poniedziałek, 29 września 2014

Magia do kwadratu - czy coś takiego może istnieć? Normalnie - nie, w Świecie Dysku - oczywiście!

Bagaż przyczaił się pod stołem i mag był mu za to wdzięczny. Zwykle w lokalach przynosił wstyd, gdyż przysuwał się do pijących i zmuszał ich, żeby karmili go chrupkami.  

Okładka książki CzarodzicielstwoAutor: Terry Pratchett
Tytuł: Czarodzicielstwo
Tom: 5
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 296
Moja ocena: 7+/10

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Czasem można też usłyszeć, że pech najbardziej garnie się do tych ludzi, którzy bardzo starannie próbują się trzymać jak najdalej od niego. Czasem można jednak uznać, że pech jest bardzo przekorny - uczepia się jednej osoby i nie zamierza jej odpuścić, co rusz dokładając kolejnych problemów - mieliście tak kiedyś?


Jeśli tak, to śmiało możecie sobie przybić piątkę z Rincewindem. Zamiast napisu "Maggus" wyszytego na swoim kapeluszu cekinami, powinien wyhaftować "Zawodowy Pechowiec". Tym razem na jego drodze staje jednak ktoś o wiele groźniejszy niż do tej pory... Mag do kwadratu. Czyli czarodziciel - osoba o niezwykłych umiejętnościach magicznych, mająca do dyspozycji moc pierwotną i niebywale potężną. Czy więc rozsądne będzie stawanie na jego drodze, posiadając w ręce jedynie zużytą skarpetę z połową cegły wewnątrz? 

- Chciałem powiedzieć - wyjaśnił z goryczą Ipslore - że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. 

To już recenzja kolejnej części ze Świata Dysku, do której ponownie zajrzałam. Szczerze uwielbiam ten moment, gdy sięgam po książkę, którą już dawniej poznałam i niby pamiętam, o co w niej chodziło, ale sporo szczegółów uleciało mi z pamięci. Cudnie jest móc odświeżyć swoje wspomnienia z książek, nawet jeśli ten nie należą do ulubionych. Chyba każdy z nas tak ma, że swoim ulubionym autorom potrafi wybaczyć drobne potknięcia i przymknąć oczy na dociągnięcia, bo nie wydaje mi się, bym była w tym osamotniona. 

[...] magowie mają zakaz rozstrzygania sporów środkami czarodziejskimi. Przede wszystkim dlatego, że sprawia to liczne problemy okolicznej ludności, a poza tym trudno ocenić, która z dymiących kałuży mazi jest zwycięzcą. 

Czym jest tytułowe czarodzicielstwo? By Wam to wytłumaczyć, potrzebne mi będzie nieco matematyki. Mamy człowieka, najzwyklejszego i ani trochę niemagicznego. I ten człowiek miał ośmiu synów. Też zwyczajnych. Ale jego ósmy syn ożenił się i również miał ośmiu synów. A jaka jest profesja dla ósmego syna ósmego syna? Oczywiście, że bycie magiem. I tu historia powinna się skończyć... ale tak się nie stało. Bo ten mag miał siedmiu synów, a gdy na świat przyszedł ósmy, to wszystko się skomplikowało. Bo ósmy syn ósmego syna ósmego syna to właśnie czarodziciel, czyli mag do kwadratu, czyli Coin. 

Może się to wydawać pogmatwane, ale powiem Wam, że gdy człowiek oswoi się ze specyficznym stylem pisania Pratchetta, to nawet takie absurdy rozumie i wydają się być na porządku dziennym. Wiele razy mówiłam sobie, że ten gość niczym mnie już nie zaskoczy - przeczytałam już tyle jego książek, tyle razy spotkałam się z jego pomysłami, a i tak zawsze myślę sobie "Serio wymyśliłeś coś tak pokręconego?". I to właśnie uczucie uwielbiam - gdy uważam, że nic mnie już nie jest w stanie zdziwić, a tu nagle podczas czytania na mej twarzy pojawia się typowy już chwilowy karpik, niedowierzanie i spazmy śmiechu.

Był obły, złocistobrązowy i szklił się pięknie. Patrząc na niego Ardrothy był pewien, że jest do granic możliwości nadziany czystą, chudą wieprzowiną, bez żadnych obszernych wnęk pełnych świeżego powietrza, które stanowiły jego margines zysku. Był to pasztecik, jakim chcą się stać prosięta, kiedy dorosną. 

Cykl o Rincewindzie nigdy nie należał do moich ulubionych, choć samą postać tego maga bardzo lubię. Jest tu chyba wszystko - absurdy, tarapaty, Jeden Jeździec i Trzech Pieszych Apokralipsy, wcielone zło w postaci niewinnego dziesięcioletniego dziecka, zakochany Bagaż, Rincewind wraz ze swoim libido oraz sumieniem... a jednak czegoś zabrakło. Gubię się w domysłach, lecz nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, w którym miejscu zabrakło mi tej kropki nad i. 

Gdybym miała wybierać pomiędzy wszystkimi książkami ze Świata Dysku i decydować, która z nich była najlepsza, pewnie miałabym wielemnóstwoogromniedużo kłopotów. I choć Czarodzicielstwo nie znalazłoby się w czołówce, lecz gdzieś na dalszych miejscach, to jednak ta książka również ma w sobie to coś, co potrafi mnie rozbawić i zadziwić. Rozbrajające gry słowne, misternie dopracowane zabiegi słowne i absurdalnie fenomenalna logika - dzięki nim relaks z książką Pratchetta jest nie tylko odprężający, ale i na dobre poprawiający zły nastrój! 

Bagaż można opisać jako skrzyżowanie walizki z maniakalnym mordercą. 

sobota, 27 września 2014

W szkole, w której nic nie jest pewne, a zagadki piętrzą się w oszałamiającym tempie - komu ufać?

Okładka książki Wybrani
Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: Wybrani
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 440
Moja ocena: 6/10

Chyba każdy z nas poznał kiedyś kogoś, komu można do pleców podczepić łatkę z napisem "trudna młodzież". Nastolatkowie mają to do siebie, że przechodzą rozmaite bunty (na szczęście nie wszyscy, uff!) i ciężko rodzicom sobie z tym poradzić. Czasem dobrym pomysłem okazuje się zmiana otoczenia, np. w wyniku przeniesienia dziecka do innej szkoły. I o ile początkowo może być ciężko się odnaleźć, tak później wychodzi na jaw, że nowa rzeczywistość jest jak spełnienie wszystkich marzeń. Niestety, nie każde marzenia mają dobre zakończenia... 

Allie Sheridan nie ma lekko w życiu. Brat, którego kochała najmocniej na świecie zniknął, zostawiając ją samą, a ona nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, która jest pozbawiona jego obecności. Kilkukrotne zmiany szkoły w niczym nie pomagają, bo prędzej czy później rodzice spotykają się z prośbą dyrekcji o przeniesienie córki. W końcu podejmują decyzję o zapisaniu córki do elitarnej szkoły, jaką jest Akademia Cimmeria. Nic nie jest tu jednak zwyczajne - począwszy od uczniów, skończywszy na ich zachowaniu. Allie od początku wzbudza we wszystkich gamę różnorodnych uczuć, lecz nigdy nie spodziewałaby się, że od chwili, gdy ona zostanie przyjęta do szkoły, zaczną się dziać tajemnicze rzeczy... i to niespowodowane przez nią. 

Wizyty w bibliotekach nigdy nie kończą się dla mnie pozytywnie, bo mimo obiecanek, że przychodzę tylko zwrócić wcześniej wypożyczone książki, to i tak za każdym razem wracam ze stosem kolejnych, które czymś zwróciły moją uwagę. Niektóre wybory są planowane, inne całkiem spontaniczne - ten jest jednym z tych drugich. Zobaczyłam tytuł książki na półce i jakoś przypomniało mi się, że w swoim czasie ta seria była często recenzowana, a za niedługo ma wyjść kolejna część. I mimo, że ciągle sobie obiecuję, że nie będę się pakować w rozpoczynanie następnych cykli, to znowu uległam pokusie. Czy słusznie? 

Już sama okładka powinna mnie przygotować na to, że w książce jednym z decydujących elementów będzie trójkącik, których szczerze nie znoszę, dlatego w zasadzie nie mam o to pretensji, bo sama się o to prosiłam i byłam na to przygotowana. Bohaterowie - nie podbili mojego serca. Byli, bo byli, ale niestety nic poza tym. Ani główna bohaterka nie wzbudziła większych emocji, ani dwójka panów - choć chyba bardziej wolę Cartera, coś ten Silvain do gustu mi nie podszedł. Trochę szkoda, bo strasznie lubię, gdy ktoś podbija moje serce. 

Dodatkowym minusem, którego się dopatrzyłam, było dla mnie to, że książka potrzebowała naprawdę dużej ilości czasu, by wciągnąć mnie w swoją fabułę. Początkowo czytałam i czytałam, lecz robiłam to bez większych emocji. Reklama w postaci nalepki z Eweliną Lisowską okazała się więc w moim przypadku mało trafiona, bo książka nie pochłonęła mnie aż tak, jakbym sobie tego życzyła. Ale i nie było aż tak źle, nie będę tyle marudzić! 

Podobała mi się ta cała mroczna otoczka. Mogę przyznać z przyjemnością, że autorce udało się zbudować całkiem dobry klimat w książce, pełen napięcia i niedopowiedzeń. Nocna Szkoła ciągle mnie fascynowała, a autorka skąpiła bardzo informacji o niej, co tylko mnie jeszcze bardziej zaciekawiało. Warto też zauważyć, że nie udało mi się przewidzieć tego, jak rozwiną się wypadki, za co również dziękuję autorce - przewidywalne książki to coś, czego bardzo nie lubię - to psucie czytelnikowi zabawy! 

Książka ta nie jest zła. Wybrani nie jest górnolotną powieścią, taką, przy której serce podchodzi do gardła, a do tego galopuje w ogromnym tempie. To poprawnie napisana powieść dla młodzieży, która choć nieco schematyczna, to jednak ma w sobie potencjał. Może i nie zachwyciła mnie, ale rozczarowana też nie jestem. Podejrzewam, że z ciekawości sięgnę po kolejną część - może ona okaże się dla mnie lepsza?  

środa, 24 września 2014

Dobro jest w każdym z nas, odkryjmy je tylko!


Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: Sto imion
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 448

W życiu ciągle poszukujemy fajerwerków. Nie interesuje nas nic, co jest codzienne i proste, oczekujemy rzeczy i zdarzeń, które wcisną nas w fotel i nie pozwolą się z niego ruszyć. Czy w jakiejkolwiek gazecie przeczytaliście artykuł o kobiecie, która codziennie robi to samo, ciągłe rutynowe czynności bez końca, jak np. praca w zakładzie fryzjerskim? Czy w telewizji są nadawane programy, które mówią o tym, co codziennie robi piekarz? Nie. Bo nie o takich rzeczach ludzie chcą czytać. Chcą akcji i reakcji, nie dostrzegając, że piękno może kryć się w tym, co pozornie jest zwyczajne. 

poniedziałek, 22 września 2014

Co robić, gdy Śmierć chce iść na urlop? Znaleźć zastępcę!


[Klienci] nie szukają potraw wyszukanych czy egzotycznych, ale wolą dania konwencjonalne, jak embriony ptaków nielotów, mielone organy w powłoce jelit, plastry ciała świń czy bulwy bylin przypalane w zwierzęcym tłuszczu; w ich gwarze określa się je jako jajka, kiełbasę, bekon i frytki.

Okładka książki MortAutor: Terry Pratchett
Tytuł: Mort
Tom: 4
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 231
Moja ocena: 9+/10

Śmierć... jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie z nią? Jakie są pierwsze myśli, gdy ją bierzesz pod lupę? Boisz się? Czujesz ogromny strach i lęk? Obawę? W takim razie przed czym? Przed krwią? Cierpieniem? Rozwlekłym oczekiwaniem na koniec mąk i upragniony spokój? Mogę Cię uspokoić - umieranie jest całkiem fajną sprawą, gdy ze świata zabiera Cię ktoś taki jak ŚMIERĆ. 

JAK SIĘ NAZYWA TO UCZUCIE W GŁOWIE, UCZUCIE TĘSKNEGO ŻALU, ŻE RZECZY SĄ TAKIE, JAKIE NAJWYRAŹNIEJ SĄ?
- Chyba smutek, panie. A teraz...
JESTEM ZASMUTKOWANY.

Nie ulega wątpliwości, że Śmierć jest zapracowaną ANTROPOMORFICZNĄ PERSONIFIKACJĄ, jak zwykł siebie określać. Jednak każdy w końcu ma prawo mieć dość i chcieć choć odrobinę odpocząć, dlatego Mroczny Żniwiarz decyduje się na odnalezienie dla siebie asystenta. Wybór pada na Morta - chłopaka, który zadaje zbyt dużo niewygodnych pytań i lubuje się we wpychaniu nosa tam, gdzie nie powinien. O ile praktyki w nowej pracy wychodzą mu całkiem nieźle, o tyle zasada bezstronności nie jest taką łatwą sprawą, zwłaszcza, gdy ma pomóc zejść ze świata piętnastoletniej księżniczce. 

Mort został przeze mnie poznany stosunkowo późno, jeśli wziąć pod uwagę to, że jest to w chronologii czwarta powieść ze Świata Dysku. Jest ona zarówno początkiem jednego z pomniejszych cykli - o Śmierci. Czytanie książek po raz drugi ma niewątpliwie mnóstwo zalet, a czytając tę książkę tylko się w tym utwierdziłam. Tyle smaczków, ile tutaj serwuje swoim czytelnikom Pratchett, posiada naprawdę niewiele książek (nie licząc już tych pratchettowych). Od czasu do czasu zdarza mi się podczytywać same cytaty - dla Świata Dysku stworzyłam specjalny notes, w którym zapisuję to, co najbardziej mnie rozbawia - ale co innego jest czytać wyrwane z kontekstu słowa, a co innego wczuwać się od początku w klimat i atmosferę, jaką stworzył Pratchett. 

Coś w jego wyglądzie podpowiada patrzącym, że sprawianie temu chłopcu kłopotów jest mniej więcej tak samo rozsądne jak kopanie gniazda szerszenie. Krótko mówiąc, Mort nie przypomina już czegoś, co przywlókł kot i co sobie zostawił na potem.

Pewnie będę to powtarzać za każdym razem, za którym będę sięgała po dyskowe opowieści, ale uwielbiam ten humor, który posiada Pratchett. Balansuje na krawędzi abstrakcji, groteski i absurdu, przez co wszystko, co kreuje nabiera niepowtarzalnego kształtu. Może ktoś powie, że takie połączenie może być nie do strawienia i przyprawiać o mdłości w nadmiarze, jednak zaskoczę Was - tu wszystko jest w doskonale wyważonych proporcjach, a nawet ma się ochotę na wiele więcej! 

Najbardziej niepojęte dla mnie jest to, jak ogromną wyobraźnię ma autor: stworzył jak dotąd czterdzieści książek ze Świata Dysku, w każdej pojawia się sporo nowych postaci, a żadna nie jest podobna do innej, ma mnóstwo indywidualnych cech, które odróżniają ją od innych i decydują o jej wyjątkowości. Najlepszym tego przykładem jest Śmierć - kompletnie inny niż w typowych wyobrażeniach, pocieszny w swoich próbach zrozumienia ludzkiego świata i samych ludzi. Mort również nie należy do byle jakich postaci - jego upór i przekomarzanie z Ysabell mogą rozbawić każdego, przyrzekam! 

Mort rozejrzał się. Ysabell wyraźnie kochała falbanki. Nawet toaletka wyglądała jak ubrana w pelerynkę. Cały pokój sprawiał wrażenie wyposażonego nie tyle w meble, ile w bieliznę.

Kolejna książka ze Świata Dysku za mną po raz drugi już, z czego bardzo się cieszę. Niektóre powieści przeczytałam już tak jak tę podwójnie, ale są też takie, których jeszcze ani razu nie tknęłam, dlatego nie mogę się doczekać tego, aż w końcu przyjdzie ich kolej i możliwość zapoznania się z nimi - w końcu Pratchetta nigdy za wiele! Powolutku odświeżam swoją znajomość z moimi ulubionymi książkami i aż serce się we mnie raduje na myśl, że tyle jeszcze mam do przeczytania! 

 Jak z tego widać, przy swojej wrodzonej uczciwości Mort nie miał żadnych szans na karierę poety. Gdyby kiedykolwiek porównał dziewczę do letniego dnia, natychmiast by wyjaśnił, o który dzień mu chodzi i czy padał wtedy deszcz.

sobota, 20 września 2014

Bycie człowiekiem, gdy wszyscy wokół są niczym bestie - to dopiero wyzwanie!

Autor: Markus Zusak
Tytuł: Złodziejka książek
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 496
Moja ocena: 9+/10

Ludzie nie wyobrażają sobie życia bez wielu przedmiotów. Niektórzy nie obędą się bez telefonu komórkowego czy internetu, inni bez torebki zawierającej "same potrzebne rzeczy" (i ważącej niestety z pół tony!), a inni bez porannej kawy. Dla książkoholików największą katorgą jest brak jakiegoś czytadła do spędzenia czasu. Potrafisz sobie wyobrazić taką sytuację, że w jednej chwili wszystkie Twoje zapasy nagle znikają z półek, nie masz dostępu do e-booków, a do tego nie istnieje możliwość kupna ich w jakiejkolwiek księgarni lub wypożyczenia z biblioteki. Gdyby odcięto Cię od czegoś, co wzbudza w Tobie fascynację, do czego mogłabyś się posunąć, byle to dostać?

czwartek, 18 września 2014

Ile złamań kości jesteś w stanie znieść? 2,3... 52?

Okładka książki Krucha jak lód
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Krucha jak lód
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 616
Moja ocena: 9-/10

Każdy rodzic chciałby, by jego dziecko było uosobieniem tego, co najlepsze. Pragnie, by było błyskotliwe i mądre, odznaczało się chwytającą za serce urodą, było w czymś lepsze od wszystkich innych dzieci. Nie ma w tym nic złego - to normalne, że posiada się podobne życzenie. Lecz dla wszystkich najważniejszym darem jest to, że ich dziecko jest zdrowe jak rybka. 


Willow O'Keefe to sześciolatka, która w niektórych kwestiach jest podobna do swoich rówieśników, lecz jedna kluczowa sprawa nigdy nie pozwoli jej być taką, jak inni. Ostreogenesis imperfecta. Ta choroba sprawiła, że Willow nigdy nie będzie w stanie robić takich rzeczy, jak inne dzieciaki. Jej kości są niezwykle wrażliwe i najzwyczajniejsze kichnięcie może sprawić, że któraś z nich się połamie. Rodzice i siostra Willow nie mogą mieć żadnych planów, bo nie mają pewności, czy nagle coś się dziewczynce nie stanie. Sprawy nie ułatwia im trudna sytuacja materialna, bo wszystkie koszty związane z chorobą małej są bardzo wysokie, a niska pensja ojca nie jest w stanie ich pokryć. Nagle jednak przed rodzicami pojawia się ogromna możliwość - mogą zdobyć pieniądze, dzięki którym małej nie brakowałoby niczego. Haczyk? Pozwanie w sądzie położnej - najlepszej przyjaciółki matki Willow i mówienie, że mając możliwość aborcji, dokonałaby jej...

Nie będę kolejny raz mówiła, jak urzeczona jestem Picoult (a jednak mówię). Jej książki wciągają jak narkotyk i najchętniej to czytałoby się je ciągle , z małymi przerwami, by nie było przesytu. Zastanawiając się nad tym, po którą książki autorki teraz sięgnąć, zdecydowałam się tym razem kierować okładką - w tej książce jest to twarz małej dziewczynki - delikatnej i smutnej, być może cierpiącej. To, czego dowiedziałam się czytając tę książkę sprawiło, że nie mogłam zebrać do kupy swoich myśli i uczyć, taki chaos w nich panował.

Pierwszym zaskoczeniem był dla mnie sposób narracji - do tego, że Jodi opowiada historie w książkach z perspektywy kilku bohaterów, byłam przyzwyczajona, bo to często-gęsto występowało. Nowością była narracja drugoosobowa - jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś takim w żadnej dotychczasowo czytanej książce, dlatego teraz początkowo ciężko było mi się z tym oswoić, choć uważam to za świetny pomysł - oryginalny, a na dodatek pozwalający lepiej wczuć się w wydarzenia.

Sam problem, którego dotyka autorka, również może wzbudzać kontrowersje. Tym razem wszystko toczy się wokół "niedobrego urodzenia" i aborcji, która ma zarówno wielu przeciwników, jak i zwolenników. Do tego dochodzi kwestia sumienia - czy Charlotte odważy się wprost zeznawać w sądzie, że mając wybór, uśmierciłaby swoje dziecko, wiedząc, jak mocno kocha Willow i posiadając świadomość, że to może mocno dotknąć córkę? Czy ośmieli się walczyć o lepszą przyszłość dla niej, gdy zrozumie, jak wiele może stracić?

Bohaterowie to standardowo perełka książki. Każdy inny, każdy na swój sposób niesamowity i odmienny od siebie. Najbardziej polubiłam właśnie Willow - nie tylko dlatego, że było mi jej szkoda, ale z powodu, że miała w sobie mnóstwo energii, uroku i radości z życia, które nie było dla niej łaskawe. Żal natomiast było mi Piper - przyjaciółki Charlotte i położnej, która została oskarżona o błąd w sztuce medycznej - było to dla niej ogromnym ciosem, a tym bardziej dotkliwszym, bo wcale niespodziewanym. 

Ile razy w ciągu całego życia coś sobie złamałaś? Raz, dwa, trzy? Może wcale? Wyobraź sobie, że mała bohaterka tej książki doświadczyła tego na samym początku książki już 52 razy (mając 6 lat)! Narzekamy na nasze problemy, robimy z igły widły, nie myśląc o tym, że ktoś ma o wiele trudniej w życiu - a mimo tego bez skargi to znosi. Jedyne, o co mogę mieć żal do autorki tej przecudownej książki to zakończenie - no kurczę, Jodi, tak się nie robi! 

wtorek, 16 września 2014

Podejmowanie decyzji nie zawsze jest proste - może nieść ze sobą wiele bólu.

Okładka książki Zostań, jeśli kochasz
Autor: Gayle Forman
Tytuł: Zostań, jeśli kochasz
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 248
Moja ocena: 7+/10

Każdego dnia dokonujemy wyborów. Jedne mogą bardziej wpłynąć na nasze dotychczasowe losy, drugie mniej. Jednego dnia musimy podjąć decyzję, czy wolimy kupić sobie na śniadania bułkę z sezamem czy z makiem, kolejnego natomiast rozważyć wszystkie za i przecież, gdy chcemy wziąć kredyt. Ciągle trzeba dokonywać selekcji, oceniać, co jest dla nas ważniejsze - z tym, że czasem jest to banalna kwestia, a czasem ma to wpływ na nasze dalsze życie. 

W takiej sytuacji zostaje postawiona w jednej chwili Mia. Jeszcze rano siedziała z rodzicami i bratem przy stole, zaśmiewając się, jedząc śniadanie i snując rozmaite plany, za to teraz straciła wszystko. Jeden wypadek zmienił całe jej życie, gdyż straciła swoich najbliższych. Sama znajduje się w dziwnym zawieszeniu, ponieważ jej dusza rozłączyła się z ciałem. Przed Mią stoi najtrudniejsza decyzja w całym jej życiu - czy powinna poddać się i pozwolić sobie odejść, dołączając do bliskich, a zostawiając resztę rodziny, kochającego chłopaka i najlepszą przyjaciółkę, czy może wrócić do życia, musząc zmierzyć się z rozmiarami katastrofy?

W ostatnim czasie stałam się częstym bywalcem sal kinowych. Zazwyczaj wybieram się na losowe filmy, na zasadzie - co grają w tym momencie, kiedy ja chcę kupować bilety na seans. Zdarza mi się jednak, że po obejrzeniu kilkunastu trailerów filmowych, jakiś z nich utyka mi w pamięci, sprawiając, że koniecznie chcę go obejrzeć. Tak było i w przypadku Zostań, jeśli kochasz. Ale ja należę do osób, które najpierw wolą zapoznać się z pierwowzorem literackim, a dopiero później obejrzeć wersję filmową, dlatego chwilę po premierze nowego wydania książki skusiłam się na nią, by móc jak najszybciej zapoznać się z tą historią.

Nie sprawdziłam wcześniej, jaką objętością szaleje ta książka, dlatego nieco się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że jest stosunkowo cieniutka - liczyłam na coś nieco bardziej rozwiniętego, bo wolę książki bardziej rozbudowane, gdzie wszystkiego jest więcej. I tutaj właśnie trochę mi tego zabrakło, bo wszystko skończyło się za szybko, trochę za prosto. Chociaż z drugiej strony, jeśli miało to być wodolejstwo, to ja już wolę taką wersję.

Bohaterowie książki są chyba najmocniejszym punktem. Charakterystyczni, pełni życia i rozmaitych cech charakteru są od początku bardzo bliscy, dlatego łatwiutko przychodzi zżycie się z nimi. Co ciekawe to ich główną cechą jest to, że są zwykli. Zwyczajni, prości. I chyba właśnie to sprawia, że serce samo się do nich garnie. Nie umiem powiedzieć, kogo najbardziej sobie upodobałam, bo każdy miał w sobie coś takiego, za co go polubiłam. Ciężka sprawa z tymi decyzjami, dobrze, że ja jednak nie muszę jej teraz podejmować.

Cała historia wzruszyła mną bardzo, choć łzy się nie polały. Mimo że wiedziałam, jakie będzie zakończenie, to i tak z napięciem śledziłam to, co się w książce działo. Nie jest to żaden tytuł, w którym zdarzenie goni zdarzenie - akcja rozwija się raczej spokojnie na początku, dochodzi do wypadku... i nadal jest spokojnie. Nie ma tu żadnych zwrotów, zaskakujących momentów czy fajerwerków. Jest za to pełno melancholii i spokoju. To książka, która podejmuje tematy bardzo bliskie ludziom i dotykające w serce. Choć jak dla mnie była za krótka i za szybko wszystko się rozwiązało w niej, to i tak bardzo się cieszę, że miałam okazję ją przeczytać. 

czwartek, 11 września 2014

Tatuaż z ukrytym przesłaniem.

Okładka książki Hopeless
Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Hopeless
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 424
Moja ocena: 8/10

Ludzka pamięć jest w wielu przypadkach bardzo zwodnicza. Zdarza się, że niektóre wydarzenia pamiętamy z niebywale szczegółową precyzją, mimo tego, że najchętniej wyrzucilibyśmy je ze swoich umysłów i nigdy więcej do nich nie wracali. Czasami jednak dochodzi do całkiem odwrotnego zjawiska - tym najbardziej bolesnym i nieprzyjemnym zdarzeniom nasza pamięć stara się zaprzeczyć, dlatego je odpycha bezwiednie od siebie, pozwalając nam pogrążyć się w błogiej nieświadomości. Lecz nadchodzi czas, gdy wszystkie karty zostaję odkryte, nawet te, o których nie mieliśmy pojęcia.

Chciałabym powiedzieć, że Sky to normalna nastolatka taka jak inne, ale nie mogę. Czy w dzisiejszych czasach ktoś może nie mieć żadnego dostępu do wytworów techniki, takich jak internet czy telewizja? Czy można nie potrafić napisać sms'a czy maila w wieku prawie osiemnastu lat? W przypadku tej dziewczyny okazuje się, że owszem. Pewnego dnia na swojej drodze spotyka Holdera, chłopaka o złej reputacji, który na swoim ramieniu ma wytatuowany napis "Hopeless". Niedługo później okazuje się, że nie jest tylko przypadkowo spotkanym nastolatkiem, a to, co Sky miała za pewnik w swoim życiu, jest kłamstwem. Tylko gdzie jest granica między prawdą, fałszem w dobrej wierze i oszustwem? 

Ciężko mi powiedzieć, kiedy ostatnim razem chciałam przeczytać jakąś książkę tak bardzo jak tę. Wszędzie zachwyty i peany pochwalne na jej cześć - z całej kolekcji recenzji na temat "Hopeless" spotkałam się chyba z dwoma negatywnymi opiniami! Gdy w końcu udało mi się zdobyć tę książkę i zabrać się do czytania, to w pierwszej chwili zawiodłam się. Tak bardzo, że utknęłam na trzydziestej stronie i nie mogłam zmusić się do dalszej lektury. Zrobiłam sobie przerwę, w trakcie której przeczytałam coś innego, a następnie uznałam, że trzeba spróbować. I spróbowałam. 

Może najpierw zacznę od minusów tej książki, by szybko przez nie przebrnąć i móc się skupić na tym, co było dla mnie o wiele przyjemniejsze w niej. A więc - początkowe zachowanie Sky. Kurczę, naprawdę mnie denerwowała i miałam ją za dziewczynę, która niezbyt się szanuje. Szalenie mnie natomiast cieszy, że z czasem zmieniłam zdanie i że nie zawiodłaś moich nadziei pokładanych w Tobie, Sky! Okazałaś się być świetną bohaterką, taką o której z przyjemnością się czyta i nie chce kończyć! 

Język, którym posługiwała się autorka, przypadł mi do gustu - lekki i łatwy w odbiorze, pełen ujmującej za serce serdeczności, ze sporą dawką ciepła, czyli taki, który idealnie nadawał się do tej powieści. Do tego mnóstwo humoru i docinków w wykonaniu naszego duetu, ciężko się było powstrzymać od uśmiechu! Ale nie byłabym sobą, gdybym i tu nie znalazła czegoś, na co mogę ponarzekać, taka już moja natura. To, co niezwykle mnie drażniło to wulgaryzmy. Gdy pasują, to nie mam nic przeciwko nim, ale tutaj strasznie mi się gryzły, były zbędne i jak dla mnie to całkowicie niepotrzebne. Na całe szczęście nie było ich też tak dużo jednak. 

Osoby, wokół których skupiały się wszystkie wydarzenia, zyskały wiele mojej sympatii. Chociaż zdarzały się momenty, że wkurzali mnie tak bardzo, że miałam ochotę zacząć tłuc książką o ścianę, to w sumie i tak ich bardzo lubię. W ostatecznym rozrachunku muszę jednak powiedzieć, że to nie oni zawładnęli moim sercem, lecz Karen. Nie trzeba chyba zbyt wiele tłumaczyć tym, którzy przeczytali - a tym którzy nie przeczytali nie będę spoilerować, gdy zapoznacie się z książką, to zrozumiecie, co miałam na myśli. Mogę tylko powiedzieć, że to kobieta z ogromnym serduchem. 

To, co mówią o tej książce, to czysta prawda. Porusza i wstrząsa do głębi jak trzęsienie ziemi o sile dziesięciu stopni w skali Richtera, uderza w serce czytelnika niczym huragan trafiający na swojej drodze na przeszkody. Do tego wciąga w bieg wydarzeń jak śmiercionośne tornado, a emocjami zalewa z takim natężeniem, jakiego nie powstydziłoby się najbardziej niezauważalne, a przez to groźne tsunami - kumuluje się, aż uderza w Ciebie z rozpędem, aż tracisz dech. Nie da się być obojętnym na to, co dzieje się w tej przepięknej powieści, trzeba to poczuć, by zrozumieć. I choć można narzekać, marudzić i przyczepiać się do niektórych faktów, to i tak jest się pod wrażeniem. 

wtorek, 9 września 2014

Pozory mylą, więc nigdy nie oceniaj po nich.



Okładka książki Czarownice z Salem FallsAutor: Jodi Picoult
Tytuł: Czarownice z Salem Falls
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 488
Moja ocena: 8+/10

Zdarzyło Ci się kiedyś być o coś oskarżoną niesłusznie? Czy były sytuacje w Twoim życiu, kiedy nie zrobiłaś niczego złego, a i tak to Ciebie obarczono odpowiedzialnością? Wyobraź sobie, że odpokutowałaś już poprzedni czyn (niesłuszny), a nagle okrutny los decyduje zabawić się Twoim kosztem kolejny raz... Na Twoją osobę pada podejrzenie, a wszyscy są pewni, że jesteś winna - przecież już raz dopuściłaś się podobnego czynu, a historia lubi się powtarzać! Jak czułabyś się z wiedzą, że nikt nie wierzy w Twoje słowa obrony, a nawet najbliższa osoba ma co do Ciebie wątpliwości?

Jeśli odpowiedź była twierdząca, to możesz choć w ułamku podejrzewać, jak czuł się Jack. Już raz padł ofiarą ludzkich intryg i knowań, za które musiał zapłacić bardzo wysoką cenę. Teraz przeznaczenie skierowało go do Salem Falls i do restauracji, którą prowadzi Addie - w opinii miejscowych "kobieta, której odbiło", by mógł zacząć wszystko od nowa. Na jego nieszczęście zwraca on uwagę kilku nastolatek, które parają się magią wiccan. Gdy wydaje się, że życie w końcu zaczyna mu się układać, rozpoczyna się nowa gehenna. 

Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że i ja padłam ofiarą czarów, które na czytelników rzuca Piccoult. Właściwie nie wiem, czy jest sens, bym kolejny raz ją chwaliła i mówiła, jak cudownie spędziłam czas, czytając jej książkę. Mnie samą czasem irytują osoby, które dużo lukrują w swoich recenzjach, choć dobrze wiem, że niektóre książki potrafią wcisnąć w fotel i wywrzeć ogromne wrażenie. Mogę natomiast zapewnić Was, że ta jest jedną z nich. 

Jeszcze niedawno recenzowałam książkę, która podejmowała podobną tematykę - mowa o Dziesiątym kręgu, również spod nazwiska Picoult.  Tam również myślą przewodnią był gwałt, jednak całość skupiała się wokół jego ofiary i jej prób udowodnienia, że całe zajście rzeczywiście miało miejsce. Tutaj jednak motyw ukazany jest z przeciwnej strony i całkiem innego punktu widzenia - mężczyzny, który po raz kolejny został oskarżony o ten bezwzględny czyn i wraz ze swoim prawnikiem oraz najbliższymi walczy o sprawiedliwość, która jednak nie zawsze wydaje się być po jego stronie. 

Muszę przyznać, że książka zmusiła mnie do intensywnego pobudzenia swoich szarych komórek. Tyle razy zdarzało mi się oceniać ludzi po pozorach i wątpliwych pogłoskach bez wgłębiania się w sprawę - wiem, że nie jest to zbyt uczciwe, ale jednak zdarzało się - a dzięki tej książce zrozumiałam, jak krzywdzące było takie nieczułe postępowanie. Cała książka natomiast jest trzymająca w niepewności - czy Jack rzeczywiście jest niewinny? A może jednak ma coś, co ukrywa przed światem? Wszędzie fałszywe tropy, ale autorka powoli i konsekwentnie odkrywa całą prawdę, pokazując, że nigdy nic nie jest czarno-białe. 

Bohaterowie to jedna z najmocniejszych stron, jakie ma do zaoferowania Jodi. Za każdym razem są wyraziści i ludzcy, a do tego nie ma się wrażenia powtarzalności, mimo znacznej ilości przeczytania książek tej pisarki - każdy jest sobą i tylko sobą, jedną jedyną indywidualnością. Najmocniej udało mi się polubić Roya, którego wystąpienia w sądzie wywołały u mnie wiele śmiechu, choć sama książka nie nastrajała do tego. Potrzebny jednak czasem jest taki dodatek, który nieco rozładowuje emocje i pozwala się rozluźnić. 

Niesamowite jest zatapianie się w fikcji kreowanej przez Picoult, ponieważ ciągle ma się wrażenie, że to wszystko musiało być prawdą, a sytuacja gdzieś się rozegrała. Po Czarownicach z Salem Falls po raz kolejny przekonałam się, że Picoult to dosłownie studnia bez dna z nieskończoną ilością cudownych pomysłów, w której nieustannie się topię. Za mną już Krucha jak lód - także niedługo ją zrecenzuję (w tajemnicy powiem, że jak dla mnie to przecudowna, nawet lepsza od tej!), a do tego na półce czeka Deszczowa noc i Pół życia - aż nie mogę się doczekać, by się przekonać, czym jeszcze mnie zaskoczy! :)

niedziela, 7 września 2014

Jak jedno Zaklęcie jest w stanie zniszczyć komuś życie lub pokrzyżować plany objęcia władzy.


"Podstawowy dogmat wiary owej religii brzmiał: jeśli drzewo było dobrym drzewem, jeśli prowadziło życie czyste, przyzwoite i uczciwe, może być pewne przyszłego życia po śmierci. A jeśli było drzewem naprawdę dobrym, kiedyś dostąpi reinkarnacji jako pięć tysięcy rolek papieru toaletowego."

Okładka książki Blask fantastycznyAutor: Terry Pratchett
Tytuł: Blask fantastyczny
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 236
Moja ocena: 7/10

Nieprawdopodobne dla mnie jest to, jak wiele emocji zaczęło mi towarzyszyć przy ponownym czytaniu kolejnej książki z cyklu, który jest dosłownie przeze mnie ubóstwiany. Gdy pierwszy raz miałam w rękach tę książkę, to towarzyszyła mi ciekawość - wiecie, byłam dopiero po pierwszej części, więc zastanawiałam się, co ciekawego autor wymyślił w kolejnej. Teraz, gdy wracam do Świata Dysku z sentymentu, za towarzyszy mam o wiele większą gamę uczuć. Powiedzieć mogę jedno - cieszę się, że na nowo zaczęłam odkrywać te książki. 

Octavo to magiczna księga, w której zawartych zostało osiem najważniejszych Zaklęć - ten, kto je przeczyta, będzie miał w rękach władzę nad całym światem. Jest jedno ale, które ma postać pewnego nieudolnego maga... To w jego głowie siedzi jedno Zaklęcie, a sam Rincewind staje się celem poszukiwań Trymona, który pragnie rządów i sławy. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wpakował się w kolejne tarapaty - na (nie)szczęście w towarzystwie Dwukwiata, Bagażu oraz dwójki zakochanych - emerytowanego bohatera - osiemdziesięciosiedmioletniego Cohena i siedemnastoletniej Bethan. Cóż, miłość nie wybiera...

"Kolejna rzecz, jakiej Bethan już się nauczyła, to że nie należy nawet próbować rozumieć, o czym właściwie Dwukwiat mówi. Można co najwyżej biec obok rozmowy w nadziei, że zdoła się wskoczyć, gdy zwolni na zakręcie."

Rincewind nigdy nie należał do moich ulubionych pratchettowych postaci, a po powtórce z rozrywki mogę stwierdzić, że całkiem sympatyczny z niego gość. Ciągle pakuje się w kłopoty, a paradoksalnie wcale się o nie nie prosi - jedynie czego chce to nudy i monotonii. Do tego dochodzi mój kochany Dwukwiat, który nie tylko patrzy na świat przez różowe okulary - najprawdopodobniej mózg ma też w takim kolorze. Bagaż? Jest jak kot - chodzi własnymi ścieżkami. Do tego dochodzą nowi bohaterowie, którzy dostarczają dodatkowego smaku książce. Jedyną postacią, do której mogę mieć zastrzeżenia to Trymon - ale on każdego by wkurzał. 

" - Moim zdaniem dom jest tam, gdzie powiesisz kapelusz.
- Nie, nie! - zawołał Dwukwiat, zawsze chętny do szerzenia wiedzy. - Miejsce, gdzie wieszasz kapelusz nazywa się wieszak. Dom to..."

O stylu Pratchetta w tej książce ciężko powiedzieć coś nowego, ponieważ jest on bardzo podobny do tego, który prezentował czytelnikom w Kolorze Magii - kiełkujący i dopiero rozwijający się, ale nadal bardzo pociągający. I grzechem byłoby nie wspomnieć o mojej ulubionej części, jaką jest humor - nie dość, że jest go więcej, to jeszcze lepszy! Zazwyczaj do moich recenzji nie dodawałam żadnych cytatów, ale uznałam, że w przypadku książek ze Świata Dysku mogę zrobić wyjątek i zaprezentować Wam coś, przez co Pratchett krok po kroku podbijał moje serce. Może i Wam się spodobają?

Blask Fantastyczny to bezpośrednia kontynuacja poprzedniej części - kolejne tomy nie są ze sobą tak mocno związane i nic nie stoi na przeszkodzie, by poznawać je w dowolnej kolejności. Wielu uważa, że nie powinno się zaczynać przygody z Prachettem od tego duetu książkowego, ponieważ chłopina nie wyrobił się jeszcze i zdarza mu się sporo niedociągnięć. Może jest w tym ziarno prawdy, ale dla mnie - zapalonej Pratchettomanki, niesamowite jest samo obserwowanie rozwoju Prachetta - gdy z autora z niezłymi pomysłami stał się mistrzem cudownego humoru i groteski.

"[Rozmowa między Rincewindem i Dwukwiatem o miotłach]
- Mówiłeś, że umiesz nimi latać!
- Wcale nie! Powiedziałem tylko, że ty nie umiesz!
- Przecież nigdy nie próbowałem!
- Cóż za zbieg okoliczności!
- Ale powiedziałeś... Patrz na niebo!
- Tego nie mówiłem!"

sobota, 6 września 2014

Wyniki konkursu!

Witam Was wszystkich cieplutko! :) 
Za oknem nadal słonecznie dzionkiem, choć da się już poczuć, że lato odchodzi w niepamięć. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak - minęły te dwa miesiące i chcąc, nie chcąc, musiałam się z powrotem udać w szkolne mury. Nie powiem, bym się z tego powodu cieszyła, choć nie jestem też szczególnie smutna. Jedynym powodem, dla którego chciałabym jeszcze wakacje to dużo mniejsza ilość czasu na czytanie książek, no i może jeszcze ciepełko.  :)


Ale, ale - czas w końcu ogłosić wyniki losowania, które przeprowadziłam w moim pierwszym konkursie. Cieszę się, że spotkał się z tak sporym odzewem z Waszej strony, a że mam jeszcze do rozdania kilka książek, to już za kilka dni możecie się spodziewać kolejnego losowania przeprowadzonego przeze mnie! :)  Zwycięzcą, do którego uśmiechnęło się tym razem szczęście jest: 

Monika Przyszlak! 

Gratuluję serdecznie, mam nadzieję, że nagroda przypadnie Ci do gustu i nie okaże się przysłowiową kulą w płot! Wysłałam już do Ciebie wiadomość, masz dwa dni na odpowiedź zwrotną - w innym razie wybiorę kolejnego szczęściarza.

środa, 3 września 2014

Zagłada ludzkości jest tuż, tuż. Jak czułbyś się z wiedzą, że prawdopodobnie jesteś ostatnią osobą na świecie?

Okładka książki Piąta fala
Autor: Rick Yancey
Tytuł: Piąta fala
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 512
Moja ocena: 9/10 

Każdy z nas milion razy słyszał o dinozaurach, ogromnych potworach, które miliony lat temu panowały na Ziemi. (Nie)stety spotkał je wszystkim znany koniec. Czy wyobrażaliście sobie, w jaki sposób ludzkość pożegna się z życiem na naszej planecie? Naukowcy prześcigają się w domysłach, stawiają różne hipotezy - jedne bardziej prawdopodobne, inne mniej. Jak wysoko w rankingu plasuje się podbicie Ziemi przez obcych? Jeśli taka teoria była dla Was do tej pory bajką, to radziłabym się jeszcze raz zastanowić, czy to aby na pewno coś niemożliwego...

poniedziałek, 1 września 2014

W świecie, gdzie nic nie jest takie, jak być powinno - witaj w krainie absurdu Pratchetta!


Okładka książki Kolor magiiAutor: Terry Pratchett
Tytuł: Kolor magii
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 208
Moja ocena: 7/10

Ostatnio doszłam do wniosku, że moje czytanie książek jest niepotrzebnie ograniczane jedną barierą, w myśl której nie tykam ponownie raz przeczytanych książek. Wcześniej szkoda mi na to było czasu, bo tyle cudownych powieści czeka w kolejce, a ja miałabym bezsensownie wracać do książek, które znam? Podczas ostatniej wizyty w bibliotece, przypadkiem (a może zrządzeniem losu?) przechodziłam obok półki z książkami Pratchetta i coś mnie podkusiło, by zabrać ze sobą jedną z jego historii. Uznałam po drodze, że moja wcześniejsza reguła nie miała sensu - przecież przypominanie sobie opowieści ze Świata Dysku nie jest żadnym marnowaniem czasu, a odnawianiem starych znajomości, więc postanowiłam zacząć od samego początku, którym jest Kolor Magii

Pierwszy tom z wielu kolejnych ma za zadanie wprowadzić czytelnika w odmęty uniwersum wykreowanego przez Pratchetta, którym jest Świat Dysku. Rządzi się on własnymi zasadami i z reguły wiele praw fizyki, które obowiązują na Ziemi, tam nie znajdują odzwierciedlenia. Akcja toczy się na dysku, który jest unoszony przez czwórkę słoni, natomiast one dźwigane są przez żółwia - nieokreślonej płci. W Kolorze Magii poznajemy najgorszego ze wszystkich magów - Rincewinda. Przez istotny błąd z przeszłości zna on jedynie jedno zaklęcie, a innych nie jest się w stanie nauczyć. W Ankh-Morpork poznaje Dwukwiata, turystę z odległej krainy, którym ma się opiekować. Wszystko byłoby w porządku... gdyby tego zadania nie przydzielono Rincewindowi. Z jego umiejętnością pakowania się w tarapaty nie mają ani chwili wytchnienia - ku rozpaczy maga. Ale jest pozytyw - przygody spotykają się z entuzjazmem Dwukwiata! 

Kiedy już ponownie przeczytałam tę książkę, zaczęłam się zastanawiać, czy w takim wypadku powinnam pisać jej recenzję. Nie wiedziałam, czy będę potrafiła ją rzetelnie ocenić, starając się zauważyć zarówno plusy, jak i minusy - u tych, których najbardziej cenimy, często nie dostrzegamy wad. Uznałam jednak, że spróbuję - głównie dlatego, że chciałabym Wam od początku przybliżać książki, które szczerze uwielbiam i choć trochę wyjaśnić, co w nich takiego mnie pociąga. W końcu nie darzyłabym sympatią książek, które byłyby bezwartościowym laniem wody. 

Najbardziej rozpoznawalny w stylu Pratchetta jest jego niebanalny humor. Choć tutaj dużo mu jeszcze brakuje i można powiedzieć, że dopiero raczkuje, to jednak już potrafi sprawić, by ze śmiechu łzy stanęły mi w oczach. W nieprawdopodobny sposób kreuje wydarzenia, z którymi muszą mierzyć się bohaterowie - dość powiedzieć, że rządzi nimi przypadek, który nigdy nie ma litości, ponieważ są poniewierani z kąta w kąt. Ciekawe jest w tym wszystkim to, jak obaj zainteresowani się zapatrują na kwestię wspólnych przygód.

Rincewind najchętniej oddałby się nudzie. To jest słowo, które kocha nad życie, lecz które go nienawidzi, bo nigdy mu się nie przytrafia. Choć na co dzień szczyci się swoimi umiejętnościami do poznawania nowych języków, to w końcu sprowadza to na niego kłopoty - musi robić za niańkę dla turysty, który przybył do słynnego miasta, jakim jest Ankh-Morpork. Dwukwiat to osoba, która sprawia czasami wrażenie dziecka - jego niefrasobliwość, brak jakichkolwiek zmartwień, wieczny optymizm i entuzjazm potrafią doprowadzić maga do furii. Lecz jak sam w końcu zauważa - polubił go, bo nie lubić Dwukwiata to tak, jak kopać szczeniaczka. Jest też Bagaż - drewniany kufer z setką nóżek, który nie odstępuje swojego pana na krok, a w razie zagrożenia może się pochwalić niezwykle ostrym garniturem zębów, z których umie zrobić użytek. 

Ze zdziwieniem zauważyłam, że niezwykle przyjemny jest "powrót na stare śmieci". Czytając książkę po raz kolejny, nie zwracałam aż takiej uwagi na wydarzenia, bo rozeznanie w fabule miałam, lecz skupiałam się na czymś całkiem innym - mogłam bardziej próbować zrozumieć mechanizmy Świata Dysku, magii, warsztat pisarski autora i wszystko to, co wcześniej umknęło mojej uwadze. 

Nieco problemów sprawiło mi zastanowienie się, na jaką ocenę zasługuje ta książka. Jeśli brać pod uwagę inne, to ta wychyla się niewątpliwie poza skalę, lecz szybko zabrakłoby mi ocen dla innych książek z serii, bo wiele było jeszcze lepszych. I dlatego uznałam, że tutaj będzie odrębna punktacja, która będzie porównywalna jedynie dla innych książek tego cyklu, by dać Wam niejakie rozeznanie w tym, jak prezentują się w nim poszczególne tomy. Ten należy do dobrych - nie jest ani zły, ani idealny, lecz jako rozpoczęcie swej przygody z Pratchettem jest w sam raz. 

Żegnaj lato, do widzenia wakacje!

Czasu jeszcze nikomu nie udało się oszukać, choć wielu by chciało. Aż nie chce się wierzyć, że to już koniec słodkiego leniuchowania i obijania - trzeba iść do szkoły, czy się chce, czy nie. Ewentualnie można się podśmiewać z innych, bo samemu ma się jeszcze miesiąc laby. Ale i wtedy trzeba pamiętać, że odpoczynek też się skończy.

Tyle dni wolnego to najlepszy okres w roku, by nadrobić książkowe zaległości. Chociaż w sierpniu nie przeczytałam zbyt dużej ilości książek, to jednak jestem zadowolona - większość okazała się być świetnymi czytadłami, z którymi spędziłam niesamowicie przyjemną ilość czasu, a mało z nich mnie rozczarowało czy zawiodło. Oby tak dalej! :)



W tym miesiącu udało mi się przeczytać trzynaście książek, choć tylko jedenaście z nich było dla mnie odkryciami - w ramach nowego postanowienia przeczytałam też dwie książki, z którymi wcześniej miałam już do czynienia. A oto lista czytadełek, które poznałam w sierpniu:

1. Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson
2. Szukając Alaski - John Green
3. Lato drugiej szansy - Morgan Matson
4. Recepta na miłość - Paula Roc
5. Miłość bez końca - Spencer Scott
6. Karuzela uczuć - Jodi Picoult
7. Dziesiąty krąg - Jodi Picoult
8. Długa Ziemia - Terry Pratchett
9. Władca much - William Golding
10. Piąta fala - Rick Yancey (niedługo recenzja)
11. Czarownice z Salem Falls - Jodi Picoult (niedługo recenzja)

Jak widać w tym miesiącu sporo czasu spędziłam z książkami Jodi Picoult, która powoli dąży do dołączenia w szeregi moich pisarskich ulubieńców. Jej Karuzela uczuć, a także Piąta fala Yanceya okazały się książkami, które najbardziej przypadły mi do gustu w tym miesiącu. Najgorzej wspominam Receptę na miłość, która zostawiła mnie z dużym zawodem i niedosytem. 

Ale, ale... mówiłam o trzynastu książkach, zaprezentowałam dotychczas jedenaście. A gdzie dwie kolejne? Otóż zaczęłam powrót do książek, do których mam największy sentyment i w wyniku tego postanowienia przeczytałam dwie najstarsze części mojego ukochanego Świata Dysku:

12. Kolor Magii - Terry Pratchett
13. Blask fantastyczny - Terry Pratchett

Pierwszej z nich recenzja pojawi się już dzisiaj wieczorem! :) W nowym miesiącu życzę sobie kolejnych książkowych cudowności, tak jak i Wam! :) 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka