lżej. Wciąż jednak nie daje jej spokoju sekret, który musi dzielić z Wielkim Mistrzem Akkarinem - początkowo nie była pewna jego prawdomówności, jednak w końcu zaczyna się zastanawiać, czy nie powinna mu zaufać. Gdy Gildia boryka się z problemem stanowiącym zagrożenie dla jej jedności, powinna raczej obawiać się kogoś z północy niż ludzi z nią związanych. 

Wciąż żywy w mojej pamięci jest ten żal po przeczytaniu drugiego tomu. Sami pewnie znacie to uczucie, gdy liczycie na coś dynamicznego i mocnego, a otrzymujecie nużące Was czytadło, które nie przypomina niczego, co Was w nim na początku urzekło. Tak się właśnie czułam, dlatego z wielką obawą sięgałam po Wielkiego Mistrza. Obawiałam się, że może być jeszcze gorszy, jeszcze słabszy, jeszcze bardziej rozczarowujący. Nie chciałam jednak odwlekać tego i stwierdziłam, że trzeba w życiu ryzykować. Zaczęłam czytać... I przepadłam, dosłownie. 

Historia nie zaczyna się się aż tak długo, jak poprzednie tomy - w tym przypadku mamy wprowadzenie, lecz już niedługo cała opowieść zaczyna nabierać obrotów. Nie ma monotonii, nie ma nudy - przez myśl mi wielokrotnie przemykał wtedy nieśmiały błysk nadziei - może po prostu tę trylogię dotknęła klątwa drugiego tomu, polegająca na tym, że często właśnie wtedy następuje u autorów spadek formy? Może niepotrzebnie aż tyle wątpliwości miałam, a ta książka okaże się czymś naprawdę dobrym? I rzeczywiście... chwila za chwilą przekonywałam się, że mam do czynienia z czymś, co na długo utkwi mi w pamięci. 

Z pewnością autorka dopracowała i dopieściła swoje postaci. O ile marudziłam na główną bohaterkę wcześniej, tak teraz nie mam do czego się przyczepić. Przeszła niesamowitą metamorfozę i sprawiła, że zapałałam do niej mnóstwem sympatii. Nadal zdarzały się sceny, gdy miała ciągłe wątpliwości - ale tylko pojedyncze sceny, nic więcej! O wiele, wiele częściej pokazywała się ze strony zdeterminowanej i pewnej swoich decyzji młodej kobiety, która wie, czego chce i jak tego dokonać - nawet jeśli groziła jej za to najwyższa kara. Dojrzała i jest w stanie poświęcić wszystko dla kogoś, kto stał się dla niej całym życiem. 

Kolejną kwestią jest wątek miłosny, który tutaj nabrał zdecydowanych kształtów. W poprzednich historiach bohaterce zdarzały się drobne miłostki, jednak były one nieznaczące dla przebiegu akcji. Tutaj natomiast w dalszej części książki Canavan pokazała, czym jest prawdziwa miłość. Nie taka, jak z Romka i Julki, gdzie sztuczność aż się wylewa z kartek - tu wszystko było takie... świeże i naturalne. Tu nie było nadmiernego epatowania tym uczuciem, nie było wrażenia, że historia zmierza do zmienienia się w tanią opowiastkę o dwójce zakochanych. Nie, nie, nie. 

O ile cała historia wzbudziła u mnie zachwyt, tak ostatnie kilkadziesiąt - może i sto stron, po prostu wbiły mnie w siedzenie. Czasami nie mogłam uwierzyć w to, co wymyślała autorka, dlatego nie potrafiłam powstrzymać łez - ta recenzja też jest właśnie tak pisana, w tym momencie pisania powoli obsychają, choć polało ich się wiele. Nie podejrzewałam, że można tak zakończyć tę serię. Nie było to zakończenie takie, jakiego się spodziewałam, lecz po namyślę uznaję, że było doskonale wyważone. Ani zbyt ckliwe, ani zbyt melodramatyczne. Takie słodko-gorzkie. Jak w prawdziwym życiu. 

Teraz, gdy mam już za sobą całą tę trylogię, te 1888 stron opowieści rozgrywanej w magicznej krainie Kyralii, to jest mi żal. Żal, że to już koniec. Choć cała seria nie jest na medal, gdyż ma swoje zalety i wady, tak z czystym sercem mogłabym przyznać order dla finałowego tomu. Canavan pokazała, że potrafi z klasą zakończyć to, co zaczęła. Uderzając w ludzkie serca i grając na ich emocjach, a do tego zapewniając wiele rozrywki podczas czytania. Niesamowicie dobre, niesamowicie mocne, niesamowicie prawdziwe. Warto było przemęczyć drugi tom, by móc poznać coś takiego. 

Moja ocena: 8/10

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska 

7 komentarzy :

  1. Ogromnie się ciesze, że seria wypada bardzo dobrze. Nie mogę się doczekać, aż wreszcie wsiąknę w tę fantastykę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nachodzi mnie ochota na wyciągnięcie tej serii z regału. Kurzy się i kurzy ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po tym zakończeniu obraziłam się na autorkę. Nie tknęłam (i nie tknę) już żadnej jej książki.. Pomimo, że wtedy ta seria podobała mi się bardzo, że Wielki Mistrz wciągnął mnie na długie godziny to nie umiem, po prostu nie umiem jej tego wybaczyć ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten tom rzeczywiście jest niesamowity. Uwielbiam całą trylogię, jednak to właśnie "Wielki mistrz" i jego zakończenie przyczyniły się do tego :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moją pierwszą książką Trudi była ,,Misja ambasadora", której akcja rozgrywała się kilkanaście lat później po ,,Wielkim mistrzu", więc wiem jak się skończyła trylogia Czarnego Maga.
    Mam natomiast w planach dokończenie Trylogii Zdrajcy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trylogia Czarnego Maga nie zrobiła na mnie prawie żadnego wrażenia, kiedy czytałam pierwsze dwa tomy. Nawet kiedy zaczęłam czytać "Wielkiego Mistrza" tak było. Ale kiedy już miałam ostatnią część za sobą zmieniłam zdanie ;) Bo to właśnie emocje, o których wspomniałaś, są dla mnie najważniejszą cechą w powieści, która czytam. A "Wielki Mistrz" niesie ze sobą dużo emocji :P To jedna z książek, do których mam sentyment :) I też się cieszę, że przebrnęłam przez poprzednie tomy. Warto było :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przede mną jeszcze pierwsza część

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka