poniedziałek, 29 grudnia 2014

Miłość w bardziej niegrzecznej odsłonie.


Autor: Megan Hart
Tytuł: Naga
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 480
Moja ocena: 6+/10

Bycie kimś innym w danej społeczności nie jest ani czymś miłym, ani czymś, co mogłoby cieszyć. Inność zawsze spotykała się z niezrozumieniem, uprzedzeniami i choć częściowym izolowaniem innych. Innym można być na wiele sposobów - innym, jeśli chodzi o kolor skóry, innym pod względem preferencji seksualnych, innym w kwestii religii. I choć wielu ludzi stara się o otwartość w stosunku do innych, to znaczna część i tak jest o mile od akceptacji. 

Czasami zdarza nam się być w tak złej sytuacji, że uważamy, że gorzej być nie może. Coś w tym rodzaju odczuwa Olivia - co jakiś czas spotyka się z nieprzyjemnościami spowodowanymi swoim kolorem skóry, na dodatek jest beznadziejnie zakochana w swoim byłym narzeczonym, który okazał się woleć osoby kompletnie różniące się od niej. Na dodatek kontakt z Patrickiem nie został przerwany - Olivia wciąż się pojawia na organizowanych przez niego przyjęciach. Na jednym z nich poznaje Alexa w dość niefortunnej sytuacji. Choć zostaje przed nim ostrzeżona, to jednak decyduje się wynająć mu mieszkanie, a to wydarzenie odmienia ich losy - czy na dobre? 

Jak chyba większość przedstawicielek tej urodziwszej płci od czasu do czasu lubię sięgnąć po nieco inny rodzaj literatury, tej bardziej niegrzecznej. Dosyć rzadko jednak mam ochotę po nie sięgać, dlatego zawsze ciężko przychodzi mi ocenienie ich, ponieważ nie mam żadnego punktu odniesienia. Gdy ostatnio naszła mnie ochota na coś z pieprzykiem, zaczęłam przeczesywać internet, który miał mi pomóc w dokonaniu wyboru. W końcu to nie on,  a moje oczy zadecydowały, gdyż okładka Nagiej zauroczyła mnie swoją lekkością i finezją - czy to samo można powiedzieć o fabule? 

Jeśli chcę udzielić szczerej odpowiedzi na to pytanie, to będzie ona dwojaka - i tak, i nie. Zdecydowanym plusem dla mnie było to, że autorka nie stworzyła historii bazującej wyłącznie na seksie. Owszem, odgrywa on tutaj dużą rolę, jednak oprócz tego wątku mamy zaoferowane również inne, które nadają tej książce poważniejszego charakteru. Czytelnik ma do czynienia z wątkami dyskryminacji osób o ciemniejszym kolorze skóry, homoseksualizmu i wychowywania dzieci przez pary tej samej płci. Choć zawsze wydawało mi się, że mam w sobie wiele liberalizmu, tak w przypadku tego ostatniego zagadnienia przeżyłam kilka wewnętrznych rozterek.

To wszystko jednak, co wymieniłam wyżej, stanowi tło dla głównej historii, która jest o pogłębiającej się relacji między Olivią i Alexem. Podobało mi się, że autorce udało się stworzyć bohaterów z krwi i kości - nieidealnych, pełnych obaw i marzeń. Tak zwane "sceny" autorka potrafiła napisać ze smakiem i dość dużym wyczuciem, nie wydawały się sztuczne czy przesadzone, choć małe zastrzeżenia miałam.

Jedną ze spraw, do której mogę się przyczepić to momentami zbyt rażące i kłujące w oczy wulgarne określenia i zwroty. Być może w literaturze erotycznej jest to normą (o której nie mam pojęcia, bo jak mówiłam - jestem laikiem), ale mnie denerwowało - w takich chwilach wszystko traciło dla mnie swą subtelność, a zyskiwało zbyt dużo zwierzęcości. A do tego - złe zakończenie! Kurczaki, liczyłam, że będzie to bardziej dramatyczne, bardziej się przeciągnie, autorka dłużej potrzyma mnie w niepewności, ale wybrała rozwiązanie, które jak dla mnie okazało się mdłe. 

Książka Megan Hart jest skierowana do starszego grona czytelników (zawsze mnie ciekawiło swoją drogą, czy panowie też sięgają po erotyki, czy to jedynie gatunek upodobany sobie przez kobiety), którzy mają ochotę na lekturę czegoś niezbyt grzecznego i z pazurkiem, choć nie tylko - Naga jest także poświęcona wielu w ostatnim czasie medialnym kwestiom jak wielostronna tolerancja, przez co zyskuje na jakości i nie jest mdłym czytadłem, a przyjemnym z mądrym przekazem.


Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - subtelność i pozorna niewinność jak dla mnie to strzał w dziesiątkę!

piątek, 26 grudnia 2014

Jak żyć, gdy ludzkość skazana jest na zagładę?

Autor: Rick Yancey
Tytuł: Piąta fala. Bezkresne morze
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 512
Moja ocena: 7-/10

Ostatnio coraz częściej zauważam, że systematycznie coraz większa ilość osób żyje z dnia na dzień. Rzadko kiedy zdarza im się przejmować tym, co może się wydarzyć w przyszłości, wolę się koncentrować na tym, co jest tu i teraz. Z jednej strony jest to dobre podejście, z drugiej jednak uważam, że czasami trzeba wybiegać myślami w przyszłość - przewidywać, gdybać i podejrzewać. Chociaż czy jest sens planowania czegokolwiek, jeśli nie znamy swojego jutra? Nie wiemy, co los dla nas zaplanował i jakie wydarzenia nas spotkają - każdy dzień może być tym ostatnim.

Jeszcze do niedawna życie na Ziemi mijało w spokojnym tempie, jednak nic z tego nie zostało. Inwazja obcych w czterech seriach zmiotła z powierzchni planety ogromną część jej populacji - pozostałe dwa procenty społeczeństwa muszą stawić czoła piątej fali. Część z nich stanowi Cassie wraz ze swoimi towarzyszami, którzy muszą sobie radzić w nowych warunkach. Nie mogą pozwolić sobie na stagnację, za to muszą uważać na każdy swój krok, każdy ruch i posunięcie. Nie mogą dłużej się ukrywać w tym samym miejscu. Muszą podejmować ryzyko, by przetrwać - czy jest to możliwe w starciu z wielokrotnie lepiej rozwiniętą cywilizacją? 

Nawet teraz doskonale pamiętam, jak pod wielkim wrażeniem byłam, czytając pierwszą część Piątej fali. Nowa rzeczywistość pełna zagrożeń wydawała się tak świetnie wykreowana, że nie mogłam wprost się od niej oderwać - chciałam tylko czytać, czytać, czytać - aż żal mi było, gdy książka się skończyła, na dodatek w tak kluczowym momencie. Dość sporo czasu po premierze udało mi się w końcu trafić na kontynuację, więc czym prędzej zabrałam się do jej poznawania. Czy wywarła na mnie równie pozytywne wrażenia jak jej poprzedniczka? 

Chciałabym powiedzieć, że tak. Naprawdę mocno ufałam w to, że Rick Yancey mnie nie zawiedzie i znów pozwoli zakochać się w kolejnej swojej książce. Jednak już od samego początku czułam, że coś jest nie tak. Mimo tego, że pierwszą część odebrałam baaardzo pozytywnie, to jednak sporo wydarzeń z niej uleciało mi z głowy - ciężko było mi się wpasować więc w Bezkresne morze i minęło nieco czasu, nim zaczęłam rozumieć wszystkie zawirowania i ich przyczyny. Podejrzewam, że całkiem inaczej byłoby, gdybym te książki czytała w bliskiej odległości czasowej od siebie - wtedy wszystko byłoby świeższe, być może odebrałabym ją lepiej. Szkoda też, że autor nie zadbał o takich czytelników i nie próbował zbyt wiele objaśniać, co zdarzyło się wcześniej - uważam, że to byłoby pomocne dla takich zapominaczy jak ja. 

Jeśli chodzi o styl, to nadal mamy do czynienia ze zmiennością - to jest zdecydowanym pozytywem, gdyż poznawanie fabuły z punktów widzenia kilku bohaterów zawsze jest bardziej interesujące niż gdy zdarzenia relacjonuje jedna postać. Przeskoki między narratorami nie są gwałtowne, przez co nie ma efektu zagubienia - wszystko jest płynne i zgrabne. Oprócz poznawania aktualnych wydarzeń dostajemy też możliwość poznania nieznanej przeszłości bohaterów, którzy do tej pory byli mocno spychani na bok przez główną bohaterkę. 

Tym razem jednak miałam wrażenie, że pierwsze skrzypce nie należały do Cassiopei. Owszem, nadal była kluczową osobą, jednakże palmę pierwszeństwa musiała dzielić z innymi bohaterami, którzy wysforowali się na pierwszy plan. I o ile innych bohaterów udało mi się bardziej polubić, tak sama Cassie nieco straciła w moich oczach. Irytowało mnie to, jak szybko zmieniała zdanie w stosunku do pewnej osoby - raz kochała, raz nienawidziła, raz chciała całować, raz dać w pysk. Za dużo tych rozterek, za dużo! Czasami zaczynałam mieć wrażenie, że to nie moja kochana Cassie, a ktoś kompletnie inny, kogo nie znam. 

Akcja miała w sobie trochę dynamiki, jednak nieco straciła na swoim rozpędzie. Nie mamy tutaj tylu gwałtownych zwrotów, co wcześniej. Jest nieco spokojniej - to mi nie przeszkadzało akurat, bo pozwalało na porządkowanie w głowie pewnych kwestii. Spokój mi nie przeszkadzał, gdyż mimo takiej atmosfery można wykreować coś ciekawego, jednak bolało to, że książka została obdarta z tej uwielbianej niepewności i klimatu grozy. Szukałam go, ale pojawił się dopiero na końcu - co jednak z początkiem i środkiem? 

Długo zastanawiałam się nad tym, jak ocenić tę książkę. Przeżyłam w związku z nią kilka rozczarowań, jednakże mimo nich ta powieść jest wciąż bardzo dobrą historią w klimacie post-apokaliptycznym, na której inne mogą się wzorować. Według mnie potwierdziła się tutaj teoria, że drugi tom często jest słabszy od swojego poprzednika - żywię jednak ogromną nadzieję, że przy następnym pan Yancey się zreflektuje i wyda coś, co wbije mnie w fotel i sprawi, że będę na nowo urzeczona tą serią i zapomnę o żalach co do tego tomu. Bo nie jest on zły. Jest bardzo dobry. Jednak jak na cykl Piąta fala to zdecydowanie za mało. Bo ten tom powinien być genialny.


Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - prostota i wyczucie to coś, co cenię w tej serii. 

środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!


W te szczególne, specyficzne dni
chcę Wam życzyć spędzenia ich w gronie swoich najbliższych i rodziny.
Spróbujcie odnaleźć w nich tę magię, 
którą dostrzegaliście w dzieciństwie.
Niech to będą chwile pełne ciepła, pogody, 
radości i miłości - nie zgubcie w tym wszystkim szczerości. 
Wesołych świąt, moi kochani! 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Czy możliwe jest odnalezienie ukochanej po rozłące trwającej kilkaset lat?

Autor: Ann Brashares
Tytuł: Nigdy i na zawsze
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 352
Moja ocena: 8/10

Wielokrotnie spotykamy się z różnymi stwierdzeniami na temat tego najbardziej poszukiwanego uczucia, jakim jest miłość. Dla niektórych to coś, bez czego nie wyobrażają sobie dalszego życia - według nich nie ma możliwości istnienia bez wzajemnego obdarowywania się uczuciami, taka egzystencja byłaby niepełna i zwyczajna pusta. Dla innych miłość jest jak powietrze - niby wszyscy wiedzą, że istnieje, ale jej nie dostrzegają. Dla kolejnych mogłaby nie istnieć. Lecz pojawia się też teoria, która skrywa w sobie wiele tajemniczości i piękna - prawdziwa miłość nie zna żadnych, ale to żadnych granic. 

Zawsze istniał podział na ludzi zwyczajnych i niezwykłych. Szlachta i chłopi, burżuazja i proletariat, miliarderzy i bezdomni - to jedne z wielu przykładów. Istnieje też  garstka ludzi takich jak Daniel. Pozornie podobnych do innych, lecz naprawdę całkiem odmiennych. Otrzymał on dar, który pozwala mu na zapamiętywanie losów swoich poprzednich wcieleń. Wiele setek lat temu poznał Sophię, z którą splotły się jego losy, lecz przeznaczenie nie pozwoliło im na wspólną przyszłość. Teraz, gdy minęło ponad tysiąc lat od tamtych wydarzeń, Daniel nadal nie ustaje w wysiłkach, by odnaleźć tę dziewczynę w innym wcieleniu i udowodnić jej, że zapisane im jest być razem na zawsze. 

O ile wcześniej bardzo rzadko sięgałam po książki, które poruszają motyw podróży w czasie w ten czy inny sposób, tak ostatnio jest to kolejna książka, którą przeczytałam, a ten wątek odgrywa główną rolę. Nie jestem pewna, co sprawiało, że zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę - czy rekomendacja mojej znajomej, czy widok jej prześlicznej według mnie okładki - grunt, że oczy mi się zaświeciły i uznałam, że warto spróbować - być może odkryję coś, co zapewni mi przyjemną lekturę podczas tych pierwszych zimowych dni. Czy taka była ta książka? 

Nigdy i na zawsze zaczęło się dosyć specyficznie, ponieważ autorka szybko wyjawiła nam wiele kluczowych spraw - ja natomiast byłam przekonana, że rozegra to w całkiem inny sposób i prawie że byłam zdania, że przez takie posunięcie zepsuła czytelnikowi całą przyjemność z odkrywania tajemnic z czytania. Prawie że. Bo stopniowo zagłębiając się w lekturę, zrozumiałam, że wizja autorki jest całkiem inna niż ta moja, a co najważniejsze - spodobała mi się i sprawiła, że coraz chętniej zanurzałam się w rzeczywistość kreowaną przez nią, starając się przewidzieć to, jak potoczą się kolejne wydarzenia. 

Akcja snuje się dwutorowo - z jednej strony mamy narrację pierwszoosobową, z punktu widzenia Daniela, który stopniowo pozwala nam przeniknąć przez fasady jego ponadprzeciętnego daru. Dzięki temu nie tylko mamy okazję od podstaw zobaczyć, jak przebiegało niezwykle długie życie chłopaka, ale i to, jak ukształtował się jego charakter - poszukiwanie jednej osoby przez wiele stuleci nie jest prostą sprawą. Udowadnia w ten sposób, że nie brak mu determinacji, zawziętości i uporu. Jest przygotowany na trudności i nie obawia się ich, ponieważ chce odnaleźć tę, która dawniej skradła jego serce. Takie zachowania z jego strony sprawiają, że i powolutku, kawałek po kawałeczku, zaczął skradać też moje serce. 

Z drugiej strony autorka pokazuje nam wydarzenia nie z punktu widzenia głównej bohaterki, ale trzecioosobowego narratora. Nie cofa się on w przeszłość ani nie wybiega w przyszłość - skupia się na tym, co dzieje się w tym momencie, tu i teraz. Towarzyszy głównej bohaterce i pozwala nam poznać jej uczucia - czasami jak dla mnie jej zachowania były zbyt irracjonalne i niemożliwe. Uważała, że kocha Daniela, choć nie zamieniła z nim jeszcze ani słowa - czy naprawdę można wtedy mówić o miłości? Czym innym byłby moment poznania go, czym innym natomiast słowa, które dla mnie wydawały się nieco dziwne wtedy. O wiele łatwiej szło mi zrozumienie Daniela niż jego wybranki. 

Podsumowując wszystkie moje przemyślenia na temat tej książki, mogę uznać, że jest to naprawdę urocza historia o miłości, której nie są straszne jakiekolwiek przeszkody. To, co wydaje się niemożliwe i nie do pokonania, może zostać przezwyciężone dzięki sile nadzwyczajnego uczucia, jakie przed wiekami połączyło dwójkę ludzi. To także opowieść o determinacji i niepoddawaniu się, ustawicznym dążeniu do celów i realizacji ich. Nie brak tu wiary we własne możliwości, ale i momentów zwątpień i wahań - czyli jest pełna realizmu mimo swej fantastycznej natury. W końcu nic nie jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka.


Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - to była miłość od pierwszego wejrzenia, a niektórzy uważają, że takowa nie istnieje! 

sobota, 20 grudnia 2014

Czy dobry początek jest gwarancją takiegoż końca?


Autor: David Nicholls
Tytuł: Dobry początek
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 496
Moja ocena: 6/10 

Młodość to czas, gdy przeżywamy mnóstwo niezapomnianych historii - takich, których za kilka lat będziemy się wstydzić i z niechęcią wspominać wraz z krwistym rumieńcem na twarzy, ale i takich, które będziemy z lubością pielęgnować i przyjemnością do nich wracać. Pojawią się też takie, które zostaną zamknięte w sercu kłódką, a klucz wyrzucimy, szybciutko za to przylepimy nalepkę "NIE WRACAĆ, NIE WSPOMINAĆ, NIE MYŚLEĆ, ZAPOMNIEĆ", napisaną wytłuszczonym drukiem. Po kolejnych latach część wspomnień wyblaknie, cześć pozostanie żywych - bo składamy się z paradoksów. Widzimy, że coś nie ma szans powodzenia, ale jednak jest w nas nadzieja, że to się może udać - mamy prawo do błędów, gdyż to dzięki nim uczymy się odkrywania prawdy o ludziach. 

Brian dopiero rozpoczął studia, ale już może się pochwalić tym, że udało mu się poznać osobę, w której się zakochał. Alice to piękność, której on chce zaimponować - od dziecka marzył o udziale w popularnym programie telewizyjnym, a gdy ma okazję realizacji tego przedsięwzięcia, nie namyśla się długo. Nie przewiduje jedynie tego, że jak zwykle przeszkodzi mu jego wrodzony pech. Choć wszystko ma pozytywny początek i młody mężczyzna jest pełen ufności w swoje możliwości podbicia serca ukochanej, tak później przekonuje się, że życie pisze nieprawdopodobne scenariusze, a dobre rozpoczęcie nie jest gwarancją równie udanego końca. 

Coś ciężki dla mnie jest ten miesiąc. Zauważyłam, że na prawie każdej życiowej płaszczyźnie dopadło mnie nagle niespotykane dotychczas zmęczenie. Najchętniej cały dzień przeleżałabym w łóżku, kompletnie nic nie robiąc. Nawet na książki nie mam zbytniej ochoty, co jest zdecydowanie dziwne. Może to wina zbliżającego się końca roku? Nie mam pojęcia. Ale każdy koniec jest początkiem czegoś innego - warto sprawić, by to "coś innego" zaczęło się pozytywnie, dlatego właśnie z taką myślą sięgnęłam po Dobry początek. Było warto? 

Każda książka ma swój niepowtarzalny klimat i atmosferę. Ma w sobie coś charakterystycznego, co sprawia, że odróżnia się od innych - jedne mniej, dlatego nie wyróżniają się spośród innego, drugie mniej, przez co są postrzegane przez nas jako perełki. Czytając, często zastanawiam się, jak można daną książkę i jej charakter określić - za każdym razem na myśl przychodziło mi do samo, przymiotnik filmowa. Pochłaniając kolejne strony, miałam wrażenie, że powieść Nichollsa idealnie sprawdziłaby się na ekranie - taka lekka komedia, wywołująca sporo śmiechu i w trakcie oglądania wywołująca pozytywne wrażenie, jednak po seansie sprawiająca, że tak naprawdę wahamy się, czy do końca nam się spodobała. 

Tak było i w przypadku tej - podczas chwil spędzonych z książką niejednokrotnie byłam rozbawiona sytuacjami z Brianem - jego dwojeniem się i trojeniem, by Alice odwzajemniła jego uczucia, jego walkami z trądzikiem, futonem i sprzeczkami z Rebeccą. Samą książkę czytało się mimo jej dosyć sporej objętości naprawdę szybko, dlatego łatwo się z nią uporałam - była pisana lekkim i przystępnym językiem, pełnym ironii, co początkowo mi się podobało, jednak analizując sobie tę książkę na spokojnie, dostrzegłam, że ma też kilka mankamentów. 

Zastanawiając się nad osobowością głównego bohatera, zirytowało mnie, że był tak naiwny i łatwowierny. Chyba każdy zna takie osoby, które są jak szczeniaki - kopnie je się, ale one nadal podbiegają, merdając ogonkiem i oczekując pieszczot, co dla mnie jest niezrozumiałe w przypadku Briana, gdyż był inteligentnym facetem. Do tego drzazgą mi stał się schemat jego życia i tego, jak małe zaczął mieć aspiracje - czy obecnie dla ludzi rzeczywiście głównymi wyznacznikami szczęścia jest brylowanie w towarzystwie, ciągłe picie i seks? Nie ma miejsca na nic innego? Na jakieś wartości, które pozwolą się rozwijać? 

To książka, którą mogę określić jako wywołującą we mnie rozterki. Niby zabawna, niby wesoła i pełna humoru, jednak ten humor nie do końca mi później odpowiadał, a zaczęłam mieć wrażenie, że jest dość wymuszony. Autor wykreował ciekawą sytuację, którą ktoś z łatwością mógłby przenieść na ekrany kinowe - książka ta została przeze mnie odebrana jako pisana właśnie w tym celu, przez co nie jestem pewna, czy to dobrze, czy niekoniecznie. Nie wydaje mi się, by miała nas czegoś uczyć, nakazywać wyciągać wnioski i refleksje. To nie ten typ literatury. Dobry początek ma nas bawić lekkim, niewymagającym humorem, pozwalać nabijać się z wpadek Briana i pokazać, że w życiu nie ma pewników, jest za to mnóstwo niewiadomych do odkrycia. 

środa, 17 grudnia 2014

Zamiana ciał - fikcja czy rzeczywistość?


Autor: Martyn Bedford
Tytuł: Flip
Wydawnictwo: YA! 
Liczba stron: 288
Moja ocena: 7/10

Nie wiem jak Wam, ale mnie kiedyś często do głowy przychodziły myśli na temat sytuacji, w której zamieniłabym się ciałem z kimś innym. Zresztą nie tylko mnie zdarzały się fantazje na ten temat, ponieważ to dość często poruszany temat przez twórców - powstały nie tylko książki na bazie tego pomysłu, ale i sporo filmów. Fascynujące jest to, że jednego dnia mogę być sobą, a drugiego kimś całkiem innym - w innym wieku, inaczej wyglądającym, kimś odmiennym od siebie. Jednak... wszystko ma zarówno plusy, jak i minusy - to, co może wydawać się świetnym odstępstwem od normy, po pewnym czasie staje się przekleństwem. 

Czasem w naszym życiu dochodzi do zdarzeń, w których nie możemy uwierzyć, że naprawdę się dzieją. Coś takiego zachodzi u Alexa - jednego dnia jest z kolegą, drugiego natomiast budzi się w obcej sypialni, a na dodatek - w obcym ciele Philipa. Nie rozumie, co się stało i z jakiego powodu, ale żywi nadzieję, że nie jest to permanentna zmiana, a jedynie chwilowa. Podejmuje próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości, jednak nie chce się w niej zadomawiać - chce odnaleźć sposób na opuszczenia ciała Flipa i wrócenie "do siebie". Tylko czy to jest możliwe? 

O książce pana Bedforda słyszałam sporo wcześniej i choć z opinii na jej temat oraz pojedynczych recenzji wyczytałam, że to całkiem niezła, lekka młodzieżówka na jedno popołudnie, to jednak nie planowałam zapoznania się z nią - mam listę książek, które koniecznie chcę przeczytać i staram się ją zmniejszać regularnie, więc choć zdarzają się nieprzewidziane pozycje, to jednak są rzadkością - tak się zdarzyło i w tym przypadku. Nie zamierzałam przeczytać, ale gdy książka sama wpadła mi w ręce, to uznałam, że nie ma sensu, by niepotrzebnie stała na półce - przeczytam i nie będzie się zbędnie kurzyć. Czy było warto?

Ciężko nie utożsamić się z głównym bohaterem, który nagle zostaje postawiony w całkowicie nowej sytuacji, z której pozornie nie ma wyjścia. Alex zostaje pozbawiony rodziny, znajomych i wszystkiego, co było w jego życiu ważne - w zamian zyskuje nowy dom, rodzinę, wygląd i popularność, jednak jest gotowy z tego wszystkiego zrezygnować, byle tylko odzyskać to, co utracił. Jego zachowanie jest dwojakie - czasami bardzo zabawne, czasami natomiast zdawało mi się być infantylne. Nie było w tym jednak nic dziwnego, w końcu to tylko nastolatek, który w jednej chwili został rzucony na głębię. 

Przyjemny był w odbiorze także język autora - lekki, prosty, niezbyt skomplikowany, wręcz wymarzony do tego typu powieści. Bedford zadbał także, by czytelnik nie narzekał na nudę - w książce nie ma momentów zastojów czy stagnacji, gdyż ciągle coś się dzieje, autor wciąż wprowadza nowe wątki, nowe postaci i coraz bardziej zaciekawia - wciąż przewija się pytanie: czy Alex wróci do swojego ciała, czy pozostanie jednością z Flipem na zawsze? I choć nie do końca usatysfakcjonowało mnie zakończenie, ponieważ oczekiwałam innego, to jednak nie jestem zawiedziona nim. 

Flip to sztandarowy przykład literatury pisanej z myślą o nastoletnich czytelnikach. Jest to książka pisana lekko, ale z polotem, nie zamęczająca osoby przerostem formy nad treścią - wszystko jest w świetnie wyważonych proporcjach. Choć nie jest ambitnie, to autor potrafi zaciekawić i sprawić, by czytać tę książkę "na raz", byle tylko dowiedzieć się, jak finalnie rozwiąże się cała sytuacja. Wbrew pozorom nie jest to też bezmyślna książka, gdyż zawiera w sobie pełen morał i ciekawe przesłanie - warto je odkryć i spróbować się zastanowić, co autor w ten sposób chciał przekazać.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

O tym jak kot odnalazł człowieka.


Autor: James Bowen
Tytuł: Świat według Boba
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 288
Moja ocena: 7+/10 

Kim dla Ciebie jest przyjaciel? Dla mnie nigdy na myśl nie przychodzą od razu konkretne cechy - na początek przed oczami pojawiają mi się osoby, które mogłabym tak nazwać, ich wizerunki, wspólne wspomnienia przeżytych chwil, a dopiero później zaczynam się zastanawiać, jakie te osoby dla mnie tak naprawdę są. Chyba najbardziej charakterystycznymi cechami prawdziwego przyjaciela są oddanie, wierność, zrozumienie, gotowość do poświęceń, dogadywanie się bez słów... Wymieniać można wręcz w nieskończoność! Dla wielu ludzi jest jednak dodatkowe słowo charakterystyczne - zwierzę. Czy dla Ciebie ulubieniec domu też może nim być czy nie traktujesz go tak? 

Czasami są w życiu chwile, gdy człowiek ma wszystkiego dość. Nic się nie układa i wszystko wydaje się być zwrócone przeciwko nam. Jednakże wystarczy pozornie mały incydent, drobne zdarzenie, pojawienie się przypadkowego intruza, a całość ulega nieodwracalnym zmianom. Coś takiego zdarzyło się u Jamesa, który był bezdomnym narkomanem - na jego wycieraczce pojawiła się włochata, ruda i miaucząca przybłęda o dumnie brzmiącym imieniu Bob, która od razu wywołała rewolucję w jego życiu. Od ich pierwszego spotkania minęły dwa lata - nie były one usłane różami, jednak pokazały Jamesowi, że odnalazł w postaci kota najlepszego przyjaciela, z którym potrafi się idealnie porozumieć. Jakby tego było mało, los okazuje się mieć coś jeszcze w zanadrzu dla nich - James dostaje propozycję napisania książki o ich wspólnych dziejach, co po raz kolejny wprowadzi u nich wiele zamieszania.

Muszę przyznać, że z niejakimi wątpliwościami podchodziłam do tej książki. Nie czytałam pierwszej części, tj. Kot Bob i ja, dlatego obawiałam się, że jej nieznajomość utrudni mi lub nawet całkiem uniemożliwi zapoznanie ze Światem... Ale kto nie ryzykuje, ten traci - po raz kolejny się przekonałam o słuszności tego porzekadła. Bo książka choć stanowi drugą część tego cyklu, to jednak nie musi koniecznie być czytana po zapoznaniu się z poprzedniczką, bo wszystkie powiązania były ładnie wyjaśnione - jak dla mnie to naprawdę spory atut, dzięki któremu mogłam z lubością oddawać się lekturze. 

Świat według Boba to książka, która rozpoczyna się dosyć przygnębiająco - perspektywa bycia osobą z trudem wiążącą koniec z końcem i zarabiającą na ulicy nie jest zbyt miła, prawda? Na dodatek można wspomnieć o wyrzuceniu za margines społeczeństwa ze względu na dawne nałogi, błędy przeszłości i problemy z narkotykami. Taka jest jednak codzienność Jamesa. Nieważne, czy pada deszcz, czy wysoka temperatura nie daje żyć - on musi wybrać się na plac w pobliżu metra, by móc zarobić na opłacenie rachunków i najważniejszych potrzeb. Od jakiegoś czasu jest mu jednak o wiele raźniej - ma przy sobie rudego kocura, który okazuje się być jego najprawdziwszym przyjacielem! Przepiękna była dla mnie więź łącząca tę dwójkę, a także stosunek Jamesa do Boba - nie traktował go jak zwierzę i gorszą istotę, lecz jak równego sobie, co zasługuje na pochwałę. Gdy ciągle dochodzą do mnie wiadomości o bestialskich zachowaniach ludzi wobec zwierząt, to od razu życzę sobie, by każdy był taki jak James.

Początkowo ciężko było mi się przyzwyczaić do charakterystycznej narracji autora. Stanowi ona połączenie gawędziarstwa z luźnym przedstawianiem kolejnych przeżytych razem chwil. Im dalej w książkę, tym mniej mnie to uwierało, a częściej łapałam się na tym, że z niecierpliwością oczekiwałam kolejnych rozdziałów - zauroczyła mnie ta opowieść i chciałam jak najszybciej przekonać się, co jeszcze się wydarzy. Całość zdecydowanie nie pozostawiała człowieka obojętnym, lecz kończyła optymistycznym, przywracającym nadzieję przesłaniem, które pokazuje, że nawet najtrudniejsza sytuacja może ulec zmianom. 

Wielu z nas może na tę książkę nie zwrócić uwagi, wielu może uznać, że jest zwyczajna i niewarta czytania, wielu powie - mam inne zobowiązania na ten czas. Warto jednak odnaleźć kilka chwil (książkę pochłania się momentalnie!), by poznać przejmującą historię przyjaźni człowieka i kota, która całkowicie odmieniła ich życie - i Boba, i Jamesa. Oprócz głównego wątku autor w interesujący sposób zarysowuje przed czytelnikiem schemat życia na ulicy, jego codzienne trudy i znoje. Byście jednak nie myśleli, że to smutna książka, to powiem Wam, że jej ciepło i humor z całą pewnością poprawią Wam humor i odmienią Wasze spojrzenie na zwierzęta.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

piątek, 12 grudnia 2014

Czy można wybaczyć niewybaczalne?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: To, co zostało
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 560
Moja ocena: 9+/10

Gdybyś musiała spakować do walizki całe życie - nie tylko praktyczne drobiazgi w rodzaju odzieży, ale wspomnienia utraconych bliskich oraz dziewczyny, którą kiedyś byłaś - co byś zabrała? Ostatnie zdjęcie matki? Prezent urodzinowy od przyjaciółki - własnoręcznie wyszytą przez nią zakładkę do książki? Bilet z cyrku, który odwiedził miasto przed dwoma laty, a ty z zapartym tchem patrzyłaś z ojcem na latające w powietrzu panie błyskające klejnotami i śmiałka, który włożył głowę w paszczę lwa? Czy zabrałabyś je, aby czuć się jak w domu, gdziekolwiek się znajdziesz, czy aby pamiętać, skąd pochodzisz? 

Utrata rodzica nie jest łatwa. Dla Sage otrząśnięcie się po śmierci matki nie jest proste, dlatego całą swoją energię przeznacza na pracę w piekarni - jest jedną z tych nielicznych osób, które wykonywane przez siebie zajęcie szczerze uwielbiają. Dziewczyna jest bardzo samotna, jednak poznaje staruszka, z którym udaje jej się zawrzeć przyjaźń. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia - Josef prosi ją bowiem o pomoc w śmierci. Zdradza jej także swój sekret, skrywany przez kilkadziesiąt lat i związany z holokaustem. Sage staje przed trudnym podjęciem decyzji - czy ma tego dokonać? Czym jednak byłby jej czyn - miłosierdziem dla drugiej osoby czy wymiarem sprawiedliwości dla nazisty? 

Właściwie każdy wstęp do recenzji staram się tworzyć sama. Przez te kilka zdań, pozornie niezwiązanych z książką, próbuję nieco wprowadzić Was w klimat danej powieści. Przedstawić w pigułce jej kluczowe zagadnienia, motywy, problematykę. Tym razem podczas czytania natrafiłam na fragment, który wydawał mi się idealny pod tym względem. Od razu jego wymowa zwróciła moją uwagę i sprawiła, że kilka chwil musiałam poświęcić na zastanowienie się i udzielenie odpowiedzi, co nie było łatwe. Chciałabym, byście i Wy spróbowali i przekonali się, że to nie takie proste - bo cały ten fragment jest jak twórczość tej autorki, wydaje się być łatwy, jednak wymaga wiele refleksji.

Czasami zastanawiam się,kiedy tej autorce skończą się pomysły. W Polsce wydano już dwadzieścia dwie powieści sygnowane jej nazwiskiem, a każda dotyka całkiem innej tematyki. Wszystko jest dopracowane, można powiedzieć, że dopięte na ostatni guzik - tak jest i w przypadku tej powieści, którą czytając dosłownie pokochałam! Spotkałam się już w opiniami, że Jodi tworzy typowo babską, ckliwą literaturę, jednak nie umiem się ani troszkę z tym zgodzić. Jej twórczość jest wysmakowana i przypomina wino - im później autorka pisze swoje książki, tym okazują się lepsze. To, co zostało jest jedną z nowszych i zdecydowanie jedną z najlepszych. Tylko czemu? 


W pierwszej części poznajemy Sage, która zaprzyjaźnia się z Josefem. Wszystko do czasu, ponieważ w pewnym momencie ulubieniec społeczeństwa ma do kobiety naprawdę dziwną prośbę. Nie wie ona, jak ma postąpić, jednak decyduje się wysłuchać opowieści mężczyzny - dzięki temu czytelnik ma okazję zobaczyć, w jaki sposób wszystko się rozwijało i co wpłynęło na taki, a nie inny przebieg akcji. Już od historii Josefa można się przekonać, że niemieccy esesmani nie stali się z dnia na dzień źli. To nie było tak, że zanim Hitler doszedł do władzy, to wszyscy byli mili i kochani, a gdy został kanclerzem Rzeszy, to nagle zrobiło się niedobrze. Autorka prezentuje złożoną analizę zachowań, postępowań i działań, czym skłania czytelnika do przemyśleń. Co jakiś czas zastanawiałam się, w którym momencie doszło do narodzin potwora bez uczuć, skoro nic na to nie wskazywało początkowo i czy można było temu zapobiec.

Druga część to wątek osadzony w przeszłości, a pierwsze skrzypce odgrywa Minka. Tu nie ma miejsca na czułości, gładkie słówka i owijanie w bawełnę. Czytelnik obserwuje, jak stopniowo zmieniała się sytuacja żydowskiej dziewczynki i jej rodziny, która z dobrze prosperującej stanęła na skraju nędzy, a następnie trafiła do obozu. Nie potrafiłam pohamować łez, gdy poznawałam kolejne wydarzenia z przeszłości Minki - jednocześnie nie potrafiłam oderwać się od tej książki i starałam się przeczytać ją jak najszybciej, byle poznać zakończenie tej historii. Czasami wręcz nie mogłam uwierzyć, że coś takiego się działo i że człowiek może drugą osobę skrzywdzić - z drugiej strony wiedziałam, że autorka nie przesadzała, a wszystko było tak realistyczne, że zdawać by się mogło, że ta historia naprawdę zaistniała. 

Wątek holokaustu to niełatwy temat, którego podjęcie wymaga nie lada wiedzy i odwagi. Nie jest łatwo pisać o czymś, co w świadomości całego świata zapisało się jako jedno z najbardziej nieludzkich działań. Słyszałam o wielu przypadkach, gdy autorzy próbowali podjąć tematu zagłady Żydów, jednak nie poradzili z tym sobie. Przekonałam się jednak, że na Jodi zawsze można liczyć - sumiennie i precyzyjnie odmalowuje wierny obraz II wojny światowej odgrywającej się na polskich ziemiach, a do tego udaje się jej po raz kolejny zawrzeć kontrowersyjne i trudne pytanie-klucz: "czy wszystkie rzeczy zasługują na wybaczenie, a jeśli nie, to co można wybaczyć"? Jeśli będziecie mieć okazję, to nie czekajcie. Chwyćcie tę książkę i przekonajcie się, że obrazy można malować nie tylko na farbami na płótnie - niektórzy mają tak ogromny talent do realistycznego przedstawiania rzeczywistości, że malują słowami. 


Okładka bierze udział w Okładkowe Love - chyba to jej przekaz najbardziej mnie ujął. 

Kochani, mam też do Was pytanie, może ktoś miał/ma podobną sytuację i będzie w stanie mi pomóc - zepsuła mi się funkcja komentowania i odpowiadania na komentarze. Czasem jest tak, że bez problemu mogę dodać komentarz (na czyimś blogu) lub odpowiedzieć na czyjś (na swoim), jednak są to poszczególne przypadki, bo najczęściej wyskakuje mi błąd i nie mam pojęcia co z tym fantem zrobić. Czy ktoś wie, co się dzieje? 

wtorek, 9 grudnia 2014

Konkurs!

Najmocniej przepraszam na początku, że okazałam się być niesłowna, ponieważ rozpoczęcie konkursu było obiecane na zeszły tydzień, jednak jestem taka zabiegana w ostatnim czasie, że nie miałam kiedy wcześniej naskrobać dla Was tego posta - ale już wszystko pod kontrolą, także zapraszam do udziału! :) 

Niestety nie mam warunków, by móc trzymać u siebie wszystkie książki, jakie bym chciała, dlatego systematycznie muszę uszczuplać swoje zbiory. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - staram się dbać o książki jak tylko mogę, więc są w świetnym stanie, a że tym razem postanowiłam się nimi podzielić razem z Wami, to czemu by nie skorzystać? :)


Konkurs jest tylko dla obserwatorów, więc jeśli chcecie wziąć udział to musicie do nich należeć. Innych wymogów nie ma, jednak miło będzie, jeśli dodacie banner konkursowy na swoje blogi, strony, itp. - to jednak nie będzie brane pod uwagę.





Regulamin: 
1. Organizatorką konkursu jest właścicielka bloga Zapiski Odurzonej Książkami, czyli Zjadam Skarpety, przez nią są pokrywane koszty wysyłki nagrody. 
2. W puli są 4 książki z mojego księgozbioru - Wy wybieracie, jaką książkę chcielibyście dostać, a ja losuję - a nuż padnie na Ciebie? 
3. Ilość zwycięzców jest zmienna i zależna od ilość osób biorących udział w konkursie, możliwe, że nagród będzie więcej niż 4.
3. Konkurs trwa od 9 grudnia (dzisiaj) do 9 stycznia do godz. 23:59. Zgłoszenia po terminie nie będą przeze mnie rozpatrywane, więc nie będą brały udziału w losowaniu. 
4. Wyniki zostaną ogłoszone do dwóch tygodni po zakończeniu konkursu. 
5. Przesyłka jest wysyłana tylko na terenie Polski.
6. Po wyłonieniu zwycięzców czekam 2 dni na dostarczenie danych adresowych, po upływie tego terminu zostanie wylosowana inna osoba.
6. Zastrzegam sobie możliwość zmiany regulaminu w dowolnym momencie trwania konkursu. 

Aby wziąć udział w losowaniu:
- Zgłoś się pod tym postem;
- Zaobserwuj bloga i poinformuj mnie pod jaką nazwą;
- Podaj swój adres mailowy;
Napisz tytuł książki, którą dla siebie wybierasz;
- Trzymaj mocno kciuki, aby to Tobie się udało! :)

piątek, 5 grudnia 2014

Jak często oceniasz po wyglądzie?


Autor: Stephanie Evanovich
Tytuł: Miłość w rozmiarze XXL
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 344
Moja ocena: 7/10

Kanon piękna na przestrzeni wieków niejednokrotnie ulegał przemianom - warto wspomnieć chociażby o baroku, w którym lansowane były tzw. rubensowskie kształty. Dzisiaj, kilka stuleci później sytuacja wykonała obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz za piękności uważane są kobiety, które nie posiadają ani grama zbędnego tłuszczyku i w większym lub mniejszym stopniu przypominają wieszaki spacerujące po wybiegu - taki obraz wciąż wpajają nam media. Czy jednak nie przekroczyły jednak już pewnej granicy? 

Składając sobie małżeńską przysięgę nikt nie podejrzewa, że może ona obowiązywać przez krótki okres czasu - Holly Brennan była pewna, że związek jej i męża będzie trwał do starości, jednak spotkała ją wielka pomyłka. Teraz, gdy została wdową, kobieta stara się zagłuszyć smutek jedzeniem - na efekty nie trzeba czekać długo, bo Holly szybko zaczyna przybierać znacząco na wadze. Nie przejmuje się tym, dopóki okoliczności nie zmuszają jej do podróżowania samolotem w towarzystwie Logana. Jest on całkowitym przeciwieństwem kobiety, ponieważ zajmuje się treningiem największych gwiazd i sam może się pochwalić niesamowitą sylwetką. Kobieta nie jest w stanie zaimponować mu swoją figurą, jednak mężczyzna dostrzega w niej niebanalną osobowość, dlatego postanawia pomóc jej zrzucić zbędne kilogramy. Wspólnie spędzany czas szybko zbliża ich do siebie, tylko czy bohaterowie umieją patrzeć na serce, a nie wygląd? 

Są w życiu chwile, kiedy człowiek poszukuje zwykłej książki. Bez wybuchów, bez fajerwerków, bez latających wokoło smoków i walki dobra ze złem. Poszukuje się czegoś, co wydaje się być lekkie i niewymagające, pozwalające na czystą rozrywkę, czasami na chwilę rozważań. Nie musi być zaskakująco - w końcu w tej książce sam tytuł jest pewnym spoilerem dla czytelników. Skuszona piękną, ciepłą i magnetyczną okładką postanowiłam zaryzykować i zobaczyć, co w sobie ma ta książka Choć na powala na kolana, to jednak jest tak ciepła, że z przyjemnością spędziłam z nią czas. 

Jednym z czynników, które złożyły się na to, że ta książka to dobra propozycja na popołudniowe lenistwo, to fakt, że zawiera w sobie wiele mądrości. Pokazuje, jak ważne jest dogłębne poznawanie ludzi i niewydawanie osądów na podstawie ich wyglądu. Można uważać, że to oklepana fraza, bo na prawo i lewo mówi się, że nie waga i ładna buźka mają wartość, a to, co człowiek ma w sercu, jednak życie wielokrotnie pokazuje, że nie kierujemy się tym. Liczy się tylko to, co widoczne dla oczu - taka w przybliżeniu była dewiza Logana. Na kartkach książki obserwowaliśmy nie tylko metamorfozę Holly, o której zaraz wspomnę, ale Logana - stopniowo zaczął rozumieć, że źle oceniał ludzi i nie powinien tego robić więcej. Choć późno zdał sobie z tego sprawę, to jednak "lepiej późno niż wcale".

Z Holly natomiast była inna bajka. Ta bohaterka nie wzbudziła we mnie początkowo ani współczucia, ani żalu, ani żadnych większych emocji. Irytowało mnie jedynie jej użalanie się nad sobą. Myślałam tylko: "kobieto, nie narzekaj, tylko weź się za siebie". Kiedy poznała Logana, wszystko się zmieniło, także moja opinia na temat Holly została całkowicie zweryfikowana. Byłam pod wrażeniem tego, jak zdeterminowaną osobą się okazała, jak zawzięcie dążyła do wyznaczanych sobie celów i jak nie chciała się poddawać. I Logan, i Holly to dla mnie świetne postaci. Co jednak sprawiło, że nie do końca coś grało mi w tej książce? 

Ich dwójka. Holly + Logan. Osobno każde z nich było przecudowne, naprawdę ich uwielbiałam! Wyraziście wykreowani, z ciekawymi osobowościami, manierami i przyzwyczajeniami, ludzie z innych światów. Jednakże, gdy czytałam o ich dwójce, to czegoś mi brakowało. Nie odczuwałam żadnej chemii między nimi - niby była ta miłość, ale gdzie ona, skoro jej nie czuję? Jakoś brakowało mi tu więzi między nimi, takiej wyczuwalnej bliskości, niestety... 

To sympatyczna powieść skierowana do kobiet - nie oszukujmy się, mężczyźni jej nie przeczytają - o tym, jak ważne jest poznawanie ludzkiego charakteru i pozbycie się odruchów oceniania po wyglądzie. To książka o metamorfozach, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Według mnie to taki swoisty apel do ludzi, pokazujący, jak wiele możemy stracić, hodując w sobie rozmaite uprzedzenia kreowane przez media. Choć to nie jest literatura wysokich lotów i ma w sobie wiele przewidywalności, to jednak można z nią przyjemnie spędzić czas i nauczyć się czegoś.


Okładka bierze udział w Okładkowe Love - jak mogłabym nie docenić tego ciepła, błysku w oczach i uśmiechu? :)

wtorek, 2 grudnia 2014

Co zrobisz, gdy jutro wyrosną Ci rogi?


Autor: Joe Hill
Tytuł: Rogi
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 372
Moja ocena: 6/10

O wielu zjawiskach zdarza nam się mówić, że są nieprawdopodobne albo wręcz niemożliwe. Mojej mamie często zdarza się mówić o "latających świnkach" w sytuacji, gdy nie ma zbyt wielkich szans na realizację danego faktu, sama od jakiegoś czasu też podłapuję się na tym, że mówię w ten sposób. Mnóstwo rzeczy dzielimy na dwie, sztywne kategorie - możliwe i niemożliwe. Możliwe jest, że jutro spadnie śnieg, ale niemożliwe jest, by wyrosły mi skrzydła. Możliwe jest, że wyleję kawę na klawiaturę, ale niemożliwe, bym jutro urodziła dziecko, nie będąc w ciąży - przykładów można mnożyć, ale wszystko będzie sprowadzało się do tego, że lubimy dzielić i ustalać miejsca. A co, jeśli dzieje się coś, co nie można w żaden sposób racjonalnie wytłumaczyć? 


Kac to niezbyt przyjemny stan, o czym może poświadczyć Ignatius. Gdy pewnego dnia budzi się i przegląda w lustrze, dostrzega coś, co wydaje mu się być absurdalne i niemożliwe, jednak wszystko świadczy za tym, że jednak jest prawdziwe - na głowie wyrosły mu najzwyklejsze rogi. Niedługo później dochodzi do kolejnych dziwnych zdarzeń - ludzie bez skrępowania zdradzają mu sekrety, których w innych okolicznościach nigdy by nie ujawnili, a do tego dotyk Ignatiusa sprawia, że potrafi czytać im w myślach. Po początkowym okresie niewiary, Ig zaczyna podejrzewać, że jego zmiana ma związek z brutalnym gwałtem i śmiercią jego dziewczyny, a jego zadaniem jest odkrycie rzeczywistego sprawcy. 


Sięgnięcie po tę książkę było wyjątkowo spontaniczną decyzją, ponieważ wcześniej nie miałam jej w planach - dopiero obejrzenie traileru filmowego zaciekawiło mnie na tyle, bym zechciała zapoznać się z pierwowzorem literackim. Do tego dochodzi świetna według mnie okładka - uwielbiam połączenia szarości, czerni i czerwieni, tutaj takie dopasowanie wypadło według mnie efektownie i nie raz, nie dwa, łapałam się na tym, że przymykałam książkę, by popatrzeć się na okładkę czy ją pogłaskać. (:D) Jednak... czy gdyby książka była bardzo wciągająca, to miałabym ochotę na odrywanie się od jej czytania, by patrzeć kilkadziesiąt razy na jej frontową część? 


Zaczynając czytanie nie miałam pojęcia, kto ją napisał. Pochłaniałam kolejne strony zadrukowane tekstem, odwracałam kartkę za kartką i wciąż nie mogłam pozbyć się wrażenia, że skądś muszę znać tego autora, chociaż nigdy nie poznałam jego innych powieści. Sytuacja stała się jasna, gdy ukończyłam książkę i zerknęłam na skrzydełko (mam zasadę, że przed czytaniem nie patrzę tam - często są spoilery, których nie znoszę), by przeczytać o autorze, a tutaj karpik: Joe Hill to syn Stephena Kinga! Obaj panowie mają bardzo podobną manierę w pisaniu, a że książek króla grozy przeczytałam sporo, to nic dziwnego, że i ta wydawała mi się znajoma. 


Sam pomysł na książkę wydaje mi się całkiem interesujący, gdyż nie spotkałam się jeszcze z podobnymi ideami. Fabularnie muszę przyznać, że jestem zadowolona. Książka skupia się w pięćdziesięciu procentach na opisie zachowań innych ludzi, na przemyśleniach bohatera i jego dociekaniach na temat przyczyn swojej odmienności. Druga pięćdziesiątka to natomiast historia miłości Merrin i Iga, opis zdarzeń, w wyniku których Merrin spotkała tak wielka tragedia. Pod tym względem nie było źle - bohaterów również polubiłam, jednych mniej, drugich bardziej, chociaż nie wiem, czy jest ktoś, kogo bardzo. Więc co tutaj było słabsze? 


Najbardziej nużący dla mnie był właśnie typowo kingowski język - od dawna nie miałam okazji przeczytać czegoś napisanego przez Kinga, więc odzwyczaiłam się od tego jak on pisze, a że jego syn ma identyczny styl, to analogia wydaje mi się być uzasadniona. Do tego dochodzi przewidywalność powieści - z łatwością czytelnik może zgadnąć, jak się rozegrają poszczególne wydarzenia, a mimo zakwalifikowania książki do gatunku horrorów, to jak dla mnie ten jest niezbyt straszny, bardziej refleksyjny i czasami wręcz melancholijny. 


Ciężko mi było dosyć ocenić jednoznacznie jak tę książkę odebrałam. Z jednej strony to zgrabny i nietuzinkowy pomysł idący w parze z ciekawie wykreowanymi postaciami, z których jedna dąży do udowodnienia prawdy i swej niewinności; z drugiej strony mamy język, który przypadnie do gustu fanom Kinga - dla mnie był chwilami męczący, by nie powiedzieć toporny. Książkę przeczytałam ze względu na ekranizację, którą mam w planach obejrzeć niedługo - nie żałuję, że ją poznałam, choć mogłaby być nieco lepsza. Teraz tylko zostało mi czekać na zapoznanie się z ekranizacją - może ona bardziej podbije moje serce? 



Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - te kolory to dla mnie mistrzostwo! :)

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Już koniec listopada, kiedy ten czas minął?!

Czasem naprawdę mam wrażenie, że ten czas leci zdecydowanie za szybko... Spójrzcie tylko za okno: w tym momencie jest kilka minut po piątej, a na zewnątrz panują przysłowiowe egipskie ciemności! Niedawno marudziłam na to, że rozpoczęła się jesień, której serdecznie nie lubię, a tu niebawem zastanie mnie zima, z którą mam jeszcze chłodniejsze kontakty! Jedynym pozytywem, jakiego potrafię się doszukać w tej aurze to fakt, że przy takim zimnie na dworze naprawdę nie potrafię zmusić się do przebywania na zewnątrz dłużej, niż to konieczne, dlatego kiedy tylko mogę zakopuję się pod kocykiem i oddaję się czytaniu książek. Nie było ich w tym miesiącu aż tak wiele, jednak jestem zadowolona - ważne, że wciąż poznaję nowe historie! :)

W listopadzie udało mi się przeczytać 10 książek: 

1. Poza Czasem - Alexandra Monir
2. Władcy Czasu - Alexandra Monir
3. Biała królowa - Philippa Gregory
4. Endgame. Wezwanie - James Frey
5. W imię miłości - Jodi Picoult
6. Mara Dyer. Tajemnica - Michelle Hodkin 
7. Na krawędzi zawsze - J.A. Redmerski
8. Miasto z lodu - Małgorzata Warda 
9. Bielszy odcień śmierci - Bernard Minier
10. Rogi - Joe Hill (recenzja jutro!)

Gdybym miała wybrać najlepsze książki tego miesiąca, to niewątpliwie wybrałabym W imię miłości i Bielszy odcień śmierci, obie serdecznie polecam! Największą niespodzianką okazało się być Miasto z lodu - to przykład, że polska literatura może być naprawdę dobra. Dużym zawodem natomiast było dla mnie poznanie historii Mary i dalszych losów Camryn i Andrew z Na krawędzi nigdy - myślałam, że będzie dużo lepiej! Nie ma jednak co narzekać, lepiej skupiać się na pozytywach! :)

Kolejną sprawą, jaką tutaj poruszę jest jakiś czas temu obiecywany konkurs. Doszłam do wniosku, że zamiast organizowania takich drobnych losowań, przygotuję dla Was coś większego, będzie to taki miły (mam taką nadzieję) prezent z okazji świąt, bo do wygrania będzie kilka książek. Pojawi się jeszcze w tym tygodniu, dlatego bądźcie czujni! :) 

A jak Wasze listopadowe osiągnięcia? Jesteście zadowoleni? 

niedziela, 30 listopada 2014

Zagadka goni zagadkę, a nic nie jest takie jakie powinno.


Autor: Bernard Minier
Tytuł: Bielszy odcień śmierci
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 512
Moja ocena: 8+/10

Wielokrotnie jeżdżąc w góry (lub przejeżdżając przez nie), łapałam się na myśli, że ludzie mieszkający w takiej okolicy muszą prowadzić sielskie życie, a to z racji swojej niejakiej izolacji. Zawsze marzyłam o życiu w tak klimatycznym miejscu (jedyne, co mnie przerażało to te zabójczo niskie temperatury) - uważałam, że życie płynie tam spokojnym, miarowym i jednostajnym tempem, gdzie nie trzeba troszczyć się o jutro. Jednak - czy rzeczywiście górskie otoczenie jest taką idyllą dla mieszkańców? 

Pewnego dnia mała miejscowość leżąca w górskiej dolinie jest świadkiem dość dziwnego zdarzenia - w elektrowni wodnej zostaje odnaleziony mocno okaleczony, powieszony koń. Kilka kolejnych dni również obfituje w wydarzenia, ponieważ dochodzi do kolejnych zbrodni - tym razem na ludziach. Śledztwem zajmuje się francuski policjant, Martin Servaz. W międzyczasie do tej miejscowości przybywa Diane Berg, młoda psycholog, która ma zacząć pracę w instytucie psychiatrycznym. Oboje trafią na ślady, które pomogą w rozwikłaniu zagadki, jednak czy będą potrafili wygrać z czasem? 

Strasznie rzadko w ostatnim czasie sięgam po książki kryminalne i podejrzewam, że na palcach u jednej ręki mogłabym wymienić tytuły z tego gatunku, jakie w tym roku udało mi się przeczytać. Do tej pory nie jestem pewna, co zaważyło na decyzji, by zmierzyć się z debiutancką powieścią Miniera - może to małe przeczucie w sercu, że ta książka może okazać się czymś, na co warto poświęcić czas, może to okładka utrzymana w zimnych kolorach i w pewien sposób przemawiająca do mnie, a może ślepy traf. Nieważne co, ważne, że miałam okazję poznać tak porywający kryminał! 

Od pierwszej strony towarzyszyła mi nadzieja, że skończę tę książkę zachwycona i zarazem zaskoczona tym, jak świetnie zostanie skonstruowana intryga. Równocześnie od samego początku przekonywałam się, że prawdopodobnie to nie są tylko czcze życzenia, bo Minier w niesamowity sposób coraz bardziej wchłaniał mnie w bieg wydarzeń. Początkowo wszystko wydawało się być dosyć niepozorne, ale im dalej, tym fabuła stawała się coraz bardziej zagmatwana, coraz więcej poszlak się pojawiało - część z nich to ślepe zakątki, tylko który wybrać, by trafić do celu? 

Mocnym punktem tej powieści są także wyraziście wykreowani bohaterowie. Dociekliwi, niepoddający się, ciągle próbujący rozwikłać zagadki i gotowi podjąć najwyższe ryzyko - tego mi było trzeba! Wydaje mi się, że potrzebowałam odskoczni od nastoletnich bohaterów i ich problemów - w ostatnim czasie najczęściej zdarzało mi się po takie książki sięgać, więc może było tego dla mnie już za wiele. Tutaj natomiast dostałam całkiem coś innego - dojrzałych bohaterów z całkiem innymi zagwozdkami, inną psychiką i innym nastawieniem. Czasami taka odskocznia zdecydowanie jest potrzebna. 

Jeśli poszukujecie czegoś, co nie pozwoli Wam spać po nocach i z półki będzie wołało: "przeczytaj mnie, przeczytaj!", to nie traćcie czasu i zaopatrzcie się w Bielszy odcień śniegu. To doskonały kryminał, w którym zagadka goni zagadkę, nic nie jest takie, jakie się wydaje, a nawet najbardziej niewinne osoby kryją w sobie masę sprzeczności. To także jeden z tych debiutów, który ani trochę nie wydaje się nim być - dopracowany w każdym szczególe i wciągający momentalnie, dający ogromne pole manewru czytelnikom, którzy lubią uczestniczyć w wydarzeniach i sami przewidywać, jakie będą następne posunięcia. Jestem prawie pewna, że nie zawiedziecie się! 

środa, 26 listopada 2014

Mierząc się z ludzkim samosądem i obojętnością.


Autor: Małgorzata Warda
Tytuł: Miasto z lodu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 368
Moja ocena: 7+/10

Z niejaką ciężkością przychodzi nam ocenianie ludzi z zachowaniem pełnego obiektywizmu, pozbawionego własnych osądów czy docinków. Łatwiej jest bezpodstawnie obrzucić kogoś błotem, zamiast próbować wczuć się w jego sytuację i zgłębić temat, co pozwala na lepsze zrozumienie przyczyny konkretnych zachowań. O nie - lepiej jest osądzać na podstawie zasłyszanych plotek. Taka jest nasza mentalność - oceniamy, nie bacząc na to, jak wielką krzywdę możemy wyrządzić innej osobie. 

Wychowywanie dziecka przez jednego z rodziców zawsze było przedstawiane jako bardzo ciężkie zadanie. Teresa doskonale wie, jak wiele w tym stwierdzeniu prawdy - jest młoda i nie ma żadnego mężczyzny, który pomógłby jej wychowywać dojrzewającą trzynastoletnią Agatę, a na dodatek cierpi na bardzo poważną chorobę, która podporządkowuje sobie całe jej życie. Przeprowadzka w nowe miejsce wydawała się być genialnym pomysłem, jednak rzeczywistość koryguje to w chwili, gdy Agata ma wypadek w lesie, a Teresa zostaje obarczona przez wszystkich winą za całe zajście.  

Należę do tej grupy czytelników, którzy po twórczość autorów rodzimego pochodzenia sięgają niezwykle rzadko i ze sporą dozą ostrożnością przemieszanej z wątpliwością. Nie twierdzę, że nie mamy dobrych pisarzy - od razu na myśl przychodzi mi chociażby Sapkowski czy Musierowicz; faktem jest jednak, że wiele razy zdarzyło mi się sparzyć na polskich książkach i dlatego od jakiegoś czasu podchodzę do nich jak pies do jeża. Podobne podejście miałam do tej książki, ale w końcu uznałam, że zaryzykuję - a nuż Miasto z lodu okaże się całkiem ciekawą historią? 

Powieść czyta się lekko, jednak wcale nie oznacza to, że to bezmyślna i byle jaka opowiastka na jeden wieczór, którą przeczytamy, odłożymy na półkę, a następnego dnia nie będziemy umieli nawet opowiedzieć, o czym ona była. Wręcz przeciwnie - to magnetyczna opowieść, na temat której ciśnie się na usta wiele słów, najczęściej samych pochlebnych - wykonana została naprawdę solidna praca przy tworzeniu tej historii, bo ni nie jest "po łebkach", wszystko wydaje się być solidne i przemyślane. 

Drzazgą w oku była dla mnie tutaj narracja. Historia snuta jest z perspektywy poszkodowanej bohaterki, Agaty. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie pewien znaczący element, który niemożebnie mnie drażnił. Charakterystyczne dla pierwszoosobowej narracji jest to, że pisarz ma ograniczone pole manewru - nie może wnikać w odczucia innych bohaterów, nie może wiedzieć, co się z nimi dzieje, jeżeli nie ma przy nich "opisywacza przygód" - w tym przypadku Agata mogła jedynie opisywać wydarzenia, w których uczestniczyła lub była świadkiem, więc jakim cudem mogła znać wszystkie myśli swojej mamy, pracodawcy czy koleżanek? W końcu nie jest wszechwiedząca, więc nie mogła wiedzieć aż takich szczegółów... W tym technicznym przypadku autorka nie popisała się, na szczęście nadrabia to samą fabułą i bohaterami.

Kreacja bohaterów nie zostawia wiele do życzenia, w zasadzie uważam ją za naprawdę świetną i bardzo dobrze stworzoną. Teresa została przedstawiona jako matka, która nie do końca realizuje się w swojej roli. Chce być jak najlepszą matką dla swojej córki, zapewnić jej godziwe życie i dobre warunki do dorastania, ale jednocześnie nie potrafi sobie odmówić kontaktów z mężczyznami, flirtów i zabaw. Pomimo świadomości, że w wyniku choroby opiekowanie się córką może być niemożliwe, Teresa upiera się i stawia na swoim, w wyniku czego dochodzi do sytuacji, w których to na barkach trzynastoletniej dziewczyny spoczywa zadanie troszczenia się o mamę. Agata musi wcześnie dorosnąć - nie ma czasu do zabawy w dziecko, gdyż zostaje rzucona na głęboką wodę. 

Miasto z lodu to powieść bardzo dojrzała i skłaniająca do zastanowienia się nad jej treścią. Po głębszym namyśle mogę powiedzieć, że odnalazłam w niej małe podobieństwo do stylu Jodi Picoult - tak jak ona pani Warda unika oceniania postępowania swoich bohaterów i przedstawia wszystko w niejednoznaczny sposób, by pozwolić czytelnikowi na samodzielne wyciągnięcie wniosków z lektury. To także historia o ludzkiej obojętności i skłonności do pochopnego oraz bezpodstawnego krytykowania innych, bez wystarczającej wiedzy do tego. Książka raczej nie trafi do męskiego grona odbiorców, ale myślę, że wiele przedstawicielek płci pięknej byłoby zauroczonych tą powieścią. 

Okładka bierze udział w wyzwaniu Okładkowe Love - urokliwa, delikatna i mająca w sobie coś, co od razu porusza czytelnika; równie niezwykła, co treść książki. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Ciągle w drodze, ciągle w podróży.


Autor: J.A. Redmerski
Tytuł: Na krawędzi zawsze
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 460
Moja ocena: 3+/10

Miłość to nie tylko wspólne chodzenie za rączki podczas spaceru w letni dzień, wręczanie sobie upominków na Walentynki lub obchodzenie razem kolejnych rocznic, gdy traci się rachubę. Życie ma często w zanadrzu wiele nieprawdopodobnych zdarzeń stających nam na drodze niczym wyskakujące z kapelusza cyrkowego magika króliki, więc dopiero wtedy weryfikuje, czy wypowiadane wcześniej słowa "kocham Cię", miały jakieś znaczenie, czy były jedynie pustą frazą. 

Camryn i Andrew nie należą do par, których życie było usłane różami. Wręcz przeciwnie - musieli przejść długo drogę, by móc osiągnąć względny spokój i szczęście. I gdy wydaje im się, że wszystko układa się prawie idealnie, nagle dochodzi do zdarzenia, które po raz kolejny wpuszcza ich losy jakby w magiel. Po raz kolejny muszą udowodnić, że ich uczucie pomimo krótkiego stażu nie jest niedojrzałe, a wypełnione wzajemną miłością i próbami przetrwania. 

Pierwsza część "krawędziowego" cyklu zauroczyła mnie, choć nie podbiła mojego serca i nie sprawiła, że z niecierpliwością od razu po premierze sięgnęłam po kolejny tom. Musiało minąć trochę czasu, bym nabrała ochoty na dokończenie historii tego duetu. I niestety po przeczytaniu stwierdziłam, że lepiej byłoby, gdybym poprzestała na dobrych wrażeniach poprzedniczki niż psuła je sobie, czytając Na krawędzi zawsze. A dlaczego ta książka wypadła gorzej w moich oczach? 

Ta książka wydaje się być napisana poprawnie. Język jest nadal podobny do poprzedniego, nadal mamy mieszaną narrację uatrakcyjniającą chwile poświęcane kolejnym kartkom, a wszystko pochłania się pozornie łatwo i przyjemnie. Ale w pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że o ile początek był jeszcze obfity w emocje i coś się działo, tak im dalej w las, tym było słabiej, nudniej i jakoś tak bez wyrazu. Wszystko stało się łatwe, proste i polukrowane aż do bólu zębów - czemu autorka wyrządziła tej książce tak wielką krzywdę? 

Nie jestem fanką szczęśliwych zakończeń. O wiele bardziej cenię sobie autorów, którzy nie boją się odważnych posunięć i na koniec książki doprowadzają do śmierci bohatera/bohaterów. Owszem, jest to przykre strasznie, ale jak dla mnie urzeczywistnia opisywane wydarzenia. W tej historii miałam wrażenie, że autorka zabiła dobrze znanych mi Camryn i Andrew gdzieś po 1/4 książki, a na ich miejsce wprowadziła mierne różowiutkie i przerysowane substytuty, które przyczyniły się do przekształcenia intrygującej powieści w miałką historyjkę. Jak tak można? 

Na krawędzi nigdy miało w sobie całkiem spory potencjał, z którym wiązałam niemałe nadzieje. Liczyłam, że w drugiej części bohaterowie rozwiną skrzydła, a autorka pokaże mi, że rzeczywiście jej książki zasłużyły na miano najpiękniejszej historii o miłości. Niestety, jak dla mnie te słowa okazały się być pisane na wyrost. Tom kończący serię zawiódł mnie na całej linii, gdyż okazał się powieleniem części pierwszej - jak dla mnie pani Redmerski zdecydowanie zabrakło koncepcji i sądziła, że serwowanie tego samego w nieco innej otoczce będzie dobrym rozwiązaniem. A nie było.

wtorek, 18 listopada 2014

Będąc zamkniętą w klatce swojej podświadomości...


Autor: Michelle Hodkin
Tytuł: Mara Dyer. Tajemnica
Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 412
Moja ocena: 5/10

Wielu z nas chciałoby w oczach innych prezentować się jako zwyczajna, normalna osoba - jedna z tych ponad sześciu miliardów chodzących po globie. Przez całe życie wszystko jest mniej więcej tak, jak sobie życzymy - nie wyróżniamy się z tłumu... ale jedna sytuacja potrafi wszystko zmienić. Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ogromny potencjał tkwi w małych, pozornie nieznacznych szczegółach. Jednak gdy zaczynamy sobie to uświadamiać - jest już za późno.

Mara Dyer to jedna z tych nastolatek, które mijasz na ulicy, nie przykuwając wcale uwagi. Lecz do czasu. Mara chciałaby móc o sobie powiedzieć, że jest taka jak inni, jednak traci tę możliwość bezpowrotnie po powrocie ze szpitala - jej przyjaciółki zginęły, jedynie ona przeżyła. W tym miejscu przebiega granica rozłączająca jej dotychczasowe życie na dwie połowy: PRZED i PO. Dziewczyna dałaby wszystko, by móc cofnąć czas, uniknąć tych wszystkich niepokojących zdarzeń, jednak zmuszona jest stawić im czoła - na szczęście nie w osamotnieniu, ponieważ towarzyszy jej w tym osoba, której wcześniej nigdy by o to nie podejrzewała. 

Wiele razy zdarzyło mi się kolokwialnie mówiąc "przejechać" na książce, gdy oceniałam ją przez pryzmat okładki - taki mam nawyk i ciężko jest mi z nim zerwać. Gdy dochodzą entuzjastyczne recenzje u większości osób, to żywię w sobie jeszcze większe przekonanie, że "tak, to jest to!"/"z pewnością mi się spodoba!"/"skoro innym się podobało, to mi też musi!". Czy muszę w takim razie wspominać, jak cholernie mocny żal się czuje, gdy po tak pozytywnym nastawieniu przychodzi zawód i spostrzeżenie, że czasami powinno się zdecydowanie chłodniej podchodzić do tego, co zachwyca innych? 

Muszę przyznać, że początkowo ta książka naprawdę mocno mnie intrygowała. Autorka niespiesznie odkrywała przed czytelnikami fabułę, skąpiła też wyjaśnienia i nie szafowała hojnie wskazówkami - o ile często takie zabiegi mnie drażnią po pewnym czasie, tak tutaj tylko wzmogły we mnie uczucie fascynacji. Wciąż zastanawiałam się, co jeszcze ma w zanadrzu, czym jeszcze mnie zaciekawi i jaka jest tajemnica tytułowej Mary Dyer. Niestety, to uczucie się skończyło.

O ile do połowy książki czułam się tak, jak to opisałam wyżej, tak im więcej kartek było za mną, tym częściej łapałam się na zniecierpliwieniu i poirytowaniu. Początkowo Mara była bardzo przeze mnie lubiana, ale w końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy i stwierdzić, że tak naprawdę to wciąż tylko dziecko - a ciężar zrzucony na jej barki wcale tego nie zmieniał. Nie potrafiła twardo obstawiać przy swoich decyzjach, wystarczyły drobne sugestie, by rezygnowała z tego, co chciała, byle zadowolić innych. Niektóre jej pomysły były irracjonalne i kompletnie nieprzemyślane - miałam wrażenie, że autorka chciała nadać książce zbędnego patosu, co w mojej opinii nie wyszło na plus. 

Obiekt westchnień Mary także przeszedł metamorfozę, która mnie bardzo mocno zdenerwowała - ironiczny, droczący się i pełen charakteru chłopak, za którego dziękowałam autorce, przemienił się w oblanego do obrzydzenia lukrem pączka - jak tak można?! Dlaczego pisarki uważają, że ich czytelniczki będą kochały wykreowanych przez nie bohaterów zawsze, cokolwiek taka pani Hodkin z nimi uczyni? Przysięgam, czytając tę książkę, miałam ochotę zagryźć autorkę, gdybym tylko miała taką możliwość! 

Po przeczytaniu zastanawiałam się nad klasyfikacją tej książki. Jak dla mnie nie da się jej wpasować w jedną szufladkę - to historia pomiędzy paranormal romance, a Young Adult. I co najbardziej zakrawa dla mnie, zagorzałej przeciwniczki tzw. paranormali i oddanej miłośniczki YA, na groteskę, to fakt, że o wiele bardziej przypadła mi do gustu cześć parapsychologiczna niż romantyczna. Chciałabym powiedzieć, że zachwycona jestem po przeczytaniu tej książki i z utęsknieniem czekam na kolejną część, ale nie mogę. Po raz kolejny doszło do sytuacji, w której oprawa przerosła treść. Drugi tom zapewne przeczytam, choć podejdę do niego bardziej zapobiegawczo niż tym razem - kto raz się sparzył, był nieuważny; kto dwa razy - był naiwny. 


Okładka bierze udział w Okładkowe Love - szkoda, że mówiąc o treści Mary, nie ma co mówić o żadnym "love".

niedziela, 16 listopada 2014

Do czego skłonna jest matka w imię miłości?


Autor: Jodi Picoult
Tytuł: W imię miłości
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 392
Moja ocena: 9+/10

Mówi się, że między matką a dzieckiem istnieje specjalna więź, inna od wszystkich pozostałych. Ile w tym prawdy nie dane było mi jeszcze się przekonać, ponieważ nie realizuję się w macierzyństwie, jednakże niejednokrotnie słyszałam wspomniane wcześniej słowa. Jestem skłonna uważać, że rzeczywiście mają w sobie wiele prawdy, wszak matki gotowe są do największych poświęceń, byle tylko przychylić nieba swojej latorośli i uczynić jej życie szczęśliwszym. Lecz czasami, mimo najszczerszych chęci, nie jest to możliwe - czy można się wtedy poddać? 

Bycie prokuratorem to praca, w której Nina czuje się jak ryba w wodzie. Wie, że w ten sposób może przysłużyć się społeczeństwu i stara się to robić jak najlepiej, wkładając w to całą siebie. Na co dzień ma do czynienia z przerażającymi sprawami, bo musi pracować z dziećmi, które były wykorzystywane seksualnie. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak ciężkie jest w takich przypadkach skazanie winowajcy, jednak specyfika jej zawodu wymaga, by zachowywała pełen dystans, a uczucia odsuwała na bok. Jeden dzień zmienia wszystko. Dzień, w którym dowiaduje się, że jej pięcioletni synek również padł ofiarą tak nieludzkiego czynu, jakim jest gwałt. Teraz nie ma mowy o zachowaniu zimnej krwi, gdy w grę wchodzi jej synek. Lecz co przyniesie Ninie kierowanie się emocjami?

Chyba nigdy nie dane mi będzie zrozumienie fenomenu Picoult. Przeczytałam już całkiem sporą ilość jej książek, toteż doskonale udało mi się poznać zagrywki, jakich używa - powinnam więc się uodpornić na wszystkie jej chwyty. Po raz kolejny przekonałam się jednak, że nie jest to możliwe. Bo mimo swojej schematyczności w pewnych momentach, ta kobieta tworzy tak nieprzewidywalną prozę pełną wszelakich emocji, sprzeczności i wątpliwości, że nie się jej nie uwielbiać. W imię miłości to właśnie taka książka - poruszająca do głębi i wyciskająca łzy z oczu, z których nawet nie zdajesz sobie sprawy. 

Tematyka przemocy seksualnej nie jest łatwa, szczególnie, gdy autor próbuje ją przedstawić w kontekście krzywdy wyrządzanej dziecku. Potrzeba nie lada wyczucia i ogromnej ilości empatii, by odpowiednio ją zaprezentować. Nathaniel to pięciolatek taki, jak mnóstwo innych każdego dnia mijających nas dzieciaków. Podobny do innych, a jednak wyjątkowy. Dla rodziców to ich oczko w głowie, wyczekiwany skarb, któremu starają się jak tylko mogą okazywać swoją miłość, choć czasami ciężko im ukryć zniecierpliwienie jego ciągłymi pytaniami czy nocnym moczeniem się. Starają się całymi sobą dać mu to, co najlepsze - gdy jednak nadchodzi najgorsze, nie potrafią się z tym pogodzić.

Nina to kobieta, która w jednej chwili całkowicie podbiła moje serce. Jest niczym lwica - do końca waleczna, do końca dzielna, do końca niepoddająca się, mimo beznadziejnego położenia. Od kilku lat pracuje jako prokurator, gdzie jej zadaniem jest oskarżanie ludzi, lecz nagle sytuacje ulegają kompletnej zamianie, a to wszystko przez jedno wydarzenie. Jej miłość do Nathaniela była tak piękna, że czasami po prostu bolało mnie serce, gdy czytałam jak cierpiała - chciała przede wszystkim zapewnić mu na nowo bezpieczne i pozbawione lęku życie. Nie potrafiłam winić jej za nic, kompletnie za nic - takie oddanie według mnie zasługuje na podziw, nie na naganę i karę. 

Pozostali bohaterowie zostali równie dobrze, wyraziście i realistycznie wykreowani. Jodi ma już to do siebie, że jeśli się za coś zabiera, to robi to świetnie - mamy kolejny dowód. Nie mamy tu kopii pozostałych bohaterów, gdyż każdy jest kompletnie inny - ma odmienne marzenia, odmienne lęki - inaczej się zachowuje w krytycznych sytuacjach i inaczej stara sobie poradzić z tym, co się dzieje. Mimo, że to rodzina Frostów gra tutaj pierwsze skrzypce, to reszta instrumentów grających w tej orkiestrze dyrygowanej przez Picoult jest niesamowicie wyeksponowana i przygotowana do koncertu, będącego ambrozją dla słuchu.

Każda kolejna przeczytana książka tej autorki sprawia, że umacniam się w twierdzeniu, że to obecnie jedna z najlepszych pisarek poruszających trudną i nieprzyjemną tematykę w swojej twórczości. Z godnym pozazdroszczenia altruizmem podchodzi tym razem do tematyki gwałtu na dzieciach, siły macierzyńskiej miłości i dualizmu w życiu - nic nie jest takie, jakie się wydaje, a nic nie powinno być oceniane tylko po pozorach, bo życie nie jest czarno-białe, natomiast posiada niezliczoną paletę pełną odcieni szarości. 

Okładka bierze udział w Okładkowe Love - tak delikatna, tak przejmująca i piękna w swojej prostocie sprawia, że wydaje się być idealnie dopasowana do treści...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka