niedziela, 30 listopada 2014

Zagadka goni zagadkę, a nic nie jest takie jakie powinno.


Autor: Bernard Minier
Tytuł: Bielszy odcień śmierci
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 512
Moja ocena: 8+/10

Wielokrotnie jeżdżąc w góry (lub przejeżdżając przez nie), łapałam się na myśli, że ludzie mieszkający w takiej okolicy muszą prowadzić sielskie życie, a to z racji swojej niejakiej izolacji. Zawsze marzyłam o życiu w tak klimatycznym miejscu (jedyne, co mnie przerażało to te zabójczo niskie temperatury) - uważałam, że życie płynie tam spokojnym, miarowym i jednostajnym tempem, gdzie nie trzeba troszczyć się o jutro. Jednak - czy rzeczywiście górskie otoczenie jest taką idyllą dla mieszkańców? 

Pewnego dnia mała miejscowość leżąca w górskiej dolinie jest świadkiem dość dziwnego zdarzenia - w elektrowni wodnej zostaje odnaleziony mocno okaleczony, powieszony koń. Kilka kolejnych dni również obfituje w wydarzenia, ponieważ dochodzi do kolejnych zbrodni - tym razem na ludziach. Śledztwem zajmuje się francuski policjant, Martin Servaz. W międzyczasie do tej miejscowości przybywa Diane Berg, młoda psycholog, która ma zacząć pracę w instytucie psychiatrycznym. Oboje trafią na ślady, które pomogą w rozwikłaniu zagadki, jednak czy będą potrafili wygrać z czasem? 

Strasznie rzadko w ostatnim czasie sięgam po książki kryminalne i podejrzewam, że na palcach u jednej ręki mogłabym wymienić tytuły z tego gatunku, jakie w tym roku udało mi się przeczytać. Do tej pory nie jestem pewna, co zaważyło na decyzji, by zmierzyć się z debiutancką powieścią Miniera - może to małe przeczucie w sercu, że ta książka może okazać się czymś, na co warto poświęcić czas, może to okładka utrzymana w zimnych kolorach i w pewien sposób przemawiająca do mnie, a może ślepy traf. Nieważne co, ważne, że miałam okazję poznać tak porywający kryminał! 

Od pierwszej strony towarzyszyła mi nadzieja, że skończę tę książkę zachwycona i zarazem zaskoczona tym, jak świetnie zostanie skonstruowana intryga. Równocześnie od samego początku przekonywałam się, że prawdopodobnie to nie są tylko czcze życzenia, bo Minier w niesamowity sposób coraz bardziej wchłaniał mnie w bieg wydarzeń. Początkowo wszystko wydawało się być dosyć niepozorne, ale im dalej, tym fabuła stawała się coraz bardziej zagmatwana, coraz więcej poszlak się pojawiało - część z nich to ślepe zakątki, tylko który wybrać, by trafić do celu? 

Mocnym punktem tej powieści są także wyraziście wykreowani bohaterowie. Dociekliwi, niepoddający się, ciągle próbujący rozwikłać zagadki i gotowi podjąć najwyższe ryzyko - tego mi było trzeba! Wydaje mi się, że potrzebowałam odskoczni od nastoletnich bohaterów i ich problemów - w ostatnim czasie najczęściej zdarzało mi się po takie książki sięgać, więc może było tego dla mnie już za wiele. Tutaj natomiast dostałam całkiem coś innego - dojrzałych bohaterów z całkiem innymi zagwozdkami, inną psychiką i innym nastawieniem. Czasami taka odskocznia zdecydowanie jest potrzebna. 

Jeśli poszukujecie czegoś, co nie pozwoli Wam spać po nocach i z półki będzie wołało: "przeczytaj mnie, przeczytaj!", to nie traćcie czasu i zaopatrzcie się w Bielszy odcień śniegu. To doskonały kryminał, w którym zagadka goni zagadkę, nic nie jest takie, jakie się wydaje, a nawet najbardziej niewinne osoby kryją w sobie masę sprzeczności. To także jeden z tych debiutów, który ani trochę nie wydaje się nim być - dopracowany w każdym szczególe i wciągający momentalnie, dający ogromne pole manewru czytelnikom, którzy lubią uczestniczyć w wydarzeniach i sami przewidywać, jakie będą następne posunięcia. Jestem prawie pewna, że nie zawiedziecie się! 

środa, 26 listopada 2014

Mierząc się z ludzkim samosądem i obojętnością.


Autor: Małgorzata Warda
Tytuł: Miasto z lodu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 368
Moja ocena: 7+/10

Z niejaką ciężkością przychodzi nam ocenianie ludzi z zachowaniem pełnego obiektywizmu, pozbawionego własnych osądów czy docinków. Łatwiej jest bezpodstawnie obrzucić kogoś błotem, zamiast próbować wczuć się w jego sytuację i zgłębić temat, co pozwala na lepsze zrozumienie przyczyny konkretnych zachowań. O nie - lepiej jest osądzać na podstawie zasłyszanych plotek. Taka jest nasza mentalność - oceniamy, nie bacząc na to, jak wielką krzywdę możemy wyrządzić innej osobie. 

Wychowywanie dziecka przez jednego z rodziców zawsze było przedstawiane jako bardzo ciężkie zadanie. Teresa doskonale wie, jak wiele w tym stwierdzeniu prawdy - jest młoda i nie ma żadnego mężczyzny, który pomógłby jej wychowywać dojrzewającą trzynastoletnią Agatę, a na dodatek cierpi na bardzo poważną chorobę, która podporządkowuje sobie całe jej życie. Przeprowadzka w nowe miejsce wydawała się być genialnym pomysłem, jednak rzeczywistość koryguje to w chwili, gdy Agata ma wypadek w lesie, a Teresa zostaje obarczona przez wszystkich winą za całe zajście.  

Należę do tej grupy czytelników, którzy po twórczość autorów rodzimego pochodzenia sięgają niezwykle rzadko i ze sporą dozą ostrożnością przemieszanej z wątpliwością. Nie twierdzę, że nie mamy dobrych pisarzy - od razu na myśl przychodzi mi chociażby Sapkowski czy Musierowicz; faktem jest jednak, że wiele razy zdarzyło mi się sparzyć na polskich książkach i dlatego od jakiegoś czasu podchodzę do nich jak pies do jeża. Podobne podejście miałam do tej książki, ale w końcu uznałam, że zaryzykuję - a nuż Miasto z lodu okaże się całkiem ciekawą historią? 

Powieść czyta się lekko, jednak wcale nie oznacza to, że to bezmyślna i byle jaka opowiastka na jeden wieczór, którą przeczytamy, odłożymy na półkę, a następnego dnia nie będziemy umieli nawet opowiedzieć, o czym ona była. Wręcz przeciwnie - to magnetyczna opowieść, na temat której ciśnie się na usta wiele słów, najczęściej samych pochlebnych - wykonana została naprawdę solidna praca przy tworzeniu tej historii, bo ni nie jest "po łebkach", wszystko wydaje się być solidne i przemyślane. 

Drzazgą w oku była dla mnie tutaj narracja. Historia snuta jest z perspektywy poszkodowanej bohaterki, Agaty. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie pewien znaczący element, który niemożebnie mnie drażnił. Charakterystyczne dla pierwszoosobowej narracji jest to, że pisarz ma ograniczone pole manewru - nie może wnikać w odczucia innych bohaterów, nie może wiedzieć, co się z nimi dzieje, jeżeli nie ma przy nich "opisywacza przygód" - w tym przypadku Agata mogła jedynie opisywać wydarzenia, w których uczestniczyła lub była świadkiem, więc jakim cudem mogła znać wszystkie myśli swojej mamy, pracodawcy czy koleżanek? W końcu nie jest wszechwiedząca, więc nie mogła wiedzieć aż takich szczegółów... W tym technicznym przypadku autorka nie popisała się, na szczęście nadrabia to samą fabułą i bohaterami.

Kreacja bohaterów nie zostawia wiele do życzenia, w zasadzie uważam ją za naprawdę świetną i bardzo dobrze stworzoną. Teresa została przedstawiona jako matka, która nie do końca realizuje się w swojej roli. Chce być jak najlepszą matką dla swojej córki, zapewnić jej godziwe życie i dobre warunki do dorastania, ale jednocześnie nie potrafi sobie odmówić kontaktów z mężczyznami, flirtów i zabaw. Pomimo świadomości, że w wyniku choroby opiekowanie się córką może być niemożliwe, Teresa upiera się i stawia na swoim, w wyniku czego dochodzi do sytuacji, w których to na barkach trzynastoletniej dziewczyny spoczywa zadanie troszczenia się o mamę. Agata musi wcześnie dorosnąć - nie ma czasu do zabawy w dziecko, gdyż zostaje rzucona na głęboką wodę. 

Miasto z lodu to powieść bardzo dojrzała i skłaniająca do zastanowienia się nad jej treścią. Po głębszym namyśle mogę powiedzieć, że odnalazłam w niej małe podobieństwo do stylu Jodi Picoult - tak jak ona pani Warda unika oceniania postępowania swoich bohaterów i przedstawia wszystko w niejednoznaczny sposób, by pozwolić czytelnikowi na samodzielne wyciągnięcie wniosków z lektury. To także historia o ludzkiej obojętności i skłonności do pochopnego oraz bezpodstawnego krytykowania innych, bez wystarczającej wiedzy do tego. Książka raczej nie trafi do męskiego grona odbiorców, ale myślę, że wiele przedstawicielek płci pięknej byłoby zauroczonych tą powieścią. 

Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - urokliwa, delikatna i mająca w sobie coś, co od razu porusza czytelnika; równie niezwykła, co treść książki. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Ciągle w drodze, ciągle w podróży.


Autor: J.A. Redmerski
Tytuł: Na krawędzi zawsze
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 460
Moja ocena: 3+/10

Miłość to nie tylko wspólne chodzenie za rączki podczas spaceru w letni dzień, wręczanie sobie upominków na Walentynki lub obchodzenie razem kolejnych rocznic, gdy traci się rachubę. Życie ma często w zanadrzu wiele nieprawdopodobnych zdarzeń stających nam na drodze niczym wyskakujące z kapelusza cyrkowego magika króliki, więc dopiero wtedy weryfikuje, czy wypowiadane wcześniej słowa "kocham Cię", miały jakieś znaczenie, czy były jedynie pustą frazą. 

Camryn i Andrew nie należą do par, których życie było usłane różami. Wręcz przeciwnie - musieli przejść długo drogę, by móc osiągnąć względny spokój i szczęście. I gdy wydaje im się, że wszystko układa się prawie idealnie, nagle dochodzi do zdarzenia, które po raz kolejny wpuszcza ich losy jakby w magiel. Po raz kolejny muszą udowodnić, że ich uczucie pomimo krótkiego stażu nie jest niedojrzałe, a wypełnione wzajemną miłością i próbami przetrwania. 

Pierwsza część "krawędziowego" cyklu zauroczyła mnie, choć nie podbiła mojego serca i nie sprawiła, że z niecierpliwością od razu po premierze sięgnęłam po kolejny tom. Musiało minąć trochę czasu, bym nabrała ochoty na dokończenie historii tego duetu. I niestety po przeczytaniu stwierdziłam, że lepiej byłoby, gdybym poprzestała na dobrych wrażeniach poprzedniczki niż psuła je sobie, czytając Na krawędzi zawsze. A dlaczego ta książka wypadła gorzej w moich oczach? 

Ta książka wydaje się być napisana poprawnie. Język jest nadal podobny do poprzedniego, nadal mamy mieszaną narrację uatrakcyjniającą chwile poświęcane kolejnym kartkom, a wszystko pochłania się pozornie łatwo i przyjemnie. Ale w pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że o ile początek był jeszcze obfity w emocje i coś się działo, tak im dalej w las, tym było słabiej, nudniej i jakoś tak bez wyrazu. Wszystko stało się łatwe, proste i polukrowane aż do bólu zębów - czemu autorka wyrządziła tej książce tak wielką krzywdę? 

Nie jestem fanką szczęśliwych zakończeń. O wiele bardziej cenię sobie autorów, którzy nie boją się odważnych posunięć i na koniec książki doprowadzają do śmierci bohatera/bohaterów. Owszem, jest to przykre strasznie, ale jak dla mnie urzeczywistnia opisywane wydarzenia. W tej historii miałam wrażenie, że autorka zabiła dobrze znanych mi Camryn i Andrew gdzieś po 1/4 książki, a na ich miejsce wprowadziła mierne różowiutkie i przerysowane substytuty, które przyczyniły się do przekształcenia intrygującej powieści w miałką historyjkę. Jak tak można? 

Na krawędzi nigdy miało w sobie całkiem spory potencjał, z którym wiązałam niemałe nadzieje. Liczyłam, że w drugiej części bohaterowie rozwiną skrzydła, a autorka pokaże mi, że rzeczywiście jej książki zasłużyły na miano najpiękniejszej historii o miłości. Niestety, jak dla mnie te słowa okazały się być pisane na wyrost. Tom kończący serię zawiódł mnie na całej linii, gdyż okazał się powieleniem części pierwszej - jak dla mnie pani Redmerski zdecydowanie zabrakło koncepcji i sądziła, że serwowanie tego samego w nieco innej otoczce będzie dobrym rozwiązaniem. A nie było.

wtorek, 18 listopada 2014

Będąc zamkniętą w klatce swojej podświadomości...


Autor: Michelle Hodkin
Tytuł: Mara Dyer. Tajemnica
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 412
Moja ocena: 5/10

Wielu z nas chciałoby w oczach innych prezentować się jako zwyczajna, normalna osoba - jedna z tych ponad sześciu miliardów chodzących po globie. Przez całe życie wszystko jest mniej więcej tak, jak sobie życzymy - nie wyróżniamy się z tłumu... ale jedna sytuacja potrafi wszystko zmienić. Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ogromny potencjał tkwi w małych, pozornie nieznacznych szczegółach. Jednak gdy zaczynamy sobie to uświadamiać - jest już za późno.

Mara Dyer to jedna z tych nastolatek, które mijasz na ulicy, nie przykuwając wcale uwagi. Lecz do czasu. Mara chciałaby móc o sobie powiedzieć, że jest taka jak inni, jednak traci tę możliwość bezpowrotnie po powrocie ze szpitala - jej przyjaciółki zginęły, jedynie ona przeżyła. W tym miejscu przebiega granica rozłączająca jej dotychczasowe życie na dwie połowy: PRZED i PO. Dziewczyna dałaby wszystko, by móc cofnąć czas, uniknąć tych wszystkich niepokojących zdarzeń, jednak zmuszona jest stawić im czoła - na szczęście nie w osamotnieniu, ponieważ towarzyszy jej w tym osoba, której wcześniej nigdy by o to nie podejrzewała. 

Wiele razy zdarzyło mi się kolokwialnie mówiąc "przejechać" na książce, gdy oceniałam ją przez pryzmat okładki - taki mam nawyk i ciężko jest mi z nim zerwać. Gdy dochodzą entuzjastyczne recenzje u większości osób, to żywię w sobie jeszcze większe przekonanie, że "tak, to jest to!"/"z pewnością mi się spodoba!"/"skoro innym się podobało, to mi też musi!". Czy muszę w takim razie wspominać, jak cholernie mocny żal się czuje, gdy po tak pozytywnym nastawieniu przychodzi zawód i spostrzeżenie, że czasami powinno się zdecydowanie chłodniej podchodzić do tego, co zachwyca innych? 

Muszę przyznać, że początkowo ta książka naprawdę mocno mnie intrygowała. Autorka niespiesznie odkrywała przed czytelnikami fabułę, skąpiła też wyjaśnienia i nie szafowała hojnie wskazówkami - o ile często takie zabiegi mnie drażnią po pewnym czasie, tak tutaj tylko wzmogły we mnie uczucie fascynacji. Wciąż zastanawiałam się, co jeszcze ma w zanadrzu, czym jeszcze mnie zaciekawi i jaka jest tajemnica tytułowej Mary Dyer. Niestety, to uczucie się skończyło.

O ile do połowy książki czułam się tak, jak to opisałam wyżej, tak im więcej kartek było za mną, tym częściej łapałam się na zniecierpliwieniu i poirytowaniu. Początkowo Mara była bardzo przeze mnie lubiana, ale w końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy i stwierdzić, że tak naprawdę to wciąż tylko dziecko - a ciężar zrzucony na jej barki wcale tego nie zmieniał. Nie potrafiła twardo obstawiać przy swoich decyzjach, wystarczyły drobne sugestie, by rezygnowała z tego, co chciała, byle zadowolić innych. Niektóre jej pomysły były irracjonalne i kompletnie nieprzemyślane - miałam wrażenie, że autorka chciała nadać książce zbędnego patosu, co w mojej opinii nie wyszło na plus. 

Obiekt westchnień Mary także przeszedł metamorfozę, która mnie bardzo mocno zdenerwowała - ironiczny, droczący się i pełen charakteru chłopak, za którego dziękowałam autorce, przemienił się w oblanego do obrzydzenia lukrem pączka - jak tak można?! Dlaczego pisarki uważają, że ich czytelniczki będą kochały wykreowanych przez nie bohaterów zawsze, cokolwiek taka pani Hodkin z nimi uczyni? Przysięgam, czytając tę książkę, miałam ochotę zagryźć autorkę, gdybym tylko miała taką możliwość! 

Po przeczytaniu zastanawiałam się nad klasyfikacją tej książki. Jak dla mnie nie da się jej wpasować w jedną szufladkę - to historia pomiędzy paranormal romance, a Young Adult. I co najbardziej zakrawa dla mnie, zagorzałej przeciwniczki tzw. paranormali i oddanej miłośniczki YA, na groteskę, to fakt, że o wiele bardziej przypadła mi do gustu cześć parapsychologiczna niż romantyczna. Chciałabym powiedzieć, że zachwycona jestem po przeczytaniu tej książki i z utęsknieniem czekam na kolejną część, ale nie mogę. Po raz kolejny doszło do sytuacji, w której oprawa przerosła treść. Drugi tom zapewne przeczytam, choć podejdę do niego bardziej zapobiegawczo niż tym razem - kto raz się sparzył, był nieuważny; kto dwa razy - był naiwny. 


Okładka bierze udział w Okładkowe Love - szkoda, że mówiąc o treści Mary, nie ma co mówić o żadnym "love".

niedziela, 16 listopada 2014

Do czego skłonna jest matka w imię miłości?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: W imię miłości
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 392
Moja ocena: 9+/10

Mówi się, że między matką a dzieckiem istnieje specjalna więź, inna od wszystkich pozostałych. Ile w tym prawdy nie dane było mi jeszcze się przekonać, ponieważ nie realizuję się w macierzyństwie, jednakże niejednokrotnie słyszałam wspomniane wcześniej słowa. Jestem skłonna uważać, że rzeczywiście mają w sobie wiele prawdy, wszak matki gotowe są do największych poświęceń, byle tylko przychylić nieba swojej latorośli i uczynić jej życie szczęśliwszym. Lecz czasami, mimo najszczerszych chęci, nie jest to możliwe - czy można się wtedy poddać? 

Bycie prokuratorem to praca, w której Nina czuje się jak ryba w wodzie. Wie, że w ten sposób może przysłużyć się społeczeństwu i stara się to robić jak najlepiej, wkładając w to całą siebie. Na co dzień ma do czynienia z przerażającymi sprawami, bo musi pracować z dziećmi, które były wykorzystywane seksualnie. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak ciężkie jest w takich przypadkach skazanie winowajcy, jednak specyfika jej zawodu wymaga, by zachowywała pełen dystans, a uczucia odsuwała na bok. Jeden dzień zmienia wszystko. Dzień, w którym dowiaduje się, że jej pięcioletni synek również padł ofiarą tak nieludzkiego czynu, jakim jest gwałt. Teraz nie ma mowy o zachowaniu zimnej krwi, gdy w grę wchodzi jej synek. Lecz co przyniesie Ninie kierowanie się emocjami?

Chyba nigdy nie dane mi będzie zrozumienie fenomenu Picoult. Przeczytałam już całkiem sporą ilość jej książek, toteż doskonale udało mi się poznać zagrywki, jakich używa - powinnam więc się uodpornić na wszystkie jej chwyty. Po raz kolejny przekonałam się jednak, że nie jest to możliwe. Bo mimo swojej schematyczności w pewnych momentach, ta kobieta tworzy tak nieprzewidywalną prozę pełną wszelakich emocji, sprzeczności i wątpliwości, że nie się jej nie uwielbiać. W imię miłości to właśnie taka książka - poruszająca do głębi i wyciskająca łzy z oczu, z których nawet nie zdajesz sobie sprawy. 

Tematyka przemocy seksualnej nie jest łatwa, szczególnie, gdy autor próbuje ją przedstawić w kontekście krzywdy wyrządzanej dziecku. Potrzeba nie lada wyczucia i ogromnej ilości empatii, by odpowiednio ją zaprezentować. Nathaniel to pięciolatek taki, jak mnóstwo innych każdego dnia mijających nas dzieciaków. Podobny do innych, a jednak wyjątkowy. Dla rodziców to ich oczko w głowie, wyczekiwany skarb, któremu starają się jak tylko mogą okazywać swoją miłość, choć czasami ciężko im ukryć zniecierpliwienie jego ciągłymi pytaniami czy nocnym moczeniem się. Starają się całymi sobą dać mu to, co najlepsze - gdy jednak nadchodzi najgorsze, nie potrafią się z tym pogodzić.

Nina to kobieta, która w jednej chwili całkowicie podbiła moje serce. Jest niczym lwica - do końca waleczna, do końca dzielna, do końca niepoddająca się, mimo beznadziejnego położenia. Od kilku lat pracuje jako prokurator, gdzie jej zadaniem jest oskarżanie ludzi, lecz nagle sytuacje ulegają kompletnej zamianie, a to wszystko przez jedno wydarzenie. Jej miłość do Nathaniela była tak piękna, że czasami po prostu bolało mnie serce, gdy czytałam jak cierpiała - chciała przede wszystkim zapewnić mu na nowo bezpieczne i pozbawione lęku życie. Nie potrafiłam winić jej za nic, kompletnie za nic - takie oddanie według mnie zasługuje na podziw, nie na naganę i karę. 

Pozostali bohaterowie zostali równie dobrze, wyraziście i realistycznie wykreowani. Jodi ma już to do siebie, że jeśli się za coś zabiera, to robi to świetnie - mamy kolejny dowód. Nie mamy tu kopii pozostałych bohaterów, gdyż każdy jest kompletnie inny - ma odmienne marzenia, odmienne lęki - inaczej się zachowuje w krytycznych sytuacjach i inaczej stara sobie poradzić z tym, co się dzieje. Mimo, że to rodzina Frostów gra tutaj pierwsze skrzypce, to reszta instrumentów grających w tej orkiestrze dyrygowanej przez Picoult jest niesamowicie wyeksponowana i przygotowana do koncertu, będącego ambrozją dla słuchu.

Każda kolejna przeczytana książka tej autorki sprawia, że umacniam się w twierdzeniu, że to obecnie jedna z najlepszych pisarek poruszających trudną i nieprzyjemną tematykę w swojej twórczości. Z godnym pozazdroszczenia altruizmem podchodzi tym razem do tematyki gwałtu na dzieciach, siły macierzyńskiej miłości i dualizmu w życiu - nic nie jest takie, jakie się wydaje, a nic nie powinno być oceniane tylko po pozorach, bo życie nie jest czarno-białe, natomiast posiada niezliczoną paletę pełną odcieni szarości. 

Okładka bierze udział w Okładkowe Love - tak delikatna, tak przejmująca i piękna w swojej prostocie sprawia, że wydaje się być idealnie dopasowana do treści...

piątek, 14 listopada 2014

Los świata w rękach dwunastki nastolatków - czy nie za wiele na ich barkach?


Autorzy: James Frey, Nils Johnson-Shelton 
Tytuł: Endgame. Wezwanie
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 512
Moja ocena: 7/10

M O R D E R S T W O. Dziesięć liter i dziesięć głosek. Niby tylko wyraz, lecz niosący za sobą całą gamę skojarzeń. Chyba dla wszystkich to czyn, którego nie chcielibyśmy nigdy dokonywać - lecz co w sytuacji, gdy urodziłaś się z piętnem, które sprawia, że ciąży na Tobie odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za innych ludzi? Co, jeśli zabijanie jest kluczem do przetrwania i wyjścia cało z opresji? 

Dwanaście najstarszych plemion żyjących na Ziemi doskonale zdaje sobie sprawę z istnienia Endgame. To nie jest zwykła zabawa - to Gra, w której stawką jest przeżycie całego plemienia. Dwunastu uczestników, po jednym przedstawicielu każdego plemienia, musi zmierzyć się z własnymi słabościami, przeciwieństwami losu i rywalami - przetrwać mają szansę jedynie najsilniejsi, najsprytniejsi i najbardziej bezlitośni. Lepiej uważać na to, komu się ufa, bo Endgame może się skończyć śmiercią. 

O Endgame już od dłuższego czasu jest bardzo głośno - a ja mam to do siebie, że lubię wiedzieć, czym się wszyscy zachwycają i czy rzeczywiście jest czym. Nuta tajemniczości towarzysząca temu złocistemu tomowi sprawiła, że przy nadarzającej się okazji nie omieszkałam z niej nie skorzystać i skusiłam się. Powiem tyle - zdecydowanie jest warte uwagi, więc warto odpowiedzieć na Wezwanie. 

Z całą pewnością od razu w oczy rzuciło mi się, że książka pod względem graficznym jest całkowicie inna od wszystkich, jakie miałam okazję poznać - w tekście brakuje wyjustowania (co jest zamierzonym efektem), co początkowo było dla mnie naprawdę ciężkie i trudne do przyswojenia i minęło trochę czasu, zanim przestało mi przeszkadzać - później uznałam, że to naprawdę interesujący zabieg, który spodobał mi się. 

Na pewno o oryginalności tej pozycji świadczy też język, jakim posługują się autorzy - krótkie, oszczędne i mało rozbudowane zdania i wypowiedzi to coś, czego tu mamy pod dostatkiem. Było mi to jednakże prawdziwą solą w oku, ponieważ jestem ogromną zwolenniczką rozbudowanej, pełnej ciekawych opisów i przekazującej mnóstwo emocji narracji, a tutaj miałam do czynienia ze zbytnią rzeczowością, zbytnią suchością. Ale kto wie - co dla mnie było minusem, dla Was może okazać się główną zaletą! 

Dużym atutem tej książki jest różnorodność prezentowanych w niej bohaterów. Nie każdego potrafiłam polubić - ba! wielu z nich silnie znienawidziłam, ale uważam, że do tego też trzeba mieć talent, by wykreować postaci wzbudzające tyle kontrowersji u czytelnika. Co ciekawe, to nie bohaterowie biorący udział w Endgame podbili moje serca, a ktoś całkiem inny - Christopher. Jego oddanie i miłość były dla mnie tak cudne, tak poruszające i niesamowite, że aż brakuje słów, naprawdę! Przez całą książkę mocno mu kibicowałam, dlatego za zakończenie byłam gotowa dosłownie znienawidzić autorów! Choć teraz uważam, że było naprawdę piękne. 

Nie jestem pewna, czy ta powieść jest dla wszystkich. To książka pełna przemocy, brutalności, bezwzględności i braku jakichkolwiek kompromisów. Prawie wszyscy działają tu na zasadzie - zabić kogoś, inaczej ktoś zabije mnie. Autorzy nie stosują tutaj polityki poprawności i łagodzenia - ma być ostro, ma być twardo. I przyznaję, że to mi się spodobało. Możliwe, że miałam już dosyć czytania przesłodzonych historii pełnych happy endów - jeśli i Wy macie podobne odczucia - sięgnijcie po tę powieść i przekonajcie się, co w niej takiego. Może to Wam uda się rozgryźć zagadkę przygotowaną przez autorów i wzbogacić się?


Za możliwość poznania książki dziękuję: 

środa, 12 listopada 2014

Poznaj królową, która do końca walczyła...


Autor: Philippa Gregory
Tytuł: Biała królowa
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 480
Moja ocena: 7/10

Wiele mówi się o tym, że średniowieczne kobiety były pozbawione jakiegokolwiek prawa decydowania o sobie i swoim losie - do ich obowiązków należało jedynie rodzenie dzieci, wychowywanie ich i prowadzenie domu. Oczywiście, w większości przypadków było to prawdą, jednak historia zna przypadki, w których kobiecie daleko było do potulnej żonki, we wszystkim zgadzającej się z mężem i ciągle mu potakującej. Jedną z przedstawicielek tego rzadkiego zjawiska jest Elżbieta Woodville, lecz co takiego dokonała w swym życiu? 

Główną bohaterkę poznajemy jako ledwie owdowiałą kobietę z dwójką dzieci, która zbiegiem okoliczności poznaje króla Edwarda IV Yorka. Zakochują się w sobie i król bierze ją w sekrecie za żonę, czym wywołuje sporych rozmiarów skandal - powinien poślubić kogoś o znaczniejszym rodowodzie niż zwykła szlachcianka. To wydarzenie sprawia, że życie Elżbiety przestaje być zwyczajne i proste - nowa monarchini wraz ze swoją rodziną dostaje się w samo centrum intryg i knowań związanych z wciąż trwającą Wojną Dwu Róż, a tylko od niej zależy, czy uda im się ocalić własne głowy i zachować pozycję.

Przyznaję szczerze, że do tej pory niezbyt byłam zainteresowana okresem historii i postaciami, jakie w Białej Królowej przedstawiła Gregory. O wiele bardziej fascynująca wydawała mi się epoka, gdy władza była w rękach Henryka VIII, w końcu tyle się wtedy działo, więc zakładałam, że nic innego z przeszłości Anglii nie jest mnie w stanie podobnie zaintrygować. Pomimo tego założenia stwierdziłam jednak, że chętnie dowiem się, co ciekawego ma do zaprezentowania autorka w tym temacie i mogę tylko przyznać się do tego, że byłam w ogromnym błędzie, gdyż czas wojen domowych w piętnastowiecznej Anglii pochłonął mnie bez reszty. 

Autorka po raz kolejny pokazała, że przoduje w kreowaniu silnych i wyrazistych kobiecych postaci, czego najlepszym dowodem jest tytułowa królowa. Elżbieta Woodville nie boi się stawiać na swoim, nigdy nie odpoczywa i ciągle snuje coraz to śmielsze plany, mające zapewnić jej rodzinie jak najlepsze życie. Jest kobietą, która z trudem przystaje na kompromisy, potrafi okazywać bezwzględność i brak litości. Jest ambitna i dąży do celu. Jej niesamowita odwaga potrafi naprawdę zaskoczyć - wiele razy byłam zaskoczona tym, w jak trudnych sytuacjach potrafiła zachować zimną krew i nie poddawać się. 

Tło historyczne zostało nam tutaj odmalowane z niezwykle drobiazgową precyzją i starannością. Za pomocą głównej bohaterki możemy stopniowo poznawać nie tylko wydarzenia bezpośrednio związane z nią, ale także inne kluczowe dla tego działu przeszłości. Wiadomym jest, że ta książka nie jest dokumentem historycznym i nie zawiera samych dokładnie potwierdzonych faktów, lecz sporą dozę domysłów i teorii, do których przychyla się autorka - przykładem tego może być tajemnicza zagadka zaginięcia książąt, która po dziś dzień nie została rozwiązana i nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda nam się poznać na nią odpowiedź.

Mimo sporych rozmiarów, znacznej objętości i stosunkowo poważnej tematyki, tę książkę czyta się nad wyraz dobrze - Philippa Gregory po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi zaciekawić i zainteresować tematyką, którą do tej pory była mi obca. Poznawanie za jej pomocą przeszłości z pewnością nie jest nudne i nużące, gdyż w tej powieści dzieje się tyle, że czasami ciężko jest nadążyć i nie myśli się o tym, że mogłoby to być monotonne - chce się poznawać, chłonąć, rozważać, czytać i nie przerywać tak bardzo dobrej lektury. 

Za możliwość poznania książki dziękuję:

poniedziałek, 10 listopada 2014

Niemożliwe staje się możliwym - przenosiny w czasie nie takim absurdem?

Autor: Alexandra Monir
Tytuł: Władcy czasu
Wydawnictwo: Jaguar 
Liczba stron: 238
Moja ocena: 7-/10


Ciężko jest żyć ze świadomością, że niemożliwe jest bycie z osobą, którą kocha się najbardziej na świecie, szczególnie, gdy wydaje się, że sytuacja jest wyjątkowo beznadziejna i nie ma najmniejszych szans, by w jakiś sposób ją rozwiązać tak, by odnaleźć szczęście. Czasami jednak, kiedy tracimy wszelką nadzieję i z rezygnacją próbujemy zrozumieć, że nie da się nic zrobić w danej sytuacji - nagle następuje całkowita odmiana losu. Wydaje się, że jest ona ziszczeniem najskrytszych marzeń, lecz przy bliższym zapoznaniu się z nią, dostrzega się jej wady. 

Michele stara się pogodzić z faktem, że nie dana będzie jej wspólna przyszłość z Philipem, jednak niespodziewana przeszkoda staje jej na drodze. Co dziwne, jest nią Philip we własnej osobie, który ni stąd, ni zowąd, zjawił się w szkole dziewczyny. Życie jednak nie jest tak łaskawe i okazuje się, że chłopak wcale jej nie poznaje ani nie pamięta. Nastolatkę na krótko ogarniają wątpliwości, czy może nowy uczeń w klasie nie jest jedynie kimś podobnym do jej ukochanego, jednak szybko upewnia się w przekonaniu, że to musi być jej miłość z 1910 roku. Tylko w jaki sposób ma mu przypomnieć siebie i ich uczucie?

Bardzo nie lubię czytania książek z poszczególnych cyklów rozłącznie, tzn. czytania pierwszego tomu, a potem czekania kilka miesięcy na kolejne, choć niestety tak często mi się zdarza. O wiele bardziej wolę, gdy wydane zostało już kilka części, a ja mogę je sobie jedna po drugiej połykać, by zachowywać ciągłość w zdarzeniach, nie wybijać się z klimatu i wiedzieć, na czym stoję. W tym przypadku na szczęście miałam taką możliwość, co uważam za niewątpliwą zaletę - nadal nie wybiłam się z nastroju wykreowanego przez panią Monir, dzięki czemu lepiej mi się czytało. 

Wszystkie zagadki, na które tak narzekałam przy poprzedniej recenzji, zostały ładnie i wystarczająco dokładnie wyjaśnione, dzięki czemu rozumiałam już, w jaki sposób bohaterka odbywała swoje podróże, jakie były ich przyczyny i jakie miały być ich następstwa. Niewątpliwym atutem tej powieści jest to, że autorka poprawiła swój język, dzięki czemu jeszcze lepiej czytało mi się ją. Bohaterowie jak dla mnie pozostali bez znaczących zmian - dalej ich lubiłam, choć czasami wydawali mi się odrobinę zbyt sztuczni, a ich zachowania nie do końca przemyślane. Bardzo podobały mi się też opisy Nowego Jorku - czasami miałam wrażenie, że sama w nim jestem, tak było to realistyczne!

Największy żal do autorki mam chyba o to, że nie wprowadza tutaj nic nowego. Wszystko jest tylko kontynuowaniem wydarzeń opowiadanych w Poza czasem, a gdzie coś, co byłoby stworzone we Władcach czasu - jakieś zawirowania, nagłe zwroty? Jest dobrze, jest poprawnie, ale czemu tylko tyle? Według mnie przydałoby się również więcej wyjaśnień na temat Stowarzyszenia Czasu - jedna z nielicznych tutaj nowości, a została potraktowana zdecydowanie za bardzo po macoszemu. Należę do czytelniczek, które lubią mieć wszystko powyjaśniane, a tutaj - kicha, niestety.   

Pierwsza część tego cyklu sprawiła, że czułam lekkie rozczarowanie i dość spory niedosyt - tyle zagadek, tyle tajemnic, a nic nie zostało mi wyjaśnione. Na szczęście miałam pod ręką kontynuację, na którą nie musiałam czekać, dlatego mogłam szybko zaspokoić swoją ciekawość. I choć zakończenie nie wbiło mnie w fotel, a szczęka nie opadła mi do podłogi, to jednak sądzę, że ta część była w niewielkim stopniu lepsza od swojej poprzedniczki. Coś się poprawiło, autorka nieco bardziej się przyłożyła, choć niestety nie tak bardzo, jak oczekiwałam. 


Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love.

środa, 5 listopada 2014

Podróże w czasie - abstrakcja czy prawdopodobna możliwość?


Autor: Alexandra Monir
Tytuł: Poza czasem
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 288
Moja ocena: 6+/10

Każdy z nas popełnia błędy. Niektóre nie mają żadnych przykrych konsekwencji, a niektóre drogo nas kosztują, gdyż nie da się ich naprawić mimo usilnych starań. Niejednokrotnie zdarzało mi się myśleć, że gdybym była w stanie to cofnęłabym się w czasie i postarała się zrobić wszystko, byle nie dopuścić do powielenia wcześniejszych błędów - podejrzewam, że niektórym z Was też zdarzały się takie marzenia. To dobre słowo, gdyż na chwilę obecną podróże w czasie to tylko motyw znany nam z filmów science-fiction... ale czy na pewno? Przecież sam Einstein snuł przypuszczenia o takim zjawisku, więc czy jest ono całkowicie abstrakcyjne? 

Michele Windsor to nastolatka taka jak każda inna - właśnie przeżywa niezbyt miłe chwile, gdyż została porzucona przez chłopaka, ma przyjaciółki, na których wsparcie zawsze może liczyć oraz kochającą mamę, która jest dla niej najważniejszą osobą na świecie. Zazwyczaj nikt nie zwraca uwagi na jej nazwisko, uważając, że to tylko zbieg okoliczności, jednak prawda jest inna - w żyłach Michele płynie błękitna krew. Jeden dzień w jej życiu sprawił, że wszystko obróciło się o 360 stopni, a dziewczyna musiała porzucić to, co znała i kochała, by udać się do nieznanych dziadków, będących liczącą się arystokracją. Dziewczyna nie czuje się tam szczęśliwa, ale do czasu... Odkrycie dziennika z 1910 sprawia, że dziewczyna przenosi się o 100 lat wstecz! Wydawałoby się, że to koniec - ale nie, Michele poznaje tam kogoś, w kim się zakochuje z wzajemnością. Co ma jednak zrobić, gdy ich związek okazuje się jednak być niemożliwym? 

Motyw podróżowania w czasie nigdy mnie nie interesował. Ostatnio wydawanych było całkiem sporo książek, które poruszały ten schemat, dlatego nie czułam się nim zaciekawiona i czekałam, aż ta moda z lekka ucichnie. Odwiedzając bibliotekę, zobaczyłam na półce obie części z serii Poza czasem i wtedy nie zastanawiając się długo, postanowiłam się z nią zapoznać - a nuż okaże się, że popełniłam pomyłkę, a taki wątek w książce sprawi, że zakocham się w niej? Jak pomyślałam, tak zrobiłam - zakochana jednak nie jestem. 

Największym mankamentem tej książki jest to, że nic tu nie jest wyjaśnione, a czytelnik ani na początku, ani na końcu nie dowiaduje się, czemu zachodzą zjawiska opisywane w tej powieści. Bohaterka odnajduje pewien przedmiot i nagle zaczyna podróżować - ale dlaczego tylko ona? Czym jej podróże są spowodowane? Jaki jest wyższy cel? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Oczywiście, zagadki w książkach są jak najbardziej na miejscu, gdyż lubię odkrywać kolejne tajemnice... ale tutaj nie mogę! Pod tym względem książka nieco mnie zawiodła gdyż przez prawie 300 stron bohaterka lata w przeszłość i w teraźniejszość na zmianę, a ja nie mam pojęcia, co wywołuje te wojaże. 

Wątek miłości uważam za całkiem przystępnie i porządnie wykreowany - nie mam wrażenia, że był sztuczny, wydaje się być bardzo naturalny. Obie postacie przypadły mi do gustu, gdyż nie są przerysowane - jedynie czasami na nerwy działała mi Michele, gdyż jej bierność czasami mnie przerastała. Niejednokrotnie żal mi było tej dwójki i tego, jak okrutny okazał się dla nich Czas, sprawiając, że para przeznaczonych sobie osób żyje w całkiem odmiennych epokach i tylko zbieg okoliczności sprawił, że mogli się poznać i spotkać. Lecz czy to był tylko wypadek? 

Tę książkę uważam za całkiem udaną. Sposób, w jaki autorka opisuje tę historię nie jest drażniący i męczący, lecz lekki i łatwy w przyswajaniu. Można mieć zastrzeżenia do dosyć sporego lania wody, gdyż w tym tomie nie dzieje się tak dużo, jakbym sobie tego życzyła. Musiałam się nieco zastanowić nad notą, jaką mam wystawić, ale uznałam, że nieprzewidywalne zakończenie i zapowiedź tego, że drugi tom okaże się lepszy, podwyższa moją opinię o tej romantycznej opowieści o dwójce osób, którzy muszą stawić czoła wszystkim przeciwnościom, by móc się połączyć. 

Ta okładka również jest moim Okładkowym Love - może za ten wdzięk i za urok, może za dziewczęcość. :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Zabawa w udawanie chłopaka - kiedy kończy się gra, a zaczyna miłość?


Autor: Cora Carmack
Tytuł: Coś do ukrycia
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 368
Moja ocena: 7+/10

Ile razy uważałaś, że jesteś w kimś bez pamięci zakochana? Jak często wydawało Ci się, że łączy Cię z pewną osobą specjalna więź, której nikt i nic nie są w stanie rozerwać? Ile razy na widok obiektu swoich westchnień miałaś ochotę krzyczeć ze złości i bólu, gdy pojawiał się z jakąś inną osobą? Czasami zdarza się, że dość irracjonalnie wmawiamy sobie uczucia, pielęgnujemy je w sobie i karmimy się własnym bólem, lecz przy najbliższej okazji, gdy poznajemy osobę, która naprawdę jest nam przeznaczona, dopiero poznajemy, czym jest prawdziwa miłość. 

Cade czuje się od jakiegoś czasu paskudnie - dziewczyna, w której kocha się od bardzo dawna, za wybranka ma kogoś innego, a na dodatek zaręcza się. Czy może istnieć większy cios? Cade nie dostaje jednak zbyt wielkiej ilości czasu na pozbieranie się, gdyż nagle podchodzi do niego Max, która prosi go o to, by przed jej rodzicami odegrał jej chłopaka - jej rodziciele nie akceptują jej stylu życia, dlatego dziewczyna musi przed nimi ukrywać to, jaka jest naprawdę. Cade długo się nie zastanawia - w końcu jest aktorem, a to dobra okazja, by przetestować swoje nabyte umiejętności. Tylko kiedy kończy się gra, a zaczyna się uczucie? 

Jakiś czas temu spotkałam się z pierwszą częścią tego cyklu, którą było Coś do stracenia. Choć absurdalna i momentami śmieszna, nie do końca spełniła moje oczekiwania i zostawiła mnie z niedosytem. Wątek relacji nauczyciel-uczennica już dawna przestał mnie fascynować, może stałam się nieco bardziej wymagającą czytelniczką, a może po prostu liczyłam na coś więcej. Mniejsza z tym - na celowniku mam Coś do ukrycia, które jak dla mnie okazało się o wiele lepszą lekturą i umilaczem czasu! A dlaczego? 

Po pierwsze - nastrój. Dalej jest podobny do tego w poprzedniej części, jednakże nieco uległ metamorfozie. Jakiej? Jest tu poważniej. Oczywiście, nie ma tu żadnych smętów - co to, to nie! Autorka jest od tego mile morskie, gdyż nadal stosuje zabawne wstawki, które rozładowują atmosferę i rozbawiają czytelnika, ale książka ma bardziej przejmujący wydźwięk - także bardziej niż poprzedniczka wpasowuje się w klimat książek NA i może być sztandarową przedstawicielką tego gatunku. 

Bohaterowie są naprawdę mocną stroną - kolejny raz skontrastuję ich z ich odpowiednikami we wcześniejszym tomie: tam postaci były niczego sobie, tutaj są świetnie wykreowane! Człowiek ma wrażenie, że są tacy prawdziwi i ludzcy, zwyczajni ze swoimi problemami i troskami, a nie papierowe marionetki. Max z jej zadziornym charakterkiem może sprawiać wrażenie ostrej, lecz dla mnie od początku było w niej coś takiego, co sprawiało, że wydawała mi się inna. Cade - wcześniej nielubiany, tutaj dzięki swojej elokwencji i umiejętności improwizacji zyskał duże uznanie w moich oczach! 

Cora Carmack zadziwiła mnie tym razem i sprawiła, że z chęcią przeczytam kolejne książki o niej, gdyż widzę, że jej warsztat nie stoi w miejscu, a ciągle ulega zmianom - w tym przypadku na lepsze. Liczę, gdyż utrzyma tendencję zwyżkową, ponieważ po tej książce mam zaostrzony apetyt - w ciekawy, humorystyczny, ale i przejmujący sposób pokazała historię miłosną ludzi z problemami, ludzi, którzy boją się być tacy, jacy są naprawdę, ludzi, którzy boją się kochać. To książka, która pokazuje jak ważne jest szukanie szczęście, a nie próby zadowolenia innych. Czasem trzeba pomyśleć o sobie, inaczej żyć się nie da, choć egoistą być też nie można. Złoty środek - oto rada. 

niedziela, 2 listopada 2014

Potrojona ilość tajemnic w jednej książce - czy wpływa to na jej jakość?


Autor: Tahereh Mafi
Tytuł: Julia. Trzy tajemnice
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 200
Moja ocena: 5+/10


Los jest przekorny akurat w takich momentach, gdy chcielibyśmy, by wszystko było bez zmian. Przyzwyczajamy się do danego stanu rzeczy, akceptując go i ucząc się współistnieć z nim w harmonii i ładzie, a to tylko po to, by za pięć krótkich minut wszystko znów się rozsypało i pogrążyło w chaosie. A co z nami? My zostajemy po raz kolejny zagubieni, bez żadnego punktu odniesienia, za to w ogromnym bałaganie. Czy tak na dłuższą metę można żyć? 

Julia. Trzy tajemnice to stosunkowo cieniutka książeczka, w której skład wchodzą trzy części. Pierwsza z nich, Destroy me, to opowieść Warnera, która toczy się między wydarzeniami z Dotyku... i Sekretu Julii. Jest równocześnie najobszerniejszą historią, jaka nam tu została przedstawiona. Czy jestem zadowolona z niej? Niekoniecznie. Warner to bohater, który od samego początku wręcz niesamowicie działał mi na nerwy i cokolwiek by zrobił, to i tak nie potrafiłam zmienić mojego zdania o nim. Może to i niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę, co działo się w dalszych tomach, jednakże nic na to nie poradzę. Ta część książki mogłaby dla mnie nie istnieć. Poważnie. 

Kolejna cześć (Fracture me) przedstawia nam wydarzenia po zakończeniu drugiego tomu, a wszystko z perspektywy Adama Kenta. Tu było już jak dla mnie o wiele lepiej, gdyż to jedna z moich ulubionych postaci, dlatego z ciekawością czekałam na to, czego dowiem się bezpośrednio od niego. Chyba na długo pozostanie we mnie szacunek do niego ze względu na to, jaka więź łączyła go z młodszym bratem, bo ta troska o los i przyszłość naprawdę mocno chwytała mnie za serce i wzruszała. 

A co czekało na mnie w notatkach spisywanych przez Julię, która w tej książce z głównej postaci w serii, awansowała na poboczną bohaterkę? Początkowo zawód. Część z jej zapisków udało się przecież poznać wcześniej, gdyż były prezentowane w historii Warnera, a więc kompletnie niezrozumiały dla mnie był ten zabieg powtórzenia ich części i dodania nieco nowego. Wolałabym czytać coś, czego wcześniej nie było, definitywnie.

Dużo wątpliwości wzbudziły we mnie te krótkie opowiastki. Chciałabym powiedzieć, że każda z nich spodobała mi się tak samo mocno i wywarła na mnie pozytywne wrażenie, ale to byłoby kłamstwem - pierwszą najchętniej bym sobie darowała, ostatnia do połowy to powielenie tego, co wcześniej zostało przedstawione, jedynie opowieść Adama się broni. Styl pisania Mafi jak zwykle bez zarzutu, płynnie, lekko i w poetycki sposób przestawia tę książkę, którą czyta się błyskawicznie, lecz czy to świadczy o tym, że jest dobra? 

Okładka bierze udział w Okładkowym Love - uwielbiam to, w jaki sposób są wydawane książki z serii o Julii! 

sobota, 1 listopada 2014

Dzień po dniu upływa, nowy miesiąc nam przybywa!

W jaki sposób najlepiej zdać sobie sprawę z prędkości przemijającego czasu? Poprzez publikowań podsumowań kolejnych miesięcy, przynajmniej tak jest w moim przypadku! Jeszcze niedawno publikowałam moje osiągnięcia z maja, sierpnia czy września, a teraz przyszedł czas na październik - gdzie te wszystkie dni się podziały?! Zdecydowanie za szybko, za szybko, za szybko! Tylko czy jest metoda, by to spowolnić? 


Powiem Wam, że jestem bardziej niż zadowolona z moich październikowych osiągnięć czytelniczych. Nie próżnowałam i starałam się codziennie coś podczytywać, dlatego udało mi się przez te trzydzieści jeden październikowych dzionków poznać 15 książek. Większość nie należała do ambitnej prozy, chociaż z klasyki udało mi się przeczytać szekspirowskiego Makbeta - zawsze lepsze to niż nic! A jak prezentuje się pełna lista czytadeł, które już poznałam?

1. Nie mów nikomu - Harlan Coben
4. Makbet - William Shakespeare 
14. Julia. Trzy tajemnice - Tahereh Mafi (recenzja już jutro!) 
15. Coś do ukrycia - Cora Carmack (recenzja niedługo!) 

Najlepiej wspominam Dziesięć płytkich oddechów - jak ja mogłam tyle czekać z poznaniem ich? Chyba nigdy sobie tego nie wybaczę. Najgorsze natomiast okazało się 19 razy Katherine, szczerze się cieszę, że mam to już za sobą. A co przede mną? W listopadzie planuję nie spadać z formy i czytać, czytać, czytać, czyli robić to, co kocham! I tego samego też Wam życzę z całego serca! :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka