sobota, 3 maja 2014

"Zabijmy konia, nic z niego nie będzie! Po co nam wadliwy towar?!"

Okładka książki Zaklinacz koniAutor: Nicholas Evans
Tytuł: Zaklinacz koni
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 372
Moja ocena: 8-/10

Często zdarza się, że na dotychczasowym życiu ludzkim zaważają małe incydenty. Robimy to samo, drobne rutynowe czynności, od długiego czasu niezmienne, aż nagle zdarza się coś, co ma wpływ na naszą przyszłość. Odmienia nie tylko nasze losy, ale i wszystkich osób nam bliskich i z nami powiązanych. Nic już nie jest takie samo, dlatego trzeba przystosować się do nowej rzeczywistości i nauczyć w niej żyć, wbrew wszystkim przeciwnościom. 

O zaklinaczach krążyło w przeszłości wiele legend - według wielu z nich byli to ludzie obdarzeni magiczną mocą, często też pod wpływem diabelskich mocy, dzięki którym zyskiwali tajemne siły pozwalające okiełznać dzikie zwierzęta. Z czasem ludzkość zrozumiała, że to tylko opowiadane im bajeczki, mające mało wspólnego z rzeczywistym stanem rzeczy. Lecz co w takim razie jest prawdą na temat tych osób? Są to ludzie (co dziwne najczęściej mówi się o mężczyznach, rzadziej o kobietach), którzy najpierw dzięki swej empatii próbują zrozumieć zwierzę, a następnie dzięki swojemu opanowaniu starają się nawiązać z nimi specyficzną więź. To ludzie, którzy rozumieją zwierzęta dzięki sile umysłu, a nie bata i ostróg. 

"Zaklinacz koni" opowiada historię Grace McLean, której życie przez jeden wypadek ulega nieodwracalnym zmianom. Ginie jej przyjaciółka wraz z koniem, natomiast jej wierzchołek, Pielgrzym jest w tragicznym stanie. Ona sama doznaje ciężkich obrażeń, w wyniku których konieczna jest amputacja jej nogi oraz zaprzyjaźnienie się z protezą. Wszystko to sumuje się w postaci negatywnego wpływu na psychikę trzynastoletniego dziecka, które nie chce mieć więcej do czynienia z końmi. Jej matka jednak nie poddaje się tak, jak córka, dlatego decyduje się na przemierzenie dwóch tysięcy mil przez Amerykę z chorym koniem, którego wszyscy radzili jej uśpić, i dzieckiem po to, by spotkać się z człowiekiem, który w tajemniczy sposób oddziałuje na umysły koni...

Fabuła książki skupia się wokół dwóch wątków - jednym z nich jest właśnie wspomniana historia z udziałem Grace, w której Tom Booker stara się udzielić pomocy obojgu poszkodowanym - dziewczynce, która oprócz swojego kalectwa ma też problem w porozumieniu się z matką, a także koniowi, który mocno ucierpiał psychicznie i fizycznie podczas wypadku, lecz choć rany na ciele się zagoiły, to te w umyśle nie, dlatego na nich musi się skupić tytułowy zaklinacz, co nie jest prostym zadaniem. 

Kolejnym wątkiem, który jednak mniej przypadł mi do gustu, było wplecenie romansu między matką dziewczyny a mężczyzną, w moich oczach osłabiło to wizerunek Bookera i zadziałało na jego niekorzyść, mimo że ich miłość nie była poddana w historii krytyce. Miałam natomiast wrażenie, że jest czymś normalnym fakt, że kobieta zamężna zdradza swojego małżonka z innym, co mi się nie spodobało. 

Na plus książki są kreacje postaci - nie ma idealizowania, każda z nich ma swoje przywary i zalety, dzięki czemu książka jest bliższa zwykłemu zjadaczowi chleba. Nie da się nie darzyć sympatią Grace, której uczucia i przeżycia wzruszały oraz wywoływały łzy, polubiłam również jej ojca, który tylko na początku odgrywał znaczną rolę, a później stał się epizodyczną postacią. Nie mogłam się zmusić do zrozumienia matki, od samego początku irytowała mnie, dlatego później tym większą niechęć do niej poczułam. Sam zaklinacz wywoływał u mnie kalejdoskop uczuć, od pozytywnych po negatywne, choć ostatnia scena z jego udziałem sprawiła, że są to jednak te dodatnie emocje. 

Historia niesamowicie wciąga, nie mogłam się od niej oderwać, choć są w niej momenty zbędne, które raczej utrudniały czytanie niż czyniły je przyjemniejszym. Pomysł jest naprawdę ciekawy, realizacja też łapiąca za serducho, dlatego mogę polecić ją wszystkim szukającym w książce wzruszeń, smutku i melancholii. A, zapomniałabym! Ekranizacja filmowa ma sporo różnic, dlatego jeśli to najpierw zapoznaliście się z filmem, a później planujecie z papierową wersją, dlatego możecie się spodziewać kilku zaskoczeń! W każdym razie - serdecznie polecam i zachęcam do przeczytania! 

6 komentarzy :

  1. Bardzo lubię Evansa (polecam Ci tez "Serce w ogniu") i ta jego książka również przypadła mi do gustu, jednak było w niej kilka wad. Oprócz tego, co sama wymieniłaś przeszkadzały mi wady typowo konstrukcyjne: sporo dłużyzn i niepotrzebny opisów, rozwlekły i ciężki w odbiorze styl pisania. Po kilkunastu pierwszych stronach miałam ochotę się poddać, ale udało mi się tą chęć przezwyciężyć i było warto. A ekranizacji nie oglądałam, choć słyszałam, że istnieje i jest dość okrojona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda - wiele fragmentów mogło zostać wyrzuconych bądź zminimalizowanych, bo nie miały wpływu na fabułę, a tylko sprawiały, że czytanie się dłużyło i stawało męczące - bo jaki sens czytać o czymś, co nie ma wpływu na kolejne zdarzenia, a jest tylko zapychaczem? Ekranizację oglądałam, ciekawa, lecz według mnie do książki się nie umywa, sporo jest zmian i wyrzuconych zdarzeń, ale myślę, że po lekturze książki w wolnym czasie można się z nią zapoznać w celach porównawczych. ;)

      Usuń
  2. Czeka już na swoją kolej na czytniku, ale trochę minie nim do niej dojdzie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie niezmiernie się cieszę, chyba mogę Cię zapewnić, że czas przy tej książce nie będzie zmarnowany. ;)

      Usuń
  3. Nie czytałam książki oglądałam jedynie film. Hm. Ciężko mi powiedzieć czy sięgnę po książkę kiedykolwiek, jednak jeżeli będę miała okazję to tak zrobię. Bardzo dobra recenzja!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To serdecznie zachęcam do przeczytania jej kiedyś. I dziękuję, bardzo mi miło. ;)

      Usuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka