sobota, 30 sierpnia 2014

Inna odsłona "Zagubionych" - czy dzieciaki są w stanie poradzić sobie na wyspie?

Okładka książki Władca much
Autor: William Golding
Tytuł: Władca much
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 248
Moja ocena: 8/10

Pewnie spora część z Was oglądała bądź chociaż słyszała o serialu "Lost - Zagubieni". Cała fabuła skupiała się wokół życia rozbitków na wyspie, ich próbach przetrwania i zrozumienia sytuacji, w jakiej się znaleźli. To byli dorośli ludzie - możecie sobie spróbować wyobrazić na ich miejscu grupkę chłopców, zdanych na siebie i muszących sobie radzić - bez pomocy, rady i wsparcia bardziej doświadczonych ludzi? 

W świecie, który stoi w obliczu wojny nuklearnej, ludzie próbują ewakuować dzieci jak najdalej od terenów dotkniętych konfliktem. Udaje im się... jednak nie tak, jak planowali - samolot rozbija się na wyspie, a z katastrofy wychodzą cało jedynie dzieci - ani jeden dorosły nie przeżył. Początkowo cieszą się swoją wolnością, podejmują próby organizacji życia i przetrwania, jednak szybko okazuje się, że nie jest to takie proste. Tym bardziej, że w niektórych chłopcach rodzi się bunt i paląca chęć władzy, co ma zgubne skutki.

Jeszcze niedawno snułam całkiem ambitne plany na temat książek należących do tzw. klasyki, z którą chciałabym się zapoznać. Jak to zazwyczaj bywa w moim przypadkach - na zamiarach się skończyło. Wolałam sięgać po lżejszą literaturę - podejrzewam, że tej książki też bym długo nie tknęła, gdyby nie przeczytana ostatnio recenzja na jednym z odwiedzanych przeze mnie blogów, która przypomniała mi o dawnych planach i zachęciła do tej opowieści. 

Całość nie wydaje się być skomplikowana. Jest wyspa. Są chłopcy - starszaki, które rozdzielają między siebie różne funkcje w nowej społeczności; a także maluchy - one nie mają żadnych zadań. Już na początku dochodzi między chłopcami do pierwszych starć - każdy ma inne priorytety i co innego uważa za ważne, dlatego nic dziwnego, że drobne sprzeczki skończyły bycie drobnymi. Nigdy nie podejrzewałabym jednak, że dzieciaki z podstawówki stać na takie zachowania, jak zostały opisane w tej książce... A wtedy przyszło do mnie małe olśnienie - to o to chodziło wydawcy z hasłem "paraboliczna opowieść"! Bo książka ta pod przykrywką niby niewinnych dzieci niesie o wiele głębsze i mroczniejsze przesłanie - ukazuje nam naszą naturę. 

Nikt nie wie, jak zachowałby się w momencie próby. Można mówić, podejrzewać, gdybać i spekulować, lecz nigdy nie ma się pewności, bo dopiero szara rzeczywistość weryfikuje prawdę. I chyba tylko to było dla mnie przytłaczającym minusem we Władcy much - zło, a to dlatego, że książka była jednoznacznie pesymistyczna, demaskowała ludzką obłudę i fałsz, pokazując tkwiące w nas zło, jednak nie dawała w zamian żadnej alternatywy, nie było tu optymistycznych i napawających otuchą akcentów - wszystko było do szpiku przesiąknięte tym wszechobecnym złem. 

Powieść ta ma w sobie coś, co mocno upycha się w podświadomości i nie daje mi spokoju. Pokazuje, jak krucha jest granica oddzielająca sobą człowieczeństwo od bestialstwa, jak niewiele trzeba, by ją przekroczyć i jak trudno naprawić wyrządzone szkody. Autor wyraźnie wskazuje, że lepiej kierować się w życiu rozsądkiem niż instynktem i żądzami, a choć zrobił to w zbyt ponury jak dla mnie sposób, to jednak książka ta stanowi wartościową literaturę i warto ją przeczytać.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Tup tup. O, inny świat! Tup tup. O, drugi inny świat! Tup tup. O kurczaki, milionowy inny świat!

Okładka książki Długa Ziemia
Autorzy: Terry Pratchett, Stephen Baxter
Tytuł: Długa Ziemia
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 358
Moja ocena: 7+/10

Od wielu, wielu lat ludzi fascynował wszechświat. Już starożytni próbowali okiełznać i zrozumieć prawa rządzące światem i tym, co jest oprócz niego - znali przecież kilka planet, gwiazdy, księżyce, więc jak na ich możliwości była to całkiem zaawansowana wiedza. Wraz z rozwojem techniki przed ludźmi otworzyły się zupełnie nowe możliwości - pierwszy lot w kosmos, wysyłanie sond badawczych, odkrywanie coraz to większych połaci niedostępnego wszechświata. Niektórzy niczym Einstein posuwali się jeszcze dalej i tworzyli teorie oraz hipotezy, według których istniałyby światy równoległe do Ziemi. Brzmi nieprawdopodobnie, ale czy rzeczywiście jest to coś niemożliwego? 

Dzień Przekroczenia - taka jest oficjalna nazwa dnia, który odmienił ludzkie postrzeganie świata. To właśnie wtedy, gdy dzieciaki i nastolatkowie uruchomili swoje krokery, stało się możliwe przemieszczanie między Ziemiami. Tak, dobrze czytacie - nie ma jednej, dotychczas znanej Ziemi (od teraz nazywanej Podstawową), ale setki tysięcy! W wielu ludziach odezwały się wtedy żyłki podróżników oraz odkrywców, zatem wyruszyli na odkrywanie nieznanego. To samo planuje Lobsang - dusza mnicha tybetańskiego, który po swojej śmierci przybrał postać niezwykle inteligentnego komputera. W jego podróży towarzyszyć ma mu Joshua Valiente - niezwykły chłopak, u którego proces przekraczania odbywa się całkiem inaczej niż u innych ludzi. Ten duet planuje nie tylko odkrywać nowe światy, ale poznać też odpowiedź na frapujące ludzkość pytanie - dlaczego istnieje aż tyle równoległych światów i w jakim celu są? 

Niektórzy wiedzą, niektórzy nie, że Terry Pratchett to moje prywatne literackie guru, którego książki uwielbiam. Nie muszę czytać opisów z tyłu okładki, bo i tak ślepo sięgnę po każdą książkę sygnowaną jego nazwiskiem. Jest najbardziej znany z cyklu o Świecie Dysku - co ciekawe, nie trzeba go czytać w kolejności wydawania poszczególnych tomów, co było dla mnie zgubą w przypadku innego cyklu, który napisał w duecie z innym pisarzem. Stwierdziłam, że pewnie w tym przypadku też obojętne będzie, czy zacznę od pierwszej, czy drugiej części, więc zaczęłam od Długiej Wojny. Nie muszę wspominać chyba, że było to ogromnym błędem - większość książki była dla mnie niezrozumiała i nieźle się męczyłam. Teraz nadarzyła się okazja, by zapoznać się z pierwszą częścią, dzięki czemu wszystko nagle stało się bardziej zrozumiałe i logiczne. 

Jeśli ktoś spodziewa się, że dzięki tej książce zrozumie fenomen pratchettowski, to mocno się myli. Nie ma za wiele wspólnego z tym, co dotychczas tworzył i tym, co jest dobrze znane przez innych. Ale dzięki współpracy z Baxterem stworzył coś, co jest całkiem dobrym kawałkiem literatury science-fiction kreowanej przez Baxtera z duszą Pratchetta przez jego specyficzny humor. Gdy ktoś jest dobrze z nim obeznany, to łatwo może odnaleźć w książce jego ślady - nie są one zbyt duże, ale dostrzegalne i przyjemne w odbiorze.

Nie jestem przyzwyczajona do tego typu literatury, ponieważ jest mi kompletnie obca - nigdy nie interesowałam się tego typu tematyką, więc i logiczne, że po tego typu książki nie sięgałam. Ta jednak ma w sobie coś, co sprawia, że czyta się ją z przyjemnością. Wciąga od pierwszych stron, ponieważ od razu chciałam dowiedzieć się, co jest przyczyną tworzenia się kopii naszego globu i celem. Autorzy jednak ciągle igrają sobie niczym mysz z kotem i wodzą na pokuszenie - przez całą książkę mnożą się niejasności i znaki zapytania, a odpowiedzi na nie jest jak na lekarstwo. Do tego mogę dodać całkiem przyjemnych bohaterów - Joshuę oraz Lobsanga i jego urocze próby jak najlepszego upodobnienia się do człowieka. 

Ktoś, kto nie lubi książek dotyczących science-fiction zapewne nie odnajdzie się w uniwersum powołanym do życia przez tych dwóch pisarzy. Jeśli lubisz literaturę tego gatunku to podejrzewam, że może Ci przypaść do gustu. A jeśli sam dokładnie nie wiesz, jak to z Tobą jest, czy lubisz, czy nie - zawsze warto spróbować i się przekonać - a nuż odkryjesz w niej coś, co przypadnie Ci do gustu? 

* Ej, ej... ja chyba nie umiem tłumaczyć, ale teraz spróbuję to zrobić lepiej. :D Tutaj recenzowana książka to pierwsza część! Wcześniej miałam spotkanie z drugą, którą była Długa Wojna, a dopiero teraz nadarzyła się okazja nadrobić zaległości. :D

wtorek, 26 sierpnia 2014

Gwałt. Pięć liter. Pięć głosek. Jedna sylaba. Tysiące skojarzeń. Ogromna ilość bólu.

Okładka książki Dziesiąty krąg
Autor: Jodi Picoult 
Tytuł: Dziesiąty krąg
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 368
Moja ocena: 7+/10

Czy ktokolwiek, kto nie doświadczył tej zbrodni, może podejrzewać, z czym ona się wiąże? Czy potrafi choć w ułamku wczuć się w uczucia osoby, która na własnej skórze poczuła jak okrutny to czyn? Bycie ofiarą gwałtu niezaprzeczalnie nie należy do przyjemnych rzeczy. Nie jest łatwe ani proste. Zwłaszcza, gdy tego aktu dopuszcza się ktoś znany doskonale, a na dodatek obiekt, w którym ulokowaliśmy wszystkie uczucia. Bo i tak się zdarza  w życiu, że osoby najbardziej niespodziewane robią coś, o co nikt by ich nie podejrzewał. 

Daniel Stone i jego żona Laura wraz z córką Trixie tworzą pozornie szczęśliwą rodzinę. Na pierwszy rzut oka wszystko jest takie, jakie być powinno, jednak jeśli wniknie się głębiej to można zauważyć, że każdy z członków z familii ma jakieś problemy. Miara zostaje przebrana, gdy dochodzi do ogromnych rozmiarów tragedii - czternastolatka zostaje zgwałcona przez swojego byłego chłopaka, a na dodatek w tym samym czasie na jaw wychodzi romans matki dziewczyny, która nie jest oparciem dla męża i dziecka w chwili, gdy jest najbardziej potrzebna. I choć wszyscy próbują małymi kroczkami wrócić do starej rzeczywistości, to jednak raz po raz przekonują się, że nie każdą rzecz da się naprawić. 

Zazwyczaj nie sięgam po książki tych samych autorów w tak krótkim odstępie czasowym, wykluczając te, które należą do jakichś cyklów, ponieważ takowe lubię czytać "na raz". Przyczyna tego jest prosta - zazwyczaj nadal jestem pod wpływem wcześniej przeczytanej książki autora i zaburza to mój sposób odbioru jego kolejnej pozycji, oddziałuje i wpływa na niego, a do tego sprawia, że dochodzi do przesytu. Postanowiłam zaryzykować jednak i po niedawno przeczytanej Karuzeli uczuć, sięgnęłam po Dziesiąty krąg. Choć nie było tragicznie, bo pani Picoult jest przeze mnie bardzo lubiana, to jednak czuję, że lepiej byłoby, gdybym odczekała więcej czasu. 

Autorka nie cacka się z czytelnikiem i nie oszczędza go, dlatego znowu serwuje mu temat ciężki i kontrowersyjny, aby po raz kolejny wprawić go w konsternację i zmusić do wysilenia szarych komórek. Nie mam nic przeciwko temu, bo literatura w wykonaniu Picoult przemawia do mnie jak mało która, ale błędem było, że nie miałam żadnego przerywnika między tą książką a poprzednią, jakiś mały odmóżdżacz po drodze ułatwiłby mi nieco czytanie tej lektury, bo niestety nieco się z nią męczyłam, mimo że podobała mi się. Temat gwałtu nie był dotychczas mocno eksploatowany przeze mnie, dlatego zawsze miło jest się dowiedzieć czegoś więcej, zwłaszcza gdy jest to podane tak rzetelnie jak u Jodi. 

Kreacje bohaterów są na wysokim poziomie, co nie jest niczym dziwnym. Autorka dopracowuje wszystkich - główną bohaterkę, pokazując, jakie zmory siedzą w jej głowie; ojca - skupiając się na jego pracy jako rysownika komiksów i przeszłości spędzonej na Alasce; matkę - przez pryzmat zdrady i próby odkupienia winy. Tutaj nawet detektyw jest osobą z krwi i kości, a nie tylko cieniem. Możemy poznać myśli wszystkich postaci i powoli przekonywać się, co tak naprawdę stało się tego pamiętnego dnia - bo nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. 

Ciekawym pomysłem jest umieszczenie w książce komiksu - kilku stron po każdym z rozdziałów, który przedstawia losy bohaterów wymyślonych przez Daniela. Cała akcja dzieje się w piekle i jest mocno związana z całą tematyką książki - przecież nawet Laura jest dantologiem, czyli znawczynią Dantego, którego akcja książki toczyła się właśnie w tym "uroczym" zakątku. Ten jednak motyw był dla mnie lekkim przedobrzeniem - nie bardzo interesowałam się tym, a autorka poświęciła mu sporą uwagę. 

Choć w mojej opinii nie jest to książka, która mogłaby mierzyć się z innymi tej autorki czytanymi przeze mnie, to jednak ma w sobie coś, co zostaje w człowieku. Dzięki niej mogłam zmierzyć się z poważną tematyką, którą wielu autorów omija szerokim łukiem, a Picoult odważnie stawia jej czoła. Były momenty, kiedy powieść lekko mi się dłużyła, jednak w ostatecznym rozrachunku doszłam do wniosku, że to kawał porządnej, mądrej i wartościowej literatury, którą wartą poznać.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Prawda nie zawsze okazuje się taka, jaką widzą ją wszyscy - często jest niedostrzegalna i nie do przewidzenia.

Okładka książki Karuzela uczuć
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Karuzela uczuć
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 512
Moja ocena: 9+/10

Obietnica to niezwykle wiążące i zobowiązujące słowa, których powinno się za każdym razem dotrzymywać. Nie należy przechodzić obok nich z zimną obojętnością ani lekceważeniem, zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że dla drugiej osoby mogą mieć ogromną wagę i wartość. Znacznie trudniej jednak jest, gdy obietnica jest uczyniona wbrew sobie i to na dodatek jednej z najbliższych osób, a to, o czym marzy ona, jest sprzeczne z naszymi pragnieniami. 

Dwie rodziny - Goldowie i Harte'owie są połączeni ze sobą czymś więcej niż mieszkaniem ze sobą w sąsiedztwie. Darzą się głęboką, wieloletnią przyjaźnią, a na dodatek ich dzieci są zakochane w sobie, bo Emily i Chris nie widzą poza sobą świata. Wspólnie spędzają prawie każdą chwilę, a każde wspomnienie łączy się z tą drugą osobą. Nikt jednak w najgorszych koszmarach nie podejrzewał, że ta sielanka może ulec aż tak drastycznym zmianom. Okazuje się, że Emily zginęła po postrzale w głowę, a Chris przeżył. Wszystko wskazuje na to, że było to morderstwo i tego próbuje dowieść się w sądzie, lecz prawdę o tym, co się stało, zna jedyny świadek incydentu - Chris. 

Jodi Picoult to autorka, z którą styczność miałam jedynie przy trzech okazjach, więc postanowiłam spotkać się po raz czwarty z rzeczywistością kreowaną przez nią. Poznałam ją z bardzo dobrej strony, ponieważ urzekła mnie tym, o czym pisze, więc nic dziwnego w tym, że zaplanowałam kolejne spotkania. Kobieta ta potrafi w niesamowicie wciągający sposób tworzyć swoje powieści i sprawiać, ze chciałoby się ich nigdy nie kończyć, tylko czytać i czytać - tak też było w przypadku Karuzeli uczuć.

Nie jest żadnym zaskoczeniem fakt, że Picoult gra w bezwzględny i nielitościwy sposób na szeregu emocji swoich czytelników. Porusza trudne i ciężkie tematy omijane przez innych, by skłonić do większego wysiłku i mnóstwa przemyśleń na temat niektórych kwestii. Zaskakuje swoją pomysłowością i nieprzewidywalnością, mówi stanowcze NIE nudzie, a także trzyma w niesłabnącym napięciu, by jeszcze bardziej podsycić ciekawość. I mimo, że używa podobnych sztuczek, co w swoich innych książkach, to nie mam nic przeciwko temu, jeśli będzie to robione w tak wyszukanym stylu. 

W Karuzeli uczuć nic nie jest proste i jednoznaczne, nie ma żadnej, nawet najmniejszej klarowności. Pisarka pokazuje historię niesamowitej, pełnej dojrzałości miłości u dwojga nastolatków, która miała tragiczny i przedwczesny koniec. Z właściwą sobie precyzją tworzy bohaterów z krwi i kości, gdyż nie są to puste, marionetkowe tworzy bez wyrazu, lecz pełne charakteru i życia osobowości. Nie skupia się jednak tylko na głównej parze, lecz mnóstwo uwagi poświęca także ich rodzicom, próbuje ukazać ich motywy, poglądy i uczucia. 

Krok po kroku Picoult odkrywa karty przed czytelnikiem i stopniowo pozwala mu zrozumieć, co spowodowało tak wielką tragedię, a to wszystko przez naprzemienny sposób prowadzenia narracji - najpierw teraźniejszość, później przeszłość. Dzięki temu jest się na bieżąco w aktualnie rozgrywających się wydarzeniach, ale można też poznać historię od samego początku. Język, którym napisana została książka, jest pełen swobody i lekkości, dzieki czemu książkę czyta się migiem. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jak dla mnie to zdecydowanie za szybko! 

Ciężko jest się wypowiadać na temat książek, gdzie oprócz tytułu jest akurat takie nazwisko autora, bo każda w nich zawiera w sobie coś, co ciężko ubrać w słowa - jest inna od poprzedniczek, porusza całkowicie odmienne tematy. Jedyne, co jest spoiwem to mistrzowskie kreowanie wydarzeń, niesamowicie prawdziwi bohaterowie i wiele zaskoczeń. Jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji, by poznać jakąś z książek tej autorki, to warto zacząć od tej - nie zawiedziecie się. Gdy jednak pisarka jest już znana, a jej powieści poznane w sposób empiryczny, to chyba nie muszę rekomendować jej twórczości. Mogę jedynie rzec, że to pozycja zdecydowanie warto uwagi i czasu. 

sobota, 23 sierpnia 2014

Wróciłam do świata żywych + przypomnienie o konkursie

Tak jak w temacie mojego posta - odpoczynek się dla mnie właśnie skończył, więc i wracam do pisania recenzji przeczytanych książek dla Was. Na blogu nie świeciło zbyt dużymi pustkami, bo miałam kilka postów zaplanowanych wcześniej, które się ukazywały, jednak teraz zaczynam znów pisać na bieżąco. Przez te niecałe dwa tygodnie narobiłam sobie mnóstwo zaległości, ale od teraz postaram się je systematycznie nadrobić, mam nadzieję, że szybciutko pójdzie! :) 

Aaa, i chciałabym też przypomnieć Wam, że jeszcze dokładnie 8 dni będzie trwał konkurs, który przygotowałam - wystarczy zaobserwować bloga, poinformować mnie pod jakim nickiem i podać e-mail, a ja wylosuję jednego szczęśliwca, do którego trafi Uratuj mnie - zapraszam do posta konkursowego, wystarczy kliknąć w poniższy baner, by się tam przenieść! ;)

niedziela, 17 sierpnia 2014

Czy stwierdzenie "Hej, spójrz! Podpaliłem Ci dom, widzisz?! To z miłości!" - brzmi absurdalnie czy logicznie?

Okładka książki Miłość bez końca
Autor: Scott Spencer
Tytuł: Miłość bez końca
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 512
Moja ocena: 6+/10

Miłość to uczucie opiewane przez trubadurów i bardów już od wielu stuleci. Łączy w sobie kontrasty, które wydają się sprzeczne i antagonistyczne, a jednak mogące ze sobą współistnieć. Często nie dostrzega się niczego poza ukochaną osobą, a wszystkie rzeczy schodzą na dalszy plan. By spotkać się ze swoją drugą połówką ludzie gotowi są złamać wszelkie bariery. Czy podpalenie domu swojej miłości, by zobaczyć ją choć na chwilę to przejaw głębokiej i pięknej miłości, czy może maniakalnego obłędu? 

To właśnie zrobił David pewnego dnia. Nie potrafił wytrzymać miesięcznego zakazu, który wymyślił ojciec Jade, dlatego podpalił jej rodzinny dom. Chciał tylko zobaczyć się z nią, wrócić do łask jej rodziny, lecz nie przewidział dalszych konsekwencji. Nigdy nie podejrzewał, że jego mocna i szczera miłość zostanie odebrana przez ludzi postronnych jako obsesja i psychoza oraz przyczynią się do zamknięcia go w zakładzie, gdzie zamiast wyleczyć się ze swojej miłości, jeszcze bardziej ją w sobie rozbudzi. 

Ciężko mi powiedzieć coś na temat tej książki. Może dlatego, że jestem nieco zaskoczona tym, co w sobie kryła. Z opisu na tylnej okładce spodziewałam się jakiegoś NA, czyli ślicznej, słodkiej opowieści o miłości, która ma na swojej drodze sporo przeszkód. Gdy jednak kolejne strony upływały, zrozumiałam, że książka ta kompletnie różni się od moich oczekiwań i tego, co sobie na jej temat wyimaginowałam. Czy to jednak źle? 

Mimo że całość nierozerwalnie łączy się z tematyką miłosną i ciągle oscyluje wokół niej, to jednak skłamałabym mówiąc, że jest to powieść o miłości między dwojgiem ludzi. Uczucie jest ważne, jednak wszystko się toczy wokół obsesji i przerażającej psychozy Davida - jest to swoiste studium jego obłędu, ponieważ autor pokazuje jego aktualne zachowanie, ale i dopatruje się przyczyn w przeszłości. Wszystko jest opowiadane z punktu widzenia chłopaka, więc można lepiej zrozumieć jego poczynania. 

Uderzające w Miłości bez końca jest to, że wszystko jest przedstawiane tutaj negatywnie i książka ta zamiast poprawiać nastrój, to lepiej posłuży w funkcji dołowania. Każdy bohater ma ogromną ilość wad, wszyscy są źli - nikt dobry, żadną osobą nie kierują pozytywne odruchy, a każdy ma problem ze samym sobą. Czytanie też nie przychodzi łatwo - język jest teoretycznie prosty, ale cała wnikliwość w pewnym czasie staje się nużąca - zwłaszcza, gdy się nastawia na całkiem inną książkę. 

Mam sprzeczne odczucia co do tej historii. Jest w niej coś wciągającego, kryje w sobie wiele zagadek i tchnie od niej tajemniczością, jednakże nie da się ukryć, że całość jedynie przygnębia i nie nastawia pozytywnie ani do życia, ani do miłości. Książka pokazuje zmagania z obłędem, który wpływa destrukcyjnie na Davida, ale też ukazuje, jak sobie radzą z tym inni, bliscy mu ludzie. Ciężko mi sprecyzować swoje przemyślenia na jej temat, bo z jednej strony to całkiem dobry kawał czytadła, ale z drugiej - chyba nie w czasie trafiłam na nią. Może gdybym była w innym nastroju, to inaczej bym ją odebrała? Teraz zostaje tylko gdybanie. Myślę, że nie każdemu ta książka może się spodobać, ale przeczytać nie zaszkodzi.

piątek, 15 sierpnia 2014

Lekarz to człowiek taki jak Ty czy ziemski odpowiednik Boga?


Okładka książki Recepta na miłośćAutor: Paula Roc
Tytuł: Recepta na miłość
Wydawnictwo: Sine Qua Non 
Liczba stron: 256
Moja ocena: 4+/10

Pokusiłam się o hipotezę, w myśl której lekarze są ziemskimi odpowiednikami Boga. To w ich rękach są losy wielu ludzkich istnień i to od nich w dużej części zależy, czy chora osoba powróci do zdrowia. Ludzie często jednak popełniają kluczowy błąd, uważając medyków za cudotwórców, a zapominając, że mają też swoje prywatne życie i nie zawsze są w stanie dokonać niemożliwego. Są przecież tacy sami jak my - nie posiadają merdającego ogona, rogów na głowie czy dodatkowych odnóży, lecz również mają swoje problemy, zawirowania w życiu, borykają się z wieloma trudnościami.

Życie nie jest tak proste, jak życzyłaby sobie Magda, która dopiero przeprowadziła się do Barcelony. Dziewczyna chce zacząć wszystko od nowa, dlatego podejmuje decyzję o podjęciu stażu w szpitalu pod okiem jednego z najlepszych przyjaciół. Nic jednak nie przebiega po jej myśli, zaczynając od niefortunnego początku, a kończąc na kolejnych wyzwaniach z jakimi musi się zmierzyć. Młoda stażystka spotyka na swojej drodze wielu ludzi jak Juan, który zakochuje się w niej bez wzajemności, a praca w szpitalu jest dla niego koszmarem, ponieważ od zawsze chciał być fotografem. Do tego dochodzi Roi, dla którego uczucia kobiet są nic niewarte, a każda kolejna jest tylko zabawką - wszystko wskazuje na to, że Magda także nią się stanie. 

Dużą popularność na szklanym ekranie zdobyły filmy oraz seriale ukazujące życie w szpitalnych murach. Moda na nie znalazła odzwierciedlenie także w literaturze, ponieważ co jakiś czas wydawane są również książki o życiu młodych lekarzy, którzy stoją przed drzwiami prowadzącymi do wielkiej kariery. A ja mimo tego nie miałam dotychczas okazji spotkać się z taką tematyką, więc kiedy się nadarzyła, to postanowiłam z siebie wykrzesać sporo optymizmu. Szkoda, że na darmo, bo Recepta na miłość nie była zbyt udanym wyzwaniem. 

Całość zaczęła się całkiem obiecująco - dziewczyna przybyła do nieznanego jej dotychczas miasta, Barcelony, by przeszłość odgrodzić od siebie grubą kreską oraz móc zacząć realizować swoje marzenia związane z przyszłością zawodową. Jednak im dalej zagłębiałam się w treść, tym bardziej rósł poziom mojej irytacji i znudzenia. Język, którym posługiwała się autorka nie uprzyjemniał mi czasu przy książce, jak na mój gust był za bardzo monotonny i nie było w nim nic specjalnego. Wydarzenia opisywane w książce również pozbawione były jakiejkolwiek iskry, brakowało mi w tym wszystkim większej ilości emocji. Zbyt rzeczowo, zbyt sucho.

Jak już narzekam, to wspomnę też o bohaterach, którzy nie byli dla mnie godnymi zapamiętania postaciami składającymi się na całokształt. Książka skupia się po równo między Magdę, Juana, Roia, Mai i Irati - kolejne rozdziały są nazywane poszczególnymi imionami, co dla czytelnika jest sygnałem, z czyjego punktu widzenia pozna historię. O ile na początku podobała mi się ta zmienność, tak z czasem zaczęła działać na nerwy, ponieważ wszystko było spłycane i opisywane bardzo minimalistycznie, bez wgłębiania się w istotę problemu. Zamiast postawić na jakość i skupić się bardziej na jednym czy dwóch bohaterach, autorka wolała upchać więcej byle czego, co okazało się kolejnym gwoździem do trumny.

Ciężko mi jakoś szło czytanie tej książki mimo jej niezbyt pokaźnej objętości. Nie uważam, by była wybitnie zła, lecz nie znalazłam też w niej niczego takiego, co mogłoby mnie urzec (pomijając okładkę, bo przyznam, że całkiem to to ładne i przyjemne dla moich oczek). Cieszę się, że nie nastawiałam się na nic lepszego, bo mogłabym się mocno zawieść. Nie wiem, czy mogę polecać czytanie tej książki, może niektórym spodobałaby się i dlatego warto zaryzykować i sprawdzić, ale to już na własną odpowiedzialność. 

środa, 13 sierpnia 2014

Miłość nie jest jedynym, czego potrzebujemy. Miłość jest wszystkim, co istnieje.

Okładka książki Lato drugiej szansy
Autor: Morgan Matson
Tytuł: Lato drugiej szansy
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 420
Moja ocena: 8/10

Najgorszy i najlepszy. Dwa antonimy, takie jak: biały i czarny, niebo i piekło, piękno i brzydota. Słowa, które są swoimi przeciwieństwami, dlatego ciężko jest im ze sobą współpracować i żyć razem w zgodnej symbiozie. Czy coś jednak może być równocześnie i najlepsze, i najgorsze? Czy takie połączenie się nie wyklucza? 

Życie pisze scenariusze, których się nie da przewidzieć. Jednego dnia wszystko jest w porządku, drugiego najchętniej popełniłoby się samobójstwo, byle tylko nie musieć się zmierzyć z trudną rzeczywistością. Taylor ma inny sposób radzenia sobie z problemami - ucieka od nich, bo nie potrafi stawić im czoła. Choroba jej ojca sprawia, że wiele rzeczy w jej życiu ulega zmianom. Rodzice podejmują decyzję, by całą rodziną wyjechać do ich domku letniskowego, aby móc spędzić razem ostatnie wspólne wakacje. Tay otrzymuje dzięki temu szansę, by móc naprawić błędy z wcześniejszych lat, patrząc im prosto w oczy, a nie uciekając ze skulonym ogonem. 

Ze zdziwieniem zauważyłam ostatnio, że dzieje się coś, co wcześniej było dla mnie nie do pomyślenia - autentycznie polubiłam literaturę młodzieżową! Wcześniej wydawało mi się, że są to niewarte uwagi, płytkie i kropka w kropkę podobne do siebie książki, a z każdą kolejną przeczytaną pozycją przeżywam miłe zaskoczenia, bo te powieści z gatunku Young Adult przypadają mi do gustu, wyciskają łzy, a do tego zostawiają z kręciołkiem uczuć w łebku.

Taylor to bohaterka, którą udało mi się łatwo polubić. Nie jest idealna, nie jest też odważna, piękna i mądra. Ma nieco kompleksów ze względu na swoje rodzeństwo - każde z nich ma jakiś talent, tylko ona wydaje się był taka zwykła i bez wyrazu. Do tego unika otwartych konfrontacji, tchórząc w momentach, w których nie powinna. Chociaż początkowo było to drażniące, to jednak z czasem udało mi się ją zrozumieć. To nastolatka, która się pogubiła - nie dość, że jej ojciec jest ciężko chory, to jeszcze wrócili w miejsce, które nie wiąże się dla niej z pozytywnymi wspomnieniami. I choć jest jej ciężko, to jakoś musi trzymać się w garści. 

Doskonałym posunięciem było dla mnie wplecenie w fabułę choroby z jednego rodziców. To sprawiło, że książka od razu zmieniła swój wydźwięk - nie była to już opowiastka o dziewczynie, która ciągle się boi zmierzyć ze skutkami swoich decyzji, przez co straciła przyjaciółkę i pierwszą miłość. Była to już powieść o odkrywaniu samej siebie, wierze we własne możliwości, umiejętności zmierzenia się z przeciwnościami piętrzącymi się po drodze. 

Ale to, co najbardziej przypadło mi do gustu to to, że wszystko wydawało się być takie prawdziwe i realne. Niejednokrotnie w ciągu czytania (dlaczego to minęło tak szybko?!) przychodziło mi na myśl, że to mogło spotkać każdego, również mnie. Nie było tu uczucia wyobcowania, nierealnych zachowań bohaterów i nieprawdopodobieństwa - wszystko było bliskie, pełne ciepła, empatii. I choć książka dotyczy smutnej tematyki, to jednak niesie ze sobą ważne, pozytywne przesłanie. 

Emocje. Całe mnóstwo rozmaitych emocji. One się kłębią na poszczególnych stronach, prawie wylewając się z nich. Dla mnie była to niesamowicie poruszająca książka, która przekonała mnie, że ciągle warto dawać szansę młodzieżówkom, bo mają w sobie coś, co może mnie zachwycić. Lato drugiej szansy pokazuje jednak, by nie rezygnować ze swoich marzeń i ukrytych pragnień, by realizować je wszystkie, bo kiedyś może być za późno. By mieć na uwadze, że czas płynie nieubłaganie, a kiedyś może go zabraknąć - trzeba go w pełni wykorzystać. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

"To, co wydaje się straszne, można przetrwać, ponieważ jesteśmy tak niezniszczalni, jak nam się wydaje."

Okładka książki Szukając Alaski
Autor: John Green
Tytuł: Szukając Alaski
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 317
Moja ocena: 7+/10

Są chwile, kiedy pozwalamy naszym bliskim robić bzdury. Nie protestujemy, gdy podejmują bezmyślne decyzje. Gdy przychodzi najgorsze, to bez końca obarczamy się wyrzutami sumienia, wymówkami i gdybaniem. A trzeba nauczyć się spoglądać prawdzie w oczy, choć to nie należy do łatwych i przyjemnych rzeczy, tak samo jak zrozumienie faktu, że nie możliwe jest cofnięcie czasu - bo, tak jak powiedział Heraklit z Efezu: panta rhei - wszystko płynie, więc nic nie jest takie samo, a co się stało, to się nie odstanie.

Wielu nastolatków boryka się z problemem, jakim jest brak przyjaciół i akceptacji w szkole. Przecież każdy chciałby być lubiany, mieć grono zaufanych osób, z którymi mógłby rozmawiać. Tego samego chciałby Miles, który wyrusza, aby odkryć Wielkie Być Może. Trafia do nowej szkoły, w której udaje mu się zawrzeć nowe znajomości. Poznaje Pułkownika, Takumiego, ale i Alaskę - dziewczynę będącą jego całkowitym przeciwieństwem: przebojową, pełną siebie, ale i enigmę. To dzięki nim udaje mu się zasmakować życia, choć nie wszystko przebiega tak, jakby sobie tego życzył.

Johna Greena miałam okazję poznać przy czytaniu Gwiazd naszych wina, jednakże ta książka nie sprostała moim wymaganiom i nie wywarła na mnie zbyt dużego wrażenia, przez co nieco obawiałam się sięgać po inne powieści tego autora. Po namyśle stwierdziłam jednak, że nie powinnam od razu go skreślać i dać mu szansę - a nuż spodoba mi jakaś inna jego książka bardziej niż poprzedniczka? Po przeczytaniu tej historii mogę powiedzieć, że jestem całkiem usatysfakcjonowana - Szukając Alaski czytało mi się o wiele przyjemniej niż zakładałam. 

Miles to nastolatek, który przeżył w życiu wiele rozczarowań, a do ideału wiele mu brakuje, co sprawiło, że udało mu się zdobyć moją sympatię, bo niezwykle cenię w postaciach naturalność. Podczas czytania nie czułam żadnej sztuczności, nic nie było dla mnie naciągane ani przesadzone. I to samo można powiedzieć o reszcie bohaterów, bo każdy był sobą - osobą pełną zalet, ale i z mnóstwem wad. I przez to byli po prostu ludzcy, a taka kreacja postaci zawsze zyskuje moją aprobatę. 

Bardzo interesującą metodą było podzielenie książki na dwie części, a także związane z tym odliczanie dni - najpierw "przed", później "po". Taki zabieg sprawił, że wciąż narastała we mnie ciekawość - kurczaki, pewna jestem co się wydarzy, no ale co?! Taka niewiedza tylko zaostrzała mój apetyt i sprawiała, że jeszcze bardziej i szybciej chciałam się dowiedzieć, jakie zdarzenie było punktem kulminacyjnym w tej powieści.

Małą obawę wiązałam z tym, że książka, o której tutaj Wam opowiadam, jest debiutem literackim. "Skoro nie przypadła mi do gustu książka, która powszechnie wywoływała zachwyt i uwielbienie, to czy powieść, w której autor był o wiele mniej doświadczony i stawiał swoje pierwsze kroki w literaturze, ma szansę przypaść mi do gustu?" - przyznaję, że takie myśli towarzyszyły mi przed rozpoczęciem czytania, Na szczęście okazało się, że były niesłuszne, chociaż wady też wyłapałam. Po przeczytaniu dwóch książek autora mogę stwierdzić, że powiela on niektóre schematy, przez co osobiście miałam uczucie wtórności i małe deja vu. Wolę o wiele bardziej, gdy odkrywa się nowe szlaki niż podąża utartymi i wypróbowanymi wcześniej. 

Książka skierowana jest głównie do nastoletnich czytelników, aczkolwiek uważam, że zawarte w niej prawdy są uniwersalne i warte zapoznania się z nimi w każdym wieku. To powieść o dojrzewaniu, samotności, przyjaźni i pierwszej miłości. Nie brak w niej radości, ale znajdzie się i smutek. Wypełniona jest emocjami, lecz nie tanimi i sztucznymi (takie wrażenie odniosłam właśnie w Gwiazd naszych wina), a pełnymi szczerości. Green za pomocą przewrotnego humoru i ciętego pióra pokazuje, że ważne jest w życiu dążenie do odkrywania prawdy. Nawet jeśli niepełnej.

piątek, 8 sierpnia 2014

Konkurs - Do wygrania "Uratuj mnie"

Okładka książki Uratuj mnieChyba nikt się nie cieszy z tego, że większa połowa wakacji jest już za nami, ale nie da się na to nic poradzić. Jednak nie wszystko ma swoje minusy, warto patrzeć optymistycznie w przyszłość! :)
Przez jakiś czas nie będę mogła publikować tutaj swoich marudzonek na temat przeczytanych książek, nie będę też miała możliwości odwiedzać Waszych blogów i zapoznawać się z tym, co publikujecie - wszystko ze względu na swój wyjazd. Jedyne gdzie będzie można mnie złapać to na mailu - pocztę będę miała jak sprawdzać, więc pytania i uwagi proszę kierować na mój adres: elaluczkow@gmail.com

Ale, ale - warto nieco osłodzić te ostatnie wakacyjne tygodnie, dlatego mam dla Was konkurs, w którym do wygrania będzie powieść Jennifer Echols - "Uratuj mnie" - mnie nie powaliła, ale wiem, że istnieje sporo fanek tej autorki, więc chciałabym ją komuś podarować, by u mnie niepotrzebnie nie zalegała na półce. :)

Konkurs jest tylko dla obserwatorów, więc jeśli chcecie wziąć udział to musicie do nich należeć. Innych wymogów nie ma, jednak miło będzie, jeśli dodacie banner konkursowy na swoje blogi, strony, itp. - to jednak nie będzie brane pod uwagę.

Regulamin: 
1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Zapiski Odurzonej Książkami, czyli Zjadam Skarpety, przez nią są pokrywane koszty wysyłki nagrody. 
2. Nagrodą jest książka z mojego księgozbioru, czytana raz i w stanie idealnym - "Uratuj mnie", Jennifer Echols. 
3. Konkurs trwa od 8 sierpnia (dzisiaj) do 31 sierpnia do godz. 23:59. Zgłoszenia po terminie nie będą przeze mnie rozpatrywane, więc nie będą brały udziału w losowaniu. 
4. Wyniki zostaną ogłoszone do dwóch tygodni po zakończeniu konkursu. 
5. Przesyłka jest wysyłana tylko na terenie Polski.
6. Po wyłonieniu zwycięzcy informuję go o tym mailem i czekam 2 dni na dostarczenie danych adresowych, po upływie tego terminu zostanie wylosowana inna osoba.
6. Zastrzegam sobie możliwość zmiany regulaminu w dowolnym momencie trwania konkursu. 

Aby wziąć udział w losowaniu:
- Zgłoś się pod tym postem;
- Zaobserwuj bloga i poinformuj mnie pod jaką nazwą;
- Podaj swój adres mailowy;
- Trzymaj mocno kciuki, aby to Tobie się udało! :)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy - trylogia Larssona również.

Okładka książki Zamek z piasku, który runął
Autor: Stieg Larsson
Tytuł: Zamek z piasku, który runął
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 784
Moja ocena: 7/10

Kłamstwo ma krótkie nogi - niejednokrotnie zdarzało się nam to słyszeć. I pewnie wiele razy zdarzyło się o tym przekonać na własnej skórze. Wszelkie oszustwa czy matactwa zawsze wychodzą na jaw. Gorzej jest jednak, gdy przekręty dotyczą ważnych spraw, bo przy wykazaniu fałszu jest wiele zamieszania i problemów. Lecz ludzie są tylko ludźmi - liczą na traf szczęścia i na to, że ominie ich afera - a tak nie zawsze bywa.

Poturbowana i w krytycznym stanie Lisbeth Salander trafia do szpitala, a wraz z nią Zalachenko, który również nie prezentuje się najlepiej. Dziewczyna dochodzi do zdrowia, lecz wiąże się z tym przybliżający do niej proces, w którym zobowiązana jest wziąć udział. Sprawy nie przybierają dobrego obrotu, gdyż wszystko jest mocno połączone z wydarzeniami z dalekiej przeszłości, które ciągle dają o sobie znać. Wielu ludzi jednak obawia się zdemaskowania, gdyż może im to zrujnować całe dotychczasowe życie - czy jednak to będzie dla Mikaela powodem do rezygnacji z zamierzonego planu? 

Ciężko mi coś napisać, bo jest mi ogromnie żal. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że to już koniec mojej przygody z Mikaelem, Lisbeth, Eriką i wieloma innymi postaciami. Zawsze ogarnia mnie odrobina smutku przy zakończeniu niektórych serii, ponieważ bardziej pozwalają mi się zżyć z bohaterami, a rozstanie z nimi jest bardzo bolesne. Trzeba jednak umieć spojrzeć prawdzie w oczy i zrozumieć, że wszystko co dobre, musi mieć kiedyś swój koniec. Szkoda tylko, że finał nie dorównuje poprzednim częściom, ale nie można mieć wszystkiego. 

Książka bezpośrednio łączy się z poprzedniczką - nie ma tutaj przeskoku czasowego jak w przypadku pierwszej i drugiej części "Millennium". To sprawia, że czytelnik od razu zostaje poddany natłokowi wydarzeń, emocji i uczuć. Ten zabieg bardzo przypadł mi do gustu - nie musiałam czekać, aż wszystko nabierze tempa, ponieważ już od pierwszych stron było ono na najwyższych obrotach. Lecz później, nagle i nie do końca wiadomo skąd, to tempo gdzieś zanikło. Wszystko spowolniło, a czytelnik otrzymał zbyt dużo nużących (przynajmniej mnie) fragmentów o polityce, Sapo i jej wewnętrznych strukturach. Za dużo polityki, zbyt mało Lisbeth. Dość długo książka była w ten sposób utrzymywana, wplecione zostały też wątki z Eriką, Mikaelem i Moniką, ale brakowało mi tu czegoś. Nie bardzo znam się na polityce, podejrzewam też, że pewnie sporo czytelników również, dlatego oczekiwałam czegoś nieco innego. Choć to, co dostałam nie było też najgorsze przecież! 

Lisbeth to dla mnie kompletna zagadka. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że uwielbiam tę bohaterkę. To silna, kontrowersyjna i nielicząca się z nikim jednostka, która wie, jak przekonać do siebie czytelnika. Zdobyła moje serce i wiem, że zostanie w nim na długo. Mikael mnie drażnił swoim podejściem do życia i kobiet, żadnej stałości, jakichś wyrzutów sumienia, taki hedonista. Erice kibicowałam, Monika była dla mnie obojętna. Trochę przeszkadzał mi natłok postaci, ale dało się je znieść, choć autor zostawił mnie z niedosytem - wielokrotnie była wspominana zaginiona siostra Salander i liczyłam, że zostanie jakoś wpleciona w wydarzenia, a tutaj niestety zabrakło tego. 

Zamek z piasku, który runął jest bardzo dobrym zwieńczeniem trylogii. Choć w moim osobistym odczuciu nie dorównuje świetnej części pierwszej i genialnej drugiej, to jednak również reprezentuje sobą wysoki poziom. Stieg Larsson zdecydowanie nie był rzemieślnikiem, a artystą, bo wykreować i powołać do życia tak wyrazistych bohaterów, wymyślić taką ilość wątków, a potem logicznie jest połączyć - to jest sztuka. Żal mi niezmiernie, że moja przygoda z Millennium dobiegła do mety, ale z drugiej strony cieszę się, że miałam okazję przeczytać tak wybitną serię. 

niedziela, 3 sierpnia 2014

Czy cicha i pobożna mniszka z klasztoru może stać się czarownicą, dla której nic niewarte będzie życie ludzkie?

Okładka książki Czarownica
Autor: Philippa Gregory
Tytuł: Czarownica
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 448
Moja ocena: 4/10

Ambicja jest sprawą, która ma dwie strony medalu. Dobre i korzystne dla człowieka jest, gdy stara się dążyć do swoich celów i realizować swoje marzenia oraz plany, ale nie za wszelką cenę. Niestety każdy zdaje sobie sprawę, że istnieją osoby, które nigdy nie cieszą się tym, co mają i posiadają - chcą więcej i lepiej, co w końcu staje się ich nałogiem. Niezdrowa rywalizacja i chora ambicja działają destrukcyjnie i niejednokrotnie sprawiają, że z samego szczytu można spaść na dno. 


W Anglii rządzonej przez Henryka VIII trwa reformacja, w wyniku której na zagładę skazywane są kolejne opactwa - taki los spotyka klasztor, w którym żyje Alys, ponieważ zostaje podpalony. Tylko jej udaje się uniknąć śmierci w płomieniach dzięki ucieczce. Dziewczyna prosi o schronienie znachorkę, podejrzewaną przez wielu ludzi o paranie się magią. Stara kobieta obserwuje poczynania Alys i dostrzega w niej ogromną moc. Młoda dziewczyna nie chce jednak w ten sposób żyć i nie zamierza mieć czegokolwiek wspólnego z czarami, dopóki nie trafia na dwór starego lorda, gdzie poznaje dziedzica Hugona. 

Philippa Gregory to powieściopisarka, której twórczość jest przeze mnie bardzo ceniona. Miałam okazję przeczytać dotychczas trzy z jej książek i żadna mnie nie zawiodła. Autorka w genialny, a na dodatek przyjemny sposób kreowała swoje wizje na temat słynnych postaci, gdzie ogromną wagę poświęcała prawdzie historycznej, a tylko część na własne domysły i fantazjowanie. W Czarownicy role zostały odwrócone - historia jest tylko tłem dla pomysłu Gregory, co niestety nie okazało się dobrym zabiegiem.

Alys to dziewczyna, która z cichej, skromnej i pobożnej nowicjuszki w klasztorze staje się kobietą egoistycznie nastawioną do świata, żądną władzy, splendorów i dóbr. Punktem kulminacyjnym jej przemiany jest zdrada, która dokonuje się w momencie ucieczki - młodziutka dziewczyna nie chce umrzeć, ale i nie decyduje się pomóc swoim siostrom i przybranej matce Hildebrandzie, która traktowała ją jak własne dziecko. Czytelnik obserwuje, jak dziewczyna staje okrutną, wyrachowaną kobietą mającą na względzie tylko własne interesy. Chce dopiąć swego celu i zostać panią na dworze Castelton i nie pogardzi żadną pomocą, nawet tą pochodzącą z piekielnych czeluści. 

Mimo że akcja toczy się w szesnastowiecznej Anglii (wstyd, że błąd jest na okładce!), to jednak oprócz tła historycznego nie ma tu zbyt wiele faktów pochodzących z zamierzchłych czasów. Cała fabuła jest wymyślona przez autorkę i jest historią miłosną dziewczyny, która swoje uczucia ulokowała w nieodpowiednim mężczyźnie - nie dość, że żonatym, to jeszcze z innej klasy społecznej. Nie potrafiłam jednak wczuć się w tę bohaterkę, poczynania Alys tylko mnie drażniły i czasami myślałam, że jakby się przede mną zmaterializowała, to chyba bym ją udusiła od razu. Przerażająca dla mnie była jej przemiana oraz to, że tak lekko potrafiła skazywać bliskie sobie osoby na cierpienie - gdzie jest ta dziewczyna, która chciała poświęcić życie Bogu? Czy takie zachowanie licuje z taką funkcją w społeczeństwie? Rozumiem, że parając się magią, musiała zacząć kontakty z innymi siłami, ale jednak jakieś człowieczeństwo powinno w niej zostać...

Ogromną sympatię za to czułam do lady Catherine, choć nic na to nie wskazywało, bo początkowo czułam do niej niechęć. Wraz z rozwojem akcji coraz lepiej rozumiałam ją i jej problemy, dlatego to, co ją spotkało, było dla mnie dużym zawodem. Udało mi się też polubić Morach - mimo złośliwości i bycia czasami nieznośną to ta starsza kobieta miała swój charakterek, ale i zasady, według których postępowała. A tego brakowało głównej bohaterce, niestety...

Po oszałamiających i zapierających dech w piersiach książkach, jakimi były Wieczna księżniczka, Kochanice króla i Dwie królowe przeżyłam ogromne rozczarowanie i zawód - liczyłam na coś całkiem innego niż romansidło historyczne. Słyszałam wcześniej, że jest to najsłabsza książka Gregory, ale miałam nadzieję, że w moim przypadku odczucia po jej przeczytaniu będą całkiem inne. Teraz został tylko żal i niesmak. Choć prędzej czy później sięgnę po kolejne książki tej autorki, to na razie muszę chyba podziękować i poczytać coś innego, bo boję się kolejny raz rozczarować na niej, może lepiej jest nieco otrząsnąć się i na spokojnie zajmować jej twórczością. 

piątek, 1 sierpnia 2014

Kolejna kartka z kalendarza do śmietnika...

Czas goni i goni, a na dodatek jest bardzo bezczelny - nie słucha się i nie chce wcale zwolnić. Nie mam pojęcia, dlaczego lipiec tak szybko minął, ale trzeba pogodzić się z faktem - jest sierpień i nic tego nie zmieni. Wielokrotnie zdarza mi się czuć, że doba trwa zdecydowanie zbyt krótko - dla mnie powinna być zdecydowanie dłuższa, chociaż o połowę, też macie takie życzenie?  
Poprzedni miesiąc wypadł całkiem przeciętnie jak na moje możliwości (11 książek), bo zazwyczaj wypadało nieco lepiej. Zazwyczaj w trakcie miesiąca nie bawię się w liczenie, ile książek przeczytałam, ile powinnam przeczytać, by było lepiej - czytam, bo to lubię, a na początek kolejnego miesiąca zerkam na LC, bo staram się aktualizować swój profil i podliczam sobie przeczytane pozycje, niejednokrotnie zaskakując się pozytywnie (Kurczaki, poważnie tyle udało mi się przeczytać?!) bądź też negatywnie (Hmm... wydawało mi się, że jakoś więcej książek poznałam...). W każdym razie lipca nie mogę określić jako złego - w pierwszym miesiącu wakacji poznałam aż 24 książki, na dodatek niektóre były całkiem grube, więc nie mam na co narzekać.


1. Nowe oblicze Greya - E.L. James
2. Noc świetlików - Elżbieta Rodzeń
3. Morze Spokoju - Katja Millay
4. Ostre cięcie - Max Allan Collins
5. Gringo wśród dzikich plemion - Wojciech Cejrowski
6. Gump i spółka - Winston Groom 
7. Powiedz, gdzie cię boli - Nick Trout
8. Coś do stracenia - Cora Carmack
9. Posłaniec - Markus Zusak
10. The Walking Dead. Narodziny Gubernatora - R. Kirkman, J. Bonansinga
11. Zaginiona - Harlan Coben 
14. Woda dla słoni - Sara Gruen
15. Kroniki Ellie 2. Nieuleczalna - John Marsden
16. Dar Julii - Tahereh Mafi
17. Ojciec Chrzestny - Mario Puzo
18. Wpuść mnie - John Ajvide Lindqvist
20. Trzy metry nad niebem - Federico Moccia
22. Scenariusz z życia - Anna M. Brengos
23. Czarownica - Philippa Gregory (niebawem recenzja!)
24. Fartowny pech - Olga Rudnicka

Jak sami widzicie, udało mi się przeczytać ponad dwukrotnie więcej książek niż w poprzednim miesiącu, czym jestem szczerze zaskoczona. Z ciekawości zsumowałam także ilość stron, które przeczytałam - 9539,taki wynik naprawdę mnie zaskoczył, bo wynika z niego, że dziennie czytałam ok. 307 stron!

Jeśli chodzi o jakość książek, to też nie mam powodów do narzekania - miałam okazję spotkać się z tak cudownymi powieściami jak Ojciec Chrzestny, Posłaniec czy serią Millennium, przeżyłam zaskoczenia pozytywne - przy czytaniu Morza Spokoju, Nocy świetlików, 52 powodów..., ale i negatywne, czego najlepszym przykładem jest Coś do stracenia, Trzy metry nad niebem i Czarownica. Była książka, po której nie spodziewałam się niczego, przeczytałam jedynie, aby skończyć serię - czyli Nowe oblicze Greya. Choć różne powieści mi się trafiały, to jednak żadnej nie żałuję, mogę jedynie wyrazić nadzieję, że taki wynik utrzyma się w sierpniu, choć to tylko pobożne życzenia - sporej części tego miesiąca nie spędzę w domku, więc i nie będzie tylu okazji do spędzenia czasu z dobrym czytadłem. Ale żyć marzeniami można, nie ma w tym nic złego. :)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka