czwartek, 30 października 2014

Na którą z kandydatek do książęcej ręki czeka tron i korona?


Autor: Kiera Cass
Tytuł: Jedyna
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 334
Moja ocena: 6/10

Prawie każda dziewczynka w okresie swojego życia pragnęła zostać księżniczką. Noszenia każdego dnia innej, niepowtarzalnej sukni, posiadanie niezliczonej ilości służby na każde zawołanie, mieszkanie w pałacu jak z bajki i posiadanie za męża niebywale przystojnego księcia - czy któraś z nas tego nie chciała? Niestety, w tych marzeniach zazwyczaj nie uwzględnia się szarej rzeczywistości, która niekoniecznie okazuje się być usłana płatkami róż. 

America miała okazję szybko przekonać się o słuszności tego zagadnienia - o ile na początku udziału w Eliminacjach pobyt w pałacu jawił się jej jako sen, tak z czasem poznała coraz więcej ciemnych stron sprawowania władzy. Od początku nie potrafiła pogodzić się z niesłusznym podziałem klasowym w państwie, czego dowodem były jej wystąpienia. Lud Illei szybko zrozumiał, że Ami jest tą osobą, która może zmienić ich życie. Problem w tym, że to nie do poddanych należało podjęcie decyzji - ostateczny werdykt miał wydać Maxon, który zbliżył się tak z rywalkami Ameriki, a to nie działa na jej korzyść.

To jedna z serii, o której od początku było głośno. Jedni ją uwielbiają, drudzy nie potrafią odnaleźć ani jednego pozytywu. Ile osób, tyle opinii na jej temat. Zastanawiało mnie niedawno, dlaczego i skąd taki szum wokół niej powstał? Na pewno nie ze względu na oryginalność, gdyż powieści utrzymanych w klimacie dystopijnym powstało w ostatnim czasie bez liku. Styl też nie powala na kolana. Może to ze względu na oprawę graficzną? W końcu grupą docelową, do której skierowane są książki to nastolatki, więc wydawcy uważali, że ładna oprawa przyciągnie je i zastąpi braki w treści? Myślę, że coś w tym może być, choć tak naprawdę prawda leży gdzie indziej - każda z nas jest w środku małą dziewczynką mimo lat posiadanych na karku, więc i każda chciałaby choć przez chwilę poczuć się po królewsku. 

Co tym razem serwuje nam Kiera Cass? To już finał historii o losach Ami, jej konkurentek, księcia Maxona i Aspena. Autorka spokojnie dobiła do brzegu, można mieć tu zastrzeżenia, że zbyt niedbale i pobieżnie. To chyba główna wada tych książek, gdyż zaczynają poruszać ciekawiący mnie wątek, po czym autorka nagle traci nim zainteresowanie i zostawia go: 
a) niedokończony (czytelnik-wróżka, sam ma sobie dopowiedzieć)
b) dokończony (byle jak, byle szybciej mieć z głowy).
O ile w dwóch poprzednich częściach przymykałam na to oko, gdyż liczyłam, że w ostatnim tomie zostanie mi wszystko ładnie wytłumaczone, tak po przeczytaniu Jedynej jestem nieco zła na autorkę - gdyż pozornie rozwiązała to, co najważniejsze, ale resztę potraktowała po macoszemu. 

Nie było też aż tak tragicznie, jak mogłoby się wydawać. Autorka zaserwowała kilka całkiem sporych zaskoczeń, których nie przewidziałam, a całkiem lubię takie niespodziewajki. Nie było też silnie eksponowanego wątku geometrycznego (czytaj: trójkąta), właściwie to zanikł, za co jestem bardzo wdzięczna, gdyż to zawsze wzbudza moją irytację. Przyjemnie też było pozwolić porwać się atmosferze książki i pozwolić się w niej pławić, gdyż czuć było od niej wdzięk i bajkowość - a tego oczekiwałam.

To książka zdecydowanie nie dla wszystkich. Oosby, które chcą dopracowanej i szczegółowo wykreowanej literatury, raczej nie mają po co myśleć o tej książce gdyż srogo się na niej zawiodą i zaczną na niej wieszać psy. Jeśli jednak masz ochotę na lekki odmóżdżacz na jedno popołudnie, który został wykreowany w baśniowej scenerii - spróbuj, może na Ciebie podziała czar roztaczany przez tę serię? 

Okładka oczywiście bierze udział w Okładkowe Love - nie ma innej możliwości! 

wtorek, 28 października 2014

Czym dla Ciebie jest szczęście i czy próbujesz je znaleźć?

Okładka książki Tak wygląda szczęście
Autor: Jennifer E. Smith
Tytuł: Tak wygląda szczęście
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 400
Moja ocena: 6+/10

Chyba nie popełnię żadnego faux pas stwierdzeniem, że dziś bez internetu bardzo ciężko jest funkcjonować, czego dobrym przykładem mogą być osoby związane ze sferą książkową. Sporo osób woli korzystać z internetowych księgarni niż stacjonarnych lub coraz częściej zamiast wizyty w bibliotece i poświęcenia nieco czasu na przeszukiwanie półek w celu odnalezienia perełek wybieramy wklepanie tytułu i autora w katalogu internetowym, co stało się powszechne. Przecież gdyby nie internet, to prowadzenie blogów książkowych również byłoby niewykonalne. I tak jest z każdą kwestią w życiu - internet powoli i sukcesywnie stał się remedium na wszystko, bo doszło do tego, że umożliwia poznawanie się ludzi, którzy w innych warunkach zapewne nigdy by się nie spotkali. 

Czasem zwykła pomyłka jest w stanie zaważyć na dotychczasowym życiu każdego człowieka. Coś takiego przytrafia się Grahamowi Larkinowi, młodemu aktorowi będącemu ulubieńcem mediów i publiczności, gdyż źle wpisany adres sprawił, że jego mail trafił do kompletnie nieznanej mu osoby, czyli Ellie. Tak właśnie zaczęła się ich znajomość, która z czasem przerodziła się w coś więcej - dłuższe maile, bardziej osobiste, niecierpliwe wyczekiwanie na odpowiedź rozmówcy i nie tylko. Niedługo później ich internetowa znajomość przechodzi w rzeczywistą - czy jednak ma szansę na przetrwanie? 

Każdy z nas jest świadomy zagrożeń, jakie płyną z faktu zawierania znajomości przez internet: nie znamy osób z którymi korespondujemy, więc nie możemy wykluczyć opcji, że po drugiej stronie znajduje się potencjalnie niebezpieczna osoba. Czy jednak ktoś z nas aż tak bardzo przejmuje się tym? Najczęściej wychodzimy z założenia, że przecież nie każdy człowiek musi się okazać kryminalistą, mordercą, pedofilem i zboczeńcem - ciągle popadanie w rozmaite paranoje nie ma sensu. Czy jednak ktoś z nas zakładał, że pisze z kimś sławnym, obiektem westchnień innych ludzi? 

Ellie z pewnością nie. To dziewczyna, która jest zmęczona tajemnicą związaną ze swoim urodzeniem i tym, że nie może nikomu jej zdradzić, nawet najlepszej przyjaciółce. Każdego dnia musi pomagać u mamy w sklepie, a do tego zatrudniła się u przyjaciółki, gdyż chce zarobić pieniądze na kurs, a wie, że jej mamy na to nie stać. To dziewczyna, którą z miejsca polubiłam - mimo tej zagadki wydaje się być szczerą, ciepłą i sympatyczną nastolatką, taką, z którą chętnie bym się zaprzyjaźniła. Jest zwykła, czego nie można powiedzieć o jej wybranku - gwiazda Hollywoodu z pewnością nie jest taka zwyczajna, choćby nie wiem jak się starała. I to chyba przyciągnęło mnie do tego chłopaka - jego normalność i staranie się, by zachowywać się tak, jak zawsze. 

Książka jest pisana w sposób prosty i łatwy - jak dla mnie mogła być nieco bardziej rozbudowana, gdyż sporo zajmowały maile między dziewczyną a chłopakiem, które czytało się momentalnie. Mimo że historia wydaje się poruszać modny aktualnie temat i "na czasie", gdyż sporo mówi się o związkach, których początkiem był internet, to czasami miałam wrażenie, że była zbyt spłycona, a autorka bała się mocniej zagłębić w problemy. Podejmowała je, lecz nie do końca rozwijała. Sprawiało to, że książkę czytało się błyskawicznie - to dosłownie lektura na jeden wieczór, ciężko czytać ją dłużej. 

To historia z pewnością przeznaczona jedynie dla dziewcząt - myślę, że chłopcy nie byliby zainteresowani lekturą w tym rodzaju, gdzie sporo jest melancholii, miłości i zadawania sobie pytania - czy to może się udać? Nie brak tu uroku i wdzięku, to zgrabna historia o poszukiwaniu szczęścia w życiu, choćby miało się je spotkać na drugim końcu kraju tak wielkiego jak Stany Zjednoczone. Dla jednych szczęście to kostka czekolady w chwili zdenerwowania, dla drugich 194397927923797912 odcinek "Mody na sukces", a dla trzecich spojrzenie w oczy ukochanej osoby - ważne jednak, by nigdy się nie poddawać i zawsze próbować to szczęście odnaleźć, tak jak uczynili to bohaterowie. 

Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - ten romantyzm i urok bijące z niej naprawdę podobają mi się! :)

poniedziałek, 27 października 2014

Życie na pokaz w plastikowej bańce - może być coś gorszego?

Okładka książki Żona oficera
Autor: Philippa Gregory
Tytuł: Żona oficera
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 503
Moja ocena: 8/10

Dzisiaj małżeństwo to dla każdego sformalizowany związek pomiędzy dwojgiem kochających się osób, świadomych swojej decyzji o pobraniu się, wszystkich "za" i "przeciw". Oczywiście, są zakątki na naszej planecie, gdzie mariaż to w dalszym ciągu umowa między rodzinami, mająca na celu uzyskanie jak największych korzyści materialnych, ale to już coraz rzadsze zjawisko. Inaczej jednak było choćby sto lat temu, gdyż wtedy takie zawieranie umów małżeńskich w celu wzbogacenia było na porządku dziennym - czy było to jednak słuszne?

I wojna światowa zakończyła się dwa lata temu, lecz wielu ludzi wciąż żyje z jej widmem - kimś takim jest Stephen. Od zawsze pogrążony był w kompleksach, ciągle czuł, że jest tym gorszym synem i nie dorównuje swojemu idealnemu bratu. Gdy jednak poznaje młodziutką Lily, która nie znosi wspominania o wojnie, to uznaje, że dziewczyna jest w stanie wyleczyć go z wojennych koszmarów. Problemem jednak jest fakt, że mężczyzna wywodzi się z wyższych sfer, a Lily to zwykła śpiewaczka, która na dodatek odrzuca opcję poślubienia oficera. Wszystko jednak ulega zmianom przez jedno wydarzenie - Lily zmienia zdanie. Czy nie jest to błędem? 

Philippa Gregory to autorka powieści, którą bardzo cenię. Tworzy niesamowite opowieści, dzięki którym potrafi zarazić człowieka bakcylem do poznawania historii na kartkach jej książek. Mimo że niejednokrotnie okazują się być opasłymi tomiskami, co niektórych może zrazić, dla mnie jest powodem do zacierania rąk - tyle czasu z nią to naprawdę dobre spożytkowanie go, a teraz miałam tylko potwierdzenie tego wcześniej znanego faktu.

Nie jest to powieść taka jak "Kochanice króla", bardziej przypomina "Czarownicę". I nie, nie oznacza to, że jest słaba! O ile w przypadku pierwszej wspomnianej powieści Gregory miała ograniczone pole do wykorzystywania swojej wyobraźni ze względu na to, że opowiadała historię mającą miejsce w rzeczywistości i trzymała się faktów mających potwierdzenie z przeszłości, tak w przypadku drugiej książki ograniczały ją jedynie realia historyczne, gdyż reszta była jej pomysłem - tak też jest tutaj. Wszystko jest wykreowane przez autorkę i osadzone w trudnych latach po zakończeniu pierwszej wojny światowej - nie muszę wspominać, że w bardzo dobrym stylu? 

Autorka skonfrontowała ze sobą dwa kompletnie inne światy - tzw. sfery wyższej i robotniczej. Z jednej strony mamy tutaj Lily, młodziutką dziewczynę, której pasją jest śpiew - chce z tym związać swoją przyszłość, lecz niespodziewanie napotyka bariery na swojej drodze. Nie ma prawa żyć tak jak wcześniej, musi się podporządkować i nagiąć do woli swojego męża. Rzadko ma prawo decydowania o czymś, a jeśli takowe jej przysługuje, to w mało znaczących kwestiach. Z drugiej strony jest Stephen i jego rodzina - ludzie zimni i sztuczni, wyrachowani do granic możliwości, przejmujący się pozorami i tym, by jak najlepiej wypaść przed towarzystwem. To ludzie, którzy z obłudą są za pan brat, a fałsz to ich drugie imię. 

Książkę czytało się naprawdę dobrze, gdyż mimo swojej obszerności nie jest ona topornym i męczącym czytadłem. To mądra i głęboka opowieść o ludzkich lękach i koszmarach, o obłudzie, fałszu i zakłamaniu. To powieść, w której wciąż bohaterowie zadają sobie kolejne pytania, doznają nowych rozczarowań i tracą nadzieje. To książka, gdzie zakamuflowane są ludzkie uczucia, a pełno jest wyrachowania. Tu nie ma miejsca na bycie ludzkim, gdyż takie osoby nie są pożądane - trzeba żyć tak, by inni Cię podziwiali i byś nie przynosiła wstydu swoim zachowaniem. To w końcu niezwykła historia pozwalająca człowiekowi lepiej zrozumieć inną epokę, inny styl życia i inne obyczaje społeczne, z pewnością warta zapoznania się z nią. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

sobota, 25 października 2014

Każdy zasługuje na drugą szansę - nie popełniaj błędu i nie odmawiaj nikomu jej.

Autor: K.A. Tucker
Tytuł: Dziesięć płytkich oddechów
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 421
Moja ocena: 10/10 

Potrafisz wybaczać? Z ręką na sercu możesz przyrzec, że za każdym razem umiesz to zrobić bez najdrobniejszego problemu? A może masz granicę - rzeczy, które są przed nią wybaczasz, a za nią nie? W jaki sposób podejmujesz swoje decyzje o tym, komu dać drugą szansę, a komu odebrać? Czy masz takie prawo, które pozwalałoby na odebranie komuś nadziei na naprawę błędów i zdeptanie jej, bo według Ciebie nie zasługuje na to?

czwartek, 23 października 2014

Zgaduj-zgadula... Opowieść o dziennikarzu, babci dotkniętej demencją i sztucznej inteligencji.

Okładka książki Zabawka diabła
Autor: Matt Richtel
Tytuł: Zabawka diabła
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 528
Moja ocena: 6/10

Nasza przeszłość i pamięć o minionych wydarzeniach to coś, co kształtuje nasze osobowości. Na każdą osobę co innego wpływa bardziej, a co innego mniej. Chyba każdy lubi "cofnąć się w czasie" i powspominać o tym, co było, o tym, co sprawiło nam radość, rozśmieszyło czy odmieniło nas. Lecz co, gdy nie mamy do czego wrócić, bo nasza pamięć spłatała nam ogromnego psikusa, zapominając wszystko, przez co do tej pory przeszliśmy? Jak się zachowywać w sytuacji, gdy nie umiemy sobie przypomnieć niektórych osób czy kluczowych elementów z naszego życia? 

Taki problem ma osiemdziesięcioletnia Lane Idle. Jest staruszką, którą rok temu dorwała w swe szpony starcza demencja i sprawiła, że kobieta stopniowo zaczęła żegnać się z wszystkimi wspomnieniami. Teraz mieszka w domu opieki, gdzie od czasu do czasu odwiedza ją jej wnuk, Nat, który jest blogerem i dziennikarzem. Podczas jednego ze spotkań, wraz z babcią wybierają się do parku. Rodzinną sielankę psują im strzały, które mężczyzna uznaje za przypadkowe. Okazuje się jednak, że nic nie jest przypadkiem, a w całą akcję zamieszana jest jego babcia, która jednak niczego nie pamięta.

Bardzo rzadko tutaj pojawiają się recenzje książek takich jak ta, ponieważ muszę przyznać, że w porównaniu z przeszłością, to w ostatnim czasie moje zainteresowanie thrillerami drastycznie spadło i sięgam po nie okazjonalnie. Wybierając Zabawkę diabła liczyłam, że trafię na książkę, która wchłonie mnie przez swoje zawirowania i sprawi, że będę ciągle głowiła się nad rozwiązaniem zagadki, którą porusza. Szkoda tylko, że tak nie było. Bo to dobra historia, nie mogę jej tego odmówić - tylko wykonanie nieco kulało i utykało.

Całkiem dziwne było dla mnie to, że o ile nie udało mi się polubić głównego bohatera, tak jego babcię obdarzyłam nieskrywaną sympatią. Kiedy tylko się pojawiała, od razu jakoś pozytywniej się robiło, bo zawsze udawało jej się rozładować atmosferę lub powiedzieć coś, co mnie rozbawiło. Niestety w rodzinie Idle'ów nie było to dziedziczne, bo jej wnuk działał mi na nerwy swoim zachowaniem, swoimi poglądami i ciągłym diagnozowaniem każdego - naprawdę! Wystarczył jeden rzut oka na jakąkolwiek osobę, a on już wymieniał, jakie choroby u niej widzi - można się nieźle podłamać na duchu, bo nieobce mi wtedy były myśli, że może ja też mam jakieś objawy choroby, której nie potrafię rozpoznać. 

Akcja jest prowadzona w bardzo nierówny sposób - raz przyśpiesza, raz zwalnia. I znowu przyśpiesza, znowu zwalnia. I tak w kółko. Momentami narracja była naprawdę chaotyczna, co sprzyjało temu, bym się gubiła w fabule i zastanawiała co jakiś czas "o co tu chodzi?!", a potem cofała kilka stron, by jeszcze raz przyswoić sobie to, co autor próbował przekazać. Gdy już wszystko udawało mi się zrozumieć, to nastąpił mały zawód, bo brakowało mi też tutaj większych komplikacji - wszystko rozwiązuje się zbyt prosto, zbyt łatwo, bo gdy Nat natrafił już na trop, to kwestią czasu zostało odkrycie wszystkiego bez zbędnego zamieszania. 

Nie mam nic do zarzucenia, jeśli chodzi o tematykę. Lubię połączenie thrillera z medycyną, więc książka nie nużyła mnie. Nie można stwierdzić, że jest monotonna - jest zmienna. I o ile czasem takie huśtawki są potrzebne, tak tu były nieco drażniące, gdyż już akcja się rozkręcała, a tu bum! - autor gwałtownie hamuje, bo zaczyna przekazywać jakieś techniczno-informatyczne nowinki. Książkę czyta się dobrze - mnie nie porwała, bo zabrakło jej tej iskry w sobie, ale narzekać też nie będę. Na okładce pisało, że to początek serii książek z Nat'em w roli głównej - nie pozostaje mi nic innego niż żywić nadzieję, że z książki na książkę autor poprawi swój warsztat i sprawi, że zapałam sympatią do tego dziennikarza.

wtorek, 21 października 2014

Walka o życie, o wolność i ojczyznę - dla jednych abstrakcja, dla drugich chleb powszedni

Okładka książki Drzewo migdałowe
Autor: Michelle Cohen Corasanti 
Tytuł: Drzewo migdałowe
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 392
Moja ocena: 8+/10

Włącz telewizor. Włączony? To teraz wyszukaj jakikolwiek kanał informacyjny i poczekaj chwilę. Za moment prowadzący dziennikarz zacznie mówić o kolejnym konflikcie zbrojnym, który gdzieś trwa. Gdzieś - słowo pełne obojętności, gdyż pokazuje, że osoba, które je wypowiada, niezbyt przejmuje się tym wydarzeniem, ponieważ nie potrafi określić nawet miejsca zdarzenia o którym mówi. Może jest jej żal, może jest jej przykro, lecz nie poświęca tej sprawie większej uwagi. Zapomina o tym, że na wojnie ktoś cierpi. Zapomina... lub nie chce pamiętać. W końcu ważne, że ona żyje w miejscu spokojnym, co ją obchodzą inni? 

Nie każdy znajduje się w tak komfortowej sytuacji, by móc beztrosko cieszyć się dzieciństwem i niczym nie przejmować. Ahmad przekonał się o tym niejednokrotnie, doświadcza tego każdego dnia - jest Palestyńczykiem żyjącym na terenie przynależnym do Izraela, o którym można delikatnie powiedzieć, że nie jest tam pożądany - jak i wszyscy ludzie jego narodowości. Prawo do dzieciństwa zostaje mu bezwzględnie odebrane, w zamian na swe barki musi wziąć ciężar utrzymania rodziny, gdyż po aresztowaniu ojca to on jest najstarszym mężczyzną. Chłopak doskonale zdaje sobie sprawę z trudności swojego położenia i wie, że nie chce prowadzić takiego życia, dlatego wbrew wszystkim postanawia postąpić w zgodzie ze swoim sercem, a więc uczyć się i realizować w tym, co uwielbia. Nie raz przekona się przy tym, że słowa o równości wszystkich ludzi na świecie to tylko puste frazesy. 

Jak chyba większość ludzi słyszałam wielokrotnie o konflikcie na linii Izrael-Palestyna, lecz na pogłoskach się kończyło. Nigdy nie starałam się mocniej zainteresować tą tragedią, która rozgrywa się na naszych oczach. Wydaje się, że to przecież mnie nie dotyczy - w końcu wszystko dzieje się dobre kilometry od mojego domu, więc czemu miałoby mnie obchodzić? Oczywiście to pytania retoryczne. Powinno obchodzić, bo czy człowiek ma prawo do obojętności wobec bólu i cierpienia kogokolwiek, kto jest taki jak Ty czy ja? 

W tej historii pozdajemy Ahmada Hamida, który już jako dziecko wie, jak ciężkie reguły ma wojna. Od pierwszych rozdziałów widzimy, że życie uwzięło się na głównego bohatera - czasami sama zadawałam sobie pytanie: "ile jeszcze?!", bo niepojęta była dla mnie ilość cierpień, jakich doświadczał. Palestyna to nie miejsca, gdzie można długo pławić się w beztrosce i cieszyć powolnym wkraczaniem w dojrzewanie - tu surowe zasady nakazywały jak najszybsze dorośnięcie i pozbycie się złudzeń - kto chciał przeżyć, ten musiał się przystosować do warunków. 

Nie da się nie podziwiać Ahmada, widząc, jak wiele był w stanie dokonać. Jest postacią odważna, ale i niezwykle, niezwykle ludzką przy tym. Ma chwile chwały, ale i momenty słabości. Przeżywa kryzysy i zwątpienia, lecz dąży do celu, chcąc zapewnić lepsze życie nie tylko sobie, ale i najbliższym, którzy są dla niego najważniejsi. Nie raz, nie dwa i nie trzy przedkładał życzenia rodziny nad swoje pragnienia, pokazując, jak wielkie ma dla niego znaczenie. Choć los nie obchodził się z nim łaskawie, a zaczął mu sprzyjać późno, to na zawsze został altruistą. 

To książka ciężka, choć czyta się ją dość lekko. To książka trudna, choć pisana lekkim językiem. To książka przeciwności. Fabuła pokazywana w pasjonujący i poruszający sposób, chwyta za serce i momentami dosłownie wyrywa je z piersi. Jest tak realistyczna, że nie potrafiłam pozbyć się wrażenia, że lada moment usłyszę odgłosy śmigieł nadlatujących samolotów i usłyszę huk wybuchających bomb. Odruchowo wytężałam słuch, by nie przeoczyć sygnału, że zaraz obok mnie wybuchnie mina, na którą nieopatrznie stanęłam. Drżałam na myśl, że mogę trafić do więzieni i być traktowana w tak brutalny sposób jak inni aresztanci. Ta powieść sprawia, że w pewnej chwili utożsamiasz się z bohaterami, a wydarzenia pochłaniają Cię bez reszty. Wulkan uczuć i emocji, którego erupcja jest w stanie zmieść z powierzchni każdego. 


Za książkę dziękuję wydawnictwu: Sine Qua Non
Jej okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - ten tragizm w jej prostocie i pytania, jakie się nasuwają sprawiają, że nawet ona potrafi poruszyć!

niedziela, 19 października 2014

Życie na szalupie z tygrysem - bajka czy cud?

Okładka książki Życie Pi
Autor: Yann Martel
Tytuł: Życie Pi
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Moja ocena: 8/10

Przyzwyczajeni jesteśmy do wygodnego życia, gdzie wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. Mając ochotę na coś słodkiego, idę do sklepu i kupuję kit-kata lub snickersa. Chcąc się pośmiać - włączam któryś ze starszych skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju. Brakuje mi cukru w herbacie - idę do kuchni i dosładzam, aż uznam, że jest w porządku. Brak paliwa w aucie - wycieczka na stację benzynową. Potrzeba popływania - czas na basen. Chęć porozmawiania z dawną niesłyszaną osobą - telefon do koleżanki. I tak dalej... Wszystko na zawołanie, lecz co, gdyby tak nie było? Jak radzić sobie w sytuacji, która jest pozornie bez wyjścia?

Pi Patel to młodzieniec zamieszkujący Indzie, którego rodzina jest właścicielem wielkiego ogrodu zoologicznego. Jest szczęśliwy i nie potrafi zrozumieć decyzji rodziców o konieczności opuszczenia kraju, a co za tym idzie - likwidacji zoo i przeprowadzki. W końcu ląduje z rodziną na frachtowcu, a towarzyszą im zwierzęta, które mają zostać sprzedane za oceanem. Nic jednak nie przebiega tak jak powinno - sztorm zatapia statek i wydaje się, że z życiem uszedł jedynie Pi. Rzeczywistość zostaje szybko zweryfikowana - na szalupie przebywa też zebra, orangutan, hiena i tygrys. Czy przeżycie w takim towarzystwie jest możliwe dla człowieka? 

Kolejny raz z niejaką przykrością muszę powiedzieć, że do zapoznania się z tą niewiarygodną opowieścią zachęciła mnie okładka. Czemu z przykrością? Bo dobrze wiem, że nie ocenia się książki przez pryzmat okładki. Dominujący kolor pomarańczowy i hipnotyzujące spojrzenie tygrysa to coś, co skradło mi serce. Zapoznając się następnie z opisem na odwrocie, uznałam, że nie mam innego wyjścia jak natychmiastowe zapoznanie się z zawartością. Treść pochłonęła mnie kompletnie i nieodwracalnie, bo zawierała w sobie opis wydarzeń, który w całej swojej nierealności wydaje się być rzeczywisty aż do szpiku kości.

Bohater, czyli nasz Pi, jest osobą, która bez najmniejszych trudności zdobyła moją sympatię. Jest tak ludzki, że to wydaje się być czasami nienormalne. Jest szczery i rzetelny w swojej relacji - dzieli się z czytelnikiem wieloma informacjami, niczego nie próbuje zataić. To osoba niesamowicie bliska każdemu z nas - przeżywa chwile euforii, momenty zwątpienia, ale i apatii. Nie jest naiwny, gdyż zdaje sobie doskonale sprawę z absurdalności swojego położenia - jak tu nie panikować, dzieląc niedole z tygrysem? 

Ten wątek sprawił, że książka Martela wyróżnia się spośród setek innych o przetrwaniu w ciężkich warunkach. Wszystko wydało się być nieprawdopodobne do granic możliwości, lecz czytając, miałam wrażenie, że poznaję autentyczną historię i skończyło się na tym, że próbowałam wyszukać informacji o tym zdarzeniu w internecie (dzięki temu dowiedziałam się o istnieniu filmu, który zgarnął aż kilka Oscarów!). To opowieść o irracjonalnej więzi, która powstała między ofiarą i drapieżnikiem - zarówno przepiękna w swoim nieprawdopodobieństwie, jak i cudna w realizmie. 

Przyczepić się mogę tylko do zbytniej szczegółowości, z naciskiem na momenty zdobywania pożywienia, czyli polowania. Rozumiem, jaki był tego cel - autor chciał wszystko jeszcze bardziej urealnić, ale jak dla mnie było to zbyteczne, gdyż często przenosiłam wzrok na następną stroną, nie będąc w stanie mierzyć się z taką drobiazgowością (myślę, że informacje w typie tych, że oczy i kręgosłup zawierają słodkie soki, które smakują autorowi i dlaczego były naprawdę dość niesmaczne). A podejrzewam, że nie na tym zależało autorowi. 

To książka pod każdym względem wyjątkowa. Mamy tu do czynienia z wieloma zaskakującymi elementami - autor stawia tezę, w myśl której zwierzęta wolą życie w zoo niż na wolności lub próbuje pokazać, że człowiek może być wyznawcą trzech religii, pozornie wykluczających się - hinduizmu, chrześcijaństwa i islamu. Choć nie zawsze zgadzałam się z jego zdaniem, to jednak poznawałam jego opinie z niesłabnącym zainteresowaniem, bo ta książka wciąga niczym czarna dziura - splata w sobie sprzeczności, pozwala żywić nadzieję, a potem bezlitośnie miażdży ją rezygnacją, przeplata w sobie instynkt zabójcy z dziwnym szacunkiem, a do tego zapewnia szeroką gamę emocji, przez co ciężko obok niej przejść obojętnie. 


Książka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love.

piątek, 17 października 2014

Twórczość Szekspira w kompletnie innej odsłonie - na wesoło, z humorem i z piosenką o jeżu!


- Przypilnujemy go - zapewniła Babcia.
- Nie powinnyśmy. Jeśli ma byc królem, musi sam walczyc - rzekła Magrat.
- Nie chcemy, żeby marnował siły - odparła z wyższością Niania. - Ma byc sprawny i świeży, kiedy tu dotrze.
- A potem, mam nadzieję, pozwolimy mu toczyc walki po swojemu?
Babcia klasnęła w dłonie.
- Oczywiście - zapewniła. - Pod warunkiem, że będzie wygrywał.

Okładka książki Trzy wiedźmyAutor: Terry Pratchett
Tytuł: Trzy wiedźmy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tom: 6
Liczba stron: 270
Moja ocena: 10/10 

Ciężko jest obecnie w literaturze wymyślić coś, czego nikt jeszcze nie tknął i nie poruszył w swojej twórczości. Nie można od autorów oczekiwać stuprocentowej oryginalności, gdyż nie jest to możliwe. Co jakiś czas pojawiają się twórcy, którzy przecierają nowy szlak, z którego później czerpią inni pisarze - by daleko nie szukać, można wspomnieć o Stephenie Meyer ze swoim Zmierzchem czy Suzanne Collins z Igrzyskami Śmierci, a przecież takich ludzi jest bardzo wiele, dzięki którym rozpoczęła się moda na dany temat. Trudniej dziś o wykreowanie czegoś od fundamentów tak, by można było orzec, że jest to coś dotychczas niespotykanego. Czy stworzenie czegoś kompletnie nowego jest dziś niemożliwe? Z pewnością nie. Lecz jak w takim razie tworzyć, nawiązując do innych utworów, by nie być posądzonym o plagiat, lecz stworzyć nowe, świeższe spojrzenie na daną kwestię? 

Jeśli nadal się nie domyśliliście to poradzę Wam zajrzenie do Pratchetta, a dokładniej do książki Trzy wiedźmy - co tym razem ma w zanadrzu? W małych rozmiarów królestwie Lancre dochodzi do królobójstwa. Tron obejmuje książę Felmet z małżonką, którzy nie należą do zbyt łaskawych monarchów. Duch poprzedniego władcy snuje się wciąż po zamku, nie mogąc zaznać spokoju. Nieco dalej jego syn, cudem uratowany przez trzy czarownice, zostaje przygarnięty przez ludzi, którzy należą do wędrownej aktorskiej trupy. I tu byłby koniec... gdy nie tytułowe trzy bohaterki. Za swój cel obierają przywrócenie dawnej dynastii do panowania, nawet jeśli nie wszystko idzie po ich myśli. 

Uśmiechnęła się do Błazna. Po raz pierwszy spojrzała na niego, jakby był czymś innym niż obrzydliwym małym karaluchem. W jej wzroku nadal był spory element karalucha, lecz teraz wzrok ów stwierdzał raczej: dobry karaluch, nauczył się służyć.

Pewnie spora część z Was wie, że niezwykle drażni mnie bezmyślne zżynanie z innych autorów, a później udawanie, że nic takiego się nie zrobiło, a książka jest samodzielnym dziełem, nie mającym nic wspólnego z innymi nader podobnymi powieściami. Lecz co innego jest w przypadku, gdy pisarz od początku nastawia się na parodiowanie danych kwestii i nie usiłuje na siłę wmawiać, że jest oryginalny. I to mamy właśnie w przypadku tej książki, ponieważ mój Pratchett nawiązuje w niej do utworów szekspirowskich. Już sam główny zarys fabuły, jaki Wam przedstawiłam, nasuwa skojarzenia do tak znanych klasyków jak chociażby Makbet, z czego się cieszę - nie myślałam, że tak skądinąd sztywna lektura szkolna, której nie polubiłam, może tak bardzo mi się spodobać w bardzo zmodyfikowanej wersji.

Szósty już tom ze Świata Dysku pozwala nam ponownie wrócić do Ramtopów, a dokładniej do Lancre, krainy zamieszkiwanej przez całkiem okazałą populację czarownic. Po raz kolejny spotykamy się z Babcią Weatherwax, ale poznajemy też dwie nowe i ważne osobistości -  Nianię Ogg oraz Magrat. Całe to trio od samego początku nie pozwala się nudzić i dba o regularne wybuchy śmiechu, przynajmniej u mnie. A tych powodów jest całkiem sporo, bo akcja ani na chwilę nie zwalnia, a bohaterowie wciąż mają coś w kieszeni, co sprawi, że nie można się nudzić! 

Babcia Weatherwax wcale się nie gubiła. Nie należała do osób, które się kiedykolwiek gubią. Po prostu w tej chwili wiedziała co prawda dokładnie, gdzie się znajduje, ale nie była pewna lokalizacji wszystkich innych miejsc.

Kolejnym razem powiem, że to nie sama fabuła, a w głównej mierze bohaterowie przyciągają uwagę. Owszem, to co się dzieje, jest bardzo ważne dla przebiegu akcji i bliższych czy dalszych rozwiązań, ale gdyby nie tak fantastycznie wykreowane postacie, to możliwe, że aż tak bardzo nie pokochałabym tej opowieści. Babcia to kobieta, która ma bardzo cięty język, uwielbia sarkazm, nie boi się mówić tego co myśli i zawsze znajdzie jakąś ripostę - a do tego nigdy nie przyzna się do błędu. Niania jest wiedźmą, która uwielbia dobrze jeść i przeczy wszelakim schematom i tradycjom w świecie czarownic - założyła ogromną rodzinę, z którą ciągle ma jakieś utrapienia, jest wielką fanką stosunków męsko-damskich i potrafi być całkiem żwawą kobietą. Do tego dochodzi Magrat - zawiedziona swoimi mentorkami, o wiele młodsza dziewczyna, która usilnie stara się odnowić stare tradycje, niestety bez skutku. A dialogi... perełka! 

Po raz kolejny sięgnęłam po książkę Pratchetta i po raz kolejny jestem głęboko oczarowana. Niestety, recenzja następnej części (tzn. Piramid), nie będzie aż tak opiewająca w zachwyty, jednak mamy tu i teraz, nie warto wybiegać aż tak w przyszłość. Warto natomiast sięgnąć po tę książkę, by przekonać się ostatecznie, jak genialnym humorem potrafi żonglować Pratchett, jak niesamowite absurdy mogą u niego występować, jak niezwykle potrafi nawiązywać do innych twórców, a na dodatek -  by poznać przegenialną piosenkę o jeżu - oczywiście w wykonaniu Niani Ogg! 


 - Chcesz powiedzieć, że zasada niewtrącania się to coś w rodzaju złożenia ślubu, że nie będzie się pływać. I absolutnie nigdy nie łamiesz tej przysięgi, dopóki nie znajdziesz się w wodzie?

- Lepsze to niż utonąć - stwierdziła Niania Ogg.

Książka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - nie da się nie kochać Pratchetta za tak zwariowane i idealnie dopasowane okładki! 

środa, 15 października 2014

Odkrycie literackie dla młodzieży czy leniwy człowiek powielający wciąż to samo?

Okładka książki Papierowe miasta
Autor: John Green
Tytuł: Papierowe miasta
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 400
Moja ocena: 6+/10

Czasem wydaje się, że znamy kogoś bardzo dobrze i zapytani, potrafimy podać całkiem sporą liczbę informacji dotyczących tej osoby. Wiemy, gdzie chodzi do szkoły, jakim samochodem jeździ, jak wczoraj była uczesana, w jakim towarzystwie się obraca i z kim się spotykała w przeciągu ostatnich pięciu lat. Mówimy "znam ją bardzo dobrze", ale czy rzeczywiście tak jest? Czy wiemy, co siedzi w duszy tej osoby i dostrzegamy, gdy coś zaczyna być nie tak?

Dla Quentina Jacobsena życie do tej pory było zadziwiająco łatwe i zwyczajne. Było takie, jak tysięcy jego rówieśników, gdyż nie był najpopularniejszym chłopakiem w szkole, przyjaźnił się z osobami o statusie towarzyskim podobnym do swojego i nie mógł się poszczycić niesłabnącym zainteresowaniem u dziewcząt - mimo tego wszystkiego był zadowolony ze swojego życia. Lecz jak wszyscy wiemy - każda rzecz powiada zarówno początek, jak i koniec. Tego pamiętnego dnia do sypialni Q wkrada się Margo - jego sąsiadka i przyjaciółka z dzieciństwa, która prosi go o przysługę. Następnego dnia znika, a Quentin z przyjaciółmi próbuje wyjaśnić wskazówki pozostawione przez dziewczynę i odkryć, kim naprawdę jest.

Muszę przyznać, że temu autorowi się często-gęsto obrywało ode mnie. W recenzjach jego twórczości zazwyczaj skąpiłam mu pochwał i zachwytów, za to w nadmiarze otrzymywał ode mnie krytyczne uwagi i wytykanie powtórzeń, których znajdowałam mnóstwo. Nie będę Was oszukiwała mówiąc, że ta jest całkowicie inna od reszty i zdumiała mnie swoją nieprzewidywalnością - wszak Green to autor lubujący się w schematyzmie. Mogę jednak powiedzieć, że tę książkę odebrałam nieco lepiej, a moja opinia o Greenie uległa nieznacznemu ociepleniu.

Jak przed momentem wspomniałam - oryginalnością na pewno autor mnie nie porwał. Wciąż krąży po wcześniej wypracowanych szlakach. wciąż próbuje przekazywać te same myśli - zmianie ulega tylko otoczka, choć jakoś łatwiej tu przychodziło mi strawienie tego. Może dlatego, że pogodziłam się z faktem, że Green nie podbije mojego serca? Może uznałam, że nie ma co się nastawiać na fantastyczne fajerwerki, bo otrzymam tylko wątpliwej jakości petardy? Coś w tym być musi, bo spodziewałam się powieści w stylu 19 razy Katherine, a otrzymałam bardziej ciekawą opowieść, która mnie tak nie zmęczyła, a nawet kilkakrotnie rozbawiła. 

Mając za sobą już wszystkie wydane w Polsce książki tego autora, pokuszę się o stwierdzenie, że to, co Greenowi ciekawie wypada to dialogi - potrafią rozbawić, czasami wzruszyć czy skłonić do przemyśleń, ponieważ mają w sobie nutę sarkazmu i humoru, a także mądrości. Jednakże co z tego, jeśli fabuła wypada u niego dość miernie i powtarzalnie, a na dodatek często balansuje na granicy dobrego smaku? Gdy idziecie do restauracji i zamawiacie dla siebie obiad, to wolicie otrzymać na talerzu podgrzanego kotleta ze wczoraj z innym niż wcześniej sosem czy tę samą potrawę przyrządzoną przez kucharza dopiero przed podaniem? To pytanie można idealnie dopasować do Zielonego i jego książek, bo jak dla mnie pasuje jak ulał i oddaje sedno jego prac. 

To, co tutaj działało na korzyść książki to ta wszechobecna zagadkowość - autentycznie byłam ciekawa, jaki finał przygotowany został dla Margo, Q i ich przyjaciół, dlatego z zainteresowaniem śledziłam poczynania bohaterów aż do "decydującego momentu". Bo to, co nastąpiło po owym "decydującym momencie" było dla mnie najzwyczajniej w świecie miałkie i takie... z czapy. 

Sporo miałam problemów z ustaleniem, jak w końcu odebrałam tę książkę. Zazwyczaj staram się każdą przeczytaną pozycję oceniać indywidualnie i nie pod kątem innych książek, które mogłyby wpływać na moje zdanie, jednakże ujmując rzecz szczerze - nie da się tak, gdy czytało się inną twórczość autorów, bo porównania same pchają się pod palce, zwłaszcza, gdy są tak oczywiste jak tu. I choć zapewne nigdy już nie dołączę do osób ceniących Greena, to jednak nie mam też o nim złego zdania - to autor przeciętny - i taka też jest jego książka. 

poniedziałek, 13 października 2014

Zanurzając się w otchłani czyichś marzeń, wspomnień, myśli i przeżyć...

Okładka książki Czas Żniw
Autor: Samantha Shannon
Tytuł: Czas Żniw
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 520
Moja ocena: 8/10

Kto z Was prowadził pamiętnik, który był jedynym powiernikiem Waszych tajemnic, myśli i sekretów? Możliwe, że nikt. Możliwe, że całkiem liczne grono. Jego forma zależała od autora - to on decydował, co przeleje na papier, a co zostawi tylko dla siebie. Będąc młodszą, lubiłam się bawić w coś takiego - dopóki mojego pamiętniczka nie znalazła kuzynka. To zahamowało mój entuzjazm i ostatecznie zraziło do spisywania swoich myśli - nie chciałam, by ktoś poznawał moje myśli i najskrytsze sekrety. Na szczęście jednak w myślach nikt czytać nie potrafi. Czy aby na pewno? 

W 2059 roku na terenie Londynu przebywa dziewczyna inna niż wszyscy. To Paige Mahoney. Jej odmienność tkwi w tym, że potrafi przenikać ludzkie umysłu, często manipulując nimi. Nie jest jedyna w tym, co robi - na terenie miasta istnieje wiele osób z innymi umiejętnościami, charakterystycznymi dla odrębnych rodzajów jasnowidzów, jednak ta dziewczyna jest wyjątkowa - jest śniącym wędrowcem, najrzadszą ze spotykanych form. Przez swoją nieuwagę zostaje porwana i przetransportowana do kolonii karnej, czyli Szeolu. Tam jej cała tożsamość, całe "ja", zostają zredukowane do kodu wypalonego później na jej ciele. Dziewczyna musi podjąć trudną decyzję, czy w całym morzu zdrajców, jest choć kilka osób, które może obdarzyć zaufaniem.

Czas Żniw od jakiegoś czasu stał na jednej z półek mojego regału i czekał, aż się nim zainteresuję, jednak nie było mi z nim po drodze. Dopiero recenzja przeczytana na jednym z odwiedzanych przeze mnie blogów, sprawiła, że nabrałam ochoty na zapoznanie się z tą książką. Jeśli spodziewacie się, że to kolejna podrzędna i miałka dystopijna opowieść o dziewczynce, która nagle odkrywa swoje przeznaczenie i musi uratować świat - możecie się srogo zawieść. Jeśli natomiast oczekujecie wręcz doskonale wykreowanej, ponurej rzeczywistości z niebanalną bohaterką w centrum akcji - to jest to! 

Jestem pod wrażeniem tego, z jaką dokładnością autorka wykreowała swój świat. Tu nie ma miejsca na niedociągnięcia, luki, nieścisłości czy błędu, bo każdy, nawet najdrobniejszy detal jest uzasadniony. Obawiałam się, czy tworzenie tak obszernej hierarchii jasnowidzów będzie dobrym posunięciem i czy nie poczuję przedobrzenia, ale powiem Wam - nie ma się czego obawiać! Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że to jeden z lepszych debiutów, z jakimi się spotkałam (i wciąż nie wierzę, że to debiut!). 

Na pochwałę zasługuje sposób, w jaki została przedstawiona główna bohaterka. Paige nie ma w sobie kilogramów odwagi, nie posiada też ogromnej pewności siebie i świadomości, do czego jest zdolna. Z drugiej strony - nie jest to kolejna Bella, co to, to nie. Chyba najlepszym wyjściem będzie powiedzenie, że Paige to tak naprawdę zwykła dziewczyna, która paradoksalnie należy do najbardziej niezwykłych. Jednymi z jej najbardziej ujmujących cech charakteru są niewątpliwie lojalność - jeśli sądzicie, że zostawiłaby przyjaciół w potrzebie, to chyba pomyliliście postaci. Zgrywa twardą osobę i tak jest zazwyczaj przedstawiana, jednak jest kilka momentów, które ukazują prawdę o dziewczynie - czy jednak odpowiednim osobom odsłoniła prawdę o sobie? 

Książka nie jest tożsama lub podobna do innych dotychczasowo czytanych przeze mnie dystopii, choć wiadomym jest, że posiada cechy wspólne z innymi powieściami z tego gatunku. Na plus jest zdecydowanie wierzchnia oprawa graficzna - stonowana i intrygująca dla kogoś, kto niezupełnie rozumie jej znaczenie. Jedyną wadą wydania jest dla mnie czcionka - stanowczo za mała i nieco za jasna, przez co bardzo szybko męczyły mi się oczy podczas czytania.

Bardzo często powieści debiutanckie pozostawiają wiele do życzenia, lecz nie ta. Tutaj od samego początku widzimy, że autorka miała konkretny pomysł na fabułę, który był konsekwentnie i krok po kroku realizowany. Nie ma miejsca na błędy, jest pełna świadomość. To dopiero pierwsza część serii, w której skład ma wchodzić siedem tomów - jeśli w każdym kolejnym poprzeczka będzie podnoszona, to szczerze nie mogę się doczekać efektu końcowego! 

piątek, 10 października 2014

Gdzie przebiega granica między człowiekiem a zwierzęciem?

Okładka książki Dobranoc, słonko
Autor: Heidi Hassenmuller 
Tytuł: Dobranoc, słonko
Wydawnictwo: Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Liczba stron: 122

Całkiem spora ilość ludzi regularnie ogląda horrory. Miłym urozmaiceniem od czasu do czasu jest wybranie się do kina bądź zaszycie w domowym zaciszu i włączenie filmu, który sprawi, że na całym ciele pojawią się dreszcze. Jednak film to film - zawsze istnieje możliwość wyłączenia telewizora i niedokończenia go, jeśli nam się nie spodoba lub za bardzo się boimy. A jak jest w życiu? Czy istnieje taki przycisk na pilocie, który sprawiłby, że nasze cierpienia oraz strach "pyk" i skończyłyby się?

Gdyby taki wynalazek istniał w latach pięćdziesiątych, mała Gaby na pewno skorzystałaby z niego bez wahania. Zrobiłaby wszystko, by przerwać to, co dzieje się w jej własnym domu, a wszystko za sprawą ojczyma. Gdy jej tato wyjechał na wojnę i nie wrócił z niej, wszystko w jej życiu uległo zmianie. Miejsce tatusia zajął przyjaciel mamy, który okazuje się być kimś innym niż dziewczynka myślała i wcale nie podobnym do "pierwowzoru". Zachowuje się inaczej. I w końcu przekracza granicę, której nigdy nie powinien... bo zaczyna molestować seksualnie swoją pasierbicę. Dziewczynka nie jest w stanie mu się sprzeciwić, a co gorsze - będąc tyranizowana, wcale nie szuka pomocy, zamykając się w sobie. Czy należy ją ganić za to, że tyle lat milczała? 

Istnieją w literaturze tematy, do których podchodzą stosunkowo obojętnie - nie interesują mnie, więc i nie czytam o nich książek. Są też takie, których nie lubię i wiem, że nie zapowiada się, bym miała polubić. Ale jest też rodzaj tematyki, który za każdym razem napawa mnie przerażeniem. Czytam książkę, czytam, czytam i zanim zauważę, to nagle przestaję czytać, a myślę "co się dzieje z tym światem?!". Zastanawiam się nad tym, gdzie przebiega granica między człowiekiem a bestią - istnieje taka? Jakie zachowania sprawiają, że możemy używać w odniesieniu do siebie przymiotnika "ludzki", a jakie "zwierzęcy"?

Poznając tę książkę, spodziewałam się, że to nie będzie lekka literatura. Nie liczyłam też, że świetnie się przy niej ubawię. Właściwie to nie jest pierwszy raz, gdy spotykam się z motywem krzywdzenia dziecka, ale nie pamiętam, bym była aż tak poruszona tym, co zostało opisane. Nie jest to gruba książka, liczy nieco ponad sto stron, lecz mogę Was zapewnić, że zawiera maksymalną ilość emocji i uczuć. Są na każdej stronie, wręcz wylewają się z nich. Pewnie część z Was wie, że w książkach tego typu warstwa emocjonalna jest dla mnie jedną z najważniejszych kwestii - tutaj na pewno nie da się na nią narzekać.

Czytając, nie potrafiłam rozdzielić swoich uczuć z tymi, jakie przeżywała główna bohaterka i równocześnie autorka książki. Utożsamiałam się z nią bez przerwy. Choć do tej pory nie potrafiłam zrozumieć osób, które godzą się na takie traktowanie i wybierają milczenie, tak po tej pozycji zrozumiałam, jak głębokie jest tego podłoże i przyczyny. Sugestywna narracja sprawiła, że nie potrafiłam z dystansem i obojętnością podchodzić do opowiadanych wydarzeń - podejrzewam, że chyba nikt by nie potrafił, to nie jest możliwe. 

Do tej pory każdej książce wystawiałam ocenę punktową, ale tutaj czuję, że nie powinnam. Nie mam prawa oceniać cudzych przeżyć i gehenny, którą doświadczył. Jeśli macie mocne nerwy i nie boicie się sięgać po tego typu bolesną literaturę, to szczerze zachęcam do zapoznania się z tą historią. Gdy jednak jesteście zbyt wrażliwymi osobami, to odradzam - ciężko Wam będzie przebrnąć, to nie jest nic przyjemnego, choć jestem zdania, że czytanie takich książek otwiera człowieka na cudze cierpienie i pozwala na zrozumienie wielu kluczowych kwestii.  

poniedziałek, 6 października 2014

W świecie, gdzie jawa splata się z "przywidzeniami", a słowa dziecka nie są traktowane poważnie.

Okładka książki AniołAutor: Cliff McNish
Tytuł: Anioł
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 29
Moja ocena: 6/10

Dzieciństwo - okres, z którego ludzie mają mnóstwo pozytywnych wspomnień, które nigdy nie ulecą z ich pamięci, a do tego na zawsze odcisną w ich osobowościach trwały ślad. I nie chodzi tu nawet o wydarzenia, jakich byli uczestnikami, lecz uczucia, jakie przychodzą na myśl, gdy pada to specjalne słowo-klucz. Miłość, ciepło, swoboda, zaufanie, troska i bezpieczeństwo... a także wiele, wiele innych! Czy takie same zostaną wymienione przez dziecko, które jest ciągle wysyłane do psychiatrów i różnych specjalistów, bo ma "urojenia"? 

Czym dla nas są anioły? Podejrzewam, że każdy stworzyłby swoją własną definicję na określenie tej istoty. Dla Freyi to obiekty fascynacji od najmłodszych lat. Dziewczyna ma dar, dzięki któremu ma możliwość dostrzeżenia tych niebiańskich istot i kontaktowania się z nimi. Niestety, nikt nie chce wierzyć w jej wizje. Rodzina stara się jej pomóc jak tylko może, dlatego szuka pomocy u wielu lekarzy i znawców w swoich fachu, choć to nie oni, a wsparcie najbliższych pomaga jej odzyskać na nowo utracony spokój. Gdy wydaje się, że wszystko wróciło do normy, postacie nie z tego świata powracają, a Freya staje przed najtrudniejszą próbą - czy jest w stanie uratować anioła?

To, co dla mnie jest wyjątkową zaletą tej książki, to jej przepiękna okładka. Przedstawiony na niej anioł ma w sobie wdzięk i czar, choć widziany jest tylko od tyłu. Po przeczytaniu opisu z tylnej okładki, byłam przygotowana na książkę w rodzaju romansu paranormalnego, czegoś typowo dla młodzieży - mogę powiedzieć, że całkowicie się pomyliłam! Nie ma tutaj nic takiego, co pozwoliłoby mi zakwalifikować tę książkę do tego gatunku, choć przeplata się w niej wiele paradoksalnych motywów. 

Z pewnością mogę powiedzieć, że akcja toczy się leniwie - nie ma tu prawie żadnych zwrotów akcji, wszystko jest spokojne, łagodne i płynie w swoim tempie. Autor nieśpiesznie roztacza przed czytelnikiem swoją opowieść, pozwalając mu w pewnym czasie być uczestnikiem wydarzeń, a nie jednym z gapiów. Posługuje się narracją trzecioosobową - w tym przypadku jak dla mnie była średnio trafionym pomysłem, ponieważ przez całą książkę zdawało mi się, że o wiele lepiej sprawdziłby tu się sposób wykorzystania głównej bohaterki jako narratorki. Rozwiązanie zastosowane przez pisarza sprawiło, że momentami było dla mnie zbyt sucho i rzeczowo.

To jedna z bolączek - owa rzeczowość. Nie pasował mi tutaj język książki - jak dla mnie pisząc o tak eterycznych, zwiewnych i delikatnych istotach jak anioły powinien być całkiem inny. Owszem, był przystępny i łatwy w zrozumieniu, ale niekoniecznie dopasowany do całości. Ale i nie było tak źle! McNish potrafił w bardzo dobry sposób wczuć się w osobowości swoich bohaterów, kreując ciekawe charaktery, które nie nudziły, a pozwalały w inny sposób ukazać ludzkie życie. Bo co może wydawać się dziwne, ale autor za pomocą aniołów napisał opowieść o prawdziwym życiu - lojalności, odwadze, sztuce wyborów i sile miłości. 

Jak już wspomniałam - to żaden romans paranormalny. Nie znajdziemy tutaj wątku, w którym główna bohaterka pokochała anioła, a na ich drodze do szczęścia znalazły się przeszkody. Nie, nie, nie - to nie ten rodzaj książki. Nie jest to też wybitne dzieło, które zostawiłoby mnie z pikającym niecierpliwie sercem czy rozmazanym tuszem na policzkach. To książka, która pomimo swoich mankamentów opowiada o tym, co bliskie i ważne dla każdego człowieka - o drugiej osobie. 



Książka bierze udział w wyzwaniu: Okładkowe Love

sobota, 4 października 2014

Ile trzeba mieć pecha, by dziewiętnaście razy dostać kosza?

Okładka książki 19 razy Katherine
Autor: John Green
Tytuł: 19 razy Katherine
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 304
Moja ocena: 4+/10

Gdy poznajemy wyjątkową osobę, chcemy, by jak najdłużej zagościła w naszym życiu. Najlepiej, by przestała być w nim gościem, została stałym punktem, który lata po domu w puchatych, różowych kapciach, zostawia w łazience swoją szczoteczkę do zębów i ma swój własny, ulubiony kubek do zaparzania herbaty. Łatwo jest do tego wszystkiego przywyknąć, lecz jak jest z odwrotną sytuacją? Jak przyzwyczaić się do tego, że każdy związek prędzej czy później się kończy, bo zdarzyło się tak już 19 razy?

W takiej sytuacji zastajemy Colina Singletona, zdecydowanie nieprzeciętną jednostkę, która paradoksalnie uważa siebie za dogłębnie przeciętną. Jego pewności siebie nie podbudowuje fakt, że po raz dziewiętnasty został porzucony przez dziewiętnastą z kolei dziewczynę o imieniu Katherine. Oto cały Colin - maniak dziewczyn o dokładnie takim imieniu, chłopak uwielbiający anagramy i desperat z powodu końca bycia cudownym dzieckiem, który wraz z przyjacielem decyduje się na podróż w nieznane. Rozpoczyna tam swoją pracę nad Teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine, który otworzy mu oczy na wiele kwestii...

Moja przygoda z Greenem zaczęła się niezbyt pomyślnie od jego osławionej powieści Gwiazd naszych wina, która na mnie wywarła mocno średnie wrażenie. Później przyszedł czas na opowieść o Alasce, która o wiele bardziej mi się spodobała. Przy ostatniej wizycie w bibliotece w rączki wpadły mi m.in. obie pozostałe książki tego autora - właśnie jestem po przeczytaniu jednej z nich i powiem Wam, że szczerze obawiam się sięgnąć po kolejną. 

Po lekturze trzech książek tego pisarza muszę z przykrością stwierdzić, że nie ma w nich już niczego odkrywczego dla mnie. Green porusza się po najmniejszej linii oporu - znalazł sobie wypróbowane schematy, które sprawdziły się wcześniej, więc wciąż je wykorzystuje, zmieniając jedynie otoczkę. Dziwi mnie jego popularność wśród czytelników - każdy, kto przeczytał przecież więcej niż jego jedną książkę z łatwością dostrzeże, że Green pisze CIĄGLE O TYM SAMYM, a ile razy można czytać podobną książkę, w której tylko detale ulegają zmianom? 

Czytając inne recenzje, zauważyłam, że dla wszystkich wątek matematyczny był bardzo nudny i nietrafiony - według mnie książka pozbawiona niego byłaby jeszcze słabsza niż jest. Całkiem ciekawe było dla mnie śledzenie zmagań głównego bohatera w tworzeniu Teorematu, ten upór i zawziętość podczas prób przewidzenia przyszłości. Sama postać Colina niezbyt została przeze mnie polubiona, tak jak i reszta - zbyt wiele skojarzeń nasuwało mi się z Szukając Alaski. Nie lubię czytać dwa razy podobnych książek, chyba jak każdy. 

Książka nie jest zła. Ma w sobie wiele humoru typowego dla Greena, zawiera wiele śmiesznych przypisów oraz żarcików, dlatego nie mogę powiedzieć, by była niewypałem. Jeśli ktoś nie miał jeszcze do czynienia z Greenem, to prawdopodobnie odbierze tę książkę w pozytywny sposób, lecz gdy tak jak ja czytało się już inną jego twórczość, to ciężko uniknąć skojarzeń z resztą, bo ta rzuca się w oczy i razi bardzo. Na rozpoczęcie przygody może być całkiem w porządku, ale nie na dalszy ciąg pogłębiania znajomości z tym pisarzem, bo można się bardzo sparzyć. 

środa, 1 października 2014

Nowy miesiąc - jak ten czas leci, nie do wiary!


Nadszedł czas w roku, którego niezwykle nie lubię... Tak, dobrze myślicie - to jesień. Jakoś ciężko zawsze przychodziło mi odnajdywanie w niej pozytywów, choć pewnie i taki jesienny przeciwnik jak ja znalazłby jakieś, bo wszystko ma jakieś zalety. Warto choćby wspomnieć o długich i urokliwych zachodach słońca czy niepowtarzalnym smaku herbaty (poważnie, dla mnie ona smakuje teraz jakoś całkiem inaczej niż wcześniej, a zaparzam ją w identyczny sposób). Jesień to także czas, gdy zaczynam rzadziej sięgać po książki o letniej tematyce - jakoś nie pasuje mi ich czytanie, wolę postawić na coś innego. We wrześniowej porze udało mi się przeczytać 8 nowych książek, 3 dawniej czytane poznać po raz kolejny, a także zacząć czytanie jednej książki, którą czytam już przez miesiąc, a końca nie widać - i to nie dlatego, że mi się nie podoba, ale jakoś nie umiem jej dłużej czytać i muszę przerywać. Więc mój wynik to 11,5 - nie najgorzej, choć bywało lepiej. A co udało mi się poznać?

1. Krucha jak lód - Jodi Picoult
2. Hopeless - Colleen Hoover
3. Zostań, jeśli kochasz - Gayle Forman
4. Deszczowa noc - Jodi Picoult 
5. Mroczne umysły - Alexandra Bracken
6. Złodziejka książek - Markus Zusak
7. Wybrani - C.J. Daugherty
8. Światło na śniegu - Aneta Shreve

Do tego dochodzą 3 książki czytane wcześniej - wszystkie z ukochanego Świata Dysku, no bo jakby inaczej. ;)

9. Mort - Terry Pratchett
10. Czarodzicielstwo - Terry Pratchett
11. Trzy wiedźmy - Terry Pratchett (niedługo recenzja!)

No i na samiutkim końcu książka, która ma niewątpliwie w sobie wiele uroku, bo naprawdę mi się podoba, ale nie wiem dlaczego dzieje się tak, że muszę ją sobie dawkować i czytać pomalutku, bo inaczej nie potrafię. 

11,5. Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon 

Czy jestem zadowolona? Oczywiście, że tak! Udało mi się poznać kilka naprawdę świetnych książek, wartych uwagi, jak i słabszych, których nie będę zbyt pozytywnie wspominać, ale mimo wszystko nie żałuję ani jednej. Mam nadzieję, że w październiku uda mi się nieco zwiększyć swój rezultat, w końcu każdy mol książkowy chciałby zapoznawać się z jak największą ilością literatury. A jak wrzesień wypadł w Waszym przypadku - jesteście zadowoleni? :) 

Uporządkować wszystkich według kolorków, zapakować do baraków - recepta na "złe" dzieci

Okładka książki Mroczne umysły
Autor: Alexandra Bracken
Tytuł: Mroczne umysły
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 456
Moja ocena: 3-/10

Czy możesz z czystym sumieniem powiedzieć o sobie, że jesteś osobą prawdomówną? Z ręką na sercu możesz przysiąc, że mówisz prawdę i tylko prawdę? Sądzę, że niewiele osób odpowiedziałoby "tak", gdyż prawie każdemu zdarza się skłamać. Czasem zatajamy prawdziwą wersję dla czyjegoś dobra, innym razem posługujemy się oszustwem dla własnych korzyści, a jeszcze innego dnia fałszujemy coś, nie zdając sobie nawet z tego sprawy! Kłamstwa zdarzają się ciągle - jedne planowane, inne nie. Jedne pod wpływem chwili i bardzo spontaniczne, inne planowane z wyprzedzeniem i dokładnie przemyślane. Czy jest pomiędzy nimi różnica? Czy kłamstwa można usprawiedliwiać np. tym, że wypowiedziało je dziecko w celu chronienia siebie? 

Ruby nie ma prawa do zwyczajnego dzieciństwa. Zostało jej, jak i innym dzieciom odebrane w chwili, gdy wysłano ją do ośrodka "rehabilitacyjnego". Te miejsca gromadzą osoby, które tak jak ona mają nieprzeciętne umiejętności paranormalne. Klasyfikacja w nich następuje za pomocą kolorów - Niebieski, Zielony, Żółty, Pomarańczowy, Czerwony. W odruchu desperacji Ruby kłamie - mówi, że należy do Zielonych, choć tak naprawdę jest jedną z ostatnich Pomarańczowych. Wydaje się, że dziewczyna stworzyła kłamstwo idealne - nikt nie zdaje sobie sprawy z jej sekretu, lecz rozwój wydarzeń sprawia, że dziewczyna nie może żyć dalej tak jak dotychczas. 

Uwielbiam uczucie, gdy książka, którą cholernie mocno chciałam przeczytać, okazuje się być tego warta. Zachwyca mnie, wstrząsa, wzrusza, rozbawia - wywołuje mnóstwo pozytywnych emocji, a co najważniejsze to sprawia, że po przeczytaniu wciąż o niej myślę i nie mogę o niej zapomnieć. Zdarza się jednak rzecz przeciwna, gdy czytadło, z którym wiązało się duże nadzieje, okazuje się być jednym wielkim zawodem. Nie znoszę tego, bo nie znoszę rozczarowań czytelniczych. Słyszałam kiedyś zdanie, że poznając książki słabe, uczymy się doceniać i rozpoznawać te lepsze i najlepsze, ale chyba jak każdy czytelnik chciałabym na swojej ścieżce trafiać tylko na te wybitne. 

Do książki podeszłam z ogromnym optymizmem. Niedawno wyszła druga część, a ja już chciałam ją czytać - tylko jak, skoro nie poznałam pierwszej? Rada jest jedna, czym prędzej się za nią wziąć! Więc się zmotywowałam i sięgnęłam, lecz mój entuzjazm szybko zaczął przechodzić metamorfozy według następującego planu:
1. Entuzjazm (hurra, w końcu ją mam, na pewno będzie świetna!)
2. Lekkie zdziwienie, ale wciąż zawierające entuzjazm (hmm... wiele razy książka słabo się zaczynała, a mimo to mi się podobała, więc warto dać jej szansę)
3. Zdziwienie, które stara się pozbierać rozbity entuzjazm w kupkę i pozwolić mu wrócić, ale bezskutecznie (no nie, trochę za długo te słabe momenty trwają, w końcu już połowa książki, ile mam czekać?!)
4. Pozbycie się nadziei i chłodek w ocenie (dobra, minęło już 3/4 książki, więc nie ma co oczekiwać gruszek na wierzbie, masz co chciałaś)
5. Doczołganie się do końca książki (Kurczę, zostało mi jeszcze tak mało, czemu się to tak wlecze? Chcę to już mieć za sobą, im szybciej, tym lepiej!)

Drażniło mnie tu prawie wszystko. Od początku nie przypadł mi do gustu język, jakim posługiwała się autorka. Czasami był zbyt rzeczowy, zbyt suchy - w końcu na początku wszystko było opisywane z perspektywy dziecka, dlaczego tego nie można było wyczuć? Miałam wrażenie, jakby było to opowiadane przez znudzoną życiem pięćdziesięciolatkę - wyprane z emocji, uczuć minimalna ilość, za mało, stanowczo! Taki sposób narracji sprawił, że wyszła na jaw kolejna wada - nie potrafiłam utożsamić się z bohaterami, żadnym! Ani z Ruby, ani z nikim innym, przez co ciężej mi szło czytanie książki, skoro nie rozumiałam posunięć jej bohaterów. 

Działania. Przez większą ilość książki wszyscy uciekają przed wszystkimi, każdy każdemu wilkiem, ciężko ogólnie z zaufaniem, choć po jakimś czasie sytuacja uległa zmianom. Jak dla mnie na plus zasługuje to, że wątek miłosny nie był tutaj mocno rozbudowany - choć zazwyczaj je lubię w książkach, to obawiam się, że tutaj mógłby też się autorce nie udać i miałabym kolejny powód do narzekania. Bohaterowie niby wiedzą czego chcą, dążą do tego, ale z drugiej strony jak dla mnie sprawiają wrażenie kompletnie zagubionych, którzy przypadkiem znaleźli się w takiej sytuacji i czekają, aż ktoś im powie, że to tylko zły sen i mogą się obudzić. 

Tym, co sprawia, że jakoś ta książka w moich oczach wypadła, jest jej zakończenie. Muszę przyznać, że autorka zaskoczyła mnie nim, bo nie tego się spodziewałam - bardzo się cieszę z tego, choć nie było ono zbyt miłe. Całą książkę ciężko mi podsumować - wymęczyłam ją strasznie, gdy ją skończyłam, to z ulgą, że to już za mną. Wątpię, czy w najbliższym czasie sięgnę po kontynuację - na razie złe wrażenia są zbyt świeże i chyba nie mam ochoty mierzyć się z drugą częścią. Na zakończenie dodam jeszcze, że nie rozumiem, czemu ta seria ma takie koszmarkowate okładki - pasujące, ale jak dla mnie paskudki z nich straszne, a ja tak bardzo lubię, gdy mają coś w sobie... Nawet frajdy z ładnej okładki mi pożałowali, bezczelność do kwadratu!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka