czwartek, 31 lipca 2014

PSYCHOPATKA, WARIATKA, SATANISTKA I MORDERCZYNI NA WOLNOŚCI, RATUJ SIĘ KTO MOŻE!

Okładka książki Dziewczyna, która igrała z ogniem
Autor: Stieg Larsson
Tytuł: Dziewczyna, która igrała z ogniem
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 704
Moja ocena: 9/10

W życiu każdego człowieka istnieje swoista piramida, według której układa swoje wartości - na szczycie najważniejsze, lecz im niżej, tym mniej istotne. Dla jednych sprawą kluczową jest praca i rozwój kariery, inni twierdzą, że to przyjaźń jest czymś, co się najbardziej liczy - spekulacji może być wiele, lecz najczęściej na owym szczycie umiejscawia się swoją rodzinę. Nic w tym dziwnego, to przecież najmniejszy, ale i najbliższy nam krąg ludzi, w którym powinniśmy czuć się bezpieczni. POWINNIŚMY. Lecz są sytuacje, gdy tak nie jest, a wspomniane słowo kojarzy się jedynie z cierpieniem i bólem. 

W życiu Lisbeth Salander nie brakuje fajerwerków. Dziewczyna stara się uporządkować wszystkie swoje sprawy, lecz nic nie idzie po jej myśli - dochodzi do serii tragicznych wypadków, które przypominają Salander o tragicznych wydarzeniach z przeszłości. Dziewczyna decyduje się raz na zawsze rozprawić z nią, lecz nic nie jest takie proste - zostaje oskarżona o morderstwa, gazety rozwodzą się nad jej osobą, przedstawiając ją jako psychopatyczną i niezrównoważoną przestępczynię, a do tego jest ścigana listem gończym. Mało kto w nią wierzy, lecz osobą, która postanawia udowodnić jej niewinność jest Mikael - wie, że musi się pośpieszyć, bo nad Lisbeth coraz bardziej zacieśnia się stryczek.

Po przeczytaniu pierwszej części trylogii Millennium wiedziałam, że z pewnością sięgnę po kolejne tomy, gdyż byłam bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet byli dla mnie tylko zakąską, która miała służyć zaostrzeniu apetytu, a ja czekałam na treściwy obiad, który prawdziwie zaspokoi mój głód. Powiem Wam, że owszem, posiłek ten był bardzo solidny, ale zamiast zredukować moje potrzeby, to podsycił je o wiele, wiele bardziej. 

Ogromnie się cieszyłam, że w tej części to wokół Lisbeth toczyła się cała akcja. W poprzedniej książce cyklu była ona tylko barwnym tłem dla Mikaela, lecz tutaj gra pierwsze skrzypce, a cała gama innych bohaterów przygrywa tak, jak ona zagra. Autor w niesamowity sposób kreuje jej postać i pokazuje, że jest to osoba, która nie cofnie się przed niczym. Jest silną osobowością, gotową ryzykować i walczyć o swoje, lecz jednocześnie ma też delikatną stronę, którą stara się usilnie ukryć przed każdym i rzadko pozwala jej dojść do głosu. 

Larsson kolejny raz zadziwił mnie tym, jak misternie uknuł wszystkie intrygi, powiązał je ze sobą i z jakim trudem przyszło mi odkrywanie ich. Próbowałam i próbowałam, lecz każda próba kończyła się fiaskiem, co tylko mnie determinowało do dalszych poszukiwań. Wszystko tu było na bardzo wysokim, prawie że mistrzowskim poziomie - porywająca akcja, nietuzinkowi i wyraziści bohaterowie, poszlaki pozornie prowadzące donikąd i zagadki, których nie da się odkryć.  Jedyne do czego znowu się przyczepię, a mówiłam o tym już poprzednim razem to zbędna rozwlekłość według mnie, wszystko można by spokojnie skrócić i bardziej zwięźle pokazać. 

Dziewczyna, która igrała z ogniem to świetnie nakreślony kryminał, od którego ciężko jest się oderwać. Akcja goni za akcją, coraz więcej niewiadomych i błądzenia po omacku, a to wszystko w towarzystwie Lisbeth Salander, która nie pozwala się nudzić. Dla odmiany występuje też plejada innych bohaterów, jednych pozytywnych, drugich nie, którzy tylko ubarwiają zdarzenia. Czytelnik ma okazję poznać przeszłość Salander i zrozumieć, co stoi za jej ubezwłasnowolnieniem, nietypowym zachowaniem i wyobcowaniem. Z mojej strony mogę powiedzieć, że z przyjemnością zaczęłam zaczytywać się w trzecim tomie - drugi postawił mu nie lada poprzeczkę i jestem ciekawa, jak z nią sobie poradzi. 

wtorek, 29 lipca 2014

Kurczaki, dlaczego ja mam małe uszy, a reszta elfów takie podrasowane?! Gdzie mam złożyć zażalenie?!

Okładka książki Noc świetlikówAutor: Elżbieta Rodzeń
Tytuł: Noc świetlików
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 432
Moja ocena: 7/10

Obecnie wszędzie panuje kult ciała. Otwierasz dowolne czasopismo i nie widzisz modelek, które mają problemy z cerą, wypryski na twarzy i zmarszczki. Każda jest starannie i dokładnie wyretuszowana, tak, by nie miała żadnych skaz. Włączasz telewizor i widzisz młode, zgrabne kobiety o figurze, o której Ty tylko możesz pomarzyć. Wchodzisz na jakąkolwiek stronę internetową i tam również pełno jest zdjęć kobiet coraz bardziej przypominających wieszaki. Lecz czy taka propaganda jest dobrym posunięciem? Czy media zdają sobie sprawę, jak takie działania oddziałują na podatne wpływom osoby? 

Paulina to dziewczyna, która nie potrafi sobie poradzić ze swoją chorobą, ale i nie oczekuje od nikogo pomocy. Dziewczyna czuje się zdradzona przez swoich rodziców, którzy podjęli decyzję o zamknięciu jej w zamkniętym ośrodku. Tam jednak poznaje Błażeja, który dostrzega w niej coś, co było niewidoczne dla innych ludzi. Wraz z nim ucieka i trafia do tomu, w którym mieszkają trzej mężczyźni. To od nich nastolatka dowiaduje się, kim jest i co się z tym wiąże. Zasady życia w świecie elfów nie są proste i ciężko przychodzi dziewczynie zaakceptowanie ich, gdy w grę wchodzi nieoczekiwane uczucie. 

Stosunkowo rzadko zdarza mi się sięgać po rodzimych autorów - mam drobne uprzedzenia, choć nie mam pewności czym są spowodowane. Zawsze jednak czytając coś, co zostało napisane przez osobę, która jest Polakiem (a w tym przypadku Polką), mam nadzieję, że autor udowodni mi, że bezpodstawnie jestem zrażona i powinnam mieć więcej zaufania do tego, co nasze, polskie. Ze względu na fakt, że tematyka książki nie jest taka, w jakiej gustuję, to jednak mogę spokojnie powiedzieć, że nie jestem zawiedziona. 

Zdecydowanie urzekł mnie język - autorka w płynny, piękny i delikatny sposób kreuje fabułę. Nie jest on wulgarny, nie ma w sobie żadnego prostactwa i przekombinowania; jest taki, jaki powinien być - delikatnie uwodzący swoim wdziękiem. Dzięki niemu książkę czyta się szybko i nie ma się uczucia przeciągania czy lania wody. Choć można poczuć, że jest to powieść debiutancka, to jednak nie jest to aż tak wyeksponowane, by mogło stanowić dużą przeszkodę w czytaniu. 

Nieco do życzenia pozostawił według mnie sam świat elfów - miałam zbyt dużo pytań, oczekiwałam, że więcej zostanie wytłumaczone i wyjaśnione, a tak naprawdę mnóstwo było niejasności. Niektóre wątki sprawiały wrażenie napoczętych i niedokończonych - nie wiem, może autorka planuje kolejne części? Jeśli tak, to jestem w stanie to wybaczyć i poczekać, bo z przyjemnością sięgnęłabym po kolejną część, by przekonać się, co jeszcze wydarzy się w świecie Pauliny.

Bohaterowie sympatyczni i charyzmatyczni, język plastyczny i przyjemny dla oka, fabuła i pomysł też całkiem, całkiem. Choć są niedociągnięcia i gdzieniegdzie odczuwałam niedosyt to jednak mogę powiedzieć, że nie zawiodłam się na książce Pani Rodzeń - całkiem dobrze odnalazłam się w tej książce, choć świat, gdzie prym wiedzie twórczość w stylu paranormal romance zazwyczaj jest dla mnie niezrozumiały i niewarty zainteresowania.

niedziela, 27 lipca 2014

Niegrzeczny chłopaczek na motorku + idealna panienka z dobrego domu = ?

Okładka książki Trzy metry nad niebem
Autor: Federico Moccia
Tytuł: Trzy metry nad niebem
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 334
Moja ocena: 5+/10

Pierwsze uczucie ma to do siebie, że zapada w pamięć. Nie sposób jest zapomnieć tego pierwszego, pełnego nieśmiałości pocałunku, pierwszych wyznań, obietnic i deklaracji. Ciężko jest nie pamiętać wspólnie odwiedzanych miejsc, pozbyć się prezentów i upominków. Lecz te miłości często bywają mylone z zauroczeniem - brakuje jeszcze wprawy w ocenie czegoś, co jest tak ważne, dlatego ciężko wtedy uniknąć rozczarowań i rozstań, choć to jednak jest możliwe. 

Babi to szesnastolatka, która pochodzi z tzw. dobrej rodziny - ma wszystko czego zapragnie, gdyż rodzice nie muszą baczyć na pieniądze. Jedyne, czego oczekują po swojej córce to zdobywanie dobrych ocen i posłuszeństwo. Tak też jest - do czasu aż przez przypadek poznaje Stepa. I choć nic na to nie wskazuje, to młodzi zakochują się w sobie. Nie jest on takim chłopakiem, jakiego dla swej córki pragnęliby jej rodzice - jest brutalny, nosi łatkę chuligana, a jedynymi wartościami ważnymi dla niego w życiu są rozboje, kradzieże, wyścigi motorowe i ćwiczenia na siłowni. Nastolatkowie mimo bycia swoimi przeciwieństwami postanawiają walczyć o swoje uczucie, jednak czy zda to próbę? 

Dawniej byłam nieprzychylnie nastawiona do książek, które opowiadały o miłości między dwójką nastolatków, którzy na przekór wszystkim decydują się być razem. Od pewnego czasu zauważyłam jednak, że nie mam nic przeciwko takiej lekturze, ponieważ spotkałam wiele powieści, które poruszyły mną i zachwyciły. Mimo że z całego serca chciałabym to samo móc powiedzieć o Trzech metrach nad niebem, to jednak nie jest to możliwe.

Dużą wadą w książce był dla mnie sposób narracji autora. Wszystko było bardzo chaotyczne, nieuporządkowane, brakowało mi tutaj jakiegoś ładu i składu. Niejednokrotnie gubiłam się w trakcie czytania, ponieważ nie miałam pojęcia, kto jaką kwestię mówił. Z czasem przyzwyczaiłam się do tego, lecz początkowo było to dla mnie dużym utrudnieniem i zniechęcało do całości. To, co natomiast spodobało mi się, to fakt, że autor wszystko opisywał w czasie teraźniejszym, co było dla mnie przyjemną odmianą. 

Głównym bohaterom nie udało się przekonać mnie do nich. Step był aż za bardzo agresywny i wulgarny, jego pomysły, by każdą sprawę załatwiać za pomocą przemocy także nie przekonały mnie do siebie, a pozostawiły pewien niesmak. Rozumiem, że autor chciał go wykreować na bandziora, było to uwarunkowane przeżyciami z przeszłości (które były bardzo pobieżnie niestety przedstawione), ale to nie tłumaczyło jego prostactwa w niektórych sytuacjach. Do Babi stosunek mam obojętny, choć zraziła mnie do siebie swoimi zachowaniami pod koniec książki. Kompletnie się tego nie spodziewałam, a jednak... Co do reszty bohaterów - dla mnie byli zbyt mdli i szablonowi - koledzy Stepa to jego małe karykatury, koleżanki i siostra Babi - jej podobizny. 

Całość jest opowieścią o zakazanej miłości, która połączyła dwoje kompletnie różnych od siebie ludzi z zaskakującym i jak dla mnie to nie do przewidzenia finałem. Ten zabieg spodobał mi się, jednak uważam, że końcówka książki nie jest w stanie nadrobić strat całej reszty. Plusem jednak było to, że czyta się ją szybko, więc i nie traciło się na nią wiele czasu. Znam osoby, które były autentycznie urzeczone tą opowieścią, jednak mnie ona nie przekonała do siebie. Oglądałam wcześniej jej ekranizację, która naprawdę mi się spodobała, a teraz wrażenia po jej obejrzeniu nieco się zepsuły. Liczyłam na coś o wiele lepszego, coś co mogłoby poruszyć mnie do końca, a zostawiło mnie po zakończeniu jedynie zirytowaną przez autora i z uczuciem ulgi - nareszcie koniec.

czwartek, 24 lipca 2014

W kręgu niewyjaśnionych tajemnic z przyszłości, afery o zniesławienie, niesnasek w rodzinie i problemów z prawem.

Okładka książki Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Autor: Stieg Larsson
Tytuł: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 640
Moja ocena: 8/10

Kim są ludzie, którzy są ubezwłasnowolnieni? Czy fakt, że nie mogą decydować o samych sobie sprawia, że są gorsi? Zazwyczaj postrzega się ich jako chore psychicznie osoby z rozmaitymi zaburzeniami. Według opinii publicznej mają zadatki na kryminalistów, są nieobliczalni i nie nadają się do życia w większej grupie ludzi. Najlepszym rozwiązaniem byłoby zamknięcie wszystkich takich osób w pokojach bez klamek. Czy ktoś jednak dopuszcza do siebie myśl, że takie pozornie niezbyt rozgarnięte osoby kryją w sobie osobowość geniusza? 

"Millennium" to średnio poczytne czasopismo, którego redaktorem jest Mikael Blomkvist. Mężczyzna właśnie przegrał sprawę w sądzie o zniesławienie i został skazany na wyrok trzech miesięcy więzienia. Robi się o nim głośno i dzięki temu dostaje nagle bardzo tajemniczą propozycję od człowieka stojącego na czele ogromnego koncernu. Henrik Vanger proponuje mu przeprowadzkę na północ kraju, aby tam przez rok spisywał kronikę jego rodu, a przy okazji spróbował zbadać niewyjaśnioną zagadkę morderstwa sprzed czterdziestu lat. Choć ma sporo wątpliwości, to jednak decyduje się podjąć tego wyzwania. Początkowo pracuje samotnie, lecz wkrótce dołącza do niego Lisbeth Sallander - mroczna dziewczyna, której osobowość i umiejętności okazują się być podobną tajemnicą do tej zleconej... 

O trylogii Larssona słyszałam całe mnóstwo. Wszędzie pojawiały się opinie, które wychwalały tę serię, uważały ją za odkrycie dekady. Z drugiej strony pojawiało się też co jakiś czas zdanie, w myśl którego książka była nudna i niewarta całego rozgłosu, jaki wokół niej powstał. Sporo się wahałam, czy sięgnąć, ale w końcu uznałam, że warto zweryfikować te wszystkie recenzje na temat książki i wyrobić sobie na jej temat własne, subiektywne zdanie. 

Głównym atutem książki jest z całą jedna z głównych postaci, jaką jest Salander. To dziewczyna niereformowalna i postępująca wedle zasad, które sama dla siebie ustanowiła. Nie przejmuje się nikim i niczym. Na pierwszy rzut oka może nie wydawać się osobą zachęcającą ze względu na swój mroczny wizerunek i aspołeczne podejście. Pod tą powłoczką kryje w sobie jednak ponadprzeciętnie uzdolnioną dziewczynę, która jednak ma dużą ilość problemów ze względu na to, że sąd przydzielił jej opiekuna prawnego, a jej odebrał prawo do decydowania o własnym życiu. W opozycji do niej mamy Mikaela - rozważnego reportera, który wydaje się być na koniuszku swojej kariery. Niechętne podjęcie decyzji o zbadaniu sprawy z czasem przekształca się w niebezpieczną grę, której stawką może być nawet życie, gdyż mieszkańcy Hedeby nie życzą sobie odkrywania zakopanych tajemnic z przeszłości. 

Duży nacisk jest położony tutaj na przemoc w stosunku do kobiet. Przed kolejnymi częściami w książce pojawiały się krótkie informacje statystyczne, które pokazywały, jak spora część szwedzkiej społeczności kobiecej jest bita, molestowana i gwałcona. W książce pojawiają się także motywy, które mają na celu pokazanie psychiki ofiary - nie jest to nic przyjemnego, a daje wiele do myślenia. 

Wiele pozytywów mogę powiedzieć także o tym, w jaki sposób autor poprowadził akcję - wszystko było zawiłe, pogmatwane i skomplikowane, nigdy nie dałabym rady domyślić się zakończenia, chociaż rozważałam wiele opcji. Wszystko było na wysokim poziomie. Jest jednak coś, co chciałabym tutaj delikatnie skrytykować - zbyt wielka rozwlekłość, wdawanie się w szczegóły, które nic nie wnosiły do akcji i powodowały u mnie sporo razy irytację. Gdyby autor wykluczył to lub chociaż zminimalizował, to byłabym mu naprawdę bardzo wdzięczna. 

Mimo objętości to pierwsza część trylogii została przeze mnie przeczytana w dość szybkim tempie. Nie lubię książek, których pochłanianie idzie mi zbyt wolno - szybko się wtedy zniechęcam, zawsze chcę jak najszybciej poznać zakończenie, a tutaj autor pozwolił mi na to. Uważam, że określenie tej książki bestsellerem i jej sława na całym świecie jest uzasadniona, ponieważ zasługuje na uwagę swoją fabułą i wątkami, które pozornie nie miały nic ze sobą wspólnego, a w rzeczywistości wiele je łączyło, dlatego można ją polecić wszystkim, którzy gustują w kryminałach i w rozwiązywaniu zagadek. 

środa, 23 lipca 2014

Człowiek nie staje się z dnia na dzień wielkim. Nie z dnia na dzień zasługuje na szacunek. Sam musi go sobie wypracować ciężką pracą.

Okładka książki Ojciec Chrzestny
Autor: Mario Puzo
Tytuł: Ojciec Chrzestny
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 478
Moja ocena: 10/10

Morderstwo. Jedno dziesięcioliterowe słowo zawierające w sobie cały wachlarz odczuć i myśli. Samo słowo ma ogromną potęgę, a co dopiero czyn. W większości kultur jest to zachowanie, za które winowajca musi płacić ciężką cenę. Każdy człowiek ma prawo do życia, więc dlaczego ktoś inny może decydować o tym, czy należy je odebrać? I dlaczego w wielu przypadkach zabójstwa uchodzą ludziom bezkarnie? 

Don Vito Corleone jest przywódcą jednej z Rodzin mafijnych w Nowym Jorku. Na swój sukces musiał ciężko zapracować, nic nie przyszło mu łatwo, jednak teraz wzbudza wśród ludzi strach i podziw. Nikomu nie pozwala wodzić się za nos - w jego świecie nie ma miejsca na litość czy sentymenty. Zdrada jest równa śmierci. Lecz mimo bycia bezwzględnym jest człowiekiem honoru, zawsze dotrzymuje danego słowa. Gotowy jest pomóc każdemu - jest jeden warunek: w swoim czasie może zażądać rewanżu. Przez wszystkich tytułowany jest Ojcem Chrzestnym. Ma sporo zwolenników, lecz jeszcze więcej wrogów. Przez odmowę udziału w biznesie narkotykowym wchodzi w konflikt z Cosa Nostrą, lecz sam nie jest w stanie stanąć do walki przez poważny wypadek. Czy znajdzie się ktoś, kto będzie godnym następcą i nowym Ojcem Chrzestnym Rodziny Corleone? 

Głównym bohaterem książki jest tytułowy Ojciec Chrzestny. U wszystkich ludzi wzbudzał sympatię, mimo fachu jakim się zajmował. I muszę przyznać, że ja sama bardzo go polubiłam. To silna, mocna osobowość, która miała swój honor i zasady, którymi się kierowała. Lecz i on zdawał sobie sprawę, że jego dni powoli dobiegają końca i czas wyłonić swojego następcę - kogoś, kto pokieruje Rodziną. Los sprawił jednak, że wśród swoich dzieci nie widział nikogo, kto mógłby go w decydującym momencie zastąpić - Santino "Sonny" był zbyt porywczy, Fredo stał się kobieciarzem, a Michael nie przyznawał się do swojej rodziny. Ku zdumieniu wszystkich okazuje się jednak, że to najmłodszy potomek dona, którego nikt nie brał pod uwagę, jest najbardziej odpowiedni do roli nowego Ojca Chrzestnego.

Bohaterowie są wykreowani niezwykle realistycznie. Nie są to żadni mazgaje, którzy chowają głowy w piasek, gdy nadchodzi bezpieczeństwo - to silne charaktery, mężczyźni z krwi i kości, którzy są gotowi na wszystko. I mimo, że tak naprawdę powinni się jawić jako zwykli, pospolici zabójcy to wcale tak nie jest. Mario Puzo bardzo subtelnie manipuluje czytelnikiem i sprawia, że do mafiozów czuje się wiele sympatii i wspiera się ich poczynania, natomiast ich wrogowi stają się naszymi obiektami, w stronę których kierujemy nienawiść i oskarżenia. 

Powieść ta jest przesiąknięta na wskroś całą paletą uczuć - przeplata się tu miłość z nienawiścią, lojalność i oddanie ze zdradą, gniew z poczuciem satysfakcji, zawód z sukcesem. Każda postać ma swój odrębny charakter, nikt nie jest tylko pustym zapełniaczem stron, ale pełni określoną funkcję i ma swój cel. Każdy jest tu indywidualnością, niepowtarzalną personą, którą ciężką byłoby podrobić. I choć jednych lubiłam  bardziej, drugich mniej to jednak zdaję sobie sprawę, że zabraknięcie jednej postaci zniszczyło by coś w tej książce.

Historia pokazuje życie w rodzinie mafijnej,której bycie członkiem nie jest prostym zadaniem. Jest to całkiem odmienny świat od tego, w którym żyją zwykli ludzie - pełen przemocy, krwi, brutalności i bezkompromisowości. Tutaj nie istnieje coś takiego jak "druga szansa" - nawet wieloletni przyjaciel, od lat oddany służbie, dopuszczając się zdrady, podpisuje na siebie wyrok śmierci. Zimną krew należy zachowywać w każdej sytuacji i w każdej minucie - bo każda chwila może przesądzić o śmierci.


Mogę z czystym sumieniem pokusić się o stwierdzenie, że jest to najlepsza książka, jaką czytałam w tym roku. Nie mam w zasadzie pojęcia, do czego tutaj mogłabym się przyczepić, może jeszcze za bardzo na mnie oddziałuje, ale najzwyczajniej w świecie nie dostrzegam w niej żadnych, nawet najdrobniejszych wad. Wszystko jest bardzo starannie dopracowane i skonstruowane, każda intryga sprawia, że jeszcze bardziej książka pochłaniała mnie i nie chciała puścić, aż jej nie skończyłam. 

Dotychczas nie miałam okazji przeczytać książki, gdzie pierwsze skrzypce odgrywała mafia. Dzięki "Ojcu Chrzestnemu" mogłam więc poznać ją od podstaw, na wskroś przez jej strukturę, funkcje poszczególnych członków takich jak caporegime, consigliori czy pezzonovante. Do tego mam już spore pojęcie o slangu mafijnym, bo on również odgrywa dużą rolę - zwykłe powiedzenie "pójść na materace" oznacza przykładowo, że nadszedł czas, by wywołać wojnę między poszczególnymi Rodzinami. Lecz oprócz czysto technicznych spraw dowiedziałam się także, jak wielką rolę odgrywają w mafii niektóre wartości, pozornie obojętne i zwyczajne. 

Społeczność mafijna to bardzo zamknięta struktura, która w swoje szeregi nie przyjmuje byle kogo. Jedną z kluczowych kwestii jest pochodzenie włoskie - najlepiej jeszcze sycylijskie. Tu nie ma miejsca dla innych narodowości, wszystko jest bardzo hermetyczne. Ważną rolę odgrywają tradycje i zwyczaje zaczerpnięte z rodzimego kraju, gdyż mimo działalności w Nowym Jorku to tak naprawdę nikt tam nie czuje się Amerykaninem - wszyscy są Włochami. I to według mnie jest wspaniałe - to poczucie własnej przynależności, taki patriotyzm można powiedzieć.

Całość na pewno zasługuje na uwagę. Mimo, że jest to książka dość pokaźna, to jednak czytanie jej nie idzie powoli i ociężale - autor ma bardzo przyjazny czytelnikowi sposób przekazywania fabuły, przez co wszystko idzie sprawnie. Niezwykle obrazowo i szczegółowo pozwala na przeniknięcie za kurtynę, oddzielającą dwa światy - zwykły, prosty oraz ten, w którym rządy sprawują gangsterzy. To pełna wyjątkowości opowieść o całkowitych przeciwieństwach, jakimi są morderstwo i honor, zabójstwo i przyjaźń. Lecz Ojciec Chrzestny udowadnia, że takie połączenie może spokojnie funkcjonować i na dodatek nie wykluczać się w żadnym razie.

wtorek, 22 lipca 2014

Czy koniec wojny jest równoznaczny z pozbyciem się wszystkich problemów i początkiem idylli?

Okładka książki Kroniki Ellie. Wojna się skończyła, walka wciąż trwa
Autor: John Marsden
Tytuł: Kroniki Ellie. Wojna się skończyła, walka wciąż trwa.
Wydawnictwo: Znak literanova
Liczba stron: 304
Moja ocena: 7-/10

Gdy ludzie żyją sielankowo, ciężko im przystosować się do zjawiska, jakim jest wojna. Trudne jest ustawiczne uważanie na siebie, baczenie na każdy krok - zwykłe złamanie spróchniałej gałązki przez niewłaściwe postawienie stopy w lesie może przyczynić się do śmierci. Lecz jest coś, co może być dla wielu jeszcze bardziej skomplikowane. Tym czymś jest powrót do zwykłego prostego życia. Przyzwyczajenie się do nowej, powojennej sytuacji, nowych reguł i zasad, według których od teraz ma płynąć życie - bo mimo końca wojny, to odzyskanie spokoju ducha nie jest takie banalne. 

Ellie Linton po rozmaitych wydarzeniach, jakie były jej udziałem w czasie zamieszek, próbuje zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Dawniej uważała, że gdy skończy się wojna to wszystko zacznie wracać do normy, lecz sama przekonuje się, że nic nie idzie po jej myśli. Tym razem czeka ją coś, na co w żadnym wypadku nie była gotowa.Znowu musi wykazać swoją siłę i odwagę, bo przeciwników i ludzi źle życzących nie brakuje.

Seria Jutro podbiła moje serce jak mało która. Często zdarzało się, że zaczynałam czytać różne cykle i o ile początkowe tomy podobały mi się, tak z każdym kolejnym było coraz słabiej, a w tym przypadku nie miało miejsca nic takiego - wszystko wydawało się być równe swoim poprzedniczkom, nie było żadnych nierówności. Z tym większą chęcią postanowiłam sięgnąć po trzytomową kontynuację, jaką są Kroniki Ellie. Czy i one dorównują Jutro

Autor nie bawi się w oszczędzanie nikogo, dlatego już na samym początku obchodzi się z główną bohaterką w brutalny sposób. I to wydarzenie kształtuje dalszy przebieg akcji, bo wszystko wiąże się z nim i jest jego skutkiem. Ellie musi radzić sobie sama z całym gospodarstwem, szkołą, a do tego dochodzi Gavin, który jest sierotą i jest pod jej opieką. Nastolatka, która powinna spędzać czas beztrosko, musi się zmierzyć z rzeczywistością - koniec wojny nie jest równoznaczny z kresem kłopotów. Można wręcz rzecz, że one się dopiero zaczynają dla Ellie. 

Uwielbiam sposób pisania autora - opisując wydarzenia z perspektywy Ellie sprawia, że z przyjemnością i lekkością odkrywa się kolejne wydarzenia. Tęskniłam za przygodami Ellie i spółki, dlatego z chęcią połasiłam się na przeczytanie Kronik Ellie...Tylko tutaj czekał mnie spory zawód. Bo o ile Ellie jest tu mnóstwo, co jest zrozumiałe, skoro wszystko jest opisywane z jej punktu widzenia, to reszty przyjaciół zabrakło. Ich udział jest minimalny i epizodyczny - z głównych bohaterów z serii Jutro zostali tylko pobocznymi postaciami. Dużo jest natomiast Gavina, sporo całkiem osób z Wirrawee - ale gdzie akcje z Homerem, Lee, Fii i Kevinem? 

Zabrakło mi też tutaj akcji. Mimo że styl autora pozostał i jest widoczny, wszystko co napisał wydaje się być logiczne, spójne i konsekwentne, to tutaj brakuje tych wszystkich działań i ryzyka, którymi były nacechowane poprzednie tomy Jutra. Autor nie skupia się tutaj na kolejnych widowiskowych akcjach, tylko bardziej na problemach, z którymi przyszło się zmierzyć młodej dziewczynie. Bardzo pozytywnie natomiast odbieram fakt, że autor nadal zachowuje swój realizm - nie ma tendencji do przesładzania akcji, bohaterowie wcale nie są idealni, przez co łatwiej jest ich polubić i zrozumieć motywy, którymi się kierują przy podejmowaniu decyzji. 

Teoretycznie wszystko wydaje się być na miejscu i nie ma powodów na narzekanie i marudzenie. Ale nie byłabym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepiła. I choć narzekam na braki, takie jak lekka ospałość akcji czy brak ulubionych bohaterów, to jednak przyjemnie było wrócić do świata Ellie i przekonać się, co słychać u tej dziewczyny po wojnie, przekonać się, jak sobie radzi i czy potrafi sprostać temu, co los ma dla niej w zanadrzu. Jestem pewna, że w niedługim czasie sięgnę po kolejne tomy jej przeżyć i liczę na to, że wydarzenia nabiorą pędu i rozmachu tak, jak ja to lubię.

sobota, 19 lipca 2014

Czy zahukana, zamknięta w sobie osoba może przejść zadziwiającą odmianę i stanąć na czele rewolucji?

Okładka książki Dar Julii
Autor: Tahereh Mafi
Tytuł: Dar Julii
Wydawnictwo: Moondrive
Liczba stron: 384
Moja ocena: 6+/10

Człowiek jest istotą, która do szczęścia potrzebuje drugiego człowieka. Można mówić, że lubi się samotność, lecz nigdy na dłuższą metę. Bo tak naprawdę pragniemy czyjejś obecności i zainteresowania, uczucia, że komuś na nas zależy. Lecz co ma powiedzieć osoba, która dotychczas przebywała w zamknięciu i izolacji od świata zewnętrznego ze względu na to, że urodziła się inna i stanowiła zagrożenie przez zwykły kontakt z jej skórą? 

Julia pod troskliwą i czułą opieką Warnera zaczyna dochodzić do siebie po ciężkich przeżyciach. Dziewczyna rozlicza się ze swoją przeszłością i decyduje się nie patrzeć w tył, lecz przed siebie. Zaczyna zdawać sobie sprawę z siły, jaka drzemie w niej i rozumie, że nie jest to dla niej kara - traktuje to jako swój dar, podkreślający jej wyjątkowość. Postanawia stanąć na czele rebelii mającej na celu walkę z Komitetem Odnowy - chce wyzwolenia dla siebie, przyjaciół i całej ludzkości. 

W pierwszym tomie Julia została ukazana jako bojąca się własnego cienia, delikatna dziewczynka, pokuszę się o stwierdzenie, że miała lekki obłęd na punkcie swojej mocy. Druga część pokazała częściowy rozkwit nastolatki, która mniej panicznie podchodzi do siebie i swoich umiejętności. Finałowa odsłona ukazuje całkowicie odmienioną postać - to już nie ta sama osoba. Julia - jest świadoma drzemiącego w niej potencjału i nie zamierza dać się dalej tłamsić nikomu. Jest gotowa do walki.

Prawdę mówiąc to książka mnie niestety lekko zawiodła i pozostawiła wiele niedopowiedzeń. O ile dwie poprzednie części wbiły mnie w siedzenie, tak tej czegoś brakowało. Całość była zbyt statyczna - tu nie działo się wiele, większość poświęcona była tej odmianie Julii i jej kontaktom z Warnerem, Adamem i resztą ocalałych osób. Fajerwerki pojawiły się pod sam koniec, może na dwudziestu ostatnich stronach książki. Tylko co z resztą? 

Całość została obroniona przez Kenjiego, ponieważ w mojej opinii to najlepszy bohater - do wszystkiego podchodzi z dystansem, zawsze ma na podorędziu cięte zdanie, a do tego zawsze rozładowuje napięcie między wszystkimi. Adam i Warner byli dla mnie sporo zagwozdką - ich przemiana w tej części mnie trochę zaskoczyła. Nie mieli tych cech, które wybijały się w pierwszym tomie - tak jak Julia przeszli małe metamorfozy. Tylko Kenji pozostał sobą - na szczęście. 

Na wzmiankę zasługuje na pewno język, jakim autorka posługiwała się opisując dalsze losy Julii Ferrars. On nie przeszedł żadnych radykalnych zmian - nadal wyjątkowo obrazowo przedstawiał wydarzenia, nadal był zwiewny, przepełniony emocjami i uczuciami. Teherah Mafi silnie oddziałuje na wyobraźnię czytelnika, serwując mu niebywałą ucztę przepełnioną skrajnymi odczuciami. Jedyną odmianą, która tutaj czekała to brak przekreśleń w tekście - ale to wiązało się z przemianą głównej bohaterki.

Cała seria z pewnością pozostawi we mnie pozytywne uczucia, choć Dar Julii nie wybija się tu na pierwszy plan i nieco zaniża osobiste odczucia. Po podsumowaniu oczekiwałam czegoś więcej, liczyłam na więcej zaskoczeń, a tak naprawdę wszystko było do przewidzenia. W tej historii miłosnej za mało autorka poświęciła kwestii samego związku między Julią i ktosiem, było dużo opisów ich uczuć, lecz mało czynów. Zabrakło mi też szerszej perspektywy w sprawie obalenia dyktatury - zbyt krótko, zbyt mało, zbyt pobieżnie. Choć nie jest to zła książka, to spodziewałam się po niej czegoś więcej. 

piątek, 18 lipca 2014

Czy potrafimy robić WSZYSTKO dla osób, na których nam zależy?

Okładka książki ZaginionaAutor: Harlan Coben
Tytuł: Zaginiona
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 424
Moja ocena: 7/10

Często słyszymy słowa "Zrobię dla Ciebie wszystko". Czy jednak rzeczywiście jesteśmy gotowi do największych poświęceń dla innych osób? Czy rozumiemy, jak wielką wagę posiadają te cztery proste słowa? Czy jesteśmy w stanie udźwignąć ciężar, jaki niosą za sobą? Czy w chwili próby będziemy w stanie sprostać problemom, czy uciekniemy, chowając bezpiecznie głowę w piasek - oczywiście mając gdzieś osobę i złożoną obietnicę?

Myron Bolitar to agent reprezentujący interesy różnych sław - na początku zajmował się sportowcami, lecz później rozszerzył swoją działalność o zajmowanie się też aktorami, piosenkarzami, itp. Mężczyzna przeżywa kryzys w swoim związku, choć wie, że było to nieuniknione. Nie ma jednak czasu, by się załamywać, bo dzwoni do niego jego dawna kochanka Terese i błaga go o przyjazd do Paryża. Mężczyzna nie otrzymuje żadnych wyjaśnień, lecz postanawia zbadać sprawę. Okazuje się, że były mąż Terese zaginął bez śladu, a Myron wraz ze swoim przyjacielem Winem musi po raz kolejny bawić się w detektywa. 

Dawniej kryminały to były gatunki książek, które czytałam hurtowo, przeplatając je horrorami. Nie patrzyłam na to, jakie - ważna była ich ilość, byłam spragniona zagadek, tajemnic, chciałam sama próbować odgadnąć i to mnie pochłaniało do reszty. Z czasem jednak stałam się o wiele bardziej wybredna. Nie sięgam już tak często po nieznane nazwiska, lecz wolę wypróbowane marki - a taką jest właśnie twórczość Cobena, czyli jednego z najbardziej cenionych przeze mnie autorów w dziedzinie kryminałów. 

"Zaginiona" to już dziewiąta część przygód Myrona. Niesamowite dla mnie jest jak to szybko leci, a widzę to po głównym bohaterze - pamiętam go jeszcze jako młodziaka, który okrutnym zrządzeniem losu przekreślił swoją karierę w NBA, a tutaj mam już dobrze po czterdziestce mężczyznę, który nadal wikła się w różne tarapaty. I choć ta część jego walki z niewiadomym nie jest tak porywająca jak poprzednie, to nadal ma w sobie klasę i styl, jakich brakuje innym książkom. 

Za każdym razem, gdy mam okazję sięgnąć po książkę Cobena zastanawiam się, czym mnie zaskoczy. Lecz te uczucia są całkiem odmienne, gdy zaczynam czytać coś o Myronie - drżę na samą myśl, że autor może chcieć go w końcu zabić. W końcu tyle razy jakimś cudownym zbiegiem okoliczności (bardzo często o imieniu Windsor Horne-Lockwood Trzeci) udaje mu się przeżyć, ale w końcu może nastąpić odwrót sytuacji. Tym razem ryzyko było bardzo poważne - nigdy dotychczas Myron nie miał do czynienia z terrorystami, a okazuje się, że dużo wspólnego mają z zaginięciem Ricka. Terese także jest tajemnicza, choć zdradza swoje sekrety agentowi. 

Na pochwałę zasługuje misternie przygotowane i idealnie zagmatwane śledztwo, które musi przeprowadzić Myron. Coben po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu, bo to, co robi jest brawurowe - ciągle próbowałam zgadnąć, o co może chodzić i gdzie jest sedno sprawy, ale jakoś nigdy nie udaje mi się trafić, bo nie jest to pisarz szablonowy i przewidywalny. Nie można zapomnieć o wspomnieniu ciętego języka Myrona - nie raz i nie dwa wybuchałam śmiechem z jego powodu, to samo zresztą z Winem; ten duet za każdym razem potrafi rozbawić do łez. Rozczarowujące natomiast było zakończenie - czegoś tu zabrakło, było zbyt naciągane i przerysowane. No i ta Terese... nie lubię tej kobitki, cóż poradzić. 

Książkę czyta się szybko dzięki wciągającej fabule i wyrazistym bohaterom, którzy nie pozwalają oderwać się od swoich przygód. I choć nie są już tacy sami, tak jak ta książka nie przypomina tych pierwszych z cyklu, to jednak ma w sobie niezaprzeczalnie to coś, co przyciąga i sprawia, że z pewnością zabiorę się do czytania następnego tomu serii. 

środa, 16 lipca 2014

"Historia Kopciuszka opowiedziana od tyłu, czyli przygody dziedziczki w pracy zwykłych śmiertelników"

Okładka książki 52 powody, dla których nienawidzę mojego ojca
Autor: Jessica Brody
Tytuł: 52 powody dla których nienawidzę mojego ojca
Wydawnictwo: Fabryka Snów
Liczba stron: 420 
Moja ocena: 7+/10

Sława i łączące się z nią bogactwo to kwestie, które wielu ludziom spędzają sen z powiek. Mieszkanie w luksusowych warunkach w rezydencjach wyglądających jak z bajki, noszenie ubrań od projektantów z limitowanych edycji, zastępy służby spełniające każdą zachciankę, wakacje możliwe w każdym czasie i miejscu, prywatne środki lokomocji jak np. odrzutowce - to tylko część przywilejów. Do tego należy doliczyć nieustanne zainteresowanie opinii publicznej towarzyszącej na każdym kroku, zdjęcia na okładkach najpoczytniejszych czasopism i brak prywatności. Brzmi całkiem różowo, lecz czy rzeczywiście tak jest? 

Lexington Larrabee to siedemnastoletnie córka miliardera, która dzięki swojemu ojcu i jego pieniądzom ma wszystko, o czym tylko zamarzy. Niedługo ma się spełnić największe z jej marzeń, ponieważ dziewczyna ma otrzymać czek na dwadzieścia pięć milionów tak jak jej bracia w swoim czasie. Dziewczyna jest jednak uczestniczką incydentu, który zaważył na całej jej przyszłości i przekreślił jej pragnienia - musi pogodzić się z tym, że tato odroczył przekazanie jej czeku o całe 52 tygodnie, by rozpieszczona córeczka poznała na czym polega prawdziwa praca. 

Nie jest rzeczą nową, że książki oceniam po okładce. Czasem zdarza mi się narzekać i marudzić, jednak w tym przypadku nie mam ku temu powodów, bo zewnętrzna strona naprawdę mi się podoba. Jest nietypowa, rzucająca się w oczy i przypomina okładkę z czasopisma, a wszystko jest utrzymane w ciekawej kolorystyce, co sprawia, że przyciąga do siebie wzrok i sprawia, że chcę się zapoznać z jej zawartością, by przekonać się, czy zawartość też wzbudzi we mnie podobne odczucia. 

I mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że wzbudziła. Lex objawia się czytelnikowi jako rozkapryszona pannica z roszczeniową postawą do świata. Jest zdania, że wszystko jej się należy, że wszystko powinno się kręcić dookoła niej, a każdy powinien tańczyć tak, jak ona zagra. Tymczasem jej ojciec ukróca to wszystko, co początkowo doprowadza jego najmłodsze dziecko do furii. Nie jest w stanie zrozumieć, że ojciec robi to dla jej dobra, bo ma nadzieję, że taka sytuacja coś zmieni w jej dotychczasowym postępowaniu - celebrytka czuje się zdradzona i oszukana. Lecz są też dwie strony medalu...

Odnosiłam wrażenie, że dziewczyny zachowanie jest spowodowane brakiem zainteresowania ojca i jest próbą zwrócenia jego uwagi i skierowania jej na nią. Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę z całego teatru, jaki tworzyła jej rodzina - nie było tam ciepła, miłości i wsparcia, ciągle tylko trzeba było planować, jak pokazać się z najlepszej strony, by nie zaszkodziło to ich wizerunkowi. Lexington wiele razy wspominała też sytuacje z dzieciństwa - to do służącej biegała z rysunkami, występy szkolne zawsze kamerowali służący, choć tak naprawdę nikt tego nie oglądał, lokaj bawił się z nią w chowanego i z nim oglądała różne hiszpańskie telenowele. Nawet rola ojca została obsadzona, bo zastąpić go starał się ich prawnik Bruce. Nic dziwnego, że dziewczyna więc była rozgoryczona i cyniczna.

Nie sposób nie wspomnieć o stronie humorystycznej tej powieści, ponieważ miała swój duży udział w całokształcie i uczyniła książkę bardzo przyjemnym czytadełkiem. Wyobrażacie sobie osobę, która nie potrafi skorzystać z odkurzacza i szuka w internecie pomocy? Wydaje się to być niemożliwe, a jednak okazuje się, że główna bohaterka jest do wszystkiego zdolna, bo zdarza jej się wiele nieprawdopodobnych sytuacji, dzięki którym daje to wiele powodów do pośmiania się z jej poczynań. 

Oprócz wielu pozytywnych aspektów, jakie dostrzegłam w tej powieści, znalazło się też kilka mankamentów, które nie zaspokoiły mnie całkowicie. Szkoda mi było, że w książce dość pobieżnie zostały przedstawione prace dziedziczki, ponieważ tylko kilka zostało opisane obszerniej, sporo było jedynie wspomnianych, a o niektórych nic nie było wiadomo. Troszkę niekompletny wydawał mi się też wątek z jej nowym szoferem wożącym ją co dnia do pracy - ich znajomość rozwijała się nieproporcjonalnie - raz bardzo szybko leciała, a raz ciągnęła się w nieskończoność, co dosyć drażniło.

Książka ta nie zasługuje na nagrody literackie, jednak według mnie to bardzo dobra propozycja na letnie dni. Lekki i przyjemny język sprawia, że książka znika w oka mgnieniu i nie wiadomo kiedy się kończy. To pozornie prosta opowieść o bogactwie i próżności, lecz zawiera głębsze i ważniejsze przesłanie, które ma na celu przekazać, że bogactwo nie bierze się znikąd - ktoś musiał na nie ciężko zapracować, dlatego osoby, które mogą cieszyć się tym, że od urodzenia przysługuje im niewyobrażalnie duża ilość gotówki, powinny pamiętać, że ktoś inny musi na podobne przyjemności długo i ciężko pracować.

poniedziałek, 14 lipca 2014

"O Boże, o Jezu, o Matko Boska! Mam dwadzieścia dwa lata i jestem dziewicą! Koniec świata!"

Okładka książki Coś do stracenia
Autor: Cora Carmack
Tytuł: Coś do stracenia
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 204
Moja ocena: 6/10

W obecnych czasach dziewictwo to temat do dyskusji. Chyba każdy spotykał się ze zdaniem, że powinno się zachowywać czystość przed ślubem, a z seksem poczekać aż do czasu, gdy na palcu zalśni obrączka. Łączy się to z inną teorią, w myśl której dochodzi do wręcz kultu skrawka ciała, ponieważ przedwczesne współżycie z drugą osobą świadczy o braku szacunku do siebie samego. Są też opinie, według których na wszystko jest czas - nie ma się co śpieszyć. Ale są też dziewczyny, dla których bycie dziewicą to powód do wstydu. 

Główna bohaterka powieści, Bliss Edwards mimo swojego wieku dwudziestu dwóch lat jest dziewicą. Nie może tego przeboleć, zwłaszcza że wszystkie jej znajome, koleżanki i przyjaciółki już od dawna mają "to" za sobą. Gdy dziewczyna zwierza się ze swojego wstydliwego problemu najlepszej przyjaciółce, ta nie czeka długo i zabiera Bliss do klubu, w którym ma znaleźć dla siebie kogoś, kto pozbawi ją owego kłopotu. I tak właśnie poznaje Garricka. Od początku nie wszystko przebiega tak, jak dziewczyna by chciała, aż w końcu rezygnuje. Liczy, że nigdy więcej nie spotka już swego niedoszłego kochanka, aczkolwiek okazuje się, że płonne były jej nadzieje - to właśnie Garrick jest jej nowym wykładowcą. 

Częstym motywem spotykanym w książkach jest wątek, który przedstawia miłość między nauczycielem a uczennicą, czyli coś, co w oczach społeczeństwa jest niemoralne, nieetyczne i zasługuje na to, by pod nieszczęśnikami rozwarła się ziemia oraz pochłonęły ich piekielne czeluści. Takie schematy nieco mnie zaczęły nużyć, ponieważ oczekuję od książek pewnej oryginalności i więcej kreatywności, ale uznałam, że warto dać tej szansę, bo może tutaj taki rozwój akcji przypadnie mi do gustu. "Coś do stracenia" w dużej części dała radę sprostać moim wymaganiom.

Sięgając po tę książkę, nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań. Liczyłam na coś, co pozwoli mi się rozerwać. może i pośmiać nad desperacją bohaterki, a  także jej osobistą katastrofą. Po części zostało to spełnione, po części nie. Początek zapowiadał się całkiem nieźle, polubiłam przyjaciółkę Bliss, która wydawała się być w ogromnym szoku oświadczeniem głównej bohaterki, oraz samą Bliss. Spodobał mi się też język książki, który był łatwy w odbiorze, prosty; pokuszę się o stwierdzenie, że intrygujący - za sprawą przyjemnej narracji, pełnej samokrytyki, ironii i ciętego dowcipu. Na bohaterów nie narzekam, na język nie - to co zawiodło? 

Rozczarowała mnie sama akcja. Nastawiłam się na to, że książka będzie bardziej nieprzewidywalna, oczekiwałam, że główna bohaterka będzie miała więcej epizodów z jakimiś innymi mężczyznami, które również nie skończyłyby się tym, czego oczekiwała. Trochę więcej zawirowań, trochę więcej nieporadnych starań, więcej frustracji i desperacji. Wszystko potoczyło się za szybko - poszła do baru, spotkała chłopaka, poszła z nim do łóżka, ale stchórzyła. Potem okazuje się, że nic nie jest tak jak chciała, bo Garrick jest jej nauczycielem. I dalej bohaterka próbuje na siłę sobie wmówić, że nic do niego nie czuje, ma go gdzieś, choć tak naprawdę topnieje na jego widok. Do tego oczywiście dochodzi przyjaciel, który potajemnie się w niej kocha, ale okazuje się być szlachetnym i zadowala się odpadkami po Garricku, jakimi jest przyjaźń. Pozytywnym akcentem była kotka Hamlet, bo kiedy by się nie pojawiła, to zawsze się uśmiechałam.

Nie jest to książka, którą można wliczyć w kanon książek, które by mnie zachwyciły. Nie mogę też powiedzieć, że wiele z niej wyniosłam - to nie ten typ literatury, by oczekiwać, że strony będą przepełnione mądrościami. Liczyłam jednak na coś, co pozwoli mi oderwać się od codzienności, na coś, gdzie będzie absurd i humor, a choć nie otrzymałam ich w ilości takiej, jakiej bym sobie życzyła, to jednak mogę powiedzieć, że nie żałuję spotkania z tą książką.

sobota, 12 lipca 2014

"Czasem ludzie są piękni. Nie z wyglądu. Nie w tym, co mówią. W tym, kim są."

Okładka książki Posłaniec
Autor: Markus Zusak
Tytuł: Posłaniec 
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 352
Moja ocena: 9+/10

Są ludzie, którzy niosą pomoc innym, "bo tak trzeba". Są ludzie, którzy niosą pomoc innym, bo to nakazuje im serce. Są ludzie, którzy niosą pomoc innym, "bo co powiedzą sąsiedzi?". Są ludzie, którzy niosą pomoc innym, bo mają ku temu warunki. Są ludzie, którzy niosą pomoc innym, bo to nakazuje im religia. Są ludzie, którzy niosą pomoc innym, bo sami kiedyś jej potrzebowali i czas się odpłacić. Są ludzie, którzy żyją z dnia na dzień i potrzebują wskazówek popychających ich do niesienia pomocy. 

piątek, 11 lipca 2014

"Hau hau, miau miau - w ten sposób mówię Ci, że odczuwam ból!"

Autor: Nick Trout
Tytuł: Powiedz, gdzie cię boli
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 380
Moja ocena: 7/10

W życiu wielu ludzi zwierzęta odgrywają bardzo ważną rolę. Są najlepszymi przyjaciółmi ze względu na swoją wierność, oddanie i zaufanie, ponieważ za miłość odwdzięczają się miłością. W ich naturze nie leży obłuda ani zawiść, nie zależy im na skrzywdzeniu swojego właściciela. Są idealnymi powiernikami tajemnic i to nie tylko dlatego, że nie mają sposobności ich wyjawić, ale dlatego, że w jakiś magiczny sposób sprawiają wrażenie, jakby rozumiały, co się do nich mówi. Dla swojego właściciela są w stanie zrobić wszystko, bo wielokrotnie słyszało się o tym, że jakiś pupil uratował swojego pana przed śmiercią. 

niedziela, 6 lipca 2014

"Odkrywanie tego, co nieznane - same korzyści czy ładunek szkód wyrządzanych naturze?"

Okładka książki Gringo wśród dzikich plemion
Autor: Wojciech Cejrowski
Tytuł: Gringo wśród dzikich plemion
Wydawnictwo: Bernardinum
Liczba stron: 304
Moja ocena: 7+/10

Od najdawniejszych czasów odkrywanie tego, co nieznane nęciło ludzkość, bo pierwsze wędrówki rozpoczęły się już wiele tysięcy lat temu, choć ciężko mówić, czy one były powodowane ciekawością. Lecz gdyby nie ona, to Kolumb nie dopłynąłby do Ameryki, da Gama nie odkryłby drogi morskiej do Indii, a Magellan nie opłynąłby globu. Ciekawość świata to silnik, który napędza wielu ludzi i daje im motywację do walki z przeciwnościami. 

Trzeba mieć jednak świadomość, że podróże w odległe skrawki świata niosą ze sobą bagaż pełen smutnych konsekwencji. Cywilizowanie na siłę, zagłada rdzennej ludzkości, destrukcyjny wpływ na tamtejszą faunę i florę, niszczenie dorobku kulturalnego - to tylko część z całej litanii win, jakie ludzie mają na swoim koncie, lecz najgorsze jest to, że nie zdają sobie sprawy z tego lub bagatelizują to. Za niedługo może dojść do sytuacji, w której zwierzęta dotychczas licznie żyjące w amazońskiej dżungli, będą oglądane jedynie za kratami w zoo lub na obrazkach w książkach - a wszystko to będzie ludzką "zasługą".

Książka, z którą tym razem przyszło mi się zmierzyć to opowieść podróżnicza, oparta na wydarzeniach autentycznych przeżytych przez autora. Opisuje on swoje przeżycia podczas wojaży na pełnym tajemnic kontynencie, jakim jest Ameryka Południowa. "Gringo wśród dzikich plemion" to zbiór wielu historii, jakie przytrafiały się Wojciechowi Cejrowskiemu w nieokiełznanej Amazonii, kolekcja anegdot ujętych w barwny i humorystyczny sposób, choć także jest to zbieranina refleksji i przemyśleń.

Cejrowski to postać, która od dawna wzbudzała we mnie fascynację. Z chęcią oglądam programy prowadzone przez niego, dlatego postanowiłam sięgnąć po kolejną z jego książek , tym bardziej, że pozytywnie wspominałam jego twórczość przez spotkanie z inną pisaną przez niego historią (wcześniej miałam okazję zapoznać się z "Rio Anaconda"). Wakacje to najlepszy czas, by sięgnąć po książki podróżniczo-przygodowe, tym bardziej, gdy siedzi się w domu - wtedy można wraz z bohaterem przenieść się w odległe krainy i wspólnie odkrywać nieznane. 

Nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziona, ponieważ "Gringo..." czytało mi się naprawdę bardzo przyjemnie. Autor snuje swoje losy w niezwykle plastyczny i interesujący sposób, a bogate zabarwienie całości dużą dozą humorystycznych akcentów sprawia, że książkę czyta się jednym tchem. Warto jednakże zwrócić uwagę na to, że Cejrowski skupia się także na ważnej i aktualnej problematyce, która często jest lekceważona i nie zwraca się na nią uwagi. 

Pan Wojciech sporo uwagi poświęca filozofii wyznawanej przez rdzennych mieszkańców odwiedzanych przez niego terenów - nie umyka mu specyficzne pojmowanie czasu przez Indian, dla których nie odgrywa on większej roli. Ciekawe są też nawyki indiańskie, których nie chcą i nie lubią zmieniać - "tak MUSI być, bo tak się ZAWSZE robi" - koniec, z taką argumentacją nie można się kłócić, więc trzeba odpuścić. 

Bardzo spodobało mi się, że w książce dobitnie komentowane jest postępowanie ludzi chcących na siłę odmieniać Indian. Pokazuje to prosty przykład z cywilizowaniem i nawracaniem ludzkości, który zdecydowałam się tu zamieścić, by pokazać, na czym polega problem. Żyją sobie Indianie w swojej dziczy, żyją, żyją... aż przychodzą do nich biali z misją nawrócenia. Zakazują Indianom starych metod według których od setek lat postępowali i radzili sobie z codziennością - jeśli wierzą w Boga to nie mogą już wyznawać kultu szamanów i czcić ich, więc działalność takich osób zostaje zakazana. Lecz jak postępować, gdy ludzie w wiosce zaczną chorować, a umiejętności do jego wyleczenia posiada szaman, który jednak nie może ich użyć? Biali w takiej sytuacji nakazali im zawierzyć "sile modlitwy", bo owa jest w stanie wszystko przezwyciężyć. I dochodzi do sytuacji, że mimo istnienia ludzi, którzy są w stanie poradzić sobie z problemem to nie mogą... Bo biali nie pomyśleli w swojej "wspaniałomyślności", by zostawić im chociaż lekarzy, może nauczyć innych metod leczenia, dać leki, szczepionki, etc. A potem następuje wielkie zdziwienie, że rdzenna ludność ginie... To tylko jeden z nielicznych przykładów, gdyż w tej książce znajduje się ich o wiele więcej, a każde pokazują obraz dzisiejszego człowieka, który zamiast pomagać to szkodzi. 

Spotkanie z twórczością Cejrowskiego było dla mnie rewelacyjnym przeżyciem, bo pozwoliło mi na rozrywkę, jaką najbardziej lubię - wysmakowaną i błyskotliwą. A sympatia dla Pana Wojciecha jeszcze bardziej wzrosła, gdy podczas czytania natknęłam się na cytaty mojego ulubionego autora (Pratchetta) - niejednokrotnie się uśmiechnęłam przy tym, bo miło wiedzieć, że ktoś też go ceni na tyle, by wspominać o nim w swojej książce. Całość na pewno nie pozostanie we mnie bez echa, ponieważ odniosłam wrażenie, że jest to apel do człowieka, by zatrzymał się i spojrzał na to, co robi - póki jeszcze ma czas, bo niedługo może być już za późno.

sobota, 5 lipca 2014

"Mowa jest srebrem, milczenie złotem - czy to rzeczywiście trafne, gdy osoba z którą chcemy porozmawiać, jest niemową?"

Okładka książki Morze spokoju
Autor: Katja Millay
Tytuł: Morze Spokoju
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 456
Moja ocena: 8+/10

Przestępstwo zawsze kojarzy się z czymś brudnym, nigdy nie przychodzą w związku z nim myśli o czystości. To czyn odrażający, od którego każdy chciałby być jak najdalej i omijać go szerokim łukiem. Mimo wszystko nie jest to możliwe - ciągle dotyka ono ludzi na całym świecie, najczęściej tych, którzy niczym nie zawinili i nie zasłużyli sobie na takie obejście się z nimi. Niejednokrotnie takie zdarzenie ma wpływ na ich dalsze życie, zmieniając całkiem przyszłość, jaką dla siebie widzieli.


Każdy z nas ma marzenia. Drobne i wielkie, rzeczywiste i takie, których spełnienie się graniczy z cudem lub jest niemożliwe - a jednak marzymy. Marzenia nie kosztują, są w pełni bezpłatne, dlatego chętnie to robimy. Czujemy się dzięki temu szczęśliwi, możemy się oderwać od szarej codzienności i pogrążyć w krainie "gdyby". Gdy mamy możliwość realizacji swoich pragnień, czujemy się jak w niebie. Lecz jak dalej radzić sobie w życiu, gdy jeden incydent niszczy wszystko, co w życiu było ważne i odgrywało znaczącą rolę? Jak postępować, gdy nie możemy sobie poradzić z nową rzeczywistością, gdyż jest dla nas nie do zaakceptowania? Czy w ogóle można mówić o jakiejś metodzie? 

Nastya Kashnikov to dziewczyna skrywająca w sobie niejedną zagadkę. Jest wyróżniającą się osobą w nowej szkole, do której zaczęła uczęszczać, a są tego dwie przyczyny. Jej wyzywający wygląd, który jest na granicy dobrego smaku, gdyż nastolatka stawia sobie za cel przyciąganie uwagi wszystkich swoim ubiorem - zawsze w kolorze czarnym. Drugim czynnikiem, który sprawia, że jest inna niż wszyscy to jej milczenie - Nastya nie odzywa się do nikogo, a komunikuje jedynie w sytuacjach, które uznaje za konieczne. Josh Bennett to chłopak, który w życiu przeżył niejedno. Stracił wszystkich bliskich, musi radzić sobie w życiu sam, a jedyne co zdaje się go interesować to własnoręczne tworzenie od podstaw mebli. W szkole wytworzyła się wokół niego "martwa strefa", której nikt nie przekracza. Nikt oprócz Nastyi, która od początku zaczyna kręcić się wokół nastolatka. Próbują nawzajem siebie poznać, lecz o ile chłopak z czasem coraz bardziej otwiera się przed dziewczyną, tak ona okazuje się mieć w sobie coraz więcej tajemnic, których nie zamierza odkrywać, nawet przed kimś tak jej bliskim jak Josh...

To, że piszę tu tę recenzję, jest dla mnie sporym zdziwieniem. Zaskakuje mnie to, ponieważ nie miałam w planach czytania tej książki, wręcz byłam do niej negatywnie nastawiona i za nic w świecie nie zamierzałam brać się za coś, co według wszystkich było tak piękne, niesamowite i cudowne. A tutaj jak widać los lubi śmiać się ze mnie prosto w twarz, bo zdecydowałam się przeczytać "Morze Spokoju". I mogę śmiało powiedzieć, że zatonęłam w nim bez możliwości ratunku z niczyjej strony.

Bohaterowie wzbudzali we mnie cały kalejdoskop uczuć - od nienawiści, złości, irytacji przez niechęć, obojętność, bierność aż po sympatię i uwielbienie. Swoje zdanie w trakcie czytania zmieniałam ciągle, praktycznie każde nowe działanie ze strony Nastyi lub Josha sprawiało, że zmieniałam swoje zdanie na ich temat. To dość niebywałe, bo dawno się nie zdarzyło, bym była aż tak niestała w swojej opinii - zazwyczaj już na samym początku wyrabiałam sobie zdanie na temat poszczególnych postaci, ale tutaj się tak nie dało. 

Historia nie jest opowiadana z jednej perspektywy, gdyż narracja jest zmienna - raz opowieść jest snuta z punktu widzenia chłopaka, raz tak, jak ją widzi Nastya. Sprawia to, że lepiej poznaje się motywy postępowania obu osób, łatwiej jest ich zrozumieć, wczuć się w ich emocje i uczucia towarzyszące im każdego dnia. To także zabieg, który zapobiega nudzie i monotonii, bo ciągłe zmiany uniemożliwiają je. 

Ciężko jest mi powiedzieć, do jakich powieści należy ta książka, ponieważ ciężko ją wpasować w jedną szufladkę. Nie jest to opowieść radosna, promieniująca szczęściem i radością, ale nie jest to też przepełniona wyłącznie smutkiem historia. Bliżej jej w mojej opinii do nostalgii i melancholii, tak ja ją odczułam. Ma w sobie wrażliwość i eteryczność, skłania do wysuwania wielu refleksji podczas czytania. Jest nacechowana cierpieniem, ale i wolą walki z nim, próbami zrzucenia pęt. 

Trudne jest określenie, co tak naprawdę urzekło mnie w tej książce, bo musiałabym wymienić wszystkiego po trochę - szczery, bezpośredni język Nastyi i Josha, którzy nie boją się mówić tego, co myślą; ich cechy charakteru, składające się na dwie wyraziste i dopracowane osobowości; przesłanie płynące z całości. "Morze Spokoju" to z pewnością książka, która zostanie w mojej pamięci nie na chwilę lub dwie, bo nie zasłużyła na to - pozostanie na znacznie dłużej, bo choć często wzruszam się przy takich historiach, to w tym przypadku jestem mocno i dogłębnie poruszona.

piątek, 4 lipca 2014

"Jaki jest Bóg - to starzec z długą, siwą brodą, czy może tęga, pełna sympatii Murzynka?"

Okładka książki Chata
Autor: William P. Young
Tytuł: Chata
Wydawnictwo: Nowa Proza
Liczba stron: 288
Moja ocena: 8/10

Wiara to coś bardzo prywatnego i osobistego, dla niektórych osób to wręcz intymna sprawa, o której nie powinno się dyskutować. To rodzaj swoistego tabu. Niechętnie dzielimy się naszymi przemyśleniami na jej temat, obawiając się opinii innych i linczu z ich strony. Uważamy, że jest to tylko nasza sprawa - niech innych nie obchodzi w co wierzymy, bo nic im do tego. Dla jednych Bóg to przyjaciel, któremu mogą zawierzyć w każdej sytuacji, dla drugich to ojciec, który dba o każde swoje dziecko, dla trzecich to nieistniejące "coś", a czwarci wykluczają jego istnienie. 

środa, 2 lipca 2014

"Zjeść ciastko i mieć ciastko, czyli tajenie zdrady, które też ma swoje granice"

Okładka książki Bezmyślna
Autor: S.C. Stephens
Tytuł: Bezmyślna
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 672
Moja ocena: 2+/10

Niczym dziwnym się wydaje, że w związku jedna osoba poświęca się dla drugiej. Można uznać, że to nie jest coś wielkiego, a perspektywa bycia ze swoją połówką wynagradza wszystkie niedogodności. Czasem wiążą się z tym drobne i nieznaczne ustępstwa, czasem natomiast w grę wchodzi rezygnacja ze spełniania marzeń i życiowej szansy, która ponownie się nie powtórzy - dla miłości wszystko. Tylko czy jest to doceniane? 

Według mnie zdrada to druga w "hierarchii" krzywda, jaką ludzie mogą wyrządzić swojej ukochanej (ale czy na pewno?) osobie. Jest jednak coś, co jest znacznie gorsze od zdrady - to okłamywanie, tajenie swojej winy, udawanie, że nic się nie stało, a wszystko tylko po to, by uniknąć konsekwencji swojego czynu i poniesienia za niego odpowiedzialności w dorosły sposób. 

Kiera to dziewczyna, którą wiele z osób nazwałoby farciarą. Dorastała w szczęśliwej, kochającej rodzinie, nie jest w złej sytuacji materialnej, a na dodatek ma chłopaka, którego zazdrości jej wiele dziewcząt - nie dość, że kocha ją do szaleństwa i jest oddany jak nikt inny, to jeszcze bardzo przystojny i inteligentny. Młodzi decydują się na wyjazd do nowego miasta ze względu na staż chłopaka, a zamieszkują w towarzystwie jego przyjaciela Kellana. Wszystko wydaje się być w najlepszym porządku, aż okazuje się, że zakochanych czeka rozłąka. Kiera nie potrafi sobie poradzić z kłębiącymi się w niej emocjami, czuje się samotna i potrzebuje pocieszenia. Czy trzeba mówić, jak sobie poradziła? Wraz z Kellanem rozpoczynają niebezpieczną grę, a chociaż wiedzą jakie konsekwencje niesie ze sobą, nie potrafią i nie chcą z niej rezygnować.

Kolejny raz dostałam kopa w tyłek za to, że oceniałam książkę po okładce. Bo sami spójrzcie: ujmujący uśmiech ślicznej dziewczyny, przystojny chłopak leżący przy niej - wszystko tchnie ciepłem i takim spokojem. Mimo, że zapoznałam się przed zakupem z tematyką, to jednak liczyłam na to, że w takim tomiszczu otrzymam coś, co mi się spodoba. Ale na pewno nie byłam gotowa na taki zawód i rozczarowanie, jakie mnie spotkały po przeczytaniu. 

Niejednokrotnie główna bohaterka kojarzyła mi się z Bellą (saga Zmierzch) lub z Aną (Pięćdziesiąt odcieni Greya). Tak jak te dwie potrafiła niemiłosiernie irytować człowieka i co rusz w mojej głowie pojawiała się myśl, że gdyby ta dziewczyna zmaterializowała się obok mnie, to najchętniej bym zamordowała ją gołymi rękami. Rumieniła się w wręcz rekordowym tempie, na trzech stronach książki dała radę zrobić to 16 (!) razy. Była strasznie naiwna, jej zachowania nacechowane były wyrachowaniem i egoizmem - to taki typowy przykład osoby, która chciałaby mieć ciastko, ale i je zjeść. Nie miała w sobie ani grama współczucia i empatii - nie liczyły się dla niej uczucia ani jej chłopaka Denny'ego, ani Kellana, bo w każdej sytuacji kalkulowała, co jej się bardziej opłaca, nawet gdy Kellan prosił ją o ostateczne podjęcie decyzji - zamiast podjąć ją sercem, to podjęła ją samolubstwem. Ani trochę szacunku do partnera, z którym żyła wspolnie od dwóch lat. Do tego ciągłe ochy i achy nad swoim kochankiem - ile razy można powtórzyć, że ktoś ma włosy rozburzone jak po seksie? Ile razy można zachwycać się jego mięśniami czy wytartymi dżinsami? 

Wszystko w tej książce było do bólu przerysowane i schematyczne - obaj mężczyźni idealnie wyglądający, ona jak szara myszka, która jakimś cudem u obu wzbudziła zainteresowanie. Każde zbliżenie miłosne z Kellanem było cudowne i niesamowite, o wiele lepsze niż z jej chłopakiem. Bohaterka kompletnie nie wiedziała czego chciała w życiu, każda rzecz przyprawia ją o łzy, niezdecydowanie i zdezorientowanie - jest jak dziecko, które trzeba złapać za rączkę i pokierować, bo sama nie da sobie rady, choć ma dwadzieścia lat. Odbioru książki nie ułatwiła też narracja dziewczyny, ponieważ była ciężka i toporna jak dla mnie. 

Cała książka była dla mnie jedną, wielką męką. Te 672 strony to w ostatnim czasie były najtrudniej połykane przeze mnie kartki, jakie sobie przypominam - nie licząc już Greya. Bohaterzy nie przypadli mi do gustu, może odrobinę współczucia miałam dla Denny'ego, chociaż w zasadzie był to żal, że zakochał się w tak pustej i okropnej osobie jak Kiera. Po zakończeniu książki czułam, jakby ktoś wylał mi na łeb wiadro zimnej wody - kompletnie się zawiodłam, nie tego chciałam i oczekiwałam. Wiem, że mają być kolejne części, ale najzwyczajniej w świecie boję się po nie sięgnąć - a co, jeśli okażą się jeszcze gorsze dla mnie?

wtorek, 1 lipca 2014

Czas w miejscu nie stoi - witamy lipiec!



Kolejny miesiąc przechodzi do historii i zostaje oddzielony grubą kreską, dlatego warto krótko go podsumować i zaprezentować moją działalność na polu czytelniczym. W porównaniu z poprzednimi miesiącami wypadło nieco słabiej, jednak stwierdziłam, że nie jestem tym rozczarowana. Udało mi się przeczytać wiele interesujących książek, niektóre będę wspominać z sympatią, o innych wolałabym zapomnieć. Ważniejsze jednak jest, że czytanie wciąż daje mi wiele radości, a ja odnajduję w tym zajęciu przyjemność, bo przecież o to chodzi.

A oto lista książek, do których mogę przylepić plakietkę z podpisem - czerwcowe czytadła:

1. Dynastia Tudorów. Królowa traci głowę - Elizabeth Massie, Michael Hirst
2. Dynastia Tudorów. Bądź wola Twoja - Elizabeth Massie, Michael Hirst
3. Elita - Kiera Cass
4. Troje - Sarah Lotz
5. Chata - William P. Young
6. Pamiętnik z przyszłości - Cecelia Ahern
7. Jesienna miłość - Nicholas Sparks
8. Anna Karenina - Lew Tołstoj
9. Na krawędzi nigdy - J.A. Redmerski
10. Nauka Świata Dysku I - Terry Pratchett, Ian Stewart, Jack Cohen
11. Bezmyślna - S.C. Stephens

 Z zaskoczeniem stwierdziłam, że większość powieści, które dane mi było przeczytać, były całkiem niezłe - może i nie majstersztyki, jednak historie w nich przedstawione pozwoliły mi na odrobinę relaksu i zapomnienia, a także na miłe odcięcie się od codzienności.
Obie części "Dynastii..." sprawiły, że miałam okazję cofnąć się w czasie o kilkaset lat i przenieść na fascynujący, wypełniony intrygami dwór Henryka VIII, natomiast z powieścią pani Ahern przekonałam się, że w świecie wszystko jest możliwe - nawet pamiętnik opisujący wydarzenia, które dopiero się przytrafią. Kolejna część serii Kiery Cass ukazała dalsze losy Ameriki i jej coraz poważniejsze dylematy związane z księciem, a dzięki Chacie mogłam przemyśleć wiele niesamowitych kwestii dotyczących wiary, odkryć to, co w życiu niewidoczne dla oka, lecz widzialne dla serca. Sparks kolejny raz zauroczył mnie swoją historią miłosną, a Sarah Lotz ukazała w realny sposób katastrofę lotniczą, siłę mediów i fanatyzm. Pratchett ze spółką nie rozczarował - świetnie się bawiłam z gronem profesorskim NU, lecz mogłam też wiele się dowiedzieć głównie z dziedziny fizyki i biologii (w końcu zrozumiałam co to jest kot Schrodingera!). Klasyka jak dotychczas nie rozczarowała, a Ania stanęła na wysokości zadania i pozwoliła mi zapoznać się z jej losami. Wszystko pięknie i świetnie... ale nie do końca! Największym zawodem czytelniczym w ubiegłym miesiącu była niewątpliwie książka "Bezmyślna" - a dlaczego tak się stało, to opowiem w kolejnej recenzji, która już niedługo!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka