środa, 28 maja 2014

Krótko, prosto i na temat o eksterminacji żydowskiej - czy suchy język może nieść bagaż emocji?

Okładka książki Zdążyć przed Panem BogiemAutor: Hanna Krall
Tytuł: Zdążyć przed Panem Bogiem
Wydawnictwo: A5
Liczba stron: 109
Moja ocena: 9+/10

Mamy szczęście żyć w kraju, w którym obecnie panuje pokój i nie są prowadzone działania wojenne. Gdy rano wstajemy i włączamy radio, to nie słyszymy komunikatów nadawanych z frontu. Wychodząc na ulicę, nie widzimy "potworów ze stali" ociężale jadących drogą, czyli czołgów. Nie musimy martwić się o jedzenie, ponieważ półki sklepowe są pełne wszelakiej żywności, a ceny są dla większości przystępne - więc możemy sobie na nie pozwolić. Nie jesteśmy otoczeni murem, kolczastymi zasiekami i drutami pod napięciem elektrycznym, które są bezapelacyjną granicą naszego świata. 

Cofnijmy się jednak o kilkadziesiąt lat... Umiecie sobie wyobrazić, jak to jest żyć z uczuciem nieustającego strachu depczącego Wam po piętach? Umiecie przenieść się w myślach do czasów, gdy każdy dzień pełen był niespodzianek, lecz takich, które przez nikogo nie były oczekiwane? Puśćcie wodze swej fantazji i spróbujcie wyimaginować sobie bycie człowiekiem, na którym od urodzenia ciąży przekleństwo tylko dlatego, że wyznaje "nieodpowiednią" religię, jest gorszy od zwierzęcia, a cały jego naród jest przeznaczony do odstrzału tylko dlatego, że należy do owej wspólnoty. 

Bycie Żydem nigdy nie było łatwym kawałkiem chleba. Hebrajczycy już od początku swojego istnienia doświadczali prześladowań, byli wyszydzani i ciskani z kąta w kąt. Byli Narodem Wybranym, a jednak nie mieli skrawka ziemi dla siebie i musieli się chronić przez oprawcami - to wszystko miało miejsce kilka tysięcy lat temu... oraz kilkadziesiąt. Bo czymże innym był holokaust w trakcie II wojny światowej? Można znaleźć wiele synonimów - zabójstwa na masową skalę, rzeź, kaźń, męka... i wiele więcej, a każde będzie zarówno prawdziwe, jak i fałszywe.

Historia przedstawiona w książce dotyczy powstania w getcie warszawskim, które miało miejsce w 1943 roku, a także relacjonuje wydarzenia z akcji likwidacyjnej przeprowadzonej od końca lipca do początku września 1942. Zawiera twarde fakty, ukazujące życie ludzi w tym tak ciężkim okresie. Nie bawi się w szczegółowe opisy, bo Marek Edelman, z którym reportażystka przeprowadziła rozmowę, stara się przekazać wszystko zgodnie z prawdą. A prawda ta jest często niezwykle szokująca i sprawia, że ciężko nie zadawać sobie pytania - czy to normalne? 

Czy można słowami oddać wymiar tej tragedii? Czy jakikolwiek wyraz pozwoli na odwzorowanie uczuć ludzi żyjących w tym trudnym czasie? Czy którakolwiek książka potrafi uderzyć w sedno tysięcy człowieczych serc, pokazując prawdę o tamtejszym życiu? Sądzę, że nie. Nie da się wyrazić tego ogromnego spustoszenia i dewastacji, jaka miała miejsce, lecz gdybym miała ocenić, która książka najbardziej zbliżyła się do tego sedna, z pewnością byłoby to "Zdążyć przed Panem Bogiem". 

Książka nie jest pokaźnym, opasłym tomiszczem - jest cieniutka, lepszym określeniem byłoby książeczka. Jest to opowieść pełna niesamowitych kontrastów, uderzających mocno w twarz podczas czytania. Wydaje się, że z powodu jej niewielkich rozmiarów przeczytanie jej powinno zająć moment, na wieczór powinna starczyć. W moim przypadku to bardzo mylne stwierdzenie, ponieważ jej lektura zajęła mi aż kilka dni. Nie jest pisana łatwym, prostym i przyjemnym językiem, do którego obecnie czytelnik się przyzwyczaił. Nie, tutaj nie znajdziemy nic w ten deseń - pióro autorki jest suche, język jest rzeczowy i nie ma miejsca na sentymenty. 

Lecz jak to tak... pisać książkę o takiej masakrze językiem wypranym z emocji? Wielokrotnie podkreślałam przy recenzowaniu przeczytanych książek, że język jest dla mnie sprawą bardzo ważną i kluczową, potrzebowałam emocji i uczuć wprost podanych mi na talerzu. Dlatego ogromnym zdziwieniem było zapoznanie się z tą książką, która prostym, zwyczajnym językiem opowiadała o holokauście. Co ciekawsze, była ona dla mnie niesamowitym odkryciem, gdyż zrozumiałam, że w potocznych słowach może się kryć więcej emocji niż w na siłę dobieranych opisach. Krótko, prosto i na temat nie znaczy od razu, że źle. Tu było po prostu genialnie. 

Autorka poświęciła czas na opisanie zjawiska określanego mianem szoah. Akcja toczy się w getcie, w którym każdy stara się przeżyć, a ludzie doświadczają rzeczy, którym nawet się nie śniło. W szpitalu ordynator dostaje "numerki na życie" - kto nie otrzyma takiego numerka, automatycznie idzie do odstrzału. Jak łatwo się domyślić, numerków było jak na lekarstwo - jak więc decydować, kto ma go dostać, a kto nie? Czy człowiek ma prawo wybierać, kto ma przeżyć, a kto zginąć? Czy mamy prawo odgrywać rolę Boga podejmując decyzje - Ty masz przeżyć, Ty też, no w ostateczności Ty też możesz, ale Ty już nie? 

Czy uznalibyśmy za właściwe postępowanie pielęgniarki, która nowo narodzone dziecko udusiła dwoma poduszkami? Czy lekarka, która celowo podawała dzieciom truciznę, znalazłaby usprawiedliwienie i zrozumienie w oczach współczesnych ludzi, kiedy jej zadanie polega na ratowaniu życia, a nie odbieraniu? Czy pielęgniarki z premedytacją łamiące ludziom kończyny zasługiwałyby na przebaczenie? Czy człowiek, który każdego dnia odliczał dziesięciu tysięcy Żydów i kierował ich do pociągu, wiozącego ich w ramiona śmierci, może otrzymać wybaczenie? 

Ważnym wątkiem poruszanym w książce jest sam motyw śmierci, gdyż pojawia się rozmowa na jej temat, według której nie wystarczy umrzeć podczas wojny, by stać się bohaterem. Umierać należy estetycznie i pięknie - śmierć ma być godna, dostojna i pełna patosu. Nie można umierać schowanym w piwnicy, trzeba do ostatniego oddechu walczyć z nieprzyjacielem. I to samo się tyczy mówienia o cierpieniu - osoba, która mówi w cichy, spokojny, pozbawiony emocji sposób, nie robi tego odpowiednio. Przecież wszystko się staje wiarygodne dopiero, gdy zaczynamy krzyczeć, szlochać, ekspresyjnie wyrażać cały nasz ból, więc lepiej nie mówić, że umieramy jak owce. 

Książka dotyka niezwykle ciężkiej tematyki, a robi to w niezwykle poruszający sposób, bo całkowicie nietypowy. Była dla mnie ogromnym przeżyciem, gdyż każde jej słowo starałam się przetrawić i przyjąć do wiadomości, a także zrozumieć - dopiero później czytać dalej. Pisanie o książkach, które aż w takim sposób oddziałują na nas jest bardzo ciężkie, bo wtedy ciężko o obiektywizm. W każdym razie książkę polecam każdemu z całego serca, gdyż według mnie to pozycja, którą wręcz trzeba przeczytać, a sama żałuję, że tak późno to zrobiłam.

wtorek, 27 maja 2014

"Starcie wody z ogniem - Jezus kontra Piłat"

Okładka książki Moje Ewangelie
Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Moje Ewangelie
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 156
Moja ocena: brak 

Chyba każdy z nas zna osobę głębokiej wiary - człowieka, dla którego wizyta w kościele nie jest karą i obowiązkiem a przyjemnością, dla którego modlitwa to moment mistyczny, gdy może porozmawiać z Bogiem, dla którego Pismo Święte to najpiękniejsza na świecie księga, którą mógłby czytać ciągle, bo zawsze odnajduje w niej prawdę. Równocześnie są osoby, które jak pies do jeża podchodzą do spraw religii, wiary i teologii. Otaczają nas i jedni, i drudzy - czasem to tych pierwszych jest więcej, czasem ich antagonistów. 

A jaki stosunek do wiary miał Jezus? Czy ten człowiek stawiany wielu ludziom za wzór był rzeczywiście takim ideałem jeśli chodzi o wyznawaną przez niego religię? Czy od początku był świadomy brzemienia ciążącego nad nim i misji, która już przed jego narodzinami spoczywała na jego barkach? Czy zdawał sobie sprawę, jak wielki wpływ będzie miał na dotychczasowe życie wszystkich ludzi i jak wielu z nim odmieni je? 

Książka składa się z dwóch oddzielnych części, jednak powiązanych ze sobą. Pierwsza to pamiętnik Chrystusa, dzięki któremu poznajemy jego życie przed śmiercią - Jezus nie miał pojęcia o swoim przeznaczeniu, a dopiero z czasem je odkrył, gdy coraz bardziej zanurzał się w religii. Wzbudzał ogromne kontrowersje w swojej rodzinnej miejscowości, ponieważ nagle zaczął zadawać się z ludźmi wątpliwej reputacji - towarzyszyli mu biedacy, partacze i prostytutki, co nie było powodem do dumy dla jego bliskich. W swoich wspomnieniach Jezus daje świadectwo swej wierze, która przybywała do niego stopniowo - niejednokrotnie miewał chwile zwątpienia, a jednak do końca dążył do wypełnienia swego zadania. Całość jest umiejscowiona w czasie, gdy Jezus przebywał w Ogrójcu, jednak ciągle obecne są retrospekcje, przenoszące czytelnika w wydarzenia z przeszłości. 

Druga część książki Schmitta to dialog, który jest prowadzony przez Poncjusza Piłata i Sekstusa, oraz pamiętnik Piłata - jest on osobą, która jest pozbawiona jakiejkolwiek wiary, więc gdy dowiaduje się, że Jezus powstał z martwych, zaczyna swoje prywatne dochodzenie. Nie wierzy, by Chrystus był prawdziwym synem Boga, dlatego rozważa kolejne teorie zdemaskowania całej maskarady, którą według niego jest teoria zmartwychwstania. Ciekawym zabiegiem jest zestawienie tych dwóch osób - Jezusa, który był niewinną ofiarą, i Piłata - człowieka-kata, osoby, która na śmierć go skazała. 

Trudno jest mi się wypowiedzieć o tej książce, głównie dlatego, że jestem nią bardzo, ale to bardzo zawiedziona. Uwielbiam Schmitta, a tutaj spotkał mnie wielki zawód, po prostu liczyłam na coś kompletnie innego i odmiennego, a rozczarowałam się na całej linii, tylko dlaczego? 

TO JUŻ BYŁO. Ledwie miesiąc temu udało mi się przeczytać książkę "Ewangelia według Piłata", która poruszała identyczny wątek i tematykę, a pozycją tą byłam szczerze zachwycona, gdyż bardzo przypadła mi do gustu. Gdy w ostatnich dniach nawiedziłam swoją bibliotekę i zobaczyłam tę książkę, od razu stwierdziłam, że muszę ją przeczytać, bo ciekawa byłam tego, co jeszcze Schmitt mógłby wymyślić na temat tych dwóch charakterystycznych postaci - przecież jedna z nich odmieniła losy całego świata! Więc otwieram sobie książkę, czytam, czytam, czytam... i nagle: deja vu!

Przeczytałam wcześniej opis na tyle okładki, w której było wyraźnie napisane, że książka jest powrotem do wątków poruszonych w "Ewangelii...", jednak nigdzie nie zostało napisane, że cała pierwsza część to kropka w kropkę zżynka (sprawdziłam!), a druga to idealne powtórzenie całej fabuły o Piłacie, tyle, że nie w formie samych listów - dochodzą jeszcze dialogi. Stąd też bardzo niemiłe rozczarowanie, gdyż liczyłam na poszerzenie wcześniejszej książki, a nie jej kalkę...

Gdybym nie miała wcześniej okazji czytania "Ewangelii...", uznałabym, że cała ta książka jest wybitna i świetnie napisana, jednak odgrzewany kotlet nie jest w moim guście. Przy tej książce zdecydowałam się powstrzymać od wystawiania noty, bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak ją ocenić - wysokiej oceny dać nie mogę, gdyż jest to powtórzenie, a niskiej też mi się nie uśmiecha, możliwe, że ze względu na autora, może to ze względu na fakt, że coś w tej książce jest. Tę pozycję mogę polecić wszystkim, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z "Ewangelią według Piłata" - jeśli jesteście już po jej lekturze, to czytanie tej książki nie ma sensu, gdyż nic nowego nie wnosi, a powiela wszystko. Szkoda, szkoda, szkoda. 

niedziela, 25 maja 2014

"Nie z patologii, a z łez bólu, upokorzenia, wstydu i cierpienia może przyjść na świat morderca"

Okładka książki Dziewiętnaście minut
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Dziewiętnaście minut
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 672
Moja ocena: 9/10

Każdy rodzic pragnie widzieć w swojej latorośli jedynie pozytywne cechy. Z jego słów wynika, że synek jest o krok od udowodnienia błędów w teorii względności Einsteina, wygląda niczym Adonis oraz przyciąga wzrok każdej dziewczyny na ulicy, odnosi sukcesy w dyscyplinach sportowych, a popularności w szkole mógłby mu pozazdrościć Brad Pitt. Opinie wśród nauczycieli ma nienaganną, zawsze jest chętny i skory do pomocy, nie ma problemów z prawem - wzór do naśladowania. 

Trudniejszy dla rodzica jest do zaakceptowania fakt, że synek jest przeciętnym uczniem bez znaczących osiągnięć w szkole, wyglądem przypomina ptaka na wróble niż Marlona Brando, podczas rozgrywek sportowych zawsze zajmuje miejsce na ławce rezerwowych,a popularny jest w szkole jedynie ze względu na bycie fajtłapą i kozłem ofiarnym dla wszystkich. Nikt nie chce, by akurat jego dziecko takie było, a mimo to każdy z nas zna taką osobę, której każdy unika. 

Lacy i Lewis są zgodnym i zwyczajnym małżeństwem wychowującymi dwójkę synów - Joeya i Petera. Kochają ich jednakowo, jednak nie da się ukryć, że to Joey daje im więcej powodów do dumy niż jego młodszy brat, który jest od samego początku obiektem powszechnych drwin i kpin. Dręczony psychicznie chłopak postanawia dokonać ostatecznej zemsty na ludziach, przez które tyle czasu cierpiał - przygotowuje plan, według którego dochodzi do strzelaniny w szkole, a chłopak morduje swoich prześladowców. Jedną z ofiar jest Matt, chłopak Josie - niegdyś najlepszej przyjaciółki Petera, która z trudem akceptuje prawdę, a na dodatek nie potrafi porozumieć się z własną matką, która jest sędzią i ma poprowadzić rozprawę przeciwko Peterowi w sądzie.

Gdy sięgałam po tę książkę, byłam pełna nadziei co do niej, gdyż Picoult to rasowa pisarka co się zowie, dla której żaden temat nie jest straszny, a opis na tylnej okładce zainteresowałam mnie bardzo, więc nie wahając się - wypożyczyłam. Czy żałuję? Nigdy w życiu! Tą książką autorka utwierdziła mnie w przekonaniu, że całkowicie zasłużenie w jej kierunku kierowane jest mnóstwo pochwał i zachwytów, bo książka jest porywająca i nie pozwala się od siebie oderwać - całą poprzednią noc nad nią przesiedziałam, gdyż musiałam poznać zakończenie!

Wszystko w książce jest niezwykle szczegółowo przedstawione, Jodi skupiła się na każdym elemencie i na najmniejszych detalach, dzięki czemu wykreowała bardzo realistyczne postaci. Nikt nie został pominięty - powoli czytelnik poznaje, w jakim piekle żył Peter, jaką pociechą była dla niego przyjaźń z Josie i jakim ciosem jej koniec; dowiaduje się jak musi radzić sobie matka chłopca, który zamordował tyle osób; uświadamia sobie, jak ciężkim zawodem jest bycie sędzią, gdy w sprawę powiązana jest najbliższa osoba - a to nie wszystko, lecz pojedyncze smaczki. 

Historia pokazuje, jak niewiele brakuje, by człowiek stał się mordercą, próbuje wytłumaczyć, ale i szuka odpowiedzi na pytanie, co stało się punktem zwrotnym w życiu Petera, który zdecydował się na tak drastyczny krok. Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na wciąż dręczącą mnie kwestię - czy morderstwo i śmierć drugiego człowieka można w jakiś sposób usprawiedliwić? Czy chęć zemsty jest powodem do zabijania? Czy życie ze wstydem, ciągle towarzyszącymi wyzwiskami i samotnością pozwala na podejmowanie decyzji o rozporządzaniu czyimś życiem? 

Tym, co odgrywa dużą rolę w książce jest także wątek przyjaźni z dzieciństwa - momentu, kiedy Peter i Josie byli nierozłączni mimo początkowego stadium krzywdzenia chłopca. Wtedy przyjaciółka potrafiła stanąć w jego obronie, jednak wraz z upływem czasu dziewczyna zaczęła pragnąć czegoś więcej, czego nie mogła mieć przy Peterze - popularności i akceptacji w grupie. Odsunęła się od chłopca, przestała z nim zadawać, a dołączyła do osób, które najbardziej gnębiły niewinne dziecko. Z oddanej przyjaciółki staje się obojętna, próbuje uchronić swoją reputację, a dawne relacje z przyjacielem tracą na niej na znaczeniu, co w przyszłości także zbierze swoje żniwo.

Kolejnym ważnym wątkiem jest ukazanie sytuacji w rodzinie Josie - dziewczyna jest wychowywana jedynie przez matkę, z którą nie potrafi odnaleźć wspólnego języka mimo starań matki, których nastolatka nie potrafi i nie chce doceniać. Nie chce, by jej matka łączyła zawodu z rolą matki - sama kobieta też tego nie chce i irytuje ją, gdy ludzie postrzegają ją jedynie przez pryzmat bycia sędzią, a jednak nie potrafi odciąć się od swoich przyzwyczajeń, co jest tylko przeszkodą w porozumieniu z dzieckiem. 

Powieść podejmuje też temat bycia rodzicem przestępcy i udowadnia, że morderca nie musi urodzić się w patologicznej rodzinie, gdzie przemoc oraz skłonność do kieliszka jest na porządku dziennym. Kreuje obraz rodziny szczęśliwej i pełnej wewnętrznej harmonii, która w pewnym momencie nieodwracalnie się wali. Niejednokrotnie podczas czytania można się spotkać z wyrzutami rodziców, którzy siebie oskarżają o popełnienie błędu w wychowaniu syna, uważają, że to oni zawinili, dlatego nie potrafią odpuścić i poddają analizie całe życie, by odnaleźć konkretny moment, który stał się odpowiedzialny za całą tragedię. 

Bardzo, ale to bardzo poruszająca książka, która nie pozwala po przeczytaniu przejść do codziennych spraw - zmusza do roztrząsania, analizowania faktów i niedopowiedzeń, uzupełniania luk własnymi interpretacjami, a na sam koniec zaskakuje oraz sprawia, że cała sprawa nabiera kompletnie innych kształtów niż się wydawało. Niezwykle mądra i pełna przesłania książka, która według mnie powinna być włączona w kanon lektur, by ukazać i uczniom, i nauczycielom, jaką plagą jest gnębienie psychiczne dzieci, jakie skutki ma obojętność ludzi na takie zachowania oraz czym może się skończyć.

piątek, 23 maja 2014

"Rywalizacja jest zdrowa, lecz jak się zachować, gdy sprawy przybierają zły obrót, a matka z córką walczą ze sobą?"

Okładka książki Krzyk o ratunek
Autor: Casey Watson
Tytuł: Krzyk o ratunek
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 336
Moja ocena: 9/10

Dom to miejsce, które kojarzy się z bezpieczeństwem, ciepłem, miłością i zrozumieniem. To miejsce z unoszącym się zapachem świeżego, dopiero upieczonego ciasta z truskawkami i kruszonką, smakowitych pierogów ruskich i klasycznego polskiego bigosu. To przestrzeń, w której nie musimy niczego udawać, tylko być po prostu sobą. Zachowywać się tak, jak mamy ochotę, a nie tak, jak inni oczekują tego po nas. Przebywać z najbliższymi i mieć świadomość, że nas kochają i wspierają na każdym, najmniejszym kroku. Jak jednak musi czuć się człowiek, którego dom to miejsce rywalizacji z matką, a co gorsze, gdy jest się prawie jedenastoletnią dziewczynką? 

Są chwile, które chcielibyśmy zatrzymać w pamięci na zawsze, ale i są momenty, których najchętniej pozbylibyśmy się na zawsze. Gorzej, gdy chwile, od których chcemy się uwolnić, zagnieżdżają się w naszej psychice. Dorosły jest w stanie sobie poradzić, lecz co ma powiedzieć niewinne dziecko, które zostaje w okrutny sposób skrzywdzone, a rany zostaną w nim do końca życia? 

Casey nie ma łatwo, ponieważ prowadzi dom zastępczy dla dzieci ciężko doświadczonych przez życie, które potrzebują pomocy i wsparcia. Wraz z mężem stara się dotrzeć do centrum ich problemów, bo tylko w ten sposób można zaradzić złu. Pewnego dnia dostaje pod opiekę dwunastoletnią Sophię, która jak na swój wiek jest zbyt rozwinięta, ponieważ wygląda na ok. 18 lat. Dla Casey i jej rodziny zaczyna się ciężki okres, ponieważ mała choruje też na chorobę Addisona, a do tego ma problemy natury psychicznej. W jednej chwili zachowuje się jak osoba w jej wieku, w drugiej przebiera się w wyzywającą i nieodpowiednią dla niej bieliznę - a to tylko łagodniejsze zachowania typowe dla niej. Casey stara się dociec prawdy i zrozumieć, co siedzi w duszy dziecka, co nie jest prostym zadaniem, gdyż musi też mieć na względzie dobro własnej rodziny. 

Na samym początku ciężko było mi polubić Sophię, gdyż jej bezczelne zachowanie sprawiało, że jawiła mi się jako rozpieszczona do granic możliwości smarkula, której nagle ktoś zabrał zabawki, a ona na siłę stara się wszystkim pokazać, że nie takie z nią numery i ona nie pozwoli z sobą tak pogrywać. Życie z nią staje się nieprzewidywalne i nikt nie wie, czego można się po małej spodziewać. Jej początkowe ekscesy działały mi na nerwy, lecz z czasem dostrzegłam to, co kryło się głębiej - że to dziecko nie panuje nad tym i nie kontroluje swoich poczynań, czego żałuje i wstydzi się, choć nie potrafi sobie z tym poradzić. Jej wizerunek był poruszający i niejednokrotnie wzbudził we mnie smutek i żal. 

O ile w poprzedniej recenzji narzekałam na oschłość i brak uczuć, tak tutaj można by mnie od razu wziąć do nieba, ponieważ cała historia niezwykle mocno mnie wciągnęła i nie chciała wypuścić. Wszystko było przedstawione niezwykle realistycznie i plastycznie, postacie były dopracowane i prawdziwe, gdyż nie były idealne, miały chwile wzlotów i upadków, momenty zwątpienia w własne siły i powodzenie tej swoistej misji. Całość wywarła na mnie piorunujące wrażenie, gdyż tu był natłok emocji, które wręcz wyciągały do czytelnika ręce, a wszystko opisane tak, że nie dało się w niektórych momentach powstrzymać łez.

Dobra książka pokazująca cierpienie to skarb, gdyż łatwo jest natrafić na sieczkę, która chce tylko wywołać wokół siebie zamieszanie - trzeba potrafić oddzielić wartościową literaturę od literatury byle jakiej, pisanej pod publiczkę. Książka psychologiczna to wbrew pozorom trudny temat, w którym autorka doskonale się sprawdziła. Może dlatego, że cała historia jest pisana na faktach, a Casey Watson rzeczywiście doświadczyła opisywanych zdarzeń? Tak czy owak - książka niesamowita, dlatego z całego serca mogę polecić.

środa, 21 maja 2014

"Świr na scenie, czyli opowieść wyciągnięta zza krat i drzwi bez klamek"

Okładka książki Przerwana lekcja muzykiAutor: Susanna Kaysen
Tytuł: Przerwana lekcja muzyki
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 160
Moja ocena:  6/10

Wariat. Świr. Pomyleniec. Szaleniec. Psychol. 
Obłąkaniec. Czubek. Maniak. Szajbus. Furiat. 

Wszystkie te określenia mają jeden wspólny mianownik - pasują jako określenie osoby psychicznie chorej. A my lubimy oceniać, nie znając pełnego zarysu sytuacji. Krytykować. Bawić się w osądy. Czy jednak ktokolwiek nas do tego upoważnił? Czy mamy prawo? Czy ludzie z chorobami psychicznymi bardzo się różnią od nas? Gdzie tkwi różnica oddzielająca "normalnych" od "nienormalnych". Da się ją postawić, oddzielając obie te sfery grubą, nieprzekraczalną kreską-"murem"? A może jest delikatna i ulotna niczym puch z dmuchawca? 

Susanna jest osiemnastoletnią dziewczyną, która pogubiła się we własnym życiu. Gdy nie potrafi odnaleźć sensu istnienia to podejmuje decyzję o połknięciu pięćdziesięciu tabletek aspiryny. Udaje się ją uratować, jednak nie oznacza to dla niej powrotu do świata - podejmuje dobrowolną decyzję o pobycie w "wariatkowie". To, co ma trwać dwa miesiące, przekształca się w dwa lata i jest lekcją dla Susanny - uczy ją mierzenia się z samą sobą, ale i współpracy z innymi hospitalizowanymi osobami, co nie zawsze okazuje się prostym zadaniem. 

W książce mamy do czynienia z bardzo szczegółowym opisem życia dziewczyny w szpitalu zajmującym się leczeniem osób z zaburzeniami osobowości. Przekazuje ona rzetelne i solidne sprawozdanie, w którym dokładnie opisuje charakterystykę swoich terapii, kontaktów z poznanymi na oddziałach osobami. Pokazuje codzienne sytuacje, które dla czytelnika mogą wydawać się niedorzeczne, lecz dla niej są chlebem powszednim. Stopniowo obnaża stereotypy na temat osób z psychozami, choć niektóre znajdują w tej książce potwierdzenie. Nie brakuje tu także opisu jej uczuć, lecz czego w takim razie mi brakuje, skoro wystawiłam stosunkowo niską ocenę, zaliczając książkę do przeciętniaków?

Odczuwałam mocny niedosyt w związku z kreacją postaci - lubię, gdy są dopracowane, może nie tyle wyraziste, ile po prostu wiarygodne i szczere, najzwyczajniej w świecie ludzkie, a tu jednak mi tego zabrakło stanowczo. Inne pacjentki zajmowały sporą część książki, lecz ich problemy były traktowane przez autorkę bardzo niedbale, po prostu wspominała o nich, obyło się bez wnikania w specyfikę każdej z osób, co było niezbyt ciekawym posunięciem w moim odczuciu. Z chęcią poznałabym bliżej kilka z osób, może też dlatego, że były kluczowymi postaciami, ciągle pojawiającymi się, a tak naprawdę bardzo mało się o nich wiedziało. 

To, co było mi też drzazgą w oku to styl pisania autorki. Obowiązkowym punktem w tego rodzaju literaturze jest dla mnie przekazywanie emocji, uczuć - książka powinna być nimi przesiąknięta, wręcz ociekać nimi i kapać mi na ręce, aż będę miała ochotę je wytrzeć o spodnie i umyć pod bieżącą wodą. Tutaj natomiast otrzymałam suchą opowieść o szpitalu psychiatrycznym, ciekawą, lecz za bardzo lakoniczną, zbyt topornym językiem pisaną. Liczyłam na coś, co poruszy mi serce, a nie na książkę, której końca nie będę mogła się doczekać, by szybciej mieć z nią spokój. Szczegolnie po tym, że wcześniej oglądałam genialny film, który na tle książki wypada świetnie i o niebo lepiej.

Są książki i "książki". Są historie, które poruszają i nie pozwalają o sobie zapomnieć, towarzysząc nam na każdym kroku i uczepiając się mocno naszych myśli. I są też historie, które przeczytamy, lecz nie zostają w nas na długo, bo nie wywołują żadnego efektu. Niestety to była dla mnie jedna z tych książek - niezła, lecz nie zaspokajająca moich potrzeb i wymagań stawianych co do niej.

poniedziałek, 19 maja 2014

"Hej, wyciągnij mnie stąd! Nie zamykaj książki! Halo Houston, jestem w środku!"

Okładka książki Z innej bajki
Autor: Jodi Picoult, Samantha Van Leer
Tytuł: Z innej bajki
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 312
Moja ocena: 4/10

Dzieciństwo to czas, który jest po brzegi przepełniony magią i wiarą w rzeczy, które z czasem rozum zaczyna wykluczać. Niech podniesie rękę do góry ten, kto nigdy nie wierzył w św. Mikołaja, mieszkające w szafie czy pod łóżkiem oślizgłe potwory, wróżki Zębuszki. Czy jest ktoś, kto w Boże Narodzenie nie próbował porozmawiać ze zwierzętami lub kto nie upierał się, że jego zabawki to nie są zwykłe przedmioty, a żywe stworzenia, które budzą się do życia i harcują po pokoju? 

Jest jednak czas, gdy wiara w tajemne moce przechodzi - każdy zaczyna dorastać i rozumieć, że nie wszystko w życiu jest możliwe. Przyznajemy przed sobą, że nie uda nam się po drabinie wejść do nieba, że w lesie nie spotkamy chatki z piernika i siedzącej w niej czarownicy, a nasz tato nie okaże się zamaskowanym Spider-man'em. Co jednak, gdy w wieku nastoletnim wierzymy, że bajki nie są jedynie fikcją literacką, a rzeczywistością? Co w sytuacji, gdy zamiast czytać książki dla swojej grupy wiekowej bądź nieco starszej, śledzimy losy jednej i tej samej bajki dla dzieci? 

Delilah jest zwykłą nastolatką, pełną kompleksów, niedowartościowaną, siedzącą ciągle z nosem w książkach, która nie wychyla go z nich. Od pewnego czasu poświęca całą swoją uwagę jednej książce - zna ją na pamięć, a mimo to na okrągło jest nią zainteresowana. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że jest to baśń dla dzieci, a Delilah zakochuje się w jej głównym bohaterze, którym jest książę Oliver... Gdy wydaje się, że nie może być gorzej z nią, okazuje się, że postacie wewnątrz książki żyją, a Oliver prosi ją o pomoc w wydostaniu się z niej, co nie jest łatwym przedsięwzięciem. 

To, co ciekawe w historii to jej budowa - akcja biegnie kilkoma torami - z jednej strony są opisywane wydarzenia w rzeczywistym świecie, w którym przyszło żyć głównej bohaterce; z drugiej mamy do czynienia z losami Olivera, który rozpaczliwie dąży do opuszczenia stron swojego więzienia; z trzeciej poznajemy treść bajki, w której główną rolę odgrywa książę - wszystko to jest dużą różnorodnością i nie ma zastoju, bo ciągle coś się zmienia... tylko czy to dobrze? 

Całą fabułę historii można streścić do krótkiego, punktowego schematu: "1. Żalenie nastolatki; 2. Próby wydostania Olivera kończące się fiaskiem; 3. Jeszcze więcej żalu". Naprawdę po autorce spodziewałam się czegoś innego, ale to za chwilkę rozwinę, teraz pomarudzę jeszcze na fabułę, która mnie rozczarowała - po opisie na okładce wiedziałam, po jaką powieść sięgam, lecz uważałam, że będziesz w niej coś głębszego, a nie tylko smutna, nieszczęśliwa miłość, żalenie się i narzekanie. Kiepski traf. 

I teraz czas na punkt kulminacyjny - jak pani Picoult mogła?! Dotychczas przeczytałam tylko jedną jej książkę, lecz czytałam mnóstwo recenzji innych książek, które mam w planach - każda była zachwalana jako poważna, dotykająca ważnej tematyki  i nakazująca ludziom przemyśleć całą opisywaną fabułę, a tutaj... słabe książkowe "coś". Pomysł pisania z nastoletnią córką nie wyszedł autorce na dobre, gdyż ta książka kompletnie gryzie się z jej dotychczasową twórczością literacką, wcale nie pasuje tam. Może i uznałabym tę książkę za dobrą, gdyby należała do kogoś innego, lecz po Jodi Picoult spodziewałam się kompletnie czegoś innego i jestem szczerze rozczarowana, w zasadzie to można wyrazić dosadniej - cholera, jestem zawiedziona! 

Gdy szukacie jakiegoś niewymagającego i lekkiego książkowidła - nada się jak ulał. Kiedy jednak poszukujecie czegoś poważniejszego, zwabieni nazwiskiem autorki na stronie tytułowej - lepiej się za to nie brać, bo czeka na Was podobna pułapka jak na mnie. Choć myślę, że warto jest zapoznać się z tą książką, by zobaczyć, jak dobre są pozostałe książki autorki i docenić jej warsztat twórczy.

niedziela, 18 maja 2014

"Punkt widzenia każdego człowieka zależy od jego punktu siedzenia - jak wyglądała historia zdrady z perspektywy Darcy?"

Okładka książki Coś niebieskiegoAutor: Emily Giffin
Tytuł: Coś niebieskiego
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 384
Moja ocena: 7-/10

Życie nie zawsze jest kolorowe i nie każdego dnia oferuje nam to, czego sobie życzymy. Czasem obdarowuje nas nieprzebranym bogactwem znanym z baśni Bliskiego Wschodu, niektórzy wyglądają jak modelki z okładek najpoczytniejszych czasopism, inni są uzdolnieni, a niekiedy mamy szczęście mieć wiernych przyjaciół, gotowych zawsze nas wesprzeć i być przy nas na każdym kroku i kochającego narzeczonego. Są jednak osoby, które nie mają jednej z tych cech, a kilka naraz.

Marzymy, by być kimś innym, a nie doceniamy tego, kim sami jesteśmy. Kreujemy swój wizerunek tak, by przypodobać się innym ludziom i zrobić na nich wrażenie, zamiast próbować ich ująć swoją osobowością. Obawiamy się pokazywać z prawdziwej strony, bo wolimy pozować na osoby silne, przebojowe, takie, przed którymi świat stoi otworem i tylko czeka, aż zaczniemy go podbijać. Co jednak, gdy w jednej chwili nasze życie zmienia się nie do poznania, a my dalej tkwimy w szczelnej łupinie własnego udawania, w masce, którą sami do siebie przytwierdziliśmy, odgrywając rolę aktora w teatrze, która wcale do nas nie pasuje, a jednak upieramy się, że tacy jesteśmy?

Darcy jest osobą, której nie da się nie zazdrościć - ma dosłownie wszystko. Lecz noc przed urodzinami przyjaciółki zmienia wszystko, a ona traci grunt pod nogami. Nie potrafi zrozumieć, jak jej narzeczony mógł zostawić ją dla jej najlepszej przyjaciółki. Dziewczyna próbuje walczyć z podjętą przez niego decyzją, przez co sama się tylko upokarza. W końcu musi zaakceptować fakt - została sama, bez narzeczonego i przyjaciółki, na dodatek w ciąży z innym mężczyzną. Ojciec dziecka, z którym zaczyna planować przyszłość, okazuje się nie być gotowym na to wyzwanie, dlatego rozchodzą się, a ona nie wie, co z tym zrobić. Pod wpływem impulsu kontaktuje się z dawnym przyjacielem i wyjeżdża do Anglii, by na chwilę odciąć się od wszystkiego, lecz w praktyce okazuje się co innego. Jej pobyt się przedłuża, choć nie pyta o pozwolenie przyjaciela, który tracąc cierpliwość uświadamia płytkiej dziewczynie, jakie życie dotychczas prowadziła i czy chce tak dalej żyć. Jedna rozmowa, a zmienia wszystko... 

Po rozczarowaniu wiążącym się z przeczytaniem pierwszej części obawiałam się, czy sięgając po tę pozycję słusznie postępuję i nie narażam się na kolejne porażki czytelnicze. W końcu jednak stwierdziłam, że warto poznać dalszą historię z punktu widzenia Darcy, która akurat o wiele bardziej przypadła mi do gustu. I muszę przyznać, że warto było to zrobić, gdyż ta część nie zawiodła mnie. Postać Darcy dalej przyciągała mnie do siebie i wywoływała sympatię, choć czasami miałam ochotę chwycić ją za ramiona i mocno potrząsnąć, by zrozumiała jak nieracjonalne jest jej postępowanie. Oprócz niej bardzo polubiłam postać Ethana, który okazał się taką dobrą duszką w całej historii i punktem zwrotnym. Na całe szczęście Dex i Rachel nie mieli tutaj większego udziału, bo pojawiali się jedynie epizodycznie, a najczęściej tylko dzięki opowieściom Ethana. 

To, co wydało mi się naciągane i mało wiarygodne w całej książce, to to, że jedna rozmowa wystarczyła, by Darcy będąca płytką, próżną i zapatrzoną w siebie egoistką, nagle odmieniła się nie do poznania oraz stała się rozważną, pełną altruizmu i powagi kobietą, kompletnie niepodobną do swojego starego "ja". Nie było tu stopniowej zmiany, a natychmiastowa metamorfoza charakteru, przez co jej nawrócenie wydało mi się zbyt sztuczne i ciężko było zaakceptowanie nowej Darcy. Wciągając się coraz bardziej w książkę, coraz bardziej przywiązywałam się do jej postaci, a także kibicowałam wszystkim jej poczynaniom, bo mimo, że odmieniła się, to część starych cech dalej w niej pozostała.

Lekkie pióro autorki sprawiło, że tę historię czytałam z przyjemnością i nie powodowała u mnie takiej irytacji, jak podczas zapoznawania się z punktem widzenia Rachel w "Coś pożyczonego". Mogę szczerze powiedzieć, że po zwątpieniu w panią Giffin po pierwszej części, tak teraz na nowo w nią uwierzyłam i myślę, że prędzej czy później znowu zajrzę do książek z jej nazwiskiem wytłoczonym na okładce, by przekonać się, czy dana jej szansa została wykorzystana, czy może jednak zmarnowana.

sobota, 17 maja 2014

"W krainie kulinarnych rozkoszy, gdzie zapach curry przeplata się z aromatem ziół prowansalskich i gałki muszkatołowej"

Okładka książki Podróż na sto stópAutor: Richard C. Morais
Tytuł: Podróż na sto stóp
Wydawnictwo: Bellona
Liczba stron: 312
Moja ocena: 7/10

Część ludzi potrafi gotować, część nie. Jedni potrafią przyrządzić najlepsze na świecie pierogi "jak u mamy", inni przypalają nawet wodę. Jednym eksperymentowanie w kuchni sprawia radość i pozwala odkrywać nowe receptury, dla innych kończy się ono niepowodzeniem i postanowieniem, że nigdy więcej nie przygotują nawet jajecznicy. Czy można jednak wyuczyć się talentu kulinarnego? A może to coś, z czym człowiek się rodzi i nie dane jest się tego w żaden sposób nauczyć, można jedynie dopracowywać? 

Istnieje teoria według której raz na pokolenie rodzi się człowiek, który jest geniuszem w sferze gotowania. Potrafi wyczarowywać w kuchni potrawy, które nikomu nigdy się nie śniły, tworzyć wykwintne cuda z niczego. Ma niesamowity zmysł smaku i powonienia - wszystko w jego daniach jest idealnie skomponowane - nie ma wrażenia, że coś nie pasuje. Bycie szefem kuchni nie jest jego pracą - taka osoba jest artystą dążącym do perfekcji. Co najciekawsze, najczęściej wszystko co powiązane jest z gotowaniem, przychodzi jej z łatwością i nie musi wkładać w to wysiłku, wystarczy odrobina serca i pasji. 

Hassan Haji przychodzi na świat w Indiach, gdzie od dziecka zaznajamia się z tajnikami rządzącymi prowadzeniem restauracji, gdyż tym zajmuje się jego rodzina zamieszkująca Bombaj. Przy licznych członkach rodziny zapoznaje się z tradycyjną kuchnią hinduską - pełną wonnych i aromatycznych przypraw, pikantnych dodatków, ostrych mięs i sosów, a także uczy się, jak być mistrzem. Wszystko zdaje się przebiegać łatwo i bez przeszkód, gdy pewne wydarzenie sprawia, że całe życie rodziny odmienia się nie do poznania, dlatego ojciec Hassana decyduje się na emigrację do odległej i odmiennej Anglii. To jednak nie koniec jego wędrówek, ponieważ jakiś czas później wybywają do Francji, gdzie młody mężczyzna zaczyna odkrywać swój nieprzeciętny talent i spełniać swoje marzenia wśród niekończącej się ferii aromatów i smaków. 

To, co trzeba przyznać tej historii, to fakt, że podczas jej czytania byłam ciągle głodna i ślinka napływała do ust bez przerwy. Wszystko jest tak obrazowo przedstawione, że ma się przed oczami wszystkie fiksacje kulinarne Hassana i nie sposób poczuć burczenia w brzuchu. Miałam wrażenie, że wraz z tym utalentowanym kulinarnie mężczyzną i jego ojcem chodziłam po bazarach i szukałam najlepszych jakościowo towarów, że razem z Madame Mallory siedziałam na mrozie pod restauracją, że byłam jednym z gości zachwalających kuchnię Hassana i delektujących się jego dziełami. Każdy szczegół oddziałuje na zmysły i pozwala zatonąć w tej opowieści.

Ale, ale... czegoś mi jednak brakowało. Może tego, że tak naprawdę pomijając opisy pyszności wymienianych na kartkach książki, to tak naprawdę brakuje w niej fabuły, co po pewnym czasie zaczyna denerwować? Choć może źle to ujęłam, fabuła jakaś jest, lecz została zdominowana przez natłok kulinarnych harców. Historia przyciąga do siebie, lecz czy może do końca wciągnąć, skoro tak naprawdę nie ma w niej aż tak przełomowych i zapierających dech w piersiach wydarzeń? 

To, co jest kolejnym minusem, to pochlebne opinie na książce - nie ma żadnego opisu na okładce ani wewnątrz, są jedynie krótkie recenzje, które mają zachęcić, a mnie zazwyczaj tylko odstraszają, gdyż wiele razy okazało się, że są niesłuszne i przesłodzone. W tym przypadku wybór książki nie należał do mnie, ponieważ jest to wygrana na pewnej stronie, jednakże sądzę, że gdybym zobaczyła ją w księgarni oraz tę ilość lukru, to pewnie mój wybór nie padłby na nią i zostałaby odłożona z powrotem na sklepową półkę.

Całość jest przyjemną lekturą, przy której można się zrelaksować i odpocząć, ponieważ nie jest wymagająca, a czytanie idzie nadzwyczaj sprawnie i szybko, dlatego nawet nie idzie się spostrzec, gdy się zauważa, że właśnie przeczytało ostatnią stronę. Może dla kogoś będzie też źródłem inspiracji w kuchni, może niejedna osoba po przeczytaniu na nowo przekona się do gotowania i zacznie swoje próby, albo dopiero ktoś je rozpocznie? Ja na pewno zostałam szczerze zachęcona, gdyż książka pokazuje, że gotowanie nie jest czymś, co można tak o bez serca zrobić - do tego potrzeba wiele uczucia. 

czwartek, 15 maja 2014

"W mroku zachłannej zarazy dzień rozświetla człowiek walczący za wszystkich"

Okładka książki Dżuma
Autor: Albert Camus
Tytuł: Dżuma
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 200
Moja ocena: 10/10

Często ludzie nie zdają sobie sprawy ze szczęścia, jakie doświadczają każdego dnia, więc nieistotne są drobne chwile, które składają się na nie. Czy mówimy wszystkim znajomym, że smakował nam świeżo upieczony chleb z masłem? Czy słyszeliśmy, jak ktoś mówi, że wielką radością dla niego jest słuchanie codziennych wiadomości w radiu, czekanie w korku, gdy spieszymy się do pracy lub uczenie się do klasówki, gdy mamy ochotę spotkać się ze znajomymi? Wolimy chwalić się tym, że kupiliśmy samochód prosto z salonu, na który odkładaliśmy od wielu lat, że wyjeżdżamy na urlop w Alpy, że dostaliśmy wielką premię w pracy. A gdzie miejsce na docenianie codziennych, błahych czynności, które nadają życiu sens i sprawiają, że dzięki nim życie nie jest puste? 

Gdy codzienność zostaje zakłócona jakiś niespodziewanym incydentem, nagle wszyscy żałują utraconej stabilności, choć dotychczas nie doceniali jej i nie dostrzegali, jaka jest ważna. Jej miejsce zastępuje dezorientacja, strach, poczucie zagrożenia. Jeszcze gorzej, gdy podczas takich zawirowań jesteśmy rozdzieleni z bliską osobą i musimy samotnie radzić sobie z przeciwnościami losu. Jak jednak być odważnym, gdy obok giną setki ludzi, a w każdej chwili to my możemy podzielić ich los? 

Oran w roku 194... to miejsce zagłady. Miasto znajdujące się w Algierze zostało nawiedzone przez śmiercionośną epidemię, która w swoim szale pochłania coraz to większą liczbę ofiar, nie zatrzymując się i nie patrząc, ile trupów za sobą zostawiła - dla tytułowej dżumy ważna jest ilość osób, które jeszcze mogą być chore. Miasto zostaje odizolowane, zamknięte na cztery spusty - nie można do niego wjechać, ale i nie istnieje możliwość opuszczenia go. Ludzie stają się więźniami. Gdy wszyscy tracą nadzieję i rezygnują, pomoc ludziom zaczyna nieść doktor Rieux, który nie poddaje się i próbuje wygrać walkę z chorobą w imieniu wszystkich mieszkańców francuskiej kolonii. 

Muszę przyznać, że ta książka to coś kompletnie innego niż dotychczas czytane książki. Słyszałam na jej temat wiele przychylnych opinii, dlatego postanowiłam zapoznać się z nią. Z niejakim wstydem przyznaję, że początkowo szło mi strasznie opornie. Nie mogłam się przemóc, nie trafiało do mnie, nie mogłam się wczuć w klimat, co chwila się rozpraszałam i w końcu zniechęcona stwierdziłam, że to nie dla mnie, dlatego odłożyłam na później i zajęłam się lżejszą literaturą, choć ta granatowo-żółta okładka ciągle przyzywała mnie do siebie. Starałam się to ignorować, lecz w końcu stwierdziłam, że nie warto jej przekreślać, a dać szansę. I wtedy dosłownie przepadłam w niej...

Zanurzając się w lekturze książki, stopniowo poznajemy miasto, w którym toczy się akcja. Wszystko opisywane jest szczegółowo - zaczyna się niepozornie, od kilku znalezionych szczurów, kończy się na epidemii pochłaniającej kolejne ludzkie życia. To, co uderza w twarz obuchem, to obojętność ludzi na cierpienia drugiego człowieka, żyją obok chorych, lecz staje się to dla nich codziennością i chlebem powszednim, zachowują się tak, jakby nic ich to nie obchodziło oraz nie dotyczyło. A wtedy pojawia się doktor Rieux, który na przekór wszystkim zaczyna próbować walczyć - pomaga chorym, opiekuje się nimi, ciągle ma wizyty lekarskie i nie ma ani chwili spokoju. Dzięki jego determinacji zyskuje towarzyszy, którzy wspierają go w tym - Tarrou, Rambert... Nie brakuje przeciwników, którzy krytykują ich pracę, lecz oni ciągle robią swoje, bo to staje się sensem ich życia - walka o przetrwanie innych staje się ważniejsza niż ich własne zdrowie. 

Wszystko wydaje się być dopracowane w najmniejszym szczególe, nie znalazłam niczego, do czego mogłabym chcieć się przyczepić. Może tylko to, że zdecydowanie za szybko się skończyła. Całość jest bardzo realistycznie przedstawiona, ma się wrażenie, jakby było się uczestnikiem wszystkich wydarzeniem, jakby było się przy chorych w krytycznych momentach, jakby razem z ludźmi cieszyło się z powodu końca choroby. Nie da się obojętnie czytać tej książki, gdyż naszpikowana jest emocjami i uczuciami, jest jednym wielkim fenomenem.


Ciekawe jest w "Dżumie", że nie trzeba odczytywać jej tylko dosłownie, ma też drugie znaczenie. Analogii do choroby należy doszukiwać się w wojnie - sytuacja opisana w książce pasuje jak ulał, prawda? Wszystko jest kompatybilne i zastanawiające jest, czy autor celowo opisywał wojnę pod przykrywką dżumy, czy jednak wszystko było opisywaniem epidemii, a wojna dopasowała się do tego sama. Lecz jakkolwiek by nie było - panowie, czapki z głów, oto geniusz!

poniedziałek, 12 maja 2014

"Hmm... nie mam faceta. Ale ten od Darcy jest w porządku, co z tego, że to moja przyjaciółka?"

Okładka książki Coś pożyczonegoAutor: Emily Giffin
Tytuł: Coś pożyczonego
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 400
Moja ocena: 5+/10

Spora część z nas ma awersję do pożyczania swojej własności innym osobom - nieważne, czy to przelotny znajomy, sąsiad czy przyjaciel. Nie użyczymy im ulubionej sukienki, najnowszej gry na konsolę lub świeżo nabytej książki, z którą cackamy się niczym z jajkiem. Jedni to rozumieją, dla innych to dziwne. Jedni się z tym godzą, inni biorą bez naszej zgody. Co jednak zrobić, gdy coś, co od nas "pożyczono", jest naszym narzeczonym?

Rachel jest prawniczką nienawidzącą wszystkiego, co z nią samą związane: swojej pracy i czepiającego się szefa, swojej osobowości podobnej do charakteru potulnej owcy, ciała z wieloma niedoskonałościami, a najbardziej to faktu, że kończy trzydzieści lat, a na koncie ma jedynie kilka epizodycznych związków i brak szans, by w najbliższej przyszłości uległo to zmianom. Los bywa przekorny, dlatego jej najlepsza przyjaciółka Darcy jest jej całkowitym przeciwieństwem - posiada mało wymagającą pracę w PR przynoszącą bajeczne dochody, idealną sylwetkę jak z okładek czasopism, pewność siebie i przebojowy charakter. A co najgorsze - przygotowuje się do ślubu z mężczyzną idealnym. Nocą poprzedzającą jej urodziny dochodzi do wydarzeń, których nikt nie przewidział - Rachel "pożycza" od Darcy jej narzeczonego Dexa, przez co życie wszystkich zmienia się o 360 stopni. 

Cała historia opowiadana jest z perspektywy Rachel, której niestety nie udało wkraść się u mnie w łaski. Szczerze próbowałam ją polubić przez całą książkę, ale nie udawało mi się. Bo jak zapałać sympatią do kogoś, kto za nic ma przyjaźń od piaskownicy i zdradza swoją przyjaciółkę, odbierając jej narzeczonego niedługo przed ślubem? To, co raziło mnie w książce, to ustawiczne zwalanie winy na Darcy - "bo ona jest popularna, bo jest piękna, bo ma wszystko, etc.", tak jakby to Darcy była winna romansu. Rachel nie potrafiła w mojej opinii wziąć odpowiedzialności na swoje barki - zadurzyła się, no trudno, bywa i tak w życiu, lecz kłamstwo zawsze wychodzi na jaw, a zwalanie wszystkiego na przyjaciółkę to już niestety nie dość, że perfidne, to jeszcze takie szukanie winy we wszystkich, byle nie w sobie - nieudolna próba stłumienia wyrzutów sumienia poprzez ciągły płacz na kartach powieści jaka to ona biedna, bo a) odebrała przyjaciółce narzeczonego, b) kocha go, a on nadal spotyka się z nią, c) nie wie, co ma w końcu zrobić. Słabo, słabo...

Ku mojemu zdziwieniu mocno polubiłam Darcy. Pierwszy raz w życiu nie przeszkadzało mi, że jest bohaterką idealną, która okręciła świat wokół swojego palca, może dlatego, że było mi jej żal? Była nieświadoma zdarzeń rozgrywających się za jej plecami, bo kto mógłby przypuszczać, że najlepsza przyjaciółka i pierwsza druhna sypia z jej przyszłym mężem. Ze wszystkim przychodziła do niej, ponieważ było to dowodem na zaufanie, jakim darzy Rachel, choć z drugiej strony mogło być odrobinę uciążliwe. Mimo, że miała swoje skazy, to jednak jej bohaterka potrafiła o wiele bardziej do mnie przemówić.

Książka strasznie mnie zmęczyła - ile można czytać żalenia się jakiejś osoby na to, że jest wiecznie poszkodowana, że ma taką a nie inną przyjaciółkę, że nie może patrzeć na nią z jej ukochanym?! Dokończyłam, bo byłam ciekawa tego, jak się wszystko rozwiąże, lecz jakoś mało pozytywnych wrażeń związanych z tą historią zostało u mnie. Może po prostu nie zrozumiałam tej miłości, bo uważam, że szczęścia jednych nie można budować na krzywdzie innych. 

sobota, 10 maja 2014

"Blee... znowu ta rozciapana czekolada w torebce, co za niespodzianka!"

Okładka książki Jajko z niespodziankąAutor: Agnieszka Krakowiak-Kondracka
Tytuł: Jajko z niespodzianką
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 300
Moja ocena: 6+/10

W dzieciństwie wiele maluchów zajadało się jajkami-niespodziankami. Lecz dlaczego były przez nie aż tak lubiane i wręcz pożądane? Skąd czerpała się ich popularność, gdzie były jej korzenie i jakie przyczyny? Przecież tak naprawdę to była najzwyczajniejsza w świecie czekolada, na półkach sklepowych leżało im podobnych wiele, więc dlaczego akurat ta? Sekret tkwił we wnętrzu owego smakołyku - ta pomarańczowa kulka z tajemniczą zawartością wprowadzała element niepewności dla dziecka - "może trafię na najlepszą zabawkę?". Lecz co ciekawe, zaskoczeń potrzebują wszyscy, nie tylko dzieci.

Czym jednak w dorosłym życiu jest tytułowe jajko z niespodzianką? Czy to też słodki upominek? A może chodzi o coś całkiem odmiennego? Co poważniejszego niż czekoladka? Autorka książki od początku do końca starała się wyjaśnić niezwykły i nieco tajemniczy tytuł, dlatego odpowiedzią może być tylko zagłębienie się w lekturę i w losy jej bohaterów.

Ada jest młodą, trzydziestoletnią matką trzyipółletniej Julki. Dziecko jest wychowywane bez ojca, który obawiał się obowiązków rodzicielskich i uciekł, ale za to z pomocą babci. Rodzina nie narzeka na biedę, a Ada chce przychylić swojej pociesze nieba, dlatego zapisuje swoją córkę do elitarnego przedszkola, gdzie czesne za miesiąc to "tylko" dwa tysiące złotych. Kobieta i jej latorośl wkraczają w świat ludzi, którzy nie liczą się z pieniądzem - tu wakacje na Barbadosie, tu torebka od Chanel, tam perfumy od Clive'a Christiana. Do tego dochodzi powrót marnotrawnego męża i poznanie ojca jednego z nowych przyjaciół Julki, który okazuje się być niemiłym mężczyzną, a na dodatek ma być jej nowym szefem. 

Cała historia jest ciepłą opowieścią o ludzkim życiu. Pokazuje ludzkie życie z dwóch stron, jednak czy jest ono bliskie zwykłym zjadaczom chleba i wydaje się być prawdziwe? Obecnie, w dobie kryzysu wielu ludzi musi mocno zaciskać pasa, a posyłanie dziecka do tak horrendalnie drogiego przedszkola może być jedynie pięknym snem i nieziszczonym nigdy marzeniem. Liczy się każda złotówka, a trwonienie pieniędzy nie jest ludziom w głowach. W książce natomiast ludzie żyją tak, jakby nie istniało jutro - nie obawiają się przyszłości, ważna jest tylko teraźniejszość. Główna bohaterka stara się jak może, by zapewnić dziecku wygodne życie, starając się zrekompensować jej wadę, z którą musi się borykać - syndaktylię, uważa jednak, by małej nie rozpieścić i nie uczynić z niej rozkapryszonej panny, a dobrego człowieka.

Czym byłaby jednak powieść obyczajowa bez wątku miłosnego? I tu jest on obecny pod postacią "skruszonego" Davida i gburowatego Adama. Wszystko było raczej do przewidzenia, dlatego w książce brakuje jakichś mocnych i specjalnych momentów napięcia czy niepewności, pozwala jednak się zrelaksować i miło spędzić czas. To, co uderzało mnie w oczy, to natłok wypadków - co chwila coś się działo, bohaterka nie miała ani chwili spokoju, bo jej życie było wręcz nienaturalnie bogate w różne zdarzenia, zbiegi okoliczności - widać, że autorka jest również scenarzystką, bo wątek jest typowo serialowy - byle się działo, byle nie było nudy! A co za dużo to jednak niezbyt zdrowo.

"Jajko z niespodzianką" jest w tym przypadku idealnie dobranym tytułem książki- pasuje i do życia Ady, i ma związek z jej córeczką. Pokazuje, że ludzkie życie to wór pełen niewiadomych i znaków zapytania, ciągłego odkrywania swojej przyszłości i przeznaczenia, ryzykowania w imieniu wyższych celów - osiągnięcia odrobiny radości i zapewnienia szczęścia bliskim. Historia przesiąknięta jest emocjami - wiele tu miłości, niepokoju, ambicji, złości i żalu. Mamy tu przekrój społeczeństwa, lecz niepełny - są bogaci i bogatsi, lecz brakowało mi tutaj właśnie świeżego spojrzenia osób borykających się z biedą. Wszystko jest barwne i stosunkowo realistyczne, dlatego łatwo zatonąć w książce, zwłaszcza, że lekko i przyjemnie czas przy niej upływa. Myślę, że książka będzie odpowiednią pozycją dla wszystkich kobiet, które chcą dowiedzieć się o codzienności, jednak z tej bogatszej strony.

piątek, 9 maja 2014

"Śmierć wśród płomieni niczym jest wobec ogromu ludzkiej miłości..."

***
Lasy płonęły -
a oni
na szyjach splatali ręce
jak bukiety róż

ludzie zbiegali do schronów
on mówił że żona ma włosy
w których się można ukryć

okryci jednym kocem
szeptali słowa bezwstydne
litanię zakochanych

Gdy było bardzo źle
skakali w oczy naprzeciw
i zamykali je mocno

tak mocno że nie poczuli ognia
który dochodził do rzęs
do końca byli mężni
do końca byli wierni
do końca byli podobni
jak dwie krople
zatrzymane na skraju twarzy
***




Tym razem postanowiłam postawić na coś innego niż recenzja. Są chwile, gdy nie mam ochoty na żadną książkę - potrzebuję chwili, którą mogłabym poświęcić na coś nieporównywalnie krótszego niż najcieńsza książeczka, na coś, co objętościowo może zmieścić się na małym karteluszku, lecz zawierającego przesłanie o wiele głębsze i piękniejsze niż niejedno opasłe tomisko. 

Na momenty, gdy ogarnia mnie nostalgia, odrobina zamyślenia i szczypta smutku, zawsze idealnie pasuje poezja. Staram się być otwarta na różnych twórców, jednak mam niewielkie grono ulubieńców, gdzie na piedestale stoi Zbigniew Herbert. To, co ten mężczyzna wyczyniał ze słowem, to jednym słowem magia. Był poetą, który potrafił pisać o podniosłych rzeczach, używając prostych słów. Jego kunszt doceniali ludzie na całym świecie, według mnie ogromnym nieporozumieniem jest brak uhonorowania jego twórczości Literacką Nagrodą Nobla, gdyż zasługiwał na to jak niewielu innych...

Nie chcę tu analizować wiersza niczym polonistka - nie dla mnie sprawdzanie, czy występują rymy żeńskie czy męskie, wyszukiwanie środków stylistycznych, badanie czy posiada metrum - przy tekstach z grupy "liryka"  nie zwracam uwagi na coś takiego. Najważniejsze jest to, czy utwór potrafi mną poruszyć. Czy umie chwycić mnie za serce, wszczepić się w nie mocno, przebić wszystkie tkanki, wejść do środka i nie patrząc na ścisk panujący w nim, wepchnąć się między innych, ulokować i tam pozostać już na zawsze. Czy potrafi skłonić do refleksji, sprawić, że przez wiele godzin będę myślała jedynie o nim doszukiwała się ukrytych sensów i zamiarów, próbowała zrozumieć to, co poeta chciał mi przez niego przekazać, na co zwrócić uwagę. Bo poezja moi mili, to czas, by powiedzieć: "STOP""; zatrzymać się, usiąść i zatopić w myślach. 

Często by zrozumieć poemat, należy znać biografię autora - jest ona niezwykle ważna przy interpretacji, ponieważ niejednokrotnie doświadczenia i przeżycia twórcy miały wpływ na jego twórczość - i tak jest w tym przypadku. Czy to na pewno owe lasy płonęły? Przy wczytaniu się w historię życia Herberta dowiadujemy się, że przeżył II wojnę światową, znając choć część jego dzieł wiemy, że to tematyka obecna nie raz i nie dwa. Łatwo jest się w ten sposób domyślić, że las i krycie się w nim pary to tylko zasłona, bo utwór dotyka miłości podczas wojny.

Dwoje zakochanych nie zważa na szalejący wokół nich śmiercionośny żywioł - w obliczu ich uczucia nawet pożegnanie się z życiem schodzi na dalszy plan i nie odgrywa dla nich znaczącej roli. Wojenna zawierucha nie ma najmniejszego znaczenia, bo dla każdego z nich liczy się tylko partner i każda sekunda z nim jest na wagę złota. To miłość pełna niesamowitej odwagi i męstwa - jak waleczne trzeba mieć serce, by nie podążać śladem innych ludzi do ukrycia, a być pochłoniętym tylko osobą obok! Żadne z nich nie okazało ani cienia zawahania, byli do końca pewni swej bezgłośnej decyzji, dlatego do końca trwali przy sobie, nie martwiąc się nadchodzącym końcem ich doczesnego życia, a szepcząc do ucha, wśród dymu i szalejącej pożogi wojennej, wyznania miłości. 

Znane jest powiedzenie, w myśl którego miłość nie zna granic, jest wieczna i nawet śmierć nie jest w stanie jej przeszkodzić. Czy objęci zakochani, nie pokazywali właśnie, że ich uczucia nie przezwycięży coś tak błahego jak ogień? Czy nie ukazywali, że są ponad tym? Czy nie pokazywali, że wierzą, że ich miłość jest w stanie uchronić ich przed rozłąką w życiu wiecznym i zapewnić połączenie po śmierci, by na wieki móc radować się sobą? Leżący pod jednym kocem ludzie dawali przykład miłości pozbawionej strachu - wzajemnie dodawali sobie otuchy, sprawiali wrażenie jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, co wokół nich się dzieje - szalejącej wojny! 

Pod sam koniec ich życia, gdy zdawali sobie sprawę z czekającej ich przyszłości i nieodwracalności losu, nie zajmowali się paniką. Głęboko wpatrywali się w swe oczy, po czym zamknęli je mocno, jakby chcieli zachować widok swej połowy na wieki, nawet po śmierci - to z tym obrazem pod powiekami chcieli zasnąć snem wiecznym. Chwilę przed finałem zaczynają zdawać sobie sprawę z tragicznego końca, czekającego ich bólu, czego symbolem są łzy płynące po twarzy, znak ich bezbronności w rękach losu, a także delikatności ich emocji. A może krople symbolizowały wizję rozstania z ukochaną istotą? Ważnym jest, że byli do siebie podobni jak owe dwie łzy - do końca w identyczny sposób wierzyli w swoją miłość, nie okazywali ni lęku, ni zwątpienia - "do końca byli mężni". Swą postawą udowodnili, że uczucie Erosa jest w stanie przezwyciężyć każde przeciwieństwo.

Uwielbiam poezję miłosną, która pokazuje miłość w piękny, dosłownie wyciskający łzy z oczu sposób. Gdy jednak mam przed sobą coś, co napisane zostało przez Herberta, to wiem, że czeka mnie coś niezwykłego. Ciężko mówić o swoich odczuciach po przeczytaniu tak przejmującej historii, zawartej w dwudziestu wersach utworu. Wzruszenie to nie jest dobre określenie. Przejęcie też odpada. Więc jak określić słowami to, co ten niezbyt długi poemat uczynił ze mną? Nie da się. Po prostu się nie da. I to jest dla mnie niesamowite - stosunkowo łatwo przychodzi mi opisywanie odczuć po skończeniu książki, nawet najlepszej. Dlaczego jednak nie umiem mówić o emocjach towarzyszących mi po ostatniej literze kończącej utwór? Nie mam pojęcia.

środa, 7 maja 2014

"Elfy, skrzaty, gnomy... - miejcie się na baczności! Oto nadchodzi Meghan Chase!"

Żelazny król - Julie KagawaAutor: Julie Kagawa
Tytuł: Żelazny król
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Moja ocena: 6/10

W dzieciństwie rodzice przed zasypianiem obowiązkowo czytali mi wybraną przeze mnie baśń. Najczęściej wybór padał na jakąś historię o księżniczkach i gotowych im służyć aż do śmierci rycerzach, od czasu do czasu zdarzało im się jednak roztaczać przede mną wizję życia w magicznym uniwersum, pełnym tajemniczości i niezwykłości - gdzie na porządku dziennym są jednorożce, skrzaty, chochliki i elfy. Po zakończeniu czytania zdarzało mi się marzyć, by snute historie nie były jedynie zwykłą bajeczką na dobranoc dla dziecka, a odległą prawdą, mimo że wiedziałam, że to niemożliwe. Jaka byłaby wtedy moja reakcja, a jaka teraz, gdyby okazało się, że równolegle do nas istnieją owe czarodziejskie stworzenia? 

Obecnie większość z ludzi to typ niedowiarków, dopóki nie zobaczą, nie dotkną, nie poczują namacalnie - nie uwierzą. Dzisiejszy świat to świat wiecznego udowadniania, stawiania tez i potwierdzających/obalających je argumentów, naukowych wywodów popartych szeregiem doświadczeń - brak miejsca na jakiekolwiek luki, niedopowiedzenia. Zapewne niewielu z nas uwierzyłoby na słowo, gdyby ktoś próbował nas przekonać, że smoki czy syrenki istnieją. Wyśmialibyśmy tę osobę, może powiedzieli "Halo, Houston, tu Ziemia, odbiór!", lecz wiary w jej słowa zabrakłoby.

Meghan Chase to nastolatka taka, jak milion innych - szesnastolatka (prawie), niewyróżniająca się z tłumu, typowa, zwyczajna. Mieszkająca wraz z mamą, ojczymem i przyrodnim bratem, żyjąca dniem dzisiejszym, ktoś powiedziałby "przeciętna do szpiku kości". I byłyby to w pełni trafne i uzasadnione słowa, gdyby nie fakt, że w krwi Meghan płyną geny ludzkie i elfie - jest mieszańcem, o czym dowiaduje się w dniu swoich urodzin. Okazuje się, że nic nie jest takie jak uważała - istnieje tajemna kraina Nigdynigdy, gdzie panują istoty z baśni - elfy, gadające koty, driady... A ona w jednej chwili zmuszona jest opuścić to, co znane i udać się do mrocznej krainy, by odzyskać swojego braciszka.

W swojej historii pani Kagawa przenosi czytelnika do sfery znanej jedynie ze wspomnianych bajek. Tworzy świat pełen wspaniałości, na pierwszy rzut oka piękny, lecz za delikatną osłoną jawiący się jako niebezpieczny i mroczny. Obecne jest również zderzenie sacrum z profanum - świat magii ściera się z przestrzenią technologiczną znaną nam dzisiaj, gdzie ta druga krok po kroku niszczy tę pierwszą. A tu jak łatwo się domyślić, musi wkroczyć Meghan, gdyż tylko ona może zapobiec zgubie i uratować Nigdynigdy przez zagładą. 

Cała opowieść sprawia wrażenie delikatnej, pełnej uroku i wdzięku, lecz w pewnym momencie ja miałam tego już powoli dosyć. Lubię, gdy autor ciekawie przedstawia swoje pomysły, lecz trzeba uważać, by nie przekroczyć granic, bo może zrobić się mdło. I w tym przypadku mam wrażenie, że Julie Kagawa za bardzo przesadziła z tą całą magią w pierwszej części swojej serii - mamy tu wątki nawiązujące do "Snu nocy letniej", "Alicji w krainie czarów", jak dla mnie to trochę "Zmierzchu" na dokładkę, co może spowodować lekki przesyt. 

Moim niezbyt miłym spostrzeżeniem jest fakt, że postacie są zbyt schematyczne w całej historii - Meghan to taka sierotka-Marysia, nielubiana przez większość, mająca jednego przyjaciela; Ash - mroczny, obojętny, od pierwszej chwili wzbudzający zainteresowanie u głównej bohaterki aż do zakochania się obojga; Robbie - przyjaciel z tajemnicą, starający ratować się ją przed złem i przestrzegający przed Ash'em. Oczywiście jest też Grimalkin - kot chadzający własnymi ścieżkami, wzbudzający ogromną sympatię i u mnie, może ze względu na wieczne riposty i kąśliwe uwagi, pojawianie się w krytycznych sytuacjach i za wieczne przysługi. 

To dopiero pierwsza część serii - na kolana mnie nie powaliła, choć muszę przyznać, że do najgorszych czytadełek to jej sporo brakuje. Na pewno przypadnie do gustu wszystkim przedstawicielkom płci pięknej, lubującym się w historiach zakazanej miłości osadzonych w baśniowym świecie, bo wątpliwe, by panów zainteresowało. Tak czy owak podsumowując w kilku słowach moje odczucia - nie żałuję, że przeczytałam, choć jakbym się z nią nie zapoznała, to dużo bym nie straciła. 

wtorek, 6 maja 2014

"Jeśli jutro umrę, to dziś czas na zabawę! Hmm... zacznijmy od seksu, jak szaleć to szaleć!"

Zanim umrę - Jenny DownhamAutor: Jenny Downham
Tytuł: Zanim umrę
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 272
Moja ocena: 5-/10

Czy istnieje sposób na radzenie sobie z nieuleczalną chorobą? Czy można zwalczyć własne lęki związane z nią? W jaki sposób postępować, gdy śmierć nie jest tylko mglistym widmem, a nieuchronną rzeczywistością, która nieustępliwie coraz bardziej się przybliża? Czy popadać w załamanie i apatię lub antagonistycznie nie przyjmować do siebie wiadomości o coraz bliższym końcu? A może należy pogodzić się z prawdą, lecz czerpać z życia garściami w czasie, który pozostał? 

"Zanim umrę" to kolejna historia o niezbyt pozytywnej tematyce, którą tutaj recenzuję. Przeżywam różne drobne fascynacje danymi zagadnieniami, a obecnie padło na książki niezbyt optymistycznie nastawiające, w których poszukuję uniwersalnych prawd o ludzkim życiu - jego kruchości i nietrwałości, ale także o wartościach w nich zawartych, takich jak miłość, przyjaźń, oddanie, poświęcenie i odwaga. Czy w tej książce udało mi się coś z tej małej plejady uczuć odnaleźć? 

Powieść jest ukazaniem życia szesnastoletniej Tessy, która choruje na raka i zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji. Rozumie, że nie dożyje sędziwego wieku, nie doczeka się swojej emerytury i gromady wnuków, jednak postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał i sporządza listę dziesięciu rzeczy, których chce doświadczyć przed śmiercią, a priorytetem w tej kwestii jest dla niej seks. Na dalszych miejscach znajdują się przestępstwa, narkotyki bądź nauka jazdy, a w realizacji pragnień ma jej pomóc najlepsza przyjaciółka. Z czasem jednak okazuje się, że dziesięciopunktowa lista to stanowczo za mało, dlatego dziewczyna stopniowo ją powiększa.

To, co uderza w książce obuchem w twarz, jest jej płytkość i niefrasobliwe podejście do tematu - niby jest poważnie, bo przecież wszystko oscyluje wokół białaczki i śmierci, a jednak przez zachowanie głównej bohaterki ma się wrażenie, że jest to zwykła powiastka dla nastolatek o niczym. Odnosiłam wrażenie, że Tessa ma ptasi móżdżek - nieobce były jej skrajnie nieodpowiedzialnie zachowania, nie przejmowała się uczuciami innych osób, ważna była tylko ona, egoizm w najczystszej, pierwotnej postaci. Myślę, że z pewnością dogadałaby się z filozofami nurtu epikureizmu, dla których hasłem było "Carpe diem! - Żyj chwilą!". 

Pozostali bohaterowie również byli osobami, które dla mnie pozostawiły wiele do życzenia. Mam taki nawyk, że w nawet najgorszej powieści staram się znaleźć postać, która wydaje mi się sympatyczna i przez nią staram się nie skreślać całej książki, nawet jeśli fabuła leży jak prosiaczek oraz leży i krzyczy, dlatego przyznaję z ciężkim sercem, ale i zaskoczeniem... było ciężko! Bo każdy w jakiś sposób działał mi na nerwy, coś maruda ze mnie się zrobiła.

Język, w którym książka została napisana jest bardzo prosty w odbiorze i nieskomplikowany, dlatego przeczytanie całej książki to chwila czasu. W tym przypadku dla mnie to pozytyw, ponieważ nie jestem pewna, czy umiałabym dłużej wysiedzieć z tą historią. Przesłanie niesione przez nią jest godne uwagi, gdyż pokazuje, że warto nawet przed śmiercią nie rezygnować z marzeń i walczyć o ich spełnienie, lecz niestety realizacja pomysłu pozostawia wiele do życzenia, dlatego po zakończeniu książki odczuwałam sprzeczne uczucia. Z jednej strony była ulga - Boże, w końcu skończyłam!; z drugiej pozostała odrobina żalu i niesmaku, gdyż książka ma w sobie zmarnowany potencjał, a szkoda...

poniedziałek, 5 maja 2014

"Czy obecność w czyimś życiu jest możliwa po śmierci?"

PS Kocham Cię - Cecelia AhernAutor: Cecelia Ahern
Tytuł: P.S. Kocham Cię
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 371


Ludzie są istotami, które do właściwego funkcjonowania i poczucia szczęścia potrzebują drugiego człowieka - kogoś, komu można bezgranicznie zaufać, zawierzyć w każdej sprawie. Kogoś, kto nas zawsze zrozumie. Kogoś, z kim można się śmiać z najgłupszych błahostek, ale i kogoś, przy kim bez skrępowania będzie można wylewać hektolitry łez. Kogoś, z kim będzie można porozmawiać na dowolny temat, ale i kogoś, z kim milczenie nie będzie niezręczną ciszą. I w końcu kogoś, komu będziemy mogli oddać serce, równocześnie mając pewność, że ta wyjątkowa osoba swoje również nam ofiarowała. 

sobota, 3 maja 2014

"Zabijmy konia, nic z niego nie będzie! Po co nam wadliwy towar?!"

Okładka książki Zaklinacz koniAutor: Nicholas Evans
Tytuł: Zaklinacz koni
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 372
Moja ocena: 8-/10

Często zdarza się, że na dotychczasowym życiu ludzkim zaważają małe incydenty. Robimy to samo, drobne rutynowe czynności, od długiego czasu niezmienne, aż nagle zdarza się coś, co ma wpływ na naszą przyszłość. Odmienia nie tylko nasze losy, ale i wszystkich osób nam bliskich i z nami powiązanych. Nic już nie jest takie samo, dlatego trzeba przystosować się do nowej rzeczywistości i nauczyć w niej żyć, wbrew wszystkim przeciwnościom. 

O zaklinaczach krążyło w przeszłości wiele legend - według wielu z nich byli to ludzie obdarzeni magiczną mocą, często też pod wpływem diabelskich mocy, dzięki którym zyskiwali tajemne siły pozwalające okiełznać dzikie zwierzęta. Z czasem ludzkość zrozumiała, że to tylko opowiadane im bajeczki, mające mało wspólnego z rzeczywistym stanem rzeczy. Lecz co w takim razie jest prawdą na temat tych osób? Są to ludzie (co dziwne najczęściej mówi się o mężczyznach, rzadziej o kobietach), którzy najpierw dzięki swej empatii próbują zrozumieć zwierzę, a następnie dzięki swojemu opanowaniu starają się nawiązać z nimi specyficzną więź. To ludzie, którzy rozumieją zwierzęta dzięki sile umysłu, a nie bata i ostróg. 

"Zaklinacz koni" opowiada historię Grace McLean, której życie przez jeden wypadek ulega nieodwracalnym zmianom. Ginie jej przyjaciółka wraz z koniem, natomiast jej wierzchołek, Pielgrzym jest w tragicznym stanie. Ona sama doznaje ciężkich obrażeń, w wyniku których konieczna jest amputacja jej nogi oraz zaprzyjaźnienie się z protezą. Wszystko to sumuje się w postaci negatywnego wpływu na psychikę trzynastoletniego dziecka, które nie chce mieć więcej do czynienia z końmi. Jej matka jednak nie poddaje się tak, jak córka, dlatego decyduje się na przemierzenie dwóch tysięcy mil przez Amerykę z chorym koniem, którego wszyscy radzili jej uśpić, i dzieckiem po to, by spotkać się z człowiekiem, który w tajemniczy sposób oddziałuje na umysły koni...

Fabuła książki skupia się wokół dwóch wątków - jednym z nich jest właśnie wspomniana historia z udziałem Grace, w której Tom Booker stara się udzielić pomocy obojgu poszkodowanym - dziewczynce, która oprócz swojego kalectwa ma też problem w porozumieniu się z matką, a także koniowi, który mocno ucierpiał psychicznie i fizycznie podczas wypadku, lecz choć rany na ciele się zagoiły, to te w umyśle nie, dlatego na nich musi się skupić tytułowy zaklinacz, co nie jest prostym zadaniem. 

Kolejnym wątkiem, który jednak mniej przypadł mi do gustu, było wplecenie romansu między matką dziewczyny a mężczyzną, w moich oczach osłabiło to wizerunek Bookera i zadziałało na jego niekorzyść, mimo że ich miłość nie była poddana w historii krytyce. Miałam natomiast wrażenie, że jest czymś normalnym fakt, że kobieta zamężna zdradza swojego małżonka z innym, co mi się nie spodobało. 

Na plus książki są kreacje postaci - nie ma idealizowania, każda z nich ma swoje przywary i zalety, dzięki czemu książka jest bliższa zwykłemu zjadaczowi chleba. Nie da się nie darzyć sympatią Grace, której uczucia i przeżycia wzruszały oraz wywoływały łzy, polubiłam również jej ojca, który tylko na początku odgrywał znaczną rolę, a później stał się epizodyczną postacią. Nie mogłam się zmusić do zrozumienia matki, od samego początku irytowała mnie, dlatego później tym większą niechęć do niej poczułam. Sam zaklinacz wywoływał u mnie kalejdoskop uczuć, od pozytywnych po negatywne, choć ostatnia scena z jego udziałem sprawiła, że są to jednak te dodatnie emocje. 

Historia niesamowicie wciąga, nie mogłam się od niej oderwać, choć są w niej momenty zbędne, które raczej utrudniały czytanie niż czyniły je przyjemniejszym. Pomysł jest naprawdę ciekawy, realizacja też łapiąca za serducho, dlatego mogę polecić ją wszystkim szukającym w książce wzruszeń, smutku i melancholii. A, zapomniałabym! Ekranizacja filmowa ma sporo różnic, dlatego jeśli to najpierw zapoznaliście się z filmem, a później planujecie z papierową wersją, dlatego możecie się spodziewać kilku zaskoczeń! W każdym razie - serdecznie polecam i zachęcam do przeczytania! 

czwartek, 1 maja 2014

Kwiecień za nami, maj w toku - może małe podsumowanie?



Zmiana w kalendarzu już obowiązuje, dlatego czas podsumować moje czytelnicze podboje w kwietniu. Muszę przyznać, że jestem z siebie zadowolona - siedemnaście książek to ładny wynik, dlatego nie mam powodów do narzekania. Optymistycznie patrzę w przyszłość, dlatego po cichu liczę, że maj okaże się jeszcze lepszą porą do czytania, a to dlatego, że dopiero 12.05 (!) wracam do szkoły, a do tego czasu mam wolne. To prawie jak ferie, ale jeszcze lepsze, bo w czasie, gdy jest cudownie cieplutko. 

Ale ad rem, nie będę tu nikogo zanudzać, dlatego do przeczytanych w kwietniowej porze książek mogę zaliczyć:

   1. "W ślepym zaułku wolności" - Jana Frey (Ocena: 5+/10)
   2. "Delirium" - Lauren Oliver (Ocena: 6+/10)
   3. "Sto imion" - Cecelia Ahern (Ocena: 7/10)
   4. "Ewangelia według Piłata" - Eric-Emmanuel Schmitt (Ocena: 8/10)
   5. "Love Story" - Jennifer Echols (Ocena: 4/10)
   6. "Przypadek Adolfa H." - Eric-Emmanuel Schmitt (Ocena: 9/10)
   7. "Bez mojej zgody" - Jodi Picoult (Ocena: 8/10)
   8. "Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści" - Stephen King (Ocena: 6-/10)
   9. "Dziecko Noego" - Eric-Emmanuel Schmitt (Ocena: 7/10)
  10. "Sezon burz" - Andrzej Sapkowski (Ocena: 7-/10)
  11. "7 razy dziś" - Lauren Oliver (Ocena: 8/10)
  12. "Miłość w rozmiarze XXL" - Stephanie Evanovich (Ocena: 6/10)
  13. "Rywalki" - Kiera Cass (Ocena: 7/10)
  14. "Ciemniejsza strona Greya" - E.L. James (Ocena: 1/10)
  15. "Imię róży" - Umberto Eco (Ocena: 8+/10)
  16. "Kapelusz pełen nieba" - Terry Pratchett (Ocena: 5/10)
  17. "Gwiazd naszych wina" - John Green (Ocena: 6+/10)

Jak widać ciężko określić, czym się kierowałam sięgając po różne pozycje. Lubię mieszać, dlatego po czymś poważniejszym sięgałam po książkę, która byłaby lekka i przyjemna. Postanowiłam zacząć czytać coś z klasyki literatury, dlatego obecne tu jest "Imię róży" - nie dziwię się, że należy do wybitnych dzieł, prawdziwa perełka warta przeczytania! Co do pozostałych - ogromnym rozczarowaniem był dla mnie "Sezon burz" Sapkowskiego, mimo że historia dotyczyła Geralta z Rivii, to jednak miałam wrażenie, że to nie jest stary dobry wiedźmin, a jakiś podmieniony substytut. Co do kolejnej części pana Greya nie ma czego komentować, książka została przeze mnie przeczytana, ponieważ dostałam ją w prezencie, więc sądzę, że byłam zobowiązana chociaż spróbować, choć przyznaję, że to były istne męki. Opowieści Schmitta nie ma co komentować - człowiek ma niezwykły warsztat, to, co czyni z piórem na kartach swoich książek jest dla mnie po prostu magią, klasa sama w sobie. To samo mogę powiedzieć o pani Picoult, mam dopiero jedną jej książkę za sobą, lecz czuję, że nie ostatnią. Co do mojego mistrza Pratchetta to przeżyłam również przykrą niespodziankę, choć może to wina tego, że książkę nie czytałam w jedynym słusznym przekładzie pana Cholewy, a innej osoby, która niestety niezbyt umiejętnie to robi. Czasu nie zmarnowałam również zapoznając się z książkami pani Oliver, choć to jej debiut bardziej przypadł mi do gustu. Ciekawe było również spotkanie z Johnem Green'em, książkę miło się czytało, choć nie ekscytuję się nią. 

Ale dość rozpisywania się! Na sam koniec powtórzę się i powiem, że jestem z siebie zadowolona, że mam nadzieję na polepszenie swoich wyników czytelniczych w maju i tego samego życzę Wam wszystkim! ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka