niedziela, 29 czerwca 2014

"Miłość potrafi uskrzydlać, lecz umie także niszczyć. Czy to siebie nie wyklucza?"

Okładka książki Anna Karenina
Autor: Lew Tołstoj
Tytuł: Anna Karenina 
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 912
Moja ocena: 9/10

Kochając, jesteśmy w stanie oddać za najdroższą osobę wszystko. Zapewnienia o dozgonnym i nigdy niesłabnącym płomieniu uczucia, romantyczne listy pisane na dopasowanej papeterii lub przy jej braku na zwykłych kartkach, słodkie słówka szeptane do ucha, spacery przy pełni księżyca, pierwsze pocałunki - nieśmiałe i wywołujące rumieńce... Można wymieniać w nieskończoność. Lecz przychodzi czas, gdy między dwójką żyjących razem osób rozsiada się rutyna i przyzwyczajenie. To, co dawniej w naszej połówce było dla nas urocze, staje się irytujące, a my nie potrafimy odnaleźć w tym wcześniejszego wdzięku. Niestety, niejednokrotnie w podobnej sytuacji do drzwi puka zdrada. 

Jakie odczucia towarzyszą osobie zdradzanej? Wydawać by się mogłoby, że z pewnością ból, rozpacz, rozgoryczenie, niedowierzanie... ale nie tylko. Zdarza się jednak, że zdrada działa na człowieka całkiem inaczej - godzi się z nią i przyjmuje ją do wiadomości, a nawet zaczyna się do niej przyzwyczajać i tolerować ją. Wszystko zniesie, lecz w pewnych granicach - byle tylko nie ucierpiała pozycja w towarzystwie i nie zostało narażone dobre imię, a wszystko będzie cacy. 

Powieść Lwa Tołstoja to złożona w jedną, spójną całość kompilacja różnych przypadków ludzkich w dziewiętnastowiecznej Rosji. Okazuje się jednak, że w świecie dzisiejszym, w XXI wieku nadal jest aktualna mimo czasu, który upłynął od momentu jej opublikowania. Wniosek może być zaskakujący, lecz jest bardzo prosty - lata mijają, epoki się zmieniają, lecz ludzka natura i ich mentalność są ciągle takie same. 

Tytułowa bohaterka to kobieta prowadząca życie jak z bajki. Jest księżną, posiada ogromny majątek, ma szanującego ją męża odnoszącego sukcesy na arenie politycznej i małego synka. To wszystko uszczęśliwia kobietę, lecz jedynie do pewnej chwili. Anna Karenin wyrusza bowiem w podróż do Moskwy, aby tam pogodzić ze sobą brata i jego żonę. Podczas tej wizyty poznaje Wrońskiego, przez którego całe jej życie ulega zmianie. Początkowe zauroczenie staje się startem ku końcowi Anny, gdyż przemienia się w romans nie do zaakceptowania dla lwiej części społeczeństwa i liczącej się elity, do której należała jeszcze niedawno. To, co było na pierwszy rzut oka proste, staje się barierą nie do przekroczenia, a rzeczywistość szybko weryfikuje marzenia, którymi żyli zakochani. 

Pisarz z dokładnością kreuje swoich bohaterów. Oprócz tytułowego wątku tworzy też kilka innych, aczkolwiek równie ważnych - obecne jest zdradzanie przez Obłońskiego Dolly, odrzucenie Lewina przez Kitty i ich ponowne złączenie, sytuacja polityczna i ekonomiczna w kraju, codzienne życie śmietanki towarzyskiej i ich rozrywki, choroba brata Lewina - można wymieniać i wymieniać, lecz trzeba Tołstojowi przyznać, że nic nie zostało przez niego potraktowane po macoszemu, lecz z chirurgiczną precyzją.

Postacią, która najbardziej zaskarbiła sobie u mnie sympatię jest niewątpliwie Kitty. Z rozpieszczonego podlotka, który odrzucił szczerą miłość Lewina na rzecz Wrońskiego, który później zignorował dziewczynę kompletnie, łamiąc jej serce wyborem Anny, staje się dojrzałą, inteligentną i zaradną kobietą, która nie boi się postawić na swoim, a dla swoich bliskich jest w stanie wiele poświęcić i pójść na niejeden kompromis, co świadczy, że prawdziwie stała się osobą dorosłą.

Sama Anna Arkadiewna Karenin wywoływała u mnie mieszane uczucia. Z pewnością piękna była jej miłość do małego Sierioży, lecz straszne było, że nie potrafiła pokochać drugiego dziecka, choć obcą dziewczynę będącą służką obdarzała wieloma uczuciami. Z jednej strony była mądrą kobietą, a z drugiej była naiwna niczym dziecko - czasami nie zdawała sobie kompletnie sprawy ze sytuacji w jakiej się znalazła, a powinna mieć w niej rozeznanie. Rozczulała się nad sobą, szukała ciągle powodów do zazdrości, a w końcu ta chora, niezdrowa zazdrość sprawiła, że kobietę spotkał tragiczny koniec. 

Na tylnej okładce mojego wydania pojawiło się zdanie, jakoby kobiety czytające tę opowieść, odnajdywały w osobie Anny samą siebie. Po części jestem w stanie się w tym zgodzić, po części jednak nie. Dlaczego się zgodzę? Bo myślę, że każda kobieta pragnie wielkiej i pięknej miłości, pełnej żaru i namiętności, chce poszukać człowieka, z którym byłaby szczęśliwa. Dlaczego się nie zgodzę? Bo jestem pewna, że jednak nie każda z kobiet byłaby w stanie zdradzić wieloletniego partnera, postawić na szali przyszłość swojego dziecka tylko po to, by przeżyć w życiu miłostkę, choćby i najpiękniejszą. 


Obiecałam sobie zapoznawać się z klasycznymi dziełami literatury, a że w moje łapki wpadła ta powieść, to mogłam dotrzymać słowa. Po lekturze tej książki mogę z czystym sumieniem rzec, że nie jestem rozczarowana. Historia ta przedstawia niesamowite losy miłości, pokazuje wiele stron ludzkich charakterów. Autor wszystko przedstawia realistycznie - nic nie jest czarno-białe, nie brakuje tu rozmaitych odcieni szarości. Całość jest godna polecenia i moim zdaniem jest to coś, z czym każdy czytelnik powinien się zapoznać, gdyż "Anna Karenina" zasługuje na to.

sobota, 28 czerwca 2014

"Ej no... czy Ty nie przesadzasz? Ścisz tą muzykę, ludzie próbują spać, do Idaho długa droga!"

Okładka książki Na krawędzi nigdy
Autor: J.A. Redmerski
Tytuł: Na krawędzi nigdy
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 476
Moja ocena: 7/10

Często słyszymy o tym, że jakiś dalszy znajomy, krewny czy sąsiad ma depresję. Podchodzimy do tego obojętnie, nie zdając sobie sprawy z trwającego dramatu. Depresja wbrew pozorom nie łączy się ze smutkiem (tym bardziej z radością) - to choroba obojętności. Okres, kiedy czuć jedynie pustkę oraz występuje deficyt jakichkolwiek uczuć. Zwyczajnie życie traci sens.

Wiele obecnie słyszy się na temat zachowywania rozsądku. Wszędzie trąbi się o racjonalnym podejściu, rozwadze i ostrożności. Ryzykanctwo i brawura nie są nigdzie pożądane. Czy któreś z nas odważyłoby się rzucić wszystko, spakować do małej torby niezbędne sobie rzeczy i udać w podróż, losowo wybierając punkt docelowy?

Camryn Benett nie potrafi rozprawić się z demonami przeszłości, które nękają jej duszę. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej w wyniku zmiany zachowania wybranka jej przyjaciółki. Pogrążona w depresji Cam decyduje się odciąć od rzeczywistości, dlatego kupuje bilet do Idaho i samotnie wybiera się w podróż w nieznane. Wyprawa zostaje urozmaicona w wyniku poznania pasażera zajmującego miejsca za nią. Andrew Parrish sprawia, że całe życie Camryn odwraca się do góry nogami. Lecz na drodze do ich szczęścia staje sekret chłopaka...

Jestem wzrokowcem i moją okropną wadą jest, że w znacznej mierze o tym, czy przeczytam książkę decyduje jej okładka. W tym przypadku również tak było - zostałam nią zauroczona od chwili, gdy zobaczyłam zapowiedzi, jednakże ciągle odwlekałam moment przeczytania jej, aż w końcu powiedziałam: stop! I przeczytałam.

Bardzo przypadł mi do gustu pomysł zmiennej narracji - raz z punktu Cam, raz z Andrew, ponieważ taki zabieg sprawił, że książka nie wydawała si monotonna. Przyjemny był także język - powieść czytało się szybko i łatwo, co tylko działa na jej korzyść.

Sam motyw podróży, na którym w przeważającej mierze opiera się fabuła, jest interesujący, jednak jak dla mnie zbyt naciągany i nierzeczywisty. Mimo całej sympatii do głównych bohaterów, to Cam wykazała się w mojej opinii zbytnią naiwnością i nadmierną ufnością - jaki człowiek zgadza się na podróż przez pół Ameryki z dopiero co poznanym człowiekiem, o którym wie tyle co nic, a i nie ma pewności co do wiarygodności posiadanych informacji?

Książka zgodnie z moimi oczekiwaniami nie zawiodła mnie, ponieważ pozwoliła mi na miłe spożytkowanie czasu. Całość okazała się ciepłą i przyjemną opowieścią o podejmowaniu ryzyka w życiu, miłości i walce o nią, tylko że... nic poza tym. Większych uczuć we mnie nie wzbudziła, obyło się bez wzruszeń, pozostał niedosyt, ponieważ czuję, że książka ta jest dla mnie niezupełnie dopracowana, a szkoda - taki nieco zmarnowany potencjał, choć lepszy od wielu innych książek. 

środa, 25 czerwca 2014

Jedna prośba, a tak ciężko ją spełnić? "Musisz obiecać, że się we mnie nie zakochasz", nie pamiętasz?

Okładka książki Jesienna miłość
Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Jesienna miłość
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 224
Moja ocena: 8+/10

Miłość to uczucie, na temat którego powstały peany i hymny, jest uwieczniana przez twórców na obrazach i w rzeźbach, powstaje o niej masa piosenek. Prawda jest taka, że każdy z nas jej poszukuje, choć nie zawsze o tym mówi. Nie ma w tym nic złego, bo chyba nikt nie pragnie dla siebie samotnego życia, aż nasuwa się sam z siebie cytat wzięty od autora, którego organicznie nie znoszę, a jednak jest tu trafny: "Najgorsze, co może spotkać człowieka, to żyć i umrzeć w samotności, nie kochając i nie będąc kochanym". Bo każdy tego potrzebuje, tylko nie zawsze znajduje tę miłość tam, gdzie jej szukał. 

Każdy z nas znał osoby niecieszące się zbytnią popularnością, gdy chodził do szkoły. Może i nie należały do uczniów, których się prześladuje i uprzykrza życie, ale były ludźmi, które się po prostu omija, traktuje jak powietrze i nie zauważa. Często są to osoby robiące wiele dobrego, lecz spędzanie z nimi czasu nie przynosi szacunku u znajomych i podziwu wśród nich. Skoro inni się z takiej osoby śmieją, to nie możemy być gorsi - robimy to samo. Lecz czy ktoś z nas zakłada, że los połączy nas z taką osobą będącą ofiarą cudzych docinków? 

Landon Carter to siedemnastoletni chłopak, który rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej. Jest synem znanego polityka, lecz jak sam stwierdza, nie odczuwa jego obecności w swoim życiu. Zadaje się z najpopularniejszymi osobami w szkole, gdyż ważna dla niego jest opinia ludzi. Wszystko jednak odmienia się przez Jamie, cichą i szarą myszkę będącą córką pastora, przez którą nastolatek bierze udział w przedstawieniu bożonarodzeniowym. Oboje zapominają o obietnicy, którą Landon złożył dziewczynie, co później obraca się przeciwko zakochanym, gdyż oprócz chwil szczęścia niesie wiele bólu, który muszą udźwignąć na swych barkach. 

Nie należę do osób, które zaczytują się w historiach o miłości. Owszem, lubię od czasu do czasu przeczytać książkę, w której jednym z wątków jest opowieść o rodzącym się uczuciu, jednak gdy owy wątek dominuje całą akcję i fabułę, to jestem niezadowolona. To samo można powiedzieć o typowych romansach - coś nie dla mnie. A jednak "Jesienna miłość" mimo niedużej ilości stron i unikanej tematyki poruszyła mną do głębi i zostawiła ze łzami w oczach. Gdzie tkwi sekret tej książki? 

Zdradzę Wam tajemnicę... jest nią autor. W moim przypadku dopiero poznaję jego twórczość, ponieważ mam za sobą dopiero dwie książki Sparksa, nie licząc tej ("Wciąż ją kocham", "Szczęściarz"), a każda z nich potrafiła wzruszyć mnie do granic. I to samo jest z tą. Mimo, że jego historie są proste i przewidywalne, to jednak jego styl pisania ma w sobie pewien urok, który przyciąga i nie pozwala odejść, nakazując książkę przeczytać bez przerw. Mimo, że nie zawsze jego powieści mają pozytywne zakończenie, to zawsze epatuje z nich ciepło i uniwersalne przesłanie. 

Cóż rzec o samych bohaterach? Zawładnęli mną, jak i autor. Niesamowita była przemiana głównego bohatera, który z typowego nastolatka liczącego się ze znajomymi staje się dojrzałym człowiekiem, dla którego priorytetem staje się miłość i jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Mimo, że wydarzenia, które mają miejsce, są dla niego niespodzianką i początkowo zaprzecza wszystkiemu, to jednak w końcu godzi się z faktem, że Jamie nie jest dla niego osobą obojętną. Jej bezinteresowność, szczerość, otwartość i wdzięk podbiły jego serce, choć przecież obiecał jej, że do tego nie dojdzie. I choć całość nie kończy się tak, jak szczerze życzyłam tej dwójce, to jednak niezaprzeczalnie jest to przepiękna opowieść.

Pan Sparks po raz kolejny czaruje swoje czytelniczki, gdyż nie oszukujmy się - to nie jest literatura skierowana do mężczyzn, a robi to w tak magiczny sposób, że mogę prosić o więcej i żałować, że książka była objętościowo zbyt krótka dla mnie. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że moja przygoda z jego twórczością to dopiero początek i z pewnością nie raz sięgnę jeszcze po którąś z jego powieści. I to samo polecam wszystkim, gdyż on ma w sobie to coś!

wtorek, 17 czerwca 2014

Rzecz o katastrofie lotniczej, fanatykach religijnych i mediach, którzy swą bezwzględnością i determinacją potrafią doprowadzić do jeszcze większej tragedii.

Okładka książki Troje
Autor: Sarah Lotz
Tytuł: Troje
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 480
Moja ocena: 8-/10

Nie skłamię stwierdzając, że większość ludzi żyje dniem dzisiejszym, rozpamiętując przeszłość, a przyszłości poświęcając mało uwagi lub przejmując się tylko tą najbliższą. Każdego dnia słyszymy o wypadkach, jakie zdarzają się na całym świecie. Jest nam żal ludzi dotkniętych krzywdą i niesprawiedliwością, jednak cieszymy się, że nas to w bezpośredni sposób nie dotyczy. Jest to płytkie zachowanie, ale bliskie i właściwe każdemu człowiekowi, gdyż nikt z nas nie chciałby, by to jakiś członek jego rodziny zginął - wolimy, gdy to przydarzy się osobie nam nieznanej, więc i obojętnej. 

Żyjemy w czasach globalizacji - dziś bez problemu w ciągu kilku sekund możemy skontaktować się z kimś, kto mieszka na drugiej półkuli, nie musimy czekać miesięcy na wiadomość powrotną. Drugą stroną tego zjawiska jest występowanie tzw. mass media, czyli środków masowego przekazu, do których należy telewizja, prasa, internet i radio. Płynie z nich wiele korzyści, lecz mają też swoje wady - potrafią manipulować ludzkością w iście mistrzowski sposób i robić im mocne pranie mózgów. Wywierają wpływ, powodują wiele szumu i zamieszania - a o to przecież im chodzi! 

Czarny czwartek to dzień, który nieprędko da się zapomnieć. To wtedy doszło do czterech katastrof lotniczych w czterech różnych miejscach na świecie, z których ocalała tylko trójka dzieci - Jess, Bobby i Hiro. Wszystko po jakimś czasie wróciłoby do normy, gdyby nie nagrana wiadomość na telefonie jednej z pasażerek, która odmieni losy świata. Do głosu dochodzą fanatycy religijni, którzy głoszą teorie o końcu świata i twierdzą, że Troje są Jeźdźcami Apokalipsy. Rozpoczynają się gorączkowe poszukiwania, mające na celu odnalezienie Czwartego Jeźdźca. To wydarzenie okazuje się być punktem kulminacyjnym w całej sprawie. 

Muszę przyznać, że na początku książka nie przypadła mi do gustu. W mojej głowie panował kompletny misz-masz, ponieważ nie potrafiłam odnaleźć się w całej książce. Nie ułatwiała mi tego specyficzna forma książki, która przedstawia relacje i opisy osób związanych z dziećmi zwanymi Troje - nie rozróżniałam kto mówi, o czym mówi, wszystko działało mi na nerwy i nie skłamię, jeśli powiem, że byłam mocno zniechęcona i wahałam się nad odłożeniem książki na inny termin. Jednak zagłębiając się w fabułę, coraz bardziej w niej tonęłam. I to na dobre!

Mimo że książka opowiada o tytułowej trójce dzieci, to tak naprawdę ich losy poznajemy jedynie z relacji ich bliskich, dzieciaki są bohaterami ich opowieści, lecz same nie wypowiadają się o wypadkach. Po katastrofie wracają odmienione, co jest powodem niepokojów ich rodzin. Lecz nie to jest dla nich głównym problemem - najgorsza jest afera, która wybucha przez (a może dzięki) nagranie jednej z kobiet. Wiadomość, która jest skierowana do pastora, zostaje odebrana jako proroctwo. A to tylko początek.

Autorka idealnie pokazuje mechanizmy manipulujące ludnością, przedstawia motywy powstawania sensacji i zamieszania - czytelnik krok po kroku obserwuje dramat rozgrywający się w rodzinach, który media tylko podgrzewają i nakręcają. Nie cofną się przed niczym, tak jak fanatycy religijni, którzy zaczynają głosić swoje orędzia na temat bliskiego końca świata. Domniemani Jeźdźcy Apokalipsy przestają być bezpieczni nawet w swoich domach. Sarah Lotz pokazuje aktualną sytuację na świecie, gdzie jedne frakcje walczą z drugimi, nie patrząc na pozostawiane za sobą ofiary,a wszystko w niesamowicie realistyczny sposób, ponieważ w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać - "to co jest tu opisywane to jeszcze fikcja literacka czy książka oparta na zdarzeniach autentycznie zaistniałych?". 

Całość stanowi niezwykle przemyślaną i mądrą opowieść, która zachwyci wiele osób, choć i pewnie znajdzie swoich przeciwników. Po skończeniu książki napływa wiele refleksji, gdyż ma ona swój morał, który każdy z pewnością odnajdzie. Historia opisana na tych prawie pięciuset stronach wciąga i nie chce wypuścić do samego końca, a na dodatek szokuje i wprawia w zastanowienie - to pozycja dla wszystkich, którzy oczekują od książki czegoś więcej; czegoś, co poruszy i skłoni do myślenia nad tym, dokąd podąża dzisiejsza cywilizacja.

niedziela, 15 czerwca 2014

"Im szybciej dochodzisz na szczyt, tym szybciej możesz z niego spaść."

Okładka książki Dynastia Tudorów. Królowa traci głowę
Autor: Elizabeth Massie, Michael Hirst
Tytuł: Dynastia Tudorów. Królowa traci głowę.
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 336
Moja ocena: 7/10 

Król to osoba, która miała w swoich dłoniach ogromną władzę, podziwianą przez prostych śmiertelników i zjadaczy chleba. Wydaje się, że powinien być najszczęśliwszą osobą na świecie - przecież posiadał sławę, ogromny skarbiec wypełniony złotem, rozległe posiadłości ziemskie, miłość poddanych. Czy można pragnąć czegoś więcej?

Bycie królem ma jednak swoją ważną i specyficzną cechę - władca musi posiadać żonę, która da mu syna, a więc pozwoli na przedłużenie rodu. Jak jednak ma się zachować rządzący, gdy po wielu latach małżeństwa doczekuje się jedynie córki, a szanse na następcę tronu są równe zeru? Jak postąpić, gdy na horyzoncie pojawia się młoda i piękna kobieta, która może spełnić jego pragnienie, a do tego jest darzona przez niego prawdziwym uczuciem? 

Henryk VIII był drugim władcą z dynastii Tudorów, która po wyniszczającej wojnie domowej zaczęła władać Anglią. By umocnić swoją pozycję, a także zapewnić przetrwanie rodu, musi spłodzić syna. Jego gorące chęci nie okazują się wystarczające, gdyż po latach starań ze związku z Katarzyną Aragońską na sześć ciąży tylko jedno dziecko przeżyło, córka. Władca wie, że to małżeństwo nie pozwoli mu posiadać syna, dlatego rozpoczyna starania o unieważnienie go. Pragnie pojąć za żonę Annę Boleyn, która obiecuje urodzić mu syna, gdy tylko uczyni ją swoją małżonką i królową. Sytuacja jednak nie jest prosta, ponieważ papież nie wyraża zgody na rozwiązanie związku, sama Katarzyna też niczego nie ułatwia. Henryk jest jednak królem, dlatego w końcu stawia na swoim i odłącza się od kościoła rzymskokatolickiego, czyniąc siebie głową kościoła anglikańskiego. Takie posunięcie pozwala mu na ślub z Anną, jednak po niedługim czasie sielanki i nad tym związkiem pojawiają się ciemne chmury...

Elizabeth Massie pisząc tę książkę bazowała na scenariuszu Hirsta, na bazie którego został zrealizowany serial o losach dynastii Tudorów. Często takie adaptacje są niepełne i posiadają sporo niedociągnięć, jednak w tym przypadku trzeba przyznać, że autorka w całkiem dobry sposób sobie poradziła. Choć książka nie jest podobna do zwykłych powieści, ponieważ ma urywkowy charakter niczym film - przeskakuje ze sceny na scenę, zostawia czytelnika z pytaniami w ciekawszych miejscach, posiada niedobór opisów i znaczną ilość dialogów, to jednak przyjemnie się ją czyta. 

Książka opisuje losy jednej z ciekawszych postaci w historii Anglii - kobiety, na której punkcie król oszalał do tego stopnia, że doprowadził do rozłamu w kościele, odejścia od wiernej małżonki i narażenia swej pozycji w ówczesnej Europie. Opowieść pokazuje szaleńczą miłość dwóch osób, która jednak ma tragiczny finał, gdyż zwolenniczka reformacji, kobieta światowa i wykształcona, a do tego posiadająca charakter i niedająca sobą pomiatać, powoli sama prowadzi się swoim zachowaniem do zguby, na którą wpływa także fakt, że nie potrafi obdarzyć króla potomkiem męskim - tak jak swoja poprzedniczka rodzi jedynie córkę, a kolejne ciąże są niedonoszone. Anna zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji i zaciskającego się na szyi stryczka, zwłaszcza gdy zauważa, że król zaczyna darzyć uczuciem jej dwórkę - Jane Seymour. 

Oprócz interesującej kreacji Boleynówny Massie ukazuje oblicze Henryka - mężczyzny pełnego pasji i namiętności, człowieka, który nie obawia się postawić na swoim, jest pewny siebie, a dla spełnienia swoich pragnień jest w stanie złamać wszelkie bariery. To król, który nie obawia się postawić potędze ówczesnej Europy - papieżowi. To król, dla którego nie istnieje słowo NIE. To król, który tak szybko jak się zakochuje, równie szybko traci zainteresowanie i poszukuje nowej zabawki, a każdy, kto mu się narazi powinien zacząć obawiać się o swoją głowę. 

Pomijając te główne postaci poznajemy także poboczne - biskupa Fishera i Thomasa More'a, którzy zostali męczennikami, ponieważ opowiadali się za ortodoksyjnym kościołem ze zwierzchnikiem w stolicy apostolskiej, a nie reformatorskim z Henrykiem VIII na czele. Cieszyli się wieloletnią przyjaźnią i sympatią króla, jednak sprzeciw ma swoją cenę, a oni musieli ją zapłacić. Antagonistą w ich poglądach był Thomas Cromwell - człowiek, który wybił się z niczego, ponieważ nie miał żadnych koneksji ani majątku, a jednak osiągnął sukces, zostając kanclerzem królewskim i jego głównym sojusznikiem w nowo powstałym kościele protestanckim.

Ta powieść z pewnością jest inna od pozostałych, choć tak naprawdę nie ma w niej nic odkrywczego, gdyż motywy w niej przedstawione, były także pokazywane przez innych autorów. To, co zasługuje na uwagę to charakterystyczny styl pisania Massie, który jednym może przypaść do gustu swoją oszczędnością w opisach, przeskokach w scenach i ilością dialogów, a innym może przeszkadzać. W każdym razie uważam, że historia warta jest zapoznania się z nią, dlatego mogę tę książkę polecić każdemu, kto interesuje się choć odrobinę historią, może oglądał swego czasu głośny serial bądź po prostu chce poznać historię niesamowitej miłości i jej upadku.

sobota, 14 czerwca 2014

"Wybierz mnie! Wybierz mnie! Wybierz mnie! - czyli kilka słów na temat walki o księcia i koronę."


Okładka książki ElitaAutor: Kiera Cass
Tytuł: Elita
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 328
Moja ocena: 7-/10

Ludziom wydaje się, że marzenia o byciu księżniczką są zarezerwowane dla dziewczynek kilkuletnich, a siedemnastolatki, które posiadają podobne pragnienia, są delikatnie mówiąc niezbyt normalne. W takim wieku powinno się wiedzieć, że życie to nie bajka, a twarda szkoła, która ma na celu wyłanianie silnych jednostek kosztem tych słabszych - aż na myśl przychodzi hasło z kultowej produkcji animowanej o epoce lodowcowej - "Przetrwają najsilniejsi!".

Jaka jednak byłaby nasza reakcja, gdyby nasz świat nie opierał się na usilnie rozpowszechnianej demokracji, głoszącej hasła równości i wolności? Czy umielibyśmy odnaleźć się w świecie, w którym społeczeństwo dzieli się na kasty, a ludzkość dąży do awansu w hierarchii? Czy potrafilibyśmy pogodzić się z faktem, że obok biedoty i osób z marginesu społecznego (czyli Ósemki), istnieją członkowie rodziny królewskiej (Jedynki), którzy bawią się w tzw. Eliminacje, podczas których zapraszają do swej siedziby 35 dziewcząt, by z nich wyłonić księżniczkę, gdy w kraju panują rozruchy i anarchia?

America to siedemnastolatka wywodząca się z klasy Piątek, której udało się zakwalifikować do Elity - szóstki wybranek, z których książę Maxon będzie musiał wybrać swoją przyszłą żonę. Dziewczyna nie potrafi jednak rozeznać się w swoich uczuciach, ponieważ mimo starań o koronę Illei i wygranie Eliminacji, gwarantujących jej zostanie w przyszłości królową, nadal nie potrafi zapomnieć o swojej wcześniejszej miłości - 
Aspenie. Gdy jednak podejmuje decyzję i wydaje się być pewna w tym, co postanowiła, na jej drodze stają wydarzenia, które odmieniają jej sytuację. Wcześniejsza pewna perspektywa wygranej znika, a dziewczyna musi zawalczyć o Maxona z konkurentkami, co nie wydaje się już być proste. 

Druga część serii Selekcja skupia się na pokazaniu losów tytułowej Elity, w której szeregach znajduje się America. To, co jest drażniące, to jej niezdecydowanie i brak stałego punktu odniesienia, do którego z determinacją by dążyła. Dziewczyna walczy o koronę, choć tak naprawdę nie do końca ma rozeznanie w swoich uczuciach i nie wie, czy chce zostać księżniczką, czy też nie. O ile dla niej jest to problematyczne, to tym bardziej musi być dla Maxona, który musi wybrać sobie narzeczoną, a wątpliwości Ameriki wcale mu nie pomagają. Dziedzic zaangażował się w to uczucie, jednak nie może sobie też pozwolić na spalenie wszystkich mostów, dlatego musi okazywać względy rywalkom Ami, co nie jest przez dziewczynę aprobowane. 

Historia po raz drugi pokazuje, że władza nie jest łatwym kawałkiem chleba, o czym potencjalne władczynie przekonują się na własnej stronie. Nieustanne ataki rebeliantów, studiowanie aktów prawnych i nużących statystyk, a do tego ciągłe dbanie o własną pozycję i wizerunek w oczach rodziny monarszej i całego świata nie jest proste, a jednak dziewczęta muszą się z tym zmierzyć i pokazać, że potrafią wyjść obronną ręką. 

Główna bohaterka pokazuje też, że nie jest idealną kandydatką, przez co naraża się samemu królowi. Wątek ten wprowadził pewne urozmaicenie, gdyż odrobinę nużące było czytanie o rozterkach postaci, która prawie że zaczynała przypominać Bellę ze Zmierzchu. Pokazuje on niepokorność i brak stosowania się do jakichkolwiek konwenansów, ponieważ America nie chce godzić się na niesprawiedliwość i ciemiężenie innych, czym jednak wiele ryzykuje, gdyż fakt, że sytuacja w państwie jej nie odpowiada, nie znaczy, że każdy ma takie same odczucia.

Wartym uwagi jest także język książki, który mimo tego, że nie powala na kolana, to jednak swoją prostotą i łatwością w odbiorze pozwala na przyjemne spędzenie czasu z książką, powodowane szybkim tempem czytania jej. Autorka potrafi bardzo realistycznie kreować rzeczywistość, ponieważ umiejętnie przenosi czytelnika w baśniowy świat, pozwalając zanurzyć się w nim i nie chcieć go opuszczać ani na jedną chwileczkę. 

Choć książka w mojej opinii nie należy do wybitnych, ponieważ ma swoje mankamenty, to jednak nie żałuję czasu, jaki na nią poświęciłam. Wydaje mi się też, że może nota wystawiona jej przeze mnie jest zbyt wysoka, jednak myślę, że za operowanie językiem, snucie plastycznych wizji i ciekawe przygody pozwalające lepiej poznać całe struktury rządzące historią, należy jej się. Bo przecież każda z dziewcząt marzy czasem, by zapomnieć o codzienności i przenieść się w czasy dzieciństwa, aby móc pogrążyć się w baśniowej, fantastycznej rzeczywistości.

piątek, 13 czerwca 2014

"Hej, Ty! Tak, Ty! Gdzie się podziałeś?! Wracaj tu do mnie, nie zostawiaj mnie!" - podpisano: kot.

***
Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane. 
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane. 
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno. 
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło. 
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery. 
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
Niech no się pokaże. 
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można. 
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
***

Czerwiec nie jest dla mnie dobrym miesiącem, ponieważ problemy w życiu codziennym sprawiły, że nie mam czasu na czytanie książek, a gdy już zaczynam to bardzo opornie mi to wychodzi, a co z tym idzie - recenzowanie ich. By jednak otworzyć się trochę na literaturę i kulturę wyższą, wykorzystując dzisiejszą chwilę wolnego czasu, natchnęło mnie na sięgnięcie po tomik z wierszami pani Szymborskiej, która obok Herberta jest jednym z bardziej cenionych przeze mnie twórców współczesnych. 

Wisława Szymborska to artystka, która pozornie prostymi, zwykłymi słowami potrafiła mówić o najtrudniejszych rzeczach. Zasłużenie uhonorowana Nagrodą Nobla w swoich utworach przekazuje uniwersalne prawdy o życiu, które potrafi ukazać w magiczny i zrozumiały sposób. Pisze o rzeczach codziennych i bliskich ludziom, lecz nie można powiedzieć, że jej wiersze są proste - to małe dzieła sztuki. 

Wiersz, który tym razem chciałabym tutaj zamieścić i opisać swoje refleksje to "Kot w pustym mieszkaniu". Wszystko wydaje się być bardzo proste, sama treść jest łatwa w zrozumieniu - Szymborska nie operuje wyszukanym językiem, a jednak jej wiersze są najwyższych lotów. W czym tkwi jej sekret i tajemnica sukcesu?

Historia zawarta w tym niewielkich rozmiarów tekście kultury opowiada o tytułowym sierściuchu, który sam siedzi w pustym mieszkaniu, ponieważ jego właściciel umarł. Zwierzak nie wie, w jaki sposób ma sobie wypełnić czas, ponieważ na wiele sposobów kombinuje, a i tak nie osiąga zadowalających efektów. Mimo, że na pierwszy rzut oka widzi, że wszystko jest w porządku, ponieważ meble są na swoim miejscu, ciągle jest karmiony rybką, to jednak dostrzega różnice - brak poprzedniej osoby przygotowującej mu jedzenie, a zastąpienie jej kimś innym. Gdy już odnotował te wszystkie zmiany, rozpoczyna poszukiwania swojego pana, lecz nie potrafi go odszukać mimo usilnych prób i i rozpaczliwych starań. W końcu decyduje się na zemstę, ponieważ nadal wierzy, że jego właściciel powróci do mieszkania po nieobecności, a kiciuś będzie mógł mu się odpłacić pięknym za nadobne.

W tej opowieści odczytywanej dosłownie autorka neguje pogląd, jakoby zwierzęta były pozbawione uczuć - kot wyraźnie ma zachowania typowo ludzkie, ponieważ nie zachowuje się tak, jakby nic się nie stało i wszystko było w normie, lecz rejestruje zmianę, a także nie potrafi i nie chce się z nią pogodzić, wciąż obecna w nim jest wiara, że "zły" pan, który poszedł sobie sio i nie wrócił, lada chwila wyskoczy i krzyknie "niespodzianka, tutaj byłem!". Czy jednak należy ten utwór odczytywać jedynie tak, jak został napisany?

To, co zwraca uwagę po zastanowieniu się to fakt, że historia wcale nie musi traktować o odejściu właściciela i związanej z nią tęsknocie zwierzęcia - przecież idealnie pasuje do sytuacji, gdy to jakiemuś człowiekowi odchodzi bliska osoba, a on nie może pogodzić się z jej stratą niczym opisywany kot. 

Gdy umiera ktoś, na kim nam zależało, całe życie traci sens, mimo że tak naprawdę prawie nic się w nim nie zmieniło - poza tym jednym "drobnym" szczegółem. Dalej przecież nasz dom wygląda tak jak wyglądał, bo na oknie wiszą te same firanki, lodówka stoi w kącie, a zegar uporczywie tyka. Dalej słychać kroki, gdy ktoś wchodzi na klatkę schodową, jednak okazuje się ciągle, że to nie ta wyczekiwana podświadomie osoba. Mamy co jeść, gdyż głodni nie jesteśmy - ktoś pomaga nam przetrwać, lecz to nie ten ktoś. Jest też jednak czas, gdy nie potrafimy się pogodzić ze śmiercią, twierdzimy, że tak naprawdę jej nie było, dlatego poszukujemy owej osoby, jednak to nie przynosi skutków. Tak jak kot nie potrafimy znaleźć sobie zajęcia, gdyż bez tej osoby nic nie jest takie samo. Lecz nadchodzi w końcu moment, gdy całkiem irracjonalnie zaczynamy odczuwać gniew na tę osobę - jak ona śmiała nas zostawić samych sobie?! Jak mogła odejść?! Co ona sobie myślała?! I przychodzi czas na złość.

Śmierć to ciężka sprawa. Nie kojarzy się z niczym miłym, za to wywołuje masę negatywnych emocji. Bo czy jest ktoś, kto nikogo nigdy nie stracił? Czy jest ktoś, kto nigdy w życiu nie cierpiał po odejściu bliskiej osoby? Jest ktoś, kogo takie wydarzenie nie obeszło? Ucieszyło? Sprawiło radość? Mogę z całą pewnością odpowiedzieć, że nie. I tak naprawdę, to z całego serca życzę każdemu, by możliwie jak najrzadziej czuli się jak ten "kot w pustym mieszkaniu", ponieważ to nie jest coś, czego się pragnie. A najgorsza nie jest tęsknota, lecz bezsilność i wyrzuty - nie mogliśmy nic zrobić, nie zaradziliśmy złu, więc to nasza wina. I pozostaje obciążone sumienie na zawsze, pustka i bóle. 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Maj, maj... i po maju!


Już drugi dzień czerwca grzecznie dobiega końca, dlatego warto pokrótce podsumować ubiegły miesiąc, jeśli chodzi o moją aktywność czytelniczą. Nie jest najgorzej, dlatego jestem całkiem z siebie zadowolona - wynik całkiem, całkiem, choć przecież nie chodzi o same cyferki! Najbardziej się cieszę, że miałam w maju możliwość przeczytania kilku genialnych książek i kilku takich, co do których spotkał mnie zawód, jednak żadnej z nich nie żałuję - czytając literaturę słabszych lotów, możemy uczyć się doceniać tę wyższych. 

Nie przedłużając jednak, czas na moją listę przeczytanych majową porą książek.

1. Zimistrz - Terry Pratchett
2. Z innej bajki - Jodi Picoult, Samantha van Leer
3. Zaklinacz koni - Nicholas Evans
4. Zanim umrę - Jenny Downham
5. P.S. Kocham Cię - Cecelia Ahern
6. Żelazny król - Julie Kagawa
7. Coś pożyczonego - Emily Giffin
8. Coś niebieskiego - Emily Giffin
9. Jajko z niespodzianką - Agnieszka Krakowiak-Kondracka
10. Dżuma - Albert Camus
11. Podróż na sto stóp - Richard C. Morais
12. Przerwana lekcja muzyki - Susanna Kaysen
13. Moje ewangelie - Eric-Emmanuel Schmitt
14. Krzyk o ratunek - Casey Watson
15. Dziewiętnaście minut - Jodi Picoult
16. Zdążyć przed Panem Bogiem - Hanna Krall

W sumie szesnaście książkowych pozycji, po których mam mieszane uczucia - jedne były porywające i niesamowite, aż nie chciało się ich kończyć, a jednocześnie marzyło się, by poznać zakończenie; drugie były typowymi średniakami i dobrymi przerywnikami, które jednak nie wywierały żadnych większych emocji; trzecie to były pomyłki i rozczarowania. Co do tych ostatnich mam nadzieję, że będzie ich jak najmniej w czerwcu!
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka